Jak tanio kupić eleganckie ubrania?

Moja praca wymaga eleganckiego stroju. Muszę nosić garnitur, krawat, koszulę ze sztywnym kołnierzykiem i półbuty (zwane czasami trumniakami, bo niektórzy zakładają je dwa razy w życiu w tym na własny pogrzeb).

Żałuję tego stroju podwójnie. Najpierw dlatego, że  wolę dżinsy i koszule w kratkę. Poza tym dress code kosztuje.

Wiesz już, że jestem milionerem, ale nie lubię przepłacać. Dzisiaj historia okazyjnych zakupów.

Jako Polak wybieram polskie marki. Moimi faworytami są:

  • Vistula i Lantier (garnitury, płaszcze),
  • Wólczanka i Lambert (koszule, krawaty),
  • Gino Rossi i Ryłko (buty).

Zapewniają dobrą jakość. A ceny? No cóż.  Regularne będą bardzo wysokie. Ale nie byłbym sobą, gdybym nie próbował zaoszczędzić. Podzielę się z Tobą moim pomysłem.

Firma do której należą marki Vistula, Lantier, Wólczanka i Lambert (nie, nie biorę od nich pieniędzy) wyceniają garnitury na minimum 1300 zł, koszule na nie mniej niż 150-200 zł.

Co roku zmieniam jeden garnitur i około 5-6 koszul. Gdybym kupował w cenach regularnych zostawiam około 2.300 zł w trakcie jednych zakupów.

Postanowiłem pokombinować. Nie, nie jestem  super mózg. Po prostu poczekałem. Do stycznia.

Nagle garnitur zamiast 1300 zł kosztuje 450 zł. Taki wyceniany na 2000 zł, mogę mieć za 600 zł Koszule (6 sztuk) zamiast 1000 zł  kosztowały mnie 290 zł.

Kupiłem też buty Ryłko, płacąc zamiast 429 zł tylko 199 zł.

 

To jest sposób na tanie zakupy. Dlaczego uważam, że tanie? Może po prostu ceny pierwotne były tak zaniżone?

Chyba jednak nie do końca. Za 450 zł dostanę prawie najtańszy garnitur w Tesco. Za 45 zł mam koszulę z Lidla. Jakość – nieporównywalna. Czyli wyszło i dobrze i tanio. Znowu cierpliwość górą.

A może byśmy tak, najmilsza, wpadli na dzień do … Paryża?

Jednym z moich planów jest co roku odwiedzać przynajmniej jedno państwo. 2 lata temu były Niemcy, w ubiegłym roku Chorwacja i Węgry, na ten rok planuję Czechy.  Zacząłem analizować temat tanich podróży, również tych dalekich, bo o ile do Chorwacji można pojechać samochodem, o tyle np. do Gruzji czy nawet Paryża trzeba raczej korzystać z samolotu. Wycieczka lotnicza wydawała mi się bardzo droga, dopóki nie trafiłem na pewną stronę:

http://tanie-loty.com.pl

Nie jest ona zwykłą wyszukiwarką tanich połączeń, jakich wiele w sieci, ale zawiera też forum, oraz rekomendacje korzystnych wyjazdów i co najważniejsze nie są to tylko oferty last minute.

Weźmy tytułowy Paryż 

Wylot 1 marca 2016 (o 13.00 ) z Modlina na podparyskie lotnisko Beauvais i przylot do Polski 5 marca 2016 r. (godz. 18.10) kosztują 250 zł za osobę (2 osoby zapłacą ok. 500 zł). Dojazd z lotniska do Paryża i z powrotem to kolejne 160 zł za osobę (320 zł za dwoje podróżnych). Nocleg w Paryżu. 4 noclegi to dodatkowy wydatek 545 zł (blisko bazyliki Sacre Coeur), lub 1200 zł (Dzielnica Łacińska). Razem romantyczny wyjazd pary będzie kosztował już 1365 zł.  Dla porównania najtańsza wycieczka autokarowa (2 dni jazdy w obie strony), o porównywalnej długości pobytu na miejscu, z noclegami pod Paryżem (codzienne dojazdy) kosztuje ok. 2600 zł za dwie osoby.

Teraz Gruzja

Powitanie wiosny (20-24 marca 2016 r.) w Kutaisi.  Przelot 327 zł (w obie strony w klasie ekonomicznej z wylotem w nocy), za 2 osoby 654 zł. Noclegi (3) w hostelu (pokój 2-os z wanną) blisko centrum kosztują 150 zł (2 osoby). Razem wyjazd dwóch osób na  – 804 zł za trzy dni (wylot o 23), powrót (o 7.10).  Gdybym zabrał moich nastolatków, za 4 osoby zapłacimy tylko 1500 zł.

Czyli da się wyjechać za cenę porównywalną z wakacjami w Polsce ( dojazd z Lublina do Kotliny Kłodzkiej 600 zł własnym samochodem + 450 trzy noclegi w agroturystyce).

Postanowienia i plany noworoczne – czy warto?

Prowadzone od wielu lat badania wskazują, że osoby, które mają pisemne plany i postanowienia noworoczne mają wielokrotnie większą szansę ich realizacji. Podobne zdanie możesz znaleźć w większości książek o samorozwoju i motywacji. Czy jest to prawda? Jak to działa u mnie?

Portal bankier.pl powołując się na wyniki badań  Interaktywnego Instytutu Badań Rynkowych podał, że  w 2014 roku postanowienia noworoczne zrobiło blisko 80 proc. Polaków. Zrealizowało je tylko 8%.

Ze mną jest inaczej. Oto moje postanowienia na 2015 r.

  • zarobić określoną sumę pieniędzy (zrealizowane w 90%),
  • powiększyć majątek o inną sumę (zrealizowane w 60%),
  • oszczędzać minimum 20% dochodów netto (zrealizowane w 150%),
  • wyremontować łazienkę w domu na wsi (zrealizowane w 200%, bo konieczny okazał się remont także drugiej łazienki),
  • zrobić grządki, porządki w garażu, pomalować kraty (zrealizowane w 100%),
  • nauka francuskiego – 700 słów (zrealizowano w 30%),
  • przeczytać 52 książki (zrealizowano w 110%),
  • uprawiać sport minimum 3 razy w tygodniu (zrealizowano w 100%),
  • prowadzić bloga o oszczędnym trybie życia (zrealizowano w 100%),
  • prowadzić stronę własnej firmy (zrealizowano w 100%),
  • napisać książkę (zrealizowano w 50%),
  • przeczytać 365 orzeczeń SN (zrealizowano w 70%),
  • wystartować w biegu na 10 km z czasem poniżej 50 min. (nie udało się),
  • osiągnąć zysk z firmy na określonym poziomie (zrealizowano w 70%),
  • mieć określoną ilość klientów (zrealizowano w 60%),
  • zagrać mazurka op. 68 nr 2 Chopina (zrealizowano w 100%),
  • odłożyć na emeryturę 6000 zł (zrealizowano w 100%).

Jak widzicie mój współczynnik realizacji, nawet na poziomie spełnia/nie spełnia czyli 90% celu oznacza, że go nie osiągnięto, wyniósł 53%. Kompletnym fiaskiem (poniżej 50% celu) zakończyły się tylko 2 postanowienia, czyli częściowo osiągnięto przynajmniej 88% celów. Na czym polega sekret mojej skuteczności?

Po pierwsze cele roczne planuję zgodnie z moimi  długoterminowymi pragnieniami i marzeniami np. posiadanie własnej firmy i dochody z niej wynikają z chęci samowystarczalności finansowej, bieganie i ćwiczenia fizyczne to pochodne planu na bycie zdrowym do późnej starości.

Po drugie moje cele są mierzalne. Nie piszę – więcej biegać, ale uprawiać sport (bieganie, siłownia, rower) minimum 3 razy w tygodniu. Nie piszę  – zarabiać więcej, ale zarobić tyle a tyle.

Po trzecie, stosuje metodę kaizen (drobne zmiany), więc moje cele są realne. Nie ulegam jednak presji łatwych celów (co spowodowało, że musiałem zacząć wstawać bardzo wcześnie).

Po czwarte, sporządzam plan realizacji postanowienia. Rozkładam cel na mniejsze. Przeczytanie 52 książek rocznie, to 1 książka tygodniowo i nieco ponad 4 miesięcznie. Mam co roku listę lektur do przeczytania (w 2015 r. m.in. wszyscy nobliści z lat 2011-2015, Trylogia, 2 książki o sprzedaży, 3 o moim zawodzie). Utwory rozkładam sobie na takty.

Po piąte, regularnie sprawdzam postęp w realizacji celów. W przypadku finansów, codziennie wprowadzam dane o wydatkach i dochodach do arkusza kalkulacyjnego, który liczy postępy.

Po siódme, staram się, przynajmniej raz w tygodniu, zrobić krok naprzód w osiągnięciu każdego z celów.

Po ósme, spisuje wszystkie cele i regularnie je przeglądam.

To są przyczyny, dla których osiągam wielokrotnie lepsze rezultaty niż osoby przeciętne (chociaż do najlepszych stale też mi brakuje). To jest też sekret, tego, że stałem się milionerem.

Czy Twoja praca może wyjechać do Indii?

Dzisiaj, kiedy tak dużo mówi się o globalizacji, wielu zapomina, że ma ona nie tylko pozytywy, ale też i ciemne strony. Jedną z nich jest przenoszenie miejsc pracy do takiego kraju, który pozwala zapłacić mniej. Kiedyś patrzono na Polskę, teraz mówi się raczej o Chinach, Indiach i innych krajach południowej Azji.

Oczywiście nie każdy zawód jest zagrożony. Niektórych czynności po prostu nie da się przenieść za granicę. Ma to ogromne zalety i stanowi, moim zdaniem, jeden z czynników wyboru zawodu przyszłości. Wykonujący go będą czuli mniejszą presję, aby pracować więcej i taniej. Przypatrzmy się popularnym profesjom pod tym kątem. Oczywiście zawsze można zaimportować pracowników, względnie znających język polski, i zastąpić nimi już pracujących, ale to dotyczy wszystkich.

Pracownik budowlany (od operatora pomocnika do inżyniera). 

Budynki wznosi się „tu i teraz”. Nie można (przynajmniej na razie) przetransportować ich samolotem z Chin. Budowa autostrady przez Chińczyków zakończyła się niepowodzeniem. Mamy zawód odporny na globalizację.

Ochrona zdrowia.

Wprawdzie można sobie wyobrazić wyjazd leczniczy na drugi koniec świata, ale większość chce się leczyć blisko domu. Dlatego, lekarze i pielęgniarki raczej nie są zagrożeni.

Usługi turystyczne.

W tej branży nie jest tak różowo. Liczy się dobra pogoda, odległość nie jest problemem. Ta branża jest pod dużą presją, zmniejszoną nieco zagrożeniami terrorystycznymi w wielu miejscach świata.

Prawnicy i księgowi.

Tego da się nauczyć człowieka z zagranicy. Już się to robi. Z drugiej strony małe firmy i klienci prywatni będą woleli (ze względu na koszty i potrzebę osobistego kontaktu) zasięgnąć porady na miejscu. Wyrok – na razie nie jest źle, ale może być gorzej.

Handel.

Od wielu lat jest globalny. Tendencje stale się nasilają. Istnieje handel przez internet. Jednak ciągle bułki, pieczywo i drobne zakupy robimy „za rogiem”. Dlatego praca dla sprzedawcy (pomijając inne problemy: dużą konkurencję, niską barierę wejścia, łatwą zastępowalność) ciągle będzie istniała.

Produkcja.

Firmy produkcyjne ciągle są pod presją. Trudno im konkurować z zalewem produkcji azjatyckiej. Nie wszystko opłaca się ściągnąć z daleka (np. rzeczy ciężkie a niezbyt drogie jak materiały budowlane), ale konkurencja nie śpi.

Rolnictwo.

Produkty rolne łatwo jest dzisiaj sprowadzić. Z drugiej strony ktoś musi pracować na naszej ziemi. Z powodu wyjazdu do miast, oraz przechodzeniu na uprawy z większym zapotrzebowaniem na pielęgnację (owoce, warzywa zamiast zbóż) w wielu gospodarstwach brakuje rąk do pracy.

Analiza najpopularniejszych zawodów wskazuje, że w najlepszej sytuacji są zatrudnieni w sektorach usługowych, gdzie niezbędny jest bezpośredni kontakt z klientem (poza ochroną zdrowia, prawnikami, także fryzjerzy, kosmetyczki),  a w najgorszej pracujący przy produkcji. Ich praca (np. w branży tekstylnej) już jest w Azji.

Jaki procent dochodów należy odkładać ?

Wiele osób, widząc moją zamożność, powstałą z przeciętnych przecież zarobków, pyta mnie jaki procent dochodów powinien odkładać. Odpowiedź, chociaż wydaje się prosta – nie mniej niż 10% średniomiesięcznych wpływów + przynajmniej 50% wpływów ekstra – wcale taką nie jest.

Dlaczego?

Pieniądze nigdy nie są celem samym w sobie. Kto myśli inaczej, ten często jest paskudnym skąpcem, godnym raczej współczucia niż zazdrości. Powinny być one jedynie środkiem do osiągania celów. A te jak wiemy każdy z nas ma inne. Różne cele wymagają odmiennych  środków.

Dodatkowo, istotny jest horyzont czasowy realizacji planów. Jeden chce cele osiągać szybko, inny może czekać latami.

Po trzecie wreszcie, przecież wysokość dochodów ma istotne znaczenie. Inaczej wygląda 10% z 1000 zł, a inaczej ze 100.000 zł. Dlatego staram się skupić na dwóch wersjach wydarzeń – średniej krajowej powiększonej o drobne dochody ekstra i poziomie człowieka 50% przewyższającego tę średnią. Opowiem także co nieco o mojej własnej drodze.

Dwie średnie krajowe (para osiągająca przeciętne dochody)  to 5400 zł. Jeżeli dodamy do tego 300 zł wpływów z różnych zleceń, fuch itp. uzyskamy przeciętną 5700 zł. 10% od tej sumy to 570 zł odłożonych miesięcznie, a więc 6840 zł rocznie. Taka kwota przy  8% stopie zwrotu (jeszcze realną w długim okresie, ale i możliwie bezpieczną) uczyni nas milionerami za 37 lat. Wygląda to mało ciekawie.

Ale wielu z nas otrzymuje ekstra przychody, których zazwyczaj nie traktuje jak pensji. Są nimi nagrody, premie, trzynastki, wypłaty świąteczne itp. Przyjmijmy, że dla osób ze średnią krajową wyniosą one ok. 1 pensji – 5400 zł (2700 na osobę). Starajmy się odłożyć z tego 50%. Roczne oszczędności powiększą się o 2700 zł do 9540 zł, a okres dojścia do miliona skróci do 32 lat.

Spróbujmy teraz zwiększyć  procent odkładanych regularnych dochodów do 30.  Nagle jesteśmy w stanie zaoszczędzić 23.220 zł w każdym roku (20520 z dochodów podstawowych i 2700 z ekstra) Wtedy potrzebujemy już tylko 21 lat.

Jeżeli przewyższamy średnią krajową o 50% (i o tyle też wyższe są nasze dochody ekstra) możemy w każdym roku oszczędzić 14.310 zł przy założeniu 10% z regularnych wpływów i 50% z nadzwyczajnych. Zbliżymy się do miliona w 27 lat. Jeżeli przejdziemy na poziom 30% to nagle uzyskamy 34.830 zł oszczędności i 17 lat do miliona. Mamy szansę stać się milionerami już za niespełna dwie dekady.

Teraz opowieść o mojej drodze. Jest ona nietypowa i nie każdy może mieć tyle szczęścia co ja. Do miliona doszedłem w wieku trzydziestu kilku lat, łącząc wysoką stopę zwrotu (np. z inwestycji w nieruchomość 140 tys., zrobiłem po roku 200 tys., z innej 80 tys. – 370 tys. w ciągu 5 lat) z ponadprzeciętną skłonnością do oszczędzania. Np. jeżeli średnia krajowa wynosiła 2.133 zł, moja żona i ja zarabialiśmy łącznie (w tym ja na 1,5 etatu i zlecenie) – 5240  zł (obie kwoty brutto). Było to netto:  średnia pensja (1523 zł), nasze dochody 3742 zł. Potrafiłem z tego odłożyć 1600 zł  miesięcznie, a więc 42% dochodów. Osiągając wpływy znacznie powyżej średniej (20% większe) jeździliśmy autem za 1500 zł i ogólnie nasze wydatki były skromne.  Teraz nie czuję już potrzeby tak szalonych wyrzeczeń, niemniej jednak nadal odkładamy ok. 1/4 ze znacznie już większych dochodów, żyjąc 25% poniżej poziomu osób zarabiających podobnie i wydających wszystko co do grosza.

Dlatego moim zdaniem, jeżeli chcemy cele finansowe realizować znacznie szybciej, powinniśmy odkładać nie mniej niż 25% comiesięcznego dochodu i 50% dochodów ekstra netto. Wartość odpowiednio 10% regularnych wpływów i 50% nadzwyczajnych wydaje się być niezbędnym minimum.

Mój najtańszy samochód

Jak pewnie wiecie, jestem fanem motoryzacji. Jednocześnie auta szybko mi się nudzą.  Z tego powodu dokonuję częstych zmian w swoim parku maszyn. Przyznając się do swojej słabości (autoholizm?) staram się systematycznie prowadzić klasyfikację wydatków również odnoszących się do samochodów. Na tej podstawie mogę jednoznacznie opisać mój najtańszy w eksploatacji samochód. Ceny oczywiście dotyczą wartości dzisiejszych.

Mam świadomość, że opisywane przeze mnie auta nie wygrają klasyfikacji na auto rodzinne, są bowiem raczej małe, ale nadają się do okazjonalnego przewozu  3-4 osób z założeniem posiadania boxu dachowego i poruszania się z umiarkowanymi prędkościami.  Będą też idealne jako samochód singla lub bezdzietnej pary.

Zatem pierwsze miejsce wśród aut dla oszczędnych zajmuje: Fiat.  Ściśle mówiąc dwa  superoszczędne Fiaty: Uno i Panda.

Uno to wybór zupełnie budżetowy. Egzemplarz z przebiegiem ok. 100 tys. km można kupić już za 1500 zł, przy czym będzie miał silnik 1.0 FIRE (to ważne) i instalację gazową.  Mniej sympatyczne wydaje się to, że kupujemy auto pełnoletnie (1997 r.).

Panda przeznaczam dla bardziej wymagającego odbiorcy. Znajdziemy egzemplarz z podstawowym silnikiem (1.1) z zamontowanym gazem, za cenę ok. 7500 zł, ale kilka lat młodszy (2003 r.). Wnętrze Pandy robi przy tym znacznie przyjemniejsze wrażenie.

Zakładam eksploatację przez 5 lat. Oto wyliczenie przy założeniu przebiegu 10.000 km rocznie.

FIAT UNO

Cena + pakiet startowy (opony, akumulator, płyny, oleje, filtry, rejestracja) –  2.500 zł.

Wartość na koniec okresu – 1.000 zł.

Utrata wartości  (cena z pakietem startowym  wartość na koniec) — 1.500 zł.

Przeglądy przez 5 lat (obowiązkowe, gazowe i okresowe) – 4.000 zł.

Naprawy przez 5 lat (klocki, tarcze, zawieszenie, sprzęgło) – 1.500 zł.

Ubezpieczenie przez 5 lat (oczywiście tylko OC przy moich zniżkach i w mieście) – 1.250 zł.

Paliwo (na dystansie 50 tys. km, cena gazu 2 zł/l) –  8.000 zł.

Razem koszty przez 5 lat – 16.250 zł

Razem koszty rocznie – 3.250 zł.

Koszty 1 km  z utratą wartości –  0,325 zł.

FIAT PANDA

Cena + pakiet startowy – 8.500 zł

Wartość na koniec okresu – 3.000 zł

Utrata wartości – 5.500 zł.

Przeglądy przez 5 lat – 4.000 zł

Naprawy przez 5 lat – 1.200 zł

Ubezpieczenie przez 5 lat – 1.250 zł.

Paliwo (na dystansie 50 tys. km gaz) – 8.000 zł.

Razem koszty przez 5 lat – 19.950 zł.

Razem koszty rocznie = 3990 zł.

Razem koszty 1 km z utratą wartości – 0,399 zł.

W następnym wpisie mój najdroższy samochód.

Czy da się żyć bez samochodu?

Na blogach, których autorzy określają się jako minimaliści forsuje się opcję „no car” czyli bez samochodu. Udowadnia się tam, że życie bez auta jest możliwe, podając dwa argumenty:

  • tak żyli nasi dziadowie lub w wersji religijnej „Jezus nie jeździł samochodem”,
  • istnieje komunikacja publiczna.

Czy zgadzam się z takimi twierdzeniami? W zasadzie nie. Teraz krótko, dlaczego.

Osoby głoszące poglądy o zbędności samochodu zaliczają się do grupy single ew. dinks. Zwłaszcza w dużym mieście z pewnością da się tak żyć. Istnieją autobusy, taksówki, pociągi, samoloty, którymi można dotrzeć w dowolne miejsce świata o praktycznie dowolnej porze dnia i nocy. Zakupy w małym gospodarstwie domowym da się zaplanować. No i po prostu jest taniej.

Ja należę do plemienia dzieciatych. I tu powstaje  problem. Dzieci to inny styl życia. Wymagają dowożenia na zajęcia dodatkowe, do znajomych, do szkoły. Tego nie da się zrobić poruszając się autobusem (czas). Nastolatki pojadą może rowerem, ale co wcześniej. Na wakacje jeździmy samochodem. Daje nam to możliwość wyboru i jest tańsze niż podróże samolotem. Na weekendy (mamy domek wakacyjny i działkę) też samochodem, chociaż ja czasami wybieram rower, na który nie da się jednak zabrać np. 30 kg orzechów czy jabłek.  Cotygodniowe zakupy to kilkadziesiąt kilogramów i nie wystarczy obu rąk aby przynieść je z autobusu.

Opcja „poproś znajomych” nie wchodzi w grę, bo nikt nie będzie woził kilku osób regularnie.

Na wsi komunikacji lokalnej brak, odległości są też zbyt duże.

A co do naszych dziadów? Oni nie mieli samochodu, ale wozy, bryczki, traktory, konie itp. czyli współczesne im odpowiedniki auta. Styl życia też był inny.

Prawdopodobnie dlatego nie znam żadnej rodziny z dwójką dzieci, która obywałaby się bez samochodu (pomijając skrajną biedę i wybór – paliwo albo jedzenie). Sam nie jestem minimalistą lecz zwolennikiem oszczędności racjonalnych. Wyobrażam sobie zatem alternatywę nawet małe auto miejskie typu  Seicento czy Matiz z gazem, ale życia bez auta, już nie.

 

Podwójny efekt pączka

Kiedy kupowałem dzisiaj pieczywo, w małym osiedlowym sklepiku, obserwując ludzi stojących w kolejce, zdałem sobie sprawę, że istnieje chyba coś takiego jak podwójny efekt pączka.

Może pomysł na potrzebę podzielenia się tą myślą, wynikał z rannej pory (przed 6), a może po prostu warto się nad tym zastanowić.

Kiedy kupujesz pączka, zamiast chleba, a potem go zjadasz, osiągasz od razu dwa negatywne skutki – pochłaniasz bombę kaloryczną, oraz pozbawiasz się środków na przyszłe oszczędności.

Chleb, który regularnie kupuję, kosztuje 1,85 zł za 0,5 kg bochenek. Ilość zjadana przeze mnie na drugie śniadanie to 50 g (pierwsze to owsianka), czyli 0,18 zł oraz 120 kalorii, jeśli dodam plasterek szynki (30 kalorii i 0,25 zł)  otrzymam razem 150 kalorii.

Pączek z lukrem kosztuje 1,3 zł, waży 60 g i zawiera 360 kalorii. Czyli potencjalnie zjadasz tyle samo (60g), ale liczba kalorii rośnie ponaddwukrotnie.

Zmieniając tylko ten jeden nawyk (zamiast pączka, kromka chleba z szynką) rocznie zaoszczędzisz rocznie około 320 zł (365 dni x 0,87 zł) i nie pochłoniesz 76.650 dodatkowych kalorii. To około 11 kg dodatkowej masy ciała (lub konieczności spalenia 200 kalorii – 20 minut jazdy na rowerze).

To jest właśnie ten podwójny efekt pączka.

Ile naprawdę zarabiasz?

W amerykańskim stylu życia mieści się zachowanie polegające na pytaniu osób poznanych na przyjęciach o ich zawód a nawet zarobki. Wysokie dochody, zgodnie z protestancką etyką pracy, są czymś, czego nie warto się wstydzić. W Polsce ciągle jest inaczej. Informowanie o stanie konta uchodzi za przejaw szpanerstwa nowobogackich.
Dlatego nie zachęcam do wysyłania mi szczegółowych danych o swoich dochodach pocztą elektroniczną lub zostawiania ich w komentarzach. Po prostu, warto zrobić to wyliczenie dla siebie. Zapewniam, że wynikami będziesz zdziwiony.
Brutto czy netto?
Dawno temu krążył żart, że podawanie wysokości pensji brutto jest jak mierzenie długości męskiego członka z kręgosłupem, którego żadna z partnerek nie ma okazji zobaczyć (chyba, że na zdjęciu rentgenowskim). Tak samo Ty, kwotę brutto (tj. ze wszystkimi podatkami i składkami na ubezpieczenie społeczne) możesz zobaczyć na angażu (umowie o pracę). Potem oglądasz już tylko kwotę netto (rzeczywiście wypłacaną), która jest mniej więcej o 1/3 niższa. Nie bądźmy zatem samochwałami i skupmy się na realnej pensji. Głosuję na kwotę netto.
Ile zarabiasz netto?
Ile zatem zarabiasz netto, czy bliżej Ci do płacy minimalnej (1285 zł), średniej płacy (ok. 2700 zł), czy może Twoje pobory są znacznie lepsze? Pamiętaj o doliczeniu uśrednionych dla 12 miesięcy nagród, premii, dopłat, deputatów, trzynastek itp. Załóżmy, że zarabiasz przeciętną pensję i dodatkowo otrzymujesz rocznie równowartość nieco większą niż wysokość jednej pensji. Twoja pensja netto wyniesie zatem 3.166 zł. Nie zrób tylko błędu, którym celowo posługują się związki zawodowe walczące o podwyżkę – liczenie tylko pensji zasadniczej, bez obecnych w niektórych firmach dodatku stażowego i innych stałych bonusów. Policz wszystko, co wpływa na Twoje konto i dolicz do tego spłaty pożyczek pracowniczych i innych należności, które potrąca Twój pracodawca.

A jaka jest podstawowa stawka godzinowa?
Wiesz już ile zarabiasz miesięcznie. Teraz bierzemy się za to ile oficjalnie czasu poświęcasz na pracę. Potem wyliczymy ile zarabiasz w każdej godzinie. Przeciętny miesiąc pracy to 170 godzin. Odliczmy od niego urlopy, dni wolne itp., a otrzymamy ok. 150 godzin (17 godzin to urlop wypoczynkowy, 3 godziny to święta i inne wolne dni).
Weźmy przykładowe 3.166 zł poborów i podzielmy je przez przeciętny miesiąc pracy wynoszący 150 godzin. Podstawowa stawka godzinowa to ca 21 zł.
Gdybyś był nauczycielem to przy 3.166 zł pensji, wyniesie ona 53 zł. Podstawowy czas pracy nauczyciela to 85 godzin miesięcznie, dodatkowo zamiast 26 dni urlopu ma on wolne aż 80 dni, chociaż nie może z nich skorzystać w dowolnie wybranym terminie. W efekcie nominalnie pracuje miesięcznie 59 godzin zamiast 150.
Skomplikowane ?
Tak się wydaje, a jest jeszcze
Rzeczywista stawka godzinowa
Wymaga ona obliczenia ile czasu faktycznie poświęcasz na pracę. Niełatwo to policzyć, bo w grę wchodzą różne aspekty. Załóżmy, że na dojście do i powrót z pracy poświęcasz codziennie półtorej godziny (to optymistyczne założenie). Prawdopodobnie musisz się jeszcze ogolić lub umalować (ubierasz się przecież niezależnie od wyjścia do pracy), przygotować drugie śniadanie (lub przewidzieć przerwę na lunch). W sumie tracisz w ten sposób około 0,5 godziny dziennie. Być może Twój szef zorganizował Ci bezpłatne nadgodziny (codziennie zostajesz w pracy ok. 1 h), zabierasz pracę do domu? Nauczyciele muszą przygotować się do lekcji, sprawdzić klasówki, wypełnić papiery. Optymistycznie dodaj na jeden dzień pracy około 3h czynności dodatkowych (1,5 h droga, 0,5 h przygotowania, 1h niepłatna praca). Jak zatem teraz wygląda Twój zarobek?
Większość pracowników policzy go tak: 3166 zł podzieli przez 210 godzin (150 + 60) i otrzyma wynik – 15 zł/h.
Czy wiedziałeś, że tyle zarabiasz? Czy zdawałeś sobie sprawę, że na pracę poświęcasz przeciętnie ok. 10 godzin dziennie? Jeżeli odliczyć z doby 6 godzin na sen, to ponad połowa Twojego dnia.

16 lat pracy

Pochwalę się Wam – właśnie skończyłem 16 lat pracy. U swojego pierwszego pracodawcy. Lata te wprawdzie były przerywane epizodami urlopów bezpłatnych, w międzyczasie robiłem też coś zupełnie innego, ale od 16 lat mam umowę o pracę z jedną firmą.

Okrągła rocznica to czas podsumowań, a może nawet porównań (na potrzeby bloga) z tymi którzy zaczynali razem ze mną.

Zaczynałem w księgowości, czyli przy pracy, do której jak dzisiaj wiem kompletnie się nie nadawałem. Szybko  (już po kwartale) zostałem przeniesiony do innego działu, w którym dzieliłem los z koleżankami i kolegami w mniej więcej równym wieku (kilkanaście osób).

Dzisiaj po 16 latach sytuacja wygląda tak:

  • pięcioro  z nas zdobyło dodatkowe uprawnienia i zmieniło stanowisko pracy,
  • 8 osób już zajmuje stanowiska kierownicze,
  • jeden kolega był przez pewien czas posłem,
  • jedna osoba wyjechała do USA,
  • tylko czwórka nadal robi to, co wiele lat temu.

Nasza sytuacja zawodowa w zasadzie zmieniła się radykalnie, teraz czas na refleksję mieszkaniową:

  • ośmioro kupiło większe mieszkania,
  • czworo przeprowadziło się do domu,
  • czworo nadal mieszka w tym samym miejscu.

Czyli jeśli chodzi o sytuację mieszkaniową, jest  także znacznie lepiej.

A jeśli chodzi o finanse:

  • dwóch z nas jest milionerami (czyli statystycznie 12,5 % zostało milionerami),
  • ośmioro (dokładnie połowa) ma kredyt hipoteczny (w tym trójka we frankach),
  • w większości zarabiamy znacznie lepiej np. ja mam 5 razy większą pensję podstawową a dochody ogółem 10 razy większe (w tym z inwestycji) niż 16 lat temu.
  • wydajemy też znacznie więcej, bo urodziły nam się dzieci, bo mamy większe potrzeby no i z powodu inflacji.
  • dwie osoby kupiły samochód z salonu (obaj milionerzy), w dodatku za gotówkę.

Dlaczego o tym piszę? Żeby dać przykład dzisiejszym dwudziestolatkom. Nasze życie statystycznie zmieniło się na lepsze, jedynie czwórka w zasadzie stoi w miejscu, nikomu nie jest gorzej. Wasze życie też takie będzie. Nic nie nastąpi radykalnie, z dnia na dzień. To powolny proces, wspinania się po kolejnych szczeblach. O to właśnie chodzi. O wędrówkę. Skoki pojawią się znacznie rzadziej.

Co wyróżniało tych, którzy najszybciej i najdalej poszli do przodu? Chęć zmian, niezgoda na zastane, inicjatywa, chęć nauki, popróbowania czegoś innego i często praca dłuższa niż 8 godzin (i zazwyczaj nie u jednego pracodawcy). Warto o tym pamiętać.

Na koniec dwa słowa o koledze, który został milionerem. Jakie są jego cechy? Cały czas z pierwszą żoną, przesympatyczną, pracowitą, oszczędną – wzorem prawie biblijnym. Ma wsparcie rodziców i teściów. Nigdy nie nastawiał się na szybki zysk, lecz dorobił się konserwatywnie: nieruchomości, lokaty. Kredyty brał tylko na inwestycje, na niektórych stracił, ale ogólnie wyszedł na spory plus. Nie konsumuje ostentacyjnie, zupełnie nie wygląda na milionera. Nie zarabiał nigdy z pracy gigantycznych pieniędzy. Mnóstwo czyta. I jest po prostu zwykłym facetem, nie wyróżniającym się z tłumu. Podobnie zresztą jak ja.