Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Oszczędzanie – Strona 4 – Oszczędny Milioner

Jak to jest, że w tej dwudziestej gospodarce na świecie młodym ludziom, takim jak my, nie starcza do pierwszego? Odpowiadam za premiera Tuska.

W tym tygodniu na spotkaniu premiera Donalda Tuska, młode aktywistki zrobiły dym, ale przy okazji zadały tytułowe pytanie. Premier wyraził przekonanie, że będzie lepiej, a przez dwa lata nic się nie pogorszyło. Wiadomo, wiec rządzi się swoimi prawami. Czas jednak odpowiedzieć konkretnie na bolączki młodych, bo problem jest realny.

Pełne pytanie.

„Mam 30 lat i minimalne szanse na własne mieszkanie. Być może nie będę mieć męża, z którym będę mogła dzielić kredyt. Nie wiem, czy będę mogła mieć dziecko, bo nie wiem, czy będzie mnie na nie stać. 

– Wiele razy powtórzył pan, że Polska jest dwudziestą gospodarką na świecie. To chcę zapytać, jak to jest, że w tej dwudziestej gospodarce na świecie młodym ludziom, takim jak my, nie starcza do pierwszego? – pytała.”

Kto pytał? Aktywistki klimatyczne – w wieku od 24 lat (Dominika Lasota, ona akurat ma stronę w Wikipedii) do ok. 30 lat.

Pełna odpowiedź oszczędnego milionera:

Powody są trzy: matematyka, polityka prezesa NBP – „leśnego dziadka” Glapińskiego, brak edukacji finansowej. Zacznijmy od pierwszego.

Matematyka czyli dlaczego 30-latka nie ma własnego mieszkania. Odpowiedź znajduje się w tekstach bloga (którego p. Lasota i jej koleżanki z pewnością nie czytały) oraz na lekcji matematyki. Już tłumaczę. Nie znam pytającej, ale odnosząc się do młodego pokolenia (oraz dostępnych informacji o pani Lasocie) zakładam, że:

  1. Miejscem zamieszkania jest pewnie Warszawa lub inne duże miasto (p. Lasota pochodzi z Bydgoszczy a urzęduje w stolicy).
  2. Rodzice nie wyciągną ze słoika 500k.

Krótko mówiąc, sytuacja wielu znajomych moich dzieci (p. Lasota rocznik 2001 jest rówieśniczką najstarszego syna). I teraz, znając te założenia, mogę powiedzieć, że:

  1. Cena mieszkania 500-600k (plus coś na koszty), w przypadku kawalerki może 400-450k.
  2. Skończone studia w wieku 22-24 lata.
  3. Ilość lat pracy do 30-tki – 6-8.
  4. Zarobki młodego pracownika – 4.5k netto.
  5. Obecne koszty życia z wynajmem mieszkania we trójkę – 3k.
  6. Możliwe oszczędności 1,5k/m-c i 18k/rok.

I teraz czas na matematykę. Odkładając 18k/rok uzyskujemy przez 6 lat ok. 108k, a przez 8 lat ok. 144k. Załóżmy, że oszczędności profitują 6%, a mieszkania podrożały za rządów PiS 2-krotnie (też pisałem wiele razy), więc ze zbieraniem może być trudno, ale zostawmy tę zmienną na boku.

Nasza aktywistka musiałaby pożyczyć ok. 450k na mieszkanie 2-pokojowe, przeznaczając część gotówki na meble, opłaty notarialne itp. (110 k wkład własny, 34 k pozostałe opłaty i umeblowanie).

Rata, w takim układzie, wyniosłaby ok. 3100 zł.

Pojawia się więc pytanie, który bank pożyczy, osobie samotnej, przy założeniu: kredyt 450k, singiel, pensja 4500 zł, rata 3100 zł? Żaden.

Maksymalna zdolność kredytowa takiej osoby wynosi ok. 300k. A przypomnijmy, nie jest w stanie więcej odłożyć (max 144k), ani kupić mieszkania za 400k, chyba że będzie to mikokawalerka (czyli lokal użytkowy). Matematyka nie kłamie. Dwie strony równania nie mogą się spotkać. I tu dochodzimy do punktu 2.

Glapa et consortes. Generalnie polityka finansowo-pieniężna PiS. Przypomnijmy – doprowadziła do 100% wzrostu cen mieszkań, na przestrzeni 8 lat, ogromnej inflacji. Obecnie Glapa sztucznie utrzymuje wysokie stopy procentowe, przez co kredyty są praktycznie najdroższe w UE (wyprzedzają nas tylko Węgry). Pozwala się bankom na harce. Dane macie tutaj: https://www.money.pl/gospodarka/polskie-kredyty-hipoteczne-wsrod-najdrozszych-w-ue-polak-nie-ma-wyboru-7206583535151872a.html Skutek? Niższa zdolność kredytowa i wyższe raty. Młodzi – podziękujcie Glapie i jego mocodawcom. Gdyby nie oni, rata nie wynosiłaby 3100 zł lecz 1500 zł (niższe ceny i oprocentowanie jednocześnie).

Gdyby utrzymała się tendencja europejska (i wejście do strefy EURO), nasz młody singiel miałby zdolność kredytową na 450k (+50%). Forowanie różnych programów „Deweloper na swoim” dało gigantyczny wzrost cen, no i właśnie rozjechanie się zdolności oraz cen.

To NBP, bankster Morawiecki doprowadzili do pompowania marży przez banki, drogich obligacji (które opłacają się rentierom, a nie młodym singlom). Projekty rozdawnictwa pieniędzy podniosły inflację, a teraz Glapa planowo sypie piasek w tryby. To nie wina Tuska, on za bardzo nie ma pola manewru.

Glapa zarżnął też program „Mieszkanie+”. Teraz, te budowane na kredyt, lokale uzyskały (w związku z oprocentowaniem) czynsz bliski rynkowemu. No i ludzie znaleźli się w kropce, zwłaszcza jeśli, jak donosiły media płacą 3k w Radomiu i 4k w Krakowie.

Brak edukacji finansowej. Gdyby szkoła, zamiast wymagać wzorów skróconego mnożenia, uczyła rzeczy potrzebnych, całe dwa powyższe punkty nie byłyby potrzebne, a „uzdrowiciele” i „geniusze finansowi” nie mieliby poparcia pow. 50% ludzi (i sporego wśród młodych).

Co jeszcze pokazałaby taka edukacja? Że całe pytanie jest źle postawione. Ponieważ praktycznie w żadnym kraju z 20-tki najbogatszych przeciętny 20-30 latek nie jest w stanie kupić sobie mieszkania w stolicy. Słowami-kluczami są tu „przeciętny” i „stolica”.

Dlatego pretensje do premiera błędnie zaadresowano. Edukacja finansowa, pokazałaby jednocześnie wszystkim 20-30-latkom (a nie tylko tym najgłośniej krzyczącym), że istnieje szereg sposobów, aby ten własny kąt jednak zdobyć:

  1. Odsunięcie się od stolicy. Łuków z ceną 250k za 2-3 pokoje, pozwala zarabiającej i oszczędzającej 30-latce na kredyt. Potrzebuje 130k kredytu, a zdolności ma na więcej.
  2. Pomoc rodziców. Nie mówię tu o zakupie mieszkania w centrum Warszawy, ale wkładzie na poziomie 150k. Co da edukacja? Moje pokolenie nie wiedziało jak i po co zbierać na mieszkanie dla dziecka i większość nie zbierała. Teraz mamy efekty zachłyśnięcia się konsumpcją. Rodzicie mogliby też „podzielić się zdolnością”, no ale już nie każdy chce (albo sam ma jeszcze niespłacony kredyt). Trzeba trąbić – ile kosztuje 30-letnia spłata versus nadpłata i skrócenie okresu do 15 lat (a wtedy 50-latkowie mają czyste hipoteki).
  3. Kasy mieszkaniowe. Dzięki kasie mieszkaniowej kupiłem pierwsze mieszkanie. Preferencja podatkowa, niezłe oprocentowanie, premia, niskie oprocentowanie kredytu. Uczy i zachęca młodych do oszczędności. Teraz mało popularne, mimo że przepisy nadal istnieje. Poświęcę im odrębny wpis.
  4. Szukanie okazji. Pisałem o tym kilka razy. Zakup starego domu i podział go na mieszkania, przebudowa lokali użytkowych, remont starych kamienic, adaptacja poddaszy. Tu trzeba trochę pracy własnej i kombinacji. Nie wystarczy krzyczeć „premierze daj”.

Na koniec problem „nie starcza do pierwszego”. To kłamstwo i piszę o tym z całą odpowiedzialnością. Mój syn, nauczony oszczędności w domu, za mniejszą kwotę we Wrocławiu:

  1. Wynajmuje z dziewczyną mieszkanie (2.4 k + opłaty – w sumie 3k, po 1.5k na głowę).
  2. Utrzymuje się (od mam młodzi dostaną słoiki).
  3. Jeździ małym autem.

Pisałem wielokrotnie – przy cenie w dużym mieście 1.5k za pokój, da się spokojnie żyć z pensji ok. 4-4.5k. Takie dochody uzyskuje większość pracujących dwudziestolatków. Kumple moich synów dostają od rodziców po 1000 zł, resztę muszą dorobić. I dorabiają: Bolt, gastro, sklepy, stypendia naukowe, jakieś prace przy social mediach.

Dlaczego więc aktywistki nie dają rady? Może nie pracują (bo aktywizm to nie praca), albo tylko na pół etatu? To już nie jest problem premiera. Natomiast, gdyby nie działał w trybie wiecowym, zadałby proste pytanie: Gdzie Pani pracuje? Ile zarabia? A potem wytłumaczył jej zależność: pieniądze/praca i jak konstruować budżet. Bo nie każdy ma zamożnych rodziców i odebrał odpowiednią edukację.

Warto te prawdy uświadamiać rządzącym i młodym.

Psychologia kredytu hipotecznego.

Posiadanie bądź nie mieszkania na kredyt stało się w pewnym momencie doświadczeniem pokoleniowym. Kiedy po raz pierwszy ok. 2004-2005 r. hipoteki okazały się dostępniejsze (czytaj: marże rozsądne, a stopy procentowe dość niskie) dzisiejsi sześćdziesięciolatkowie zaczęli kupować nieruchomości posiłkując się pieniędzmi z banku. Efekt?

No właśnie nie da się powiedzieć o jednym, ponieważ problem ma wiele wymiarów.

Teraz piszę o skutkach psychologicznych, zaczynając dodatkowo od siebie. Z żoną braliśmy kredyt hipoteczny aż 4 razy: na mieszkanie w górach (x2), na obecny dom, oraz na dom na wsi, wykupowany na szybko w rodzinie. Żadne z tych zobowiązań już na nas nie ciąży. Nasze doświadczenia okazały się wyłącznie pozytywne – każda nieruchomość zyskiwała na wartości, a przygoda z bankiem trwała od 0,5 roku do 10 lat, przy czym nawet w tym ostatnim przypadku po 3 latach mieliśmy spłacone 75% pożyczonej kwoty. Pamiętajmy, że nie każdy ma takie szczęście.

Popatrzmy na pokolenie millenalsów. W ich przypadku mówiono, że hipoteka to symbol dorosłości. Oczywiście kłamiąc, ale taka narracja panowała dość powszechnie. Co powinniśmy brać pod uwagę zastanawiając się nad celowością takiego zadłużenia?

  1. Czy dobrze zniesiemy stałe obciążenia?
  2. Jak przeżyjemy drastyczny wzrost raty?
  3. Z czego będziemy musieli zrezygnować?
  4. Czy oboje mamy podobne spojrzenie na każdy z tych aspektów?

Przeanalizujmy po kolei możliwe odpowiedzi.

Życie ze stałym obciążeniem

30 lat nie w kij dmuchał. Nawet 20 lat sporo. W tym czasie miesiąc w miesiąc musimy odprowadzić haracz do banku. I to wcale niemały. Średnia kwota kredytu hipotecznego w marcu 2025 wynosiła 460 tys. zł. Daje to ok. 3300 zł raty. Przy średniej pensji ok. 6000 zł netto oraz medianie ok. 5000 zł mamy do czynienia z:

  • 2/3 mediany singla,
  • 1/3 mediany w parze,
  • 55% średniego wynagrodzenia singla,
  • 27% średniego wynagrodzenia pary.

Obciążenie się koniecznością wydania miesiąc w miesiąc powyżej 30% poborów oceniam jako znaczące i wymagające przemyślenia, ponieważ nie każdy dobrze to znosi. Pamiętam, że i nas, pomimo współczynnika pensja/dochody na poziomie 20%, konieczność pozbywania się sporej sumy uwierała jak kamień w bucie. Najciężej tym, którzy „czyszczą się” z całych oszczędności, a ich margines błędu pozostaje niewielki, nawet praktycznie żaden. Utrata pracy przez jedną osobę, czasem tylko drobne zawirowania (np. brak rocznej premii), zmieniają 30% w zupełnie inne liczby.

Cała ta presja inaczej dotyka osoby, lubiące ją i myślące: biorę się do roboty, bo muszę zarobić, a inaczej osobowości z wysokim odczuwalnym lękiem.

No i świadomość 30 lat. Tutaj warto popatrzeć prawdzie w oczy. Pieniądz traci wartość. Kiedy w 2006 r. braliśmy 120 tys. zł kredytu, z ratą 700 zł, była to 1/2 pensji mojej żony i 1/5 mojej. Po 20 latach, ta sama rata stanowiłaby tylko odpowiednio: 1/7 i 1/17 (gdybym nadal pracował na dwóch etatach). Krótko mówiąc – odczuwalne obciążenie znacznie zmniejszyłoby się, gdybyśmy jeszcze trzymali się harmonogramu. Już po dekadzie (2016) zarabiałem ok. 100% więcej, a potem jeszcze prawie podwoiłem dochody.

Podsumowując. Są osoby, które stałe obciążenie znoszą źle. Jednak większość roboty z czasem zrobi inflacja i dług przestanie ciążyć. Przemyślmy to jednak.

Drastyczny wzrost raty

Pamiętacie lata 2021-2022. Wtedy w ciągu roku raty poszły do góry o 100%. Kto płacił 1700 zł, nagle miał 3400 zł, a ten z 3000 zł (znam taki przypadek) już 6000 zł. I to nie w ciągu dekady a jednego roku, co wyklucza praktycznie podwyżki inflacyjne jako sposób radzenia sobie z problemem. Co robić?

Strategie były trzy:

  1. dodatkowe zajęcie (praca, zlecenie), a więc i dochody, które pokryją wydatek,
  2. drastyczne zaciśnięcie pasa,
  3. likwidacja oszczędności/inwestycji i nadpłacenie sporej sumy.

Znam ludzi, którzy dokonali poszczególnych wyborów. I niestety, wszystkie pomysły oznaczać mogą problemy. Dodatkowa praca oznacza mniej czasu dla rodziny (w perspektywie – awantury i rozwód). Zaciśnięcie pasa pamiętamy później jak „siedem lat chudych”, a pozostanie bez oszczędności/inwestycji może się zemścić.

Warto popatrzeć inaczej, żeby nie zwariować. Jak to zrobić rozsądnie? O tym kiedyś napiszę. Natomiast osoby nieprzygotowane, które np. pożyczając sporo (znam przypadek – rata na poziomie 25% łącznych dochodów pary zmieniła się w 50% pensji) przy zerowej rezerwie, poczuły oddech banku na plecach i jego łapę w portfelu. I trzeba mieć to na uwadze. Doświadczenie lat 2021/2022 zaciąży jeszcze na dzieciach tych X-ów i Y-ów.

Rezygnacja

Reklama przedstawia życie na kredycie jako pasmo szczęścia. Nie musisz prosić rodziców, wuja, babci o pożyczkę. Jesteś samodzielny. Odbierasz klucze. Żyjesz na swoim. Tylko fakty pozostają inne. Kredyt=rezygnacja. Pytanie tylko z czego?

Niektórzy wycinają wszystkie przyjemności. Kupują tylko to, co potrzebne. Na jak długo? No cóż, czasem na 10 lat. Dzieci przestają jeździć na wakacje. Dorośli oczywiście też. Nastolatki idą do pracy. Nie zmieniamy samochodów. Nie kupujemy nowej kanapy. Włoski makaron zmieniamy na „made for Biedronka”. Oliwę zastępujemy smalcem. Nowe ubrania – tylko po zdarciu starych. Zero kina, teatru, koncertu. I to, jak wiele razy pisał Bartek – wegetacja. Chyba już wolałbym pójść do dodatkowej pracy.

Ale większość, wcześniej wynajmujących, nie dostrzega drastycznych zmian. Wydatki rosną (np. z 2500 zł do 3300 zł), lecz nie wywracają budżetu. Klucz – sensowna kalkulacja. Nie wybieramy „apartamentu”, na który nas nie stać. Patrzymy, gdzie leży złoty środek.

Podobne spojrzenie na te aspekty

Oj, wszelkie niezgodności to sygnał alarmowy. Bo jeśli jedno boi się długiej raty, a drugie olewa temat. Albo – w razie problemów, facet myśli – najwyżej wezmę nadgodziny, a kobieta chce drastycznie oszczędzać, o kłótnie nietrudno.

A pamiętajmy, niepowodzenia finansowe, obok zdrad, przyczyniają się do rozpadu nawet małżeństw z dłuższym stażem. Przed nami pół życia (30 lat). Wiele może się zdarzyć. Jedno pójdzie w kierunku „kryzysu wieku średniego”, drugie chce nadpłacać.

Siadajmy i rozmawiajmy. Jedno jest pewne – z czasem, przez inflację będzie prościej. Lecz nigdy idealnie. Bo kredyty nie ograniczają swojej roli do stania się wehikułem spełnionych marzeń lecz wpływają także na naszą psychikę. Nie zawsze korzystnie.

Konto spełnionych marzeń. Najlepszy sposób na utrzymanie silnej motywacji do oszczędzania i zarabiania.

Jak nazywamy kogoś, kto stara się odłożyć jak najwięcej, a potem wszystkie oszczędności pcha do materaca lub na konto, żyjąc jak nędzarz i nigdy nie wypłacając? Sknera. To godna współczucia osoba, podobna do Golluma, Smauga i paru jeszcze rzeczywistych lub wymyślonych postaci. Jednym ze sposobów, by się nią nie stać – założyć „Konto spełnionych marzeń”. Czy ono jest?

Celowym rachunkiem oszczędnościowym, z którego musimy wypłacać kasę, na nasze marzenia. Marzeniami mogą być przedmioty lub przeżycia (atrakcje). Jak to działa pokażę na przykładzie.

Marzył mi się własny używany fortepian Steinway’a lub Bechsteina. Odkładałem więc środki z nagród w pracy, nie dla samego odkładania, lecz aby taki fortepian sobie kupić i na nim grać. W dwa lata dałem radę.

Myślałem o Porsche. Część dochodów z firmy lądowało na „Koncie spełnionych marzeń” aż taki wóz stanął pod moim domem.

Sprawdziłem na sobie, takie założenie motywuje nas do cięższej pracy, do oszczędzania, a jednocześnie powstrzymuje przed staniem się sknerą. Rzecz jasna, marzenia mogą i powinny dotyczyć też spełnienia marzeń naszych najbliższych. W ten sposób moja żona dostała wymarzonego Fiata 500, a syn wyjazd do Włoch.

A zatem musimy wykonać trzy kroki: ustalić nasze marzenie i założyć kontro, ustalić w jaki sposób będziemy je zasilać – dodatkowymi zleceniami, nagrodami za wyniki w pracy, zyskami z inwestycji, stałymi kwotami. I trzeci, najtrudniejszy – zrealizować. Jeszcze raz pokażę te kroki w praktyce.

Ustalenie marzenia. Citybreak w Rzymie – kwota 6000 zł (bilety lotnicze, nocleg dla 2 osób, jedzenie, wstępy)

Źródło zasilenia. 100 zł odprowadzane co miesiąc na konto oszczędnościowe (stałe zlecenia) plus 5% od każdej transakcji (tzw. saver – funkcja konta) – ok. 400 zł/m-c. Razem ok. 500 zł/m-c i 6000 zł/rok.

Zrealizowanie. Realizacja planu potrwa chwilę. Ile? Jeżeli plan powiedzie się ok. 1 rok.

A jakie są Wasze marzenia?

Czy stary dom warto ogrzewać piecokominkiem?

Wprawdzie sezon grzewczy powoli się kończy, ale temat „ogrzewanie starego domu” pozostaje nadal aktualny. Obiecałem Beacie, że pociągnę ten temat i … wracam do niego pod koniec marca.

Kto czyta bloga nieco dłużej, ten był świadkiem mojej „antyzduńskiej krucjaty”, albo inaczej „antybzdurnej krucjaty”. Dzisiaj skupię się na pieniądzach czyli core moich publikacji.

Wyobraźmy sobie całkiem specyficzne warunki – stary dom o powierzchni 60 m2 plus ew. drugie tyle poddasza, na dzisiejsze standardy – słabo ocieplony. Widuję coraz więcej takich renowacji, w filmikach na youtube, a i tak się składa, że Beata remontuje podobną nieruchomość. Za cenę wyższego zużycia energii, właściciele rezygnują z ocieplania ścian, zostawiając piękne, często ceglane elewacje i unikając obklejania ich styropianem. Cena? Niestety koszty ogrzewania. Taki dom potrzebuje rocznie 12-20.000 KWh energii cieplnej.

I wtedy wchodzi zdun ubrany na biało. Proponuje „niezmiernie nowoczesny” piecokominek. Co to za byt? Wkład stalowy/żeliwny obudowany kształtkami ze specjalnego betonu, lub szamotem, wermikulitem itp. a obłożony kaflami. Do tego ma często ławę (coś w rodzaju babcinego zapiecka), ścianę akumulacyjną itp. Reklamuje go często albo wzbudzający zaufanie potężny, wąsaty starszy zdun, albo wręcz przeciwnie sympatyczny młodzian. Opowiada ze swadą, odwołując się do doświadczeń pokolenia 40+ z czasów wakacji spędzanych u babci na wsi. Rzuca przy tym kilka liczb. Człowiekowi z umysłem chociaż trochę ścisłym, dają one do myślenia. Na koniec, nie bez przyczyny, pada cena. My od niej zaczniemy.

Bierzemy na tapet mały piecokominek – jego koszt 30.000 zł. Stawiamy go sobie w pokoju. We wkładzie pali się szybko i intensywnie, ale krótko. W okresie przejściowym (jesienno-wiosennym) raz dziennie. W ostrą zimę – 2 razy. W każdym przypadku wkładamy pełen ładunek – 16 kg drewna. Według deklaracji zduna, nagrzewamy spaliny do 700 st. C, na wyjściu mają 150 st. C. Ma to oznaczać doskonały odbiór ciepła przez wkłady akumulacyjne i wysoką sprawność (stosunek energii cieplnej uzyskanej z drewna do wypromieniowanej do pomieszczenia). Brzmi świetnie, a realia? 16 kg drewna to ok. 70 KWh energii przy 100% sprawności. Niech nasz piecokominek ma ją na poziomie nierealnie wręcz wysokim – 90% (różnica temperatury wejście-wyjście, wskazuje raczej na 80%, ale uwierzmy zdunom). W efekcie uzyskujemy 61 KWh energii na cały dzień lub 122 KWh w zimny dzień (palimy dwa razy, 32 kg). Moc paleniska – 30 KWh (skoro spala wsad w dwie godziny), ale całego piecokominka (tam nie można dokładać bo temperatura rozsadzi instalację) – jakieś 3-5 KWh (bo oddaje średnio 3 KWh, najpierw mało – duża bezwładność, po nagrzaniu intensywnie – 6 KWh, a stygnąc coraz mniej). Żadnych marzeń Panowie – jak mawiał pewien car, to nie jest perpetuum mobile zdolne ogrzać cały stary dom. Teoretycznie – niby tak (ok. 15.000 KWh), ale praktycznie – stojąc i grzejąc może da radę poradzić sobie z samym parterem, o ile faktycznie będzie miał 60 m2 i składał się z pokoju dziennego, kuchni i łazienki. Natomiast z górą (poddaszem) – no way, ruchu powietrza tak nie wymusimy, żeby rozeszło się jeszcze do dwóch zamkniętych sypialni i łazienki. Taki mały piecokominek, nada się świetnie do ogrzania niewielkiej parterowej chaty, jaką znamy ze wsi (biała izba, czarna izba – kuchnia, komora – przerobiona na łazienkę). Tam może się fajnie sprawdzić, bo oddaje ciepło w dłuższym okresie i to w przyjemny sposób. Ale ta cena. Zaczęliśmy od niej to i skończymy – 30.000 zł. Za takie pieniądze na powierzchni 60 m2 i 3 pomieszczeń, możemy mieć:

  • piec gazowy z 3 grzejnikami i jeszcze zostanie nam połowa kasy – 15 tys. zł,
  • niewielki kominek o mocy 10 KWh z płaszczem wodnym i grzejnikami – 20 tys. zł,
  • dwa małe klimatyzatory z funkcją grzania (7 KWh) – za 9 tys. zł (zostanie nam 21 tys. zł).

Sporo alternatyw. A jak wyjdzie kosztowo?

Piec gazowy spala paliwo o cenie ok. 0,45 zł/KWh (sprawność 90%), a kominki/piecokominki – 0,2 zł/KWh (sprawność 80%). Rocznie na piecokominku oszczędzimy 3800 zł. Zwrot piecokominka – 4 lata. Brzmi obiecująco.

Niewielki kominek z płaszczem wodnym zadziała dokładnie tak samo jak piecokominek, jeśli chodzi o sprawność. Nie słuchajmy opowieści zduna, jak wermikulit plus kafle cudownie zatrzymają energię, która nie uleci w komin. Równie dobrze zrobi to płaszcz wodny, zasobnik i grzejniki – a rozprowadzą ciepło równomiernie. Dlaczego? Ponieważ spalanie zachodzi mniej intensywnie i różnica temperatur palenisko-komin wychodzi dokładnie taka sama. Czyli – mamy te same koszty eksploatacji, a niższy o 1/3 koszt zakupu. Czy to dobra cena za wygląd kafli? Na pewno nie na płaszczyźnie rozumu.

Teraz klimatyzatory. Jeśli skorzystamy z dopłat (niech będzie 50%) plus tyle samo na fotowoltaikę, inwestycja realnie będzie nas kosztować 12 tys. zł. Koszt eksploatacji – 0,3 zł/KWh. W efekcie tracimy rocznie 1500 zł. Piecokominek zwróci nam się po 10 latach i musimy codziennie palić. Wybrałbym klimę lub kominek z płaszczem wodnym.

Ale na tym jeszcze nie koniec. Taki piecokominek waży co najmniej 750 kg i wymaga fundamentu. W starej chacie – zrywania podłogi lub wyrzucenia istniejącego pieca. Wkład kominkowy z wodą – mniej niż połowę. 2 klimatyzatory- 40 kg i wieszamy je na ścianie. Zupełnie bez sensu zatrudniać zduna.

A może być jeszcze drożej. Wypaśne konstrukcje z fikuśnymi kaflami, jakąś ścianą akumulacyjną kosztują 50.000 zl. I nadal nie ogrzeją poddasza (a na nim nie postawimy drugiego 750 kg piecokominka, bo nie ma miejsca na fundament).

A argument ad babcium? No cóż – typowe granie na emocjach. Po pierwsze – wtedy alternatyw (piec gazowy, kominek z płaszczem, klima) nie było, a kafle wychodziły taniej. Po drugie – grzano w ten sposób małe chaty (albo piece stawiano w większej liczbie). Po trzecie – tolerowano niższe temperatury i drewno zdobywano za darmo.

Oszustwo „instagramowego życia”.

W lecie tego roku Noizz.pl, odwiedzane przeze mnie z uwagi na serię „Ruinersi” (opowieści o ludziach, którzy kupili stare domy i przeprowadzili remont) rozpoczęła nowy cykl – historie emigrantów. Bazowały one często na stałym schemacie: wyjazd na studia, miłość do obcokrajowca, początkowe trudności, szczęśliwe zakończenia i własny biznes na miejscu. Jednocześnie odnośnik do bohatera odcinka, a w zasadzie jego biznesu (organizacja wakacji dla Polaków, szukanie im nieruchomości na miejscu).

Nie byłaby to rzecz warta wzmianki, gdyby nie konwencja „instagramowego oszustwa”, a więc skupiania się na „sukcesie”, a pomijania realności scenariusza (kosztów, źródeł finansowania). Osobiście, staram się tępić taką metodę opisu cudzego i własnego życia, ponieważ tworzy fałszywy obraz świata. A ten skusi naśladowców, podejmujących decyzje bez świadomości możliwych kłopotów.

Pierwszy przykład. Polka poznaje Francuza, wyjeżdża do Prowansji, nie znając języka, rejestruje się jako bezrobotna, dostaje za darmo kurs francuskiego oraz 700 E stypendium. Mieszka z rodzicami wybranka, nie znającymi z kolei angielskiego, ale przyjmującymi ją z otwartymi rękami. W ogóle wszyscy są mili i przyjemni, krajobrazy piękne, jedzenie smaczne i tańsze niż w Polsce (sic!). Już ta część historii wydaje się nazbyt optymistyczna, albo wręcz nieprawdziwa. W Prowansji tańsze mogą być wybrane lokalne produkty żywnościowe i tylko w sezonie, który tam przypada wcześniej (czyli np. truskawki albo czereśnie w kwietniu). Podobnie jest we Włoszech – taniej kupimy oliwę, kawę w knajpie i… koniec. Gdyby na tym się skończyło, jeszcze można wybaczyć różowe okulary, natomiast to dopiero początek. Potem pojawiają się filtrowane zdjęcia pensjonatu Polki, wybudowanego na miejscu. I stawiamy sobie pytania? Jak ktoś, kto zarabia 700 E (potem może 1500 E) jest w stanie zbudować dom? Oczywiste będzie, że przyczyny mogą być dwie, a artykuł o nich milczy:

  1. dziewczyna przywiozła kasę z Polski (i raczej powyżej 250k Euro, może i 2 razy tyle),
  2. wszystko sfinansowali partner lub jego rodzice, czyli dom nie należy do Polki.

I na tym można zakończyć. Mówimy o scenariuszu nierealnym dla większości emigrantów, ewentualnie o pakowaniu się w kłopoty. Sam znam dziewczynę, która pojechała na wycieczkę, poznała starszego o dekadę Włocha, pomagała mu w knajpie (taki sam raj), a po 15 latach wyrzucił ją z domu z niczym (wypłacił nawet wspólne oszczędności z konta). Wróciła do Polski po 40-tce, bez prawa wykonywania zawodu (nie miała szkoleń, za to długą przerwę), oszczędności, znajomości itp. Próbowała jakiś interesów (import wina), ale wyłożyła się na braku kapitału i doświadczenia. I tak wygląda rzeczywistość bez lukrowania. Oczywiście pewnej liczbie może się udać (jak zawsze), inni przebiją się ciężką pracą, ale emigracja nie stanowi (i nigdy nie stanowiła – wystarczy poczytać Gombrowicza czy Marai) lekkiego chleba. Instagram o tym nie wspomina.

Czy stać Cię, żeby nie mieć własnych owoców?

Mnie nie, stąd ten wpis. Człowiek powinien zjadać dziennie 100g owoców oraz 300 g warzyw (wg WHO). Daje to ok. 3 kg owoców na miesiąc i 36 kg rocznie. Zalecenia dietetyków, każą tę ilość pomnożyć przez 3 (do 108 kg/osobę rok). Przy tegorocznych cenach w sklepach (jabłka 4-5 zł, maliny i borówki amerykańskie 30 zł, truskawki 10 zł, czereśnie 20 zł) koszt wyniesie średnio 10 zł/kg, czyli 90 zł/miesiąc/osoba (słucham dietetyków, nie WHO, bo 100g to pół niewielkiego jabłka). Przy czteroosobowej rodzinie wydamy 270 zł miesięcznie, tylko na owoce. Sporo.

Dlatego uznałem, że znacznie lepiej mieć swoje. Wybieram przy tym gatunki droższe (maliny, truskawki, borówki, czereśnie, orzechy), dokupujemy jabłka (znacznie taniej niż w sklepie) i banany (tych, na razie, wyprodukować nie mogę). Od czerwca do września, czyli przez 1/3 roku nie widzę powodu, żeby robić owocowe zakupy. W pozostałych miesiącach, radzimy sobie częściowo właśnie jabłkami/bananami a częściowo przetworami (dżemy, konfitury).

Docelowo pragnę pokryć zapotrzebowanie owocowe na 80-90% roku (lub więcej, przy zmniejszonej konsumpcji). Służyć temu będzie dosadzenie nowych drzew/krzewów i lepsze wykorzystanie istniejących. Wzdłuż drogi pojawi się szpaler winogron deserowych, pod orzechami – czarne porzeczki (orzech wydziela substancje, których inne krzewy nie lubią), wykarczuję wszystkie żywotniki (popularne tuje- czyli chwasty), zastępując każdą z nich drzewkiem owocowym (plenne śliwki, grusze, wiśnie).

Jak przygotować się do emerytury? IKZE, IKE, PPK.

Jeden z wpisów „emerytalnych” zakończyłem mało optymistyczną konkluzją. 70% dzisiejszych trzydziestolatków i młodszych dostanie emeryturę netto w wysokości 1600 zł (wg dzisiejszej wartości pieniądza). Mówię przy tym o ludziach zarabiających przed odejściem z pracy ok. 6000 zł netto czyli do 120% średniej krajowej.

Dla większości, jedną opcją podniesienia sobie dochodów (już dziś robią to 60-latkowie), pozostaje dłuższa praca. Odradzam. Nikt nie jest wieczny, a zdrowie nie zawsze dopisuje. Lepiej podjąć inne kroki. Najprostszym i podstawowym pozostaje uzbieranie sobie dodatkowych, prywatnych pieniędzy. Służą temu programy emerytalne.

Pierwszy i zasadniczy – PPK. Reklamuję go na blogu, sam przystąpiłem. Dlaczego? Ponieważ nieodczuwalne potrącenie 2% miesięcznej pensji, może dać niezłe wyniki. Najpierw dlatego, że kolejne 1,5% naszych poborów dopłaca pracodawca, parę złotych dorzuca też państwo. Mamy do czynienia nie tylko z pracującymi oszczędnościami, ale i sporym bonusem. Efekt?

Dla kogoś, kto zarabia przeciętne wynagrodzenie i zbiera na PPK przez 35 lat, prognozowana wypłata wg cen obecnych wyniesie 1200 zł netto czyli 75% państwowej emerytury przez 20 lat. Pokazuję Wam w ten sposób, jak działa ZUS. Zabiera 20% wynagrodzenia przez 35-45 lat, żeby wypłacić 1600 zł dożywotnio (może rok, a może 35 lat), a na rynku (przy stopie zwrotu na poziomie 3,5% netto) dostaniemy 1200 zł za 3,5%, przez gwarantowane 20 lat. Dodając ZUS i PPK mamy już 2800 zł/osobę. Ten mechanizm działa tak korzystnie, gdy masz na oszczędzanie 45 lat. Przez 20 lat, dostaniesz wypłatę…. 500 zł netto.

Drugą możliwą opcję stanowi IKZE. Pozwala ona uzyskać ulgę podatkową od inwestowanych środków (w moim przypadku zwrot 32%), a potem płacimy podatek ryczałtowy 10%. Jak to wygląda? Załóżmy odkładanie 200 zł miesięcznie przez odpowiednio 40, 30, 20 lat, co odpowiada dzisiejszemu mężczyźnie w wieku: 25, 35, 45 lat i kobiecie o 5 lat starszej. Wypłacamy wszystko w 65. r. ż., a zysk 5,5% netto (odpowiada dzisiaj obligacjom skarbowym lub kontom oszczędnościowym).

Zbierzemy (w cenach dzisiejszych):

  • przez 40 lat – 300 tys. zł (wpłata 120 tys. zł),
  • przez 30 lat – 210 tys. zł (wpłata 90 tys. zł),
  • przez 20 lat – 100 tys. zł (wpłata 60 tys. zł).

Wypłacając sobie te oszczędności zgodnie z regułą 4% mamy miesięcznie:

  • po 40 latach – 1000 zł,
  • po 30 latach – 650 zł,
  • po 20 latach – 500 zł.

IKE. Działa trochę inaczej. Nie dostajemy ulgi podatkowej, ale za to wypłaty zwolnione są z podatku. Oznacza to, przy kolejnych 250 zł wpłaty, prywatną emeryturę (do śmierci):

  • po 40 latach oszczędzania – 1100 zł,
  • po 30 latach oszczędzania 700 zł,
  • po 20 latach oszczędzania 550 zł.

A zatem zarabiając przeciętnie (tj. 5000 zł netto miesięcznie), odkładając:

  • 150 zł na PPK,
  • 250 zł na IKZE,
  • 250 zł na IKE,

dostaniemy następującą prywatną emeryturę (PPK przez 20 lat od średniej pensji ):

  • po 40 latach oszczędzania – 3500 zł (1400+1000+1100),
  • po 30 latach oszczędzania – 2250 zł (900+700+650),
  • po 20 latach – 1650 zł (500+550+500).

Nawet w tej ostatniej wersji – kwota równa się państwowej emeryturze. Tylko składki wynoszą 650 zł/m-c, a nie (z kosztami pracodawcy) 20% wynagrodzenia brutto (czyli przy 8500 zł – 1700 zł).

Nieruchomości czy obligacje? Perspektywa na najbliższe 2-3 lata.

Stara mądrość mówi – na obligacjach nie da się dorobić. Czy aby na pewno? Co znaczy dla Ciebie „dorobienie się”.

Ekonomia ostatnich 30 lat pokazuje nam w Polsce dwa trendy – rosnące skokowo (chociaż nierównomiernie) ceny mieszkań oraz spadek opłacalności lokat czy obligacji, w związku ze obniżaniem inflacji. PiS swoją szaleńczą polityką rozdawnictwa namieszał i…. może stworzył szansę na inwestycję w obligacje. Przecież był taki czas, wcale niekrótki (lata 70-te i do połowy 80-tych w USA), gdy papiery dłużne były „hot”, a akcje przynosiły straty. Dzisiaj o akcjach pisać nie będę, ale porównam nieruchomości z obligacjami.

Wyobraźmy sobie, że dzisiaj kupujemy nieruchomość w nowym budynku w centrum dużego miasta. Trafiamy niezłą cenę – 18 tys. zł z wykończeniem za m2. Dwa pokoje (55 m2) kosztują 990.000 zł. Jeśli wynajmiemy, uzyskamy może 50 tys. zł brutto/rok. Odejmując niewysoki podatek (8,5% ), jakieś koszty (niech będzie 6000 zł/rok), odkładając na remont (za 100.000 zł co 15 lat – kolejne 6600 zł). Razem tych kosztów mamy 16.850 zł i to przy założeniu sensownego najemcy i braku opłat za obsługę najmu oraz, co ważne, 100% wynajęcia. Zysk netto: 33.150 zł czyli 3,3%/rok. Na jakie ryzyka napotykamy? Dewastacje, niepłacący lokator, pustostan (oczekiwanie na kolejnego najemcę), kryzys, który uniemożliwi osiąganie takich cen najmu. W efekcie nie zyskujemy ponad obecną inflację. To jest nasz rzeczywisty zysk. Możemy liczyć na wzrost wartości, ale któż to wie. Może przez kolejne 10 lat ceny staną, jak to już było pomiędzy 2008 i 2017 r.? Albo wzrost osiągnie te 10-20%, jak w latach 2018-2024 i wygramy?

Obligacje skarbowe dzisiaj dają prawie pewne 5,18%, no i ponad inflację. Ryzyka – niewielkie. Chodzenia koło tego – tyle co nic. A może spójrzmy w stronę papierów korporacyjnych? 8,39% netto. Praktycznie pewne (bardziej niż czynsz od konkretnego najemcy, a tym bardziej wzrost wartości). Może nie czeka nas 10 lat obligacyjnego eldorado, ale decyzję podejmujemy na 3-4 lata. Stąd moje rozkminy. Osobiście muszę dywersyfikować portfel, więc rozsądne będzie częściowe odejście od nieruchomości na rzecz obligacji. To już się dzieje.

Trzy samochody i koszty z ostatniego roku. Porównanie, z tym co było.

W 2021 r. przejechałem posiadanymi samochodami (Porsche, Fiat 500, Skoda Kamiq) 27.000 km. Kosztowało mnie to wszystko:

  • leasing – 9000 zł,
  • ubezpieczenia – 2900 zł,
  • naprawy i przeglądy – 3200 zł,
  • paliwo (wg obecnych cen) – 10.200 zł.

Razem: 25.300 zł tj. średnio 2100 zł miesięcznie.

W ostatnich 12 miesiącach wszystko wyglądało inaczej. Flota zmieniła się (Hilux, 500c, Kona, Giulietta pod koniec tylko te 3). Spadł przebieg do 21.000 km. Koszt okazał się sporo mniejszy:

  • ubezpieczenia – 1600 zł,
  • naprawy, opony i przeglądy – 3000 zł,
  • paliwo (wg obecnych cen) – 5200 zł.

Razem – 9800 zł tj. średnio 770 zł.

Na przestrzeni 3 lat zredukowałem koszty posiadanych samochodów o blisko 2/3. Całkiem nieźle.

Chłopska dieta… w mieście. Koszt.

W lipcu trochę pisałem o chłopskiej diecie. Jej głównymi składnikami były: mąka, mleko, ziemniaki w późniejszych okresach – jajka, tłuszcze (smalec, słonina) oraz pewne ilości mięsa. Często dodawano wszystko to, co wyrosło w ogrodzie – owoce, warzywa. W lipcu żyłem „po chłopsku” na wsi. Sierpień wydaje się idealnym czasem na chłopską dietę w mieście.

Jadłospis w zasadzie się nie zmienia. Różnica jedna – większość trzeba kupić. W lecie – łatwo i tanio, w zimie – drogo i trudno, stąd przydadzą się przetwory. Decyduje się iść w tym kierunku.

Spróbujmy ułożyć przykładowy jadłospis i obliczyć jego koszt.

Śniadanie – zupa mleczna z kluskami (zamiennie ryżem, gryką)/podpłomyk z pomidorami,

II Śniadanie – chleb ze smalcem i ogórkiem,

Obiad – Kluski z serem i skwarkami/placki z cukinii/ziemniaki ze skwarkami,

Podwieczorek – jogurt domowy z owocami,

Kolacja – chleb ze smalcem.

Teraz składniki – dla jednej osoby:

  • mleko 0,45 l = 1,5 zł,
  • mąka 0,4 kg = 1 zł,
  • 1 jajko – 1 zł,
  • smalec 0,1 kg – 1 zł,
  • owoce i warzywa (do jogurtu i na przekąskę 0,4 kg) – 3,2 zł.
  • Razem: 7,7 zł.

Zszokowała Was ta kwota? Jeśli dodamy jakąś kawę (0,8 zł szt), herbatę (0,5 zł/torebka) i wyjdzie pewnie z 10 zł dzień, co daje 300 zł/m-c.

A kalorycznie? Mąka 1400, smalec 600 mleko, 180, jajko 150, owoce 100. W sumie 2430. Całkiem nieźle. Gdyby dorzucić jeszcze trochę owoców/warzyw, wyszłoby idealnie.

Teraz zastanawiacie się, jak to możliwe, że ludzie w mieście wydają 1000 zł/jedzenie/osobę? Odpowiedź brzmi prosto – ponieważ nie jedzą po chłopsku. Potrawy mączne zastąpiliśmy mięsem (widziałem badania 1,5 kg mięsa miesięcznie), nie jemy podpłomyków (koszt produktu – 40gr za 150g, tylko kupiony chleb, czasem w cenie 5 razy wyższej), kluski/ziemniaki (4 zł/kg) zastąpiliśmy ryżem w torebkach (10 zł/kg), a przede wszystkim coraz więcej w naszej diecie potraw przetworzonych. Ceny za pizzę już podawałem, frytki (porcja 300g za 9 zł, nijak ma się do ceny produktu 4 zł/kg ziemniaków), piwo w barze kosztuje kilkanaście złotych, a w sklepie 4 zł. Do tego gotując w domu mamy kontrolę nad całym procesem – ile tłuszczu użyliśmy (i jakiego), ile cukru, soli, a u kogoś, no cóż, nie wiemy.

Dlatego proponuję wrócić do korzeni, będzie i zdrowiej, i taniej.