Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Oszczędny Milioner – Strona 15 – Oszczędny Milioner

Pomiędzy biedą a zamożnością. Czy da się wyrwać z zaklętego kręgu klasy niższej?

Jeszcze 10 lat temu udzieliłbym odpowiedzi zdecydowanie twierdzącej. Teraz, po tych wszystkich zmianach na świecie (od cyfryzacji i amerykanizacji usług do wojny za progiemn) jestem bardziej ostrożny. Skoro autorytarni populiści doszli do władzy w 1/4 krajów Europy, a szykują się na kolejne, przyszłość nie wygląda wesoło.

Dla osób urodzonych w gorszych warunkach, bez wsparcia rodziców, nastały ciężkie czasy. Znacznie trudniej niż przed 1-2 dekadami spełnić „polski sen” (domek na przedmieściu dużego miasta, albo chociaż 3-pokojowe mieszkanie + dobre auto + dwójka dzieci + pies). Z kilku powodów.

Populiści rządzący Polską przez 8 lat doprowadzili do sytuacji, w której wartość pieniądza zanurkowała. Ich następcy patrzą na sondaże i płacą coraz większe odsetki od długu. Nieruchomości podrożały drastycznie (ponad 100%), podobnie jak większość usług (od prywatnego szkolnictwa, przez leczenie aż do budowlanki). Nawet chleb jest 3 razy droższy. Samochody, tylko 100%. Co robić?

Rada 1. Nie dać się unieść fali. Współczesny konsumpcjonizm, kulturę nadmiaru porównamy do fali morskiej. Im wyższa, szersza, dłuższa, tym trudniej się przed nią obronić. Jeden upadek pociąga za sobą następne. Wokół wszyscy żyją podobnie.

A tu właśnie trzeba inaczej. Stosować stare zasady naszych babć. Zostać trochę z tyłu. Prowadzić budżet, starać się kupować lokalnie, rzeczy dobrej jakości za rozsądną cenę. W barterze, za gotówkę. Raczej kupić i przeczytać książkę niż karmić cyfrowego molocha Netflix+Meta+…. . Nie wyrzucać lecz reperować. Postawić na więzi, małe społeczności, a nie na odległych cyfrowych znajomych. Odrzucić „wygodny” najem albo „współdzielenie” na rzecz własności.

I codziennie oddalać się od Matrixa. Takie działania łatwiej podjąć klasie średniej, ponieważ w domach dostali solidną edukację, o skutkach odroczenia przyjemności doskonale wiedzą. Rozumieją skutki wszelkich konsumpcyjnych szaleństw od znajomości z Tindera, aż po 1 mln kredyty na kawalerkę w centrum Warszawy czy Sopocie.

Rada 2. Wybrać odpowiednie miejsce do życia. Mega ważna decyzja – gdzie osiądziemy. Każda lokacja ma wady i zalety. Pytanie, które przeważą. Na blogu proponuję wybranie wsi czy niewielkiego miasta zamiast aglomeracji. Tak po prostu żyje się łatwiej i nie ma takiej presji jak w Big Five. Brakuje też wielu atrakcji.

Pokolenie 50+ wybrało drogę z małych miast do stolicy. Wielu udało się zapuścić korzenie i stworzyć dobre podstawy bytu. Zakorzenić się. Ale z czasem stawało się to trudniejszym. Patrzę np. na rodzinę – pracowniczka służb społecznych + mąż-ekonomista. 3 pokoje na kredyt – Białołęka. Dojazdy do pracy. Męka korków. Ich syn, niespełna trzydziestolatek, wybrał przeprowadzkę do rodziny żony na południowe Podlasie. Pracuje jako kucharz w niewielkiej knajpie. Ona gdzieś w handlu. Pensyjki skromne, ale i wydatki niewielkie. No i spokojne życie. Dzieci z babcią, dziadkowie oddali młodym piętro w domu. Win-win.

I ludzie z klasy niższej mogą iść tą drogą. Często idą. Wyobraź sobie kierowcę rozwożącego pieczywo małym busem. Ile zarobi? 4-5k, pewnie dokładnie tyle. Czy utrzyma się w dużym mieście z czynszem najmu 3k i żoną na minimalnej? Sądzę, że będzie trudno. A u dziadków na wsi? Bez problemu. Tu nawet żona może nie pracować. Coś dołoży państwo, jedzenie rośnie w ogrodzie (nie samo, wymaga sporo pracy). Nie trzeba „weekendowego resetu”, bo i po czym. Koszty domu rozkładają się na dwie rodziny, więc wychodzi sporo taniej niż w mieście. A nadwyżki pozwalają na inwestycje.

I teraz uwaga – nie słuchać mnie ślepo, tylko liczyć. Oświetleniowiec eventowy potrzebuje miasta, ale już stolarz – absolutnie nie. Tak samo w klasie średniej.

Rada 3. Oszczędzać i inwestować. Przejście z klasy do klasy nie koncentruje się na pensji. Złotówki nie są znaczone. Czy lepiej mieć wysoką pensję czy dochód z inwestycji? No chyba jednak inwestycje i kapitał pewniejsze. Zwłaszcza w klasie niższej.

Ale inwestując, należy uważać, żeby nie popaść w dwa skrajne błędy, o których opowiadają „Pamiętniki włościan”. Pierwszy – kupowanie drogo (zły timing), co obniża stopę zwrotu, drugi – nadmierna ostrożność. Chłop sprzed stu lat miał dwie opcje: ziemia i złoto. Ziemia dawała mu chleb i poważanie. Tylko przy takich cenach + kredycie, znalazł się dokładnie w tym samym miejscu w jakim był korposzczur kupujący w 2007 r. 5 mieszkań inwestycyjnie na kredyt we frankach. Po załamaniu zabrakło mu płynności i gotówki na raty. Wtedy Żyd (a współcześnie bank), zabierał „inwestycję”.

A duża ostrożność? No cóż, trzeba kupować w dołku. Tylko tak zrobić najtrudniej. Nikt się nie spiera, że lepiej było kupić w 1933 r., niż w 1927 r., ale kto tak robił? Bo w dołku panuje strach. Zwłaszcza w gromadzie i wśród ludzi, którzy myślą grupowo.

Rada 4. Wybierać wykształcenie, które da lepszą pensję.

Przez wieki były to studia. Teraz niekoniecznie. Znam dwie przyjaciółki. Jedna skończyła szkołę, potem studia, poszła do urzędu na pensję (obecnie) 6-7k. Druga skończyła technikum gastronomiczne i otworzyła biznes turystyczny. Dzisiaj zarabia 30-40k/m-c. Obie startowały z tego samego punktu. Obie równie pracowite. Zdecydowało wykształcenie – wyższe wcale nie stało się przepustką do zamożności.

I mógłbym przykłady mnożyć. Dzisiaj na moim dachu siedzi blacharz. Popracuje 2 dni i zarobi 3k na czysto (1,5k dniówki). Przy 22 dniowym miesiącu pracy – 33k. Przy 15-dniowym – 22k. Nie martwi się niczym, poza złą pogodą i awarią busa. I teraz porównaj jego sytuację i możliwości z pracownikiem korpo zarabiającym 10k netto miesięcznie, którego dzienna stawka wynosi 0,5k dziennie. Jaki sens kończyć, przykładowo ekonomię, poświęcać kasę, uczyć się do 24 r.ż , żeby zarabiać 3 razy mniej niż gość, kończący edukację w wieku 16 lat i jako 20-latek posiada praktykę? Żaden. Podobnie jak praca za 33k jako blacharz po skończeniu ekonomii.

Dlatego, poza niewątpliwymi zaletami socjoekonomicznymi (np. postrzegania oczekiwań jako rodzica w szkole) oraz pracą w cieple, trudno mi znaleźć argumenty do pracy za 1/3 stawki po poświęceniu na naukę 8 dodatkowych lat. Dodatkowo, przedstawiciel klasy niższej będzie zmagał się w korpo z ciągłym brakiem kapitału kulturowego. Wybiją się jednostki, a my mówimy o szansach statystycznych.

Dlatego przeciętnie – lepiej zostać blacharzem za 22k/m-c i pracować 3-4 dni/tydzień niż zarabiać 10k przez 5 dni i jeszcze czekać na łaskawy urlop. A zwłaszcza gdy mamy zdrowie i predyspozycje do takiej pracy.

Rada 5. Pracować. Blacharz, żeby coś zarobić, musi pracować. Korposzczur może markować pracę. I tu też tkwi różnica. Rzemieślnik-partacz, wiecznie nawalony bumelant szybko zostanie zweryfikowany przez rynek.

Dlatego, wydostając się z klasy niższej, trzeba ciężko pracować. Na pocieszenie – podobnie jest z przejściem do wyższej. O ile nie wygramy w Lotto (ale to już temat na inną opowieść).

Stosując się do tych pięciu rad człowiek z klasy niższej ma szansę dostać się do średniej. I tego wszystkim życzę.

Anty-samowystarczalność. Jeszcze o idei, która jest mi obca.

Dzisiaj publikuję poświąteczną refleksję, przygotowaną wstępnie w grudniu 2025r. Dwa powidoki tego, jako obecnie wygląda przygotowanie potraw i do czego wszystko zmierza.

Obraz 1. Wigilia w pracy. Mała grupa pracowników mojego działu organizuje sobie co roku drobne przyjęcie przed-Wigilijne. Każdy przynosi coś swojego. Dokupowano tylko napoje, chleb, łososia. Tak było jeszcze w zeszłym roku. Trochę zmienił się skład i … szeroko otworzyłem oczy. Do grupy doszły ostatnio 4 młodsze ode mnie o ponad dekadę, ale i starsi zmienili zwyczaje. Dlatego:

  1. Większość produktów (połowa ciast, barszcz, pierogi, sałatki) pochodziła ze sklepu lub garmażerki.
  2. Barszczu Krakusa w kartonie nie udało się nawet podać (wystrzelił w kuchence mikrofalowej).
  3. Dzięki żonie byłem jedyną osobą, która przyniosła wyłącznie dania domowe (każdy miał listę z 2 „potrawami”). W przypadku kumpla, świeżego rozwodnika, nie dziwił asortyment „chleb+łosoś wędzony”, ale już nasz rówieśnice z pierogami z garmażerki nieco mnie zszokowały.

Żeby nie było, podobnie miała moja żona. Na 6 osób, tylko ona przyniosła „swojskie”. Królowały: Biedronka + garmażerka.

Obraz 2. Cennik dań wigilijnych. W sobotę, 27.12. poszliśmy z psem na spacer i uzupełnić zapasy pieczywa. Ja zostałem z kundlem, a żona zeszła do piekarni. Nudząc się, czytałem menu, zlokalizowanej blisko lubelskiego Mordoru garmażerki. I oczy wychodziły mi z orbit:

  • uszka – 150 zł/kg,
  • śledź w oleju – 65 zł/kg,
  • pierogi z kapustą – 45 zł/kg.

Więcej nie zapamiętałem.

I teraz refleksja. Kiedy zmienił się świat? Czy ja coś przegapiłem? Ludzie serio zapraszają rodzinę i serwują im uszka ze sklepu, ani nie potrafią zrobić śledzia w oleju? No właśnie, nie potrafią, czy idą po linii najmniejszego oporu? Nie chce im się. W dobie programów kulinarnych, internetu, kiedy prawie każda gospodyni z klasy średniej ma Thermomix-a lub przynajmniej Lidlomix-a?

Drugą stroną pozostaje cena. Przecież śledzie kosztują 40 zł w detalu. Do tego olej – kilkanaście. W przypadku uszek przebitka wychodzi jeszcze większa (połowa mąka – 2 zł/kg, reszta woda, sól, jajko, grzyby – najdroższe może 50 zł/kg).

W tym wszystkim gdzieś gubi się magia spotkań z rodziną. To już jest kompletna anty-amowystarczalność. Sklep/buda z żarciem dostarcza nawet potrawy na Wigilię do biur i do domów. Kupujemy wszystko, płacąc za to drożej niż kiedyś. Wymiana sąsiedzkich przysług gwarantowała brak podatków. Uszka kosztują 150 zł/kg (koszt produktu 30zł/kg, a przy samodzielnym zbiorze grzybów 5 zł/kg) ponieważ:

  • trzeba zapłacić pracownikom, ich pensje, ZUS, NFZ, PIT,
  • właściciel lokalu domaga się czynszu, elektrownia, spółka wodno-ściekowa, śmieciarze też wezmą swoje,
  • na koniec własne podatki i składki przedsiębiorcy.

Kiedyś wystarczyła babcia, ciotka, sąsiadka, której dostarczono „na wymianę” coś innego, albo zwyczajnie przyjęcie składkowe.

Chwilę później czytałem „Five acres and Independence” i „Living a good life” i przeniosłem się do innej epoki.

Ile pali elektryk stojący w korku. Czy faktycznie wizja zamarznięcia rozsiewana przez media jest prawdziwa?

Przed Sylwestrem „zima znowu zaskoczyła drogowców” i ludzi utknęli na S7 na kilka godzin. Stali w korku spowodowanym awariami ciężarówek. Media podchwyciły temat, pisząc „Armageddon” oraz „Wyobraźcie sobie, że stoicie tu elektrykiem”. Ile jest prawdy w takim straszeniu?

Zrobiłem test – nawet w cięższych warunkach – 13 stycznia 2025 r. temperatura zewnętrzna -8 st. C. Stanąłem na parkingu w centrum, zostawiłem, włączony silnik i obserwowałem:

  • temperaturę wewnętrzną,
  • zużycie prądu (prognozowany przebieg w km),
  • upływ czasu.

I co mi wyszło?

Otóż zacząłem z zasięgiem 94 km, po 23 minutach stania (szedłem na spotkanie), miałem 89 km. A zatem w godzinę straciłbym ok. 13 km. Przez 5 godzin – 75 km. Temperatura wewnętrzna wynosiła 10 st. C czyli o 18 st. C więcej niż na zewnątrz – w zimowym ubraniu, spokojnie pracowałem na telefonie. Co ważne, mój model nie posiada pompy ciepła.

I teraz uwagi. Samochód elektryczny, taki jak mój, pokazuje w lecie 289 km zasięgu, w zimie – ok. 230 km (zużycie 20-30% wyższe, z uwagi na ogrzewanie i opory toczenia, 200 km – gdy jeżdżę wyłącznie na krótkich odcinkach w mieście). 75 km =1/3 baterii. Dużo czy mało? Moim zdaniem sporo. Nikt rozsądny nie wyjeżdża na S-kę z rozładowaną baterią (tzn. poniżej 80%), tak jak i z pustym bakiem (stacje co 50-100 km i to z cenami z kosmosu). Skoro mój „mały elektryk” (bateria 38 KWh) dałby radę postać 5 godzin, tym bardziej że ładowarki na MOP-ach co 30-50 km, to chyba nikt nie ma wątpliwości, że w przypadku nowszych modeli (80 KWh+pompa ciepła to standard w „podróżnych elektrykach”) byłoby jeszcze lepiej.

13/230 x 38 KWh =2,148 kWh/godzinę

2.148 z 5 = ca. 11 KWh

Niech pompa ciepła poprawi ten wynik o 50% – mamy 5 KWh. To równowartość przejechania 25 km auta z zasięgiem 400 km (20 KWh/100 km i bateria 80 KWh). Czyli opowieść- bajka. Straszenie ludzi jest głupotą.

A samochód benzynowy? W korku pali ok. 1 l/100k. Mając bak 40 litrów (tyle ma 2.0 TDi w Audi A4), w 5 godzin przepali 5 l. To utrata 1/8 zasięgu. 1/8 z 700 km to ca. 85 km.

A zatem porównując:

  1. Mój starej generacji elektryk z podstawową baterią przez 5 godzin stracił by 1/3 zasięgu.
  2. Nowszy wóz elektryczny z baterią 80 KWh i pompą ciepła -1/16.
  3. Nowoczesny diesel/hybryda – 1/8.

Wnioski:

Biorąc pod uwagę rozwój „elektryków” i tendencje zmniejszania zbiorników paliwa „spalinówek” (sporo wcześniejsze generacje Audi miały i 70-litrowy bak, a Mercedesy opcjonalnie i 110-litrowy, natomiast dzisiaj standardem wśród hybryd jest ok. 45 litrów), prądu wystarczy na dłużej niż paliwa, jeśli staniemy w zaspie na kilka godzin. W żadnym wypadku (może poza elektrykami sprzed 15 lat i Dacią Spring), nie dojdzie do wyczerpania baterii przez 5 godzin. A zresztą nikt przy zdrowych zmysłach nie wybierze się zimą Leaf’em I ani Dacią Spring z Warszawy do Gdańska.

Nowe pomysły na opodatkowanie nieruchomości. Nad czym pracuje Instytut Miast i Regionów.

W tym wywiadzie https://wyborcza.biz/biznes/7,147758,32394999,przestanmy-budowac-jakiekolwiek-kawalerki-miedzy-mikrokawalerka.html?_gl=1*zugidk*_gcl_au*MTc3ODQxMTYxNC4xNzYzOTg1Nzgx*_ga*Njg3NjM3NzM5LjE3NjM5ODU3ODI.*_ga_6R71ZMJ3KN*czE3NjM5ODU3ODEkbzEkZzAkdDE3NjM5ODU3ODEkajYwJGwwJGgw#s=S.editors_pick_hp-K.P-B.1-L.1.zw pracująca w Instytucie Miast i Regionów Hanna Milewska-Wilk, opowiada o pomysłach na zapobieganie kryzysowi mieszkaniowemu. Głównie przez nowe podatki. A oto szczegóły.

Podatek od wzrostu wartości mieszkania. Bardzo niebezpieczny, słabo uzasadniony i głupi pomysł, likwidacja ulgi podatkowej. Generalnie dzisiaj jest tak, gdy sprzedajesz po upływie 5 lat (od końca roku podatkowego) – nie płacisz podatku od dochodu ze zbycia nieruchomości. Doskonale. Co się stanie, gdy tę ulgę zlikwidujemy?

Otóż każdy, ale to każdy nabywca nieruchomości (czy to kupionej, czy darowanej), ma prawo dokonać sprzedaży. Obecnie wystarczy trzymać nieruchomość przez niecałe 6 lat. W wyniku propozycji, nabywca zapłaci podatek od zysku. Ile? 19%.

Popatrzmy na przykład: W 2017 r. dostałeś (darowizna) mieszkanie w Warszawie. Koszt nabycia to notariusz i podatek – w sumie 15k. Zysk: 900k – 15k=885k. 885k x 0,19= 168.150 zł.

W przypadku wzrostu wartości o 500k – 92.150 zł. (bo koszty nabycia).

Przecież to jakieś szaleństwo. Dodatkowo obniża mobilność. Skoro sprzedając spadek po babci np. mieszkanie w Koszalinie masz zapłacić 80k podatku, mniej zostanie Ci na zakup większego w Szczecinie. Nie kupisz go zatem. Państwo nie zarobi na podatku od transakcji, od Twojej większej pensji w dużym mieście. Ktoś o tym myślał?

Podatek od pustostanów. Podatek od nieruchomości w których nikt nie jest zameldowany. Pomijając łatwość ominięcia (zameldowanie dorosłego dziecka), niejasne kryteria (czy dom wakacyjny jest pustostanem?), ponownie ogranicza korzystanie z własności. Mój dom letni oficjalnie jest pustostanem.

Zakaz budowy kawalerek. Serio. Argumenty zespołu? Bo senior nie zmieści się w niej z opiekunką. A kawalerowie lat 30? Panny? Bezdzietne pary? Mają iść pod most, żeby nie zniszczyć marzenia urzędnika o mieszkaniu dwupokojowym.

Kto jest dobrym duchem rynku mieszkaniowego? Deweloperzy i fliperzy. Nie żartuję. Deweloperzy „zarabiają tylko 30%”, a mieszkania po fliperach „są w lepszym stanie technicznym”. W przeciwieństwie do kogoś, kto kupił, mieszkał i sprzedał po 10 latach z zyskiem. Przecież to jakieś kryptoreklamowe brednie.

Najlepsze zostawiłem sobie na koniec – „Powinno być tak, że gmina mogłaby zyskać prawo do przejęcia nieruchomości, jeśli po 10 latach nikt nie złoży sprawy spadkowej”. Przecież to czysty Dekret Bieruta, chociaż nawet on nie szedł tak daleko! Gdzie jest nakaz załatwiania spraw spadkowych przez 10 lat? Przecież wiadomo, część ludzi nawet nie wie, że ich daleka ciotka zmarła w USA, albo co wchodzi w skład spadku. Inni nie chcą tego załatwić, czekając na przedawnienie długów spadkowych. Zresztą niezałatwienie spadku wcale nie znaczy, że nikt z nieruchomości nie korzysta. Może ktoś ją wynajmuje (umowa najmu nadal trwa), może korzysta bezumownie (i zasiedzi).

Cały wywiad (poza propozycją zachęcania do oszczędności) to jest jakiś bolszewicki kosmos plus liberalna pieśń o wspaniałych deweloperach i fliperach, a nie państwo prawa. Całość propozycji referuje pracownik państwowego instytutu. Przerażające.

Trzy dostępne dla klasy średniej sposoby na dostatnią emeryturę lub mieszkanie dla dziecka.

Dzisiaj opiszę Wam fenomen różnicy pomiędzy dwoma kolegami – pracującymi razem, za podobną pensję – środek przedziału klasy średniej (czyli ca. 250% średniej krajowej ze współmałżonkiem w proporcji 2,5:1). Różnice między nimi były niewielkie, a dokładnie trzy:

  1. Oszczędzanie na podatkach.
  2. Inwestowanie w akcje oraz PPK zamiast tylko oszczędzania.
  3. Zakup mieszkania dla dziecka (finansowana kredytem).

Pozornie niewiele. Wręcz niezauważalnie. A skutki na przestrzeni życia ogromne.

Obaj odkładali miesięcznie 10% zarobków. Jeden żyje z dnia na dzień z poduszką finansową 100k, drugi ma 1,6 mln oszczędności i mieszkanie dla dziecka. Jak to możliwe? Otóż możliwe i do przewidzenia. Czysta matematyka.

  1. Oszczędzanie na podatkach. Kiedyś to były czasy, dzisiaj nie ma czasów. Mieliśmy: ulgi mieszkaniowe, ulgi na kasy mieszkaniowe, ulgi remontowe i cały szereg innych. Odliczało się składki zdrowotne. No i dało żyć na karcie podatkowej. Ale jesteśmy dzisiaj i popatrzmy. 250% średniej krajowej to ok. 23.5k/m-c brutto (290k/rok). Przy takich poborach – 10% stopy oszczędności da ok. 1.6k/m-c. 19,2k/rok.

Pamiętacie ile wyliczyłem oszczędności podatkowych tylko trzema działaniami dla statystycznej rodziny? I co? Zaraz, zaraz – prawie podwajamy oszczędności.

2. Inwestowanie w akcje oraz PPK zamiast tylko oszczędzania. Przyjmuję optymistycznie dla ciułacza – oszczędzający ma 4%/rok netto, a inwestor 8% (i podobnie będzie w PPK, jeśli uwzględnimy dopłaty). Co się dzieje? Oszczędzający ma realnie zachowaną wartość. Inwestor zarabia 4% ponad inflację.

1600 zł/m-c po 30 latach pracy daje 576 tys. zł (dzisiejszych).

3140 zł/m-c na 4% po 30 latach pracy daje 2,186 mln zł (dzisiejszych).

Drodzy czytelnicy – mówimy o prawie 4 razy większej kwocie. Ale to nie wszystko. Ten oszczędzający, w rzeczywistości pieniądze te praktycznie wyda. Zmieni auto, zrobi dziecku wesele, wyremontuje mieszkanie. I zostanie ze 100 tys. zł oszczędności na „czarną godzinę”. Dobre i to, ale inwestującemu zostanie 1,5 mln więcej czyli 1.6 mln przy dokładnie takich samych wydatkach.

3. Zakup mieszkania dla dziecka.

Nasz oszczędzający boi się kredytu, bo tak go nauczono. 100k z 10 rocznych premii wsadził w skarpetę lub na konto. Inwestor zaryzykował, miał kasę na start i wziął kredyt na małe mieszkanie w dużym mieście (300k). Przeanalizujmy, co działo się przez 30 lat (biorę warunki dzisiejsze, a prognozy zmiany cen, odpowiadające krajom nieco bogatszym).

Pierwsze 10 lat. Mieszkanie rośnie na wartości o stopę inflacji, podobnie jak oszczędności. Dziecko ma 10 lat. Rata wynosi 2100 zł czyli do czynszu netto (dane wziąłem od człowieka, który wynajmuje kawalerki we Wrocławiu) dokładamy 300 zł/m-c. Przez 10 lat spłaciliśmy 40k. Mało ale to prawie dokładnie równowartość dołożonej kasy (300 zł x 12=3600, 3600 zł x 10 lat = 36k). Różnica niewielka.

Pierwsze 20 lat. Analogiczne wzrosty. Niewielkie. Dziecko ma 20 lat. Rata to dalej dzisiejsze 2100 zł. Po 20 latach spłaciliśmy 124k. Mamy mieszkanie warte (realnie) 400k, a kredyt 176k. Dysponujemy majątkiem netto 224k. A co z naszym oszczędzającym? On nadal ma 100k.

Upływa 30 lat. Nadal lokaty rosną na poziomie inflacji (czyli nie zyskują realnie, a nominalnie). Podobnie czynsze i ceny mieszkań. Mieszkanie jest spłacone, można je przekazać dziecku, warte realne (dzisiejsze) 400k. Oszczędzający ma tylko (realnie) 100k, daje dziecku na pierwszą wpłatę.

Pełna różnica. Wykonując tylko te 3 ruchy: oszczędzając na podatkach, inwestując zamiast oszczędzać i kupując mieszkanie na kredyt, w miejscu gdzie nie potanieje – dochodzimy do różnicy. Mamy 1,5 mln więcej kapitału niż oszczędzający, a nasze dziecko – mieszkanie. I co Wy na to? Oszczędzający darowuje dziecku 100k na pierwszą wpłatę, a my cały lokal. Oszczędzający posiada 100k zaskórniaków (lepiej tyle niż nic), a my 1.6 mln. Realnie, wg ich dzisiejszej wartości.

Teoria a życie. Fragment dla malkontentów, którzy powiedzą „teoretycznie tak, ale faktycznie nie”. No cóż, gwarancji nie dam. Niemniej jednak patrzę wstecz na 26 lat pracy zawodowej i moich kolegów/koleżanki. Kto zrobił, jak opisuję, kupił mieszkania, akcje. Kto tylko oszczędza – ma dzisiaj faktycznie kasę na pierwszą wpłatę i 50-100k na koncie. Dobre i to. Bo nieoszczędzający kumpel, z którym ostatnio rozmawiałem (w dodatku 5 lat starszy) ostatnio opowiadał mi o wielkim szaleństwie na 50-tkę żony: 25 róż i obiad w restauracji na 3 osoby. Zamilkłem, bo ci inwestujący (w tym ja) bez problemu sięgnęliśmy z takiej okazji do kieszeni kilkadziesiąt razy głębiej i nasze budżety nawet tego nie odczuły.

Dlaczego walka o ograniczenie umów śmieciowych jest taka ważna? Czego nie zrozumiał premier Tusk (i większość polityków innych partii).

Zacznijmy od razu z wysokiego C, od sedna problemu. Czy wiecie jaka jest geneza wprowadzenia praw pracowniczych? Walka przeciw XIX w. kapitaliście, który uprawiał totalny wyzysk (płacił 1/10 tego, co sam zarabiał). Nie rozmowy, nie negocjacje, ale brutalna walka, ze strzałami na ulicach, z lockoutami, żeby zlikwidować:

  1. pracę dzieci,
  2. 70-godzinny i 6 dniowy tydzień pracy.

A jednocześnie wprowadzić ubezpieczenia od choroby, wypadku, namiastki emerytury minimalnej itd. W Polsce udało się zaraz po odzyskaniu niepodległości.

Wprowadzono umowy o pracę, mamy 40-godzinny tydzień pracy. Niektórym wystarcza, ale nie wszystkim. Każdy pracodawca (o czym przekonają nas trzy przykłady, które podam), także publiczny dąży do faktycznego niewykonywania części przepisów i ograniczenia ich stosowania. Kiedy? Prawie zawsze. Dlaczego? Ponieważ mu się to opłaca. Zarabia więcej, zyskuje narzędzie kontroli. Stąd pomysł, aby Państwowa Inspekcja Pracy miała możliwość zamiany umów zleceń w umowy o pracę. Szybko, ze skutkiem natychmiastowym. A czym się różni umowa o pracę od zlecenia i kontraktu b2b z jednoosobową firmą? O tym mówi przykład 1.

Przykład 1. Znam go z jednej z grup fejsbukowych. Pracownica ma 4 umowy zlecenia: w Januszexie, w 2 średnich firmach i jednej publicznej. W sumie nie są to wielkie pieniądze – 5k netto. Odprowadza sobie ubezpieczenie chorobowe, więc zasadniczo się nie lęka. Ale nagle dowiaduje się, że: zaszła w ciąże, a kilka dni potem, że ma zaawansowane stadium raka tarczycy. Co się dzieje w przypadku umowy o pracę? Przedłuża się do dnia porodu, do tego dochodzi macierzyńskie. Kobieta ma więc 9+12 miesięcy dochodu, który pozwoli jej stanąć na nogi (o ile przeżyje). A zlecenie? No cóż. Pracodawca publiczny, jako główny dostarczyciel dochodu poszedł na pierwszy ogień. Co powiedział? Jak tylko dostaniemy długie L4 (bez znaczenia ciążowe czy nowotworowe) rozwiążemy umowę zlecenie. Taki pracownik nas nie interesuje. To by było tyle na temat „rynek sam ureguluje”, „przecież budżetówka zachowa się po ludzku” itd. Więc nawet nie budżetówka.

Przykład 2. Tym razem znam go z gazet. Uniwersytet (państwowy). Poprzedni rektor zrobił 50 mln długu, który trzeba ograniczyć. Zaczynają się cięcia. Czy zwalnia się „profesorów od niczego”? Nie. Ich chroni ustawa (nawet korzystniej niż kodeks pracy). A więc co? Likwidujemy stołówkę, w której pracują kucharki, 2 lata wcześniej wypchnięte zastraszaniem na umowy zlecenia do firmy zewnętrznej. Robiły dokładnie to samo na umowie o pracę dwa lata wcześniej.

Przykład 3. Tym razem dotyczy korpo. Pracownica była na dwutygodniowym zwolnieniu lekarskim. W międzyczasie święta, Nowy Rok. W dniu powrotu do pracy kończy się jej trzyletnie badanie lekarskie. Nie ona ma go pilnować, zresztą na L4 nie posiada dostępu do systemu. Dzwoni więc tego pierwszego dnia do firmy posiadającej umowę z pracodawcą – termin „za 2 tygodnie”. Dlaczego? Ponieważ mają obłożenie, a pracodawca podpisał taką umowę, że nie ma gwarancji przyjęcia szybciej (równie dobrze mogliby powiedzieć „za 3 miesiące”). No i przez 5 dni przychodzi do pracy, podpisuje się na liście. W połowie pierwszego przychodzi do niej behapowiec (który zdarzył się zorientować – rychło w czas) i każe natychmiast …. iść na wsteczne zwolnienie (można 3 dni wstecz). Nowe dane nanosi się na listy obecności (papierowe), przerabiając je. Korzyść dla pracodawcy? Oczywista. Unika odpowiedzialności i nie płaci za czas pozostawania bez pracy z własnej winy.

Po tych trzech przykładach – konkluzja. W działaniu na linii pracownik-pracodawca liczy się jeszcze podmiot trzeci – państwo. Jeżeli działa, jak obecnie sądy pracy (pierwsza rozprawa po 8 miesiącach, 4 miesiące totalnej bezczynności), ochrona pracownika staje się pozorna. W przypadku kontraktu cywilnoprawnego na prawomocny wyrok czekamy 4 lata. Pracodawca zyskuje przewagę. Jeśli PIP może nałożyć parę stówek mandatu, naruszenia trwają. Ale gdyby, w tak poważnej sprawie jak rodzaj umowy o pracę (dla pracownicy z pierwszego przykładu „być albo nie być”, da się wydać decyzję prawomocną po pół roku, w dodatku ze skutkiem od zawarcia umowy, no wtedy pracodawca zacznie kalkulować czy warto ryzykować. I o tym premier (oraz wielu innych polityków) zapomniało. Pamiętała tylko sejmowa lewica.

A teraz argumenty pracodawców?

Pierwszy, że nie może decydować urzędnik. Ale niby dlaczego? Skoro już obecnie może (KNF, UOKiK) nałożyć kilkaset milionów kary na podmiot naruszający interesy konsumentów. Skoro może karać za brak zaszczepienia własnego dziecka, za zbyt późny wywóz gnoju na pole, niezałożenie kolczyka u świni i badań szczelności lodówki? Dlaczego miałby nie uznawać umowy zlecenia za umowę o pracę, skoro różnice między nimi są oczywiste i wystarczy być dobrym rzemieślnikiem prawa, żeby je dostrzec. A inspektorzy PIP posiadają lepsze kwalifikacje niż urzędnik. Do tego od decyzji służy odwołanie do sądu, który może w razie wątpliwości wstrzymać wykonanie urzędniczej decyzji.

Drugi, że wywróci to firmy. Owszem – nieuczciwe tak. Uczciwy dostanie pozytywny protokół. Tak, jak napisałem powyżej, granice pomiędzy zleceniem, a pracą istnieją i pozostają dość klarowne. Jeśli ktoś siedzi w lokalu pracodawcy, w ustalonych godzinach i ma wykonywać polecenia przełożonego – umowa o pracę jak złoto. Tu nie ma co dyskutować. Jeśli wykonuje zadania, według własnej koncepcji, w dowolnym czasie i odpowiada za staranne działania – zlecenie. Czyli: kurier, lekarz, programista – zlecenie, ale już portier, sprzątaczka, rejestratorka w przychodni, informatyk 8 stałych godzin w biurze – umowa o pracę. Gdzie tu problem? Ale wróćmy do skutków. Wyobraźmy sobie Januszex. Zatrudnia 10 piekarzy i 10 sprzedawczyń na zleceniu, łamiąc przy tym prawo. Co straci wstecznie? Uczciwy prawie nic, o ile nie wystąpią zdarzenia nadzwyczajne (ciąża), albo pracodawca szedł po bandzie. Składki płaci takie same (chyba że mamy zbieg tytułów ubezpieczenia, ale w przypadku piekarni, to mało prawdopodobne). Będzie musiał tylko zapłacić za urlop (chociaż i zlecenie często przewiduje płatne przerwy od pracy) no i trochę zmienić zarządzanie. Dzięki temu uzyska równe warunki konkurencji, ze spółdzielniami i wszystkimi tymi podmiotami, które prawa przestrzegają. A jeśli straci? No cóż, dokładnie tak samo, nie dlatego, że „zły urzędnik” tylko z powodu własnego bezprawia.

Skąd takie wnioski. Ano z trzech przykładów. Pracodawca (także publiczny, jak widać) przestrzega prawa, dopóki mu się to opłaca. Potem kombinuje (czytaj: narusza prawo). I państwo musi mieć realne narzędzie, żeby tę kombinację szybko zwalczać. A wszystkie negatywne skutki wynikałyby nie z urzędniczego bezprawia (podlegającego późniejszej ocenie sądu i możliwości odszkodowania, zresztą inspektor pracy nie może zostać uznany za zwykłego urzędnika) lecz wcześniejszego bezprawia pracodawcy.

Trzy powody dla lenia, żeby wybrać wieś.

Temat wraca jak bumerang, ale dłuższe przemyślenia prowadzą mnie do wciąż nowych wniosków. Tym razem argumenty dla zatwardziałych leni. Ponieważ z natury zaliczam się do tej grupy (aczkolwiek jej szczególnej odmiany – ciężko pracujących z konieczności), także dla mnie.

Możesz pracować na pół gwizdka

Nazwij to jak chcesz, spokojnym etatem, niewielką dg, pracą zdalną, czy robotą na pół gwizdka. Ja powiem krótko – prace czasowo niewymagające. Raj dla lenia. W moim przypadku – biuro od wtorku do czwartku. Laba od piątku do poniedziałku. Włącznie. Alternatywa? Pięcie się po szczeblach kariery, pensja 20k netto za… 60 godzin w tygodniu. Dziękuję. Wolę 8k za 16 godzin.

A docelowo zostanę z własną firmą 5k za 8 godzin/tydzień.

W mieście, z kredytem na karku – nierealne. Sama rata pochłonie jedną pensję.

Możesz zrezygnować z pracy po 50-te

Jeśli jesteś leniem podobnym do mnie (tzn. takim, którego życie zmusiło do ciężkiej pracy), ok. 50-tki zebrałeś już sporo owoców pracy wcześniejszego trudu. Mówiąc po ludzku – masz inwestycje i oszczędności. One doskonale zastąpią pensję. Czyli pracować zawodowo już nie musisz (jeśli chcesz – proszę bardzo).

I znowu, obserwując moich miejskich przyjaciół niewielu ma takie opcje. Dochody 15-20k były konsumowane na bieżąco. Wielu zostały kredyty. Innych zżera inflacja stylu życia. Dosłownie muszą pracować do śmierci. Emerytura w wysokości dzisiejszych 4k kompletnie ich nie interesuje. Mnie wystarczy połowa tej sumy.

Życie na wsi jest tańsze i zdrowsze

Nie, nie mówię o pełnoetatowej pracy rolnika, lecz o zwykłym zamieszkaniu w wiejskim otoczeniu. Przykłady cen nieruchomości podawałem wiele razy, czas na inne.

Jedzenie – niby oczywiste. Własne kury i masz jaja. Nie za darmo, ale za 1/3 ceny. Zdrowe, ekologiczne. Jedni z wiejskich emigrantów kupili sobie owce rasy dorper (mięsne). Korzyści? No mają tanie mięso, i nie muszą codziennie doić. Lubisz mleko i sery, wybierz rasy lacaune lub fryzyjską. Nie chcesz zwierząt? Tanie mięso kupisz w okolicy.

Opłaty – sporo niższe. Woda – 1/2 ceny, śmieci 70-80%. Internet za tyle samo, podobnie komórki. Ale już prąd wytworzysz sam. Podobnie opał. Idę w tym kierunku od kiedy za ogrzanie 100 m2 w mieście wyszła mi prognoza 10 tys. zł. Za chwilę takie kwoty zapłaci mieszkaniec 3-pokojowego mieszkania w spółdzielni. A własny kominek z płaszczem załatwił mi sprawę definitywnie.

Bonus. Czwarty powód – widoki.

W mroźny weekend 17 stycznia 2026 r. pojechałem do domu na wieś po zapasowe płytki (glazurę). Kompletna cisza, i … te widoki. Postanowiłem zdjęciami (w których robieniu nigdy nie byłem dobry), zainaugurować część fotograficzną bloga, ale niestety muszę się jeszcze podszkolić w obsłudze multimediów. Ośnieżone drzewa, czysta biała przestrzeń, a nawet droga (dojechałem do samej bramy). Niby nic wielkiego, ale jak kojące dla ducha. Tego nie dostaniemy w bloku, a tam? Wystarczy wyjść za próg domu. Leń we mnie lubi ciszę, spokój i napawanie się przyrodą.

A co Ty dodałbyś do tej listy?

Jak działa socjalizm – ćwiczenia praktyczne. Dlaczego nie skorzystałem z państwowej oferty.

Na początku listopada onet.pl na swoim portalu medycznym opublikował żale pewnego 77-emeryta na warunki w sanatorium w Nałęczowie. Czysty socjalizm, praktycznie wszystko za darmo, a i tak źle.

Otóż, pewien pan dostał kolejne skierowanie (za darmo, raz na 2 lata z NFZ) do sanatorium w Nałęczowie. Oto lista jego uwag:

  • pokój trzyosobowy – współlokatorzy będą chrapać,
  • po zamianie na jedynkę – źle bo w innym obiekcie (daleko od parku),
  • kiepskie nieurozmaicone jedzenie, małe porcje, niepasujące pory posiłków (obiad o 12.30, kolacja o 17.00),
  • mały pokój (12 m2, stare wyposażenie),
  • drogi parking – 270 zł za 3 tygodnie (na ulicy za free, ale ukradną kołpaki),
  • trzeba zapłacić za wypożyczenie czajnika – 0,7 zł/dzień,
  • telewizja płatna – 80 zł,
  • daleko do Biedronki,
  • dopłata „za standard” – 684 zł i 130 zł klimatycznego, ponieważ NFZ płaci tylko za leczenie.
  • zły miesiąc (październik, gdy wcześnie robi się ciemno i zamknięto większość kawiarni).

No cóż, socjalizm ten PRL-owski i PiS-owski wytworzył grupę ludzi o specyficznych poglądach. Chcieliby za darmo, i jeszcze narzekają. Ja płacę, jadę kiedy chcę i sam wybieram warunki. Akurat Nałęczów świetnie znam, więc mogę powiedzieć dwa słowa.

Otóż, cena 34 zł za jedynkę z wyżywieniem (a 17 zł za trójkę), to grosze. Niezależnie od warunków. Są tam i piękne miejsca (np. Atrium Spa, Feniks, nowe mieszkania) tylko za inne pieniądze od 400 zł/dzień za dwupokojowy apartament. Z jedzeniem też da się przebierać, ale liczmy 50-70 zł za sam obiad. Utyskiwania na płatny parking (14 zł na dobę) litościwie pominę, bo nigdzie nie znajdziemy takich cen. Dowolny zamknięty parking (płatny, niestrzeżony) kosztuje minimum 30 zł/dobę. Zabiegi też nie za free. Jak się chce grymasić, te 684 zł wydamy w jeden dzień, a nie przez 3 tygodnie.

W ogóle, Nałęczów jest piękny, a już wczesną jesienią – zachwycający. W listopadzie spędziłem tam kilka dni, korzystając z tężni solankowej, leżaków w parku (darmowe!) i ćwicząc płuca spacerami. Okazało się, że nie muszę jechać w góry, bo astmę zdusiła sól. Faktycznie, ludzi niewiele. No i wydałem tylko 21 zł plus prąd na dojazd z Lublina. Gdybym kupował zabiegi w Sanatorium ZNP, to np. za kąpiel jodobromową zapłaciłbym 45 zł (15 minut), a za tlenoterapię (15 minut) – 20 zł. W sąsiednich Cichych Wąwozach ta ostatnia wyjdzie taniej – 12 zł (czas ten sam). Jak widzicie, tanio, chociaż nie za darmo. Ale wychowanemu na PRL-u, trzynastkach, czternastkach i tak mało. Bo październik, bo kołpaki, bo porcje małe, bo nie dają jeść po 17. Szkoda słów.

Dwa słowa o wychowywaniu dzieci.

Temat wywołał Kamil w jednym z grudniowych komentarzy, a teraz ja dorzucam swoje trzy grosze.

Otóż samo pojawienie się w dyskusji słowa „dzieci” staje się okazją do gównoburzy. Jak to możliwe? Ponieważ nastąpiło przesunięcie paradygmatu i rozrost wymagań, wychowanie wg współczesnych trendów faktycznie zabiera mnóstwo czasu.

Poruszając się po drodze życia, pokażmy te zmiany. Niektóre na lepsze. Od razu zaznaczam, opisuję pewien medialno-dyskursowy standard, a nie historię każdej z rodzin.

Wszystko zaczyna się od „planowania”. Kiedyś dzieci po prostu się rodziły, powstawała mniej lub bardziej formalna para, i naturalnie pojawiały się maluchy. Dzisiaj muszą zostać dokładnie wpasowane w grafik i plan na życie. W efekcie pojawiają się coraz później, kiedy mamy mniej energii. 20 lat temu czterdziestolatek zostający ojcem po raz pierwszy, wyglądał jak biały kruk, ktoś go widział, ale czy na pewno. Plus – przygotowanie na dziecko, od kwestii psychologicznych do dbania o wyniki badań, wygląda teraz o niebo lepiej, stąd mniej problemów zdrowotnych.

Potem nadchodzi poród, dziecko pojawia się na świecie i zaraz staje się centrum wszechświata dwójki rodziców i czwórki dziadków. Dlaczego? Ponieważ rodziny się zmniejszają. Z drugiej strony „bycie dziadkiem”, „bycie babcią”, oznacza coraz częściej nie rzeczywiste wsparcie w opiece i finansach, ale „wyjazd do maluszka na niedzielę”. Znam takie pięćdziesięciolatki+, które widzą wnuka raz na dwa tygodnie. I znowu, daleki jestem od wzbudzania poczucia winy, po prostu zmienił się świat. Kiedyś 55 lat to był taki wiek graniczny pracy wielu kobiet. Niektóre rzucały robotę w okolicach 45-50 „idąc na rentę”, inne nie pracowały zawodowo. Istniały kobiece międzypokoleniowe kręgi: kuzynki, ciocie, babcie, więc młoda mama na wsparcie zawsze mogła liczyć. Teraz pracuje się znacznie dłużej, zwłaszcza w „biurowej klasie średniej”. Moje koleżanki z grupy wiekowej 55-60, w ogóle nie czują się babciami, ba one w większości wnuków nie mają. Brak deklaracji wsparcia i fakt, że bez niego za wszystko trzeba płacić i na to zarobić (oraz postawa pracodawców, dla których matka = pracownik trzeciej kategorii) ma dwa skutki. Odkładanie decyzji o dziecku do osiągnięcia maksymalnej stabilności finansowej oraz spadek dzietności. Dzisiaj trzylatek potrafi kosztować 3000-4000 zł (lub stratę pensji w tej kwocie), więc pozwolenie sobie na dwójkę, wywołuje czasem szept politowania. Z drugiej strony, przy trójce, czwórce, wszystko staje się prostsze i tańsze. Nagle zamiast płacić 9000 zł (w tym po 2k za opiekę) lepiej, żeby gorzej zarabiający rodzic został na wychowawczym. W ten sposób zyskuje się mnóstwo czasu i … napędza trend tradwife, bo jednak „facet domowy” ciągle stanowi rzadkość. I już przy trzylatku, bez większej pomocy i z pracą, trzeba jakoś rozpisać role i zaczyna się wariactwo. Oboje niewyspani (jedno wstaje w nocy, a drugie nad ranem – ja właśnie dzięki dwóm synom nauczyłem się pobudki 5.30, bo taką mieli godzinę rozpoczęcia dnia), szybkie zbieranie się, biegiem wiezienie do przedszkola (dzisiaj nie ma go na każdym nowym osiedlu), sprint do pracy, 8-10 godzin rąbanki, odbiór dziecka, szybki obiad, odrabianie lekcji, zajęcia dodatkowe i spać. Tak jest Kamilu, prawda? A przy wsparciu dziadków lub niepracującej żonie wszystko może wyglądać inaczej.

Takie zmiany mają powiązanie z finansami i poziomem oczekiwań wobec życia. Nie są też sprawą Polski, lecz większości tzw. zamożnych społeczeństw. Czy w ogóle da się wyrwać z tego kołowrotu? Jasne. Wystarczy nieco odpuścić i pokombinować. Prywatne przedszkole za 2k na głowę zamienić na urlop wychowawczy. Resztę brakującej kwoty uzupełnić DIY, na które jest czas, gdy mamy cały dzień a nie 3 godziny popołudnia. Nie dać się zwariować zajęciami dodatkowymi na drugim końcu miasta, bo to ćwierć etatu, albo i pół jeśli dzieci jest dwoje. I dojść do wieku szkolnego.

Szkoła podstawowa i wpadamy jeszcze głębiej w odmęty szaleństwa. Dwójka dzieci w podobnym wieku, dowożona i przywożona, plus zajęcia dodatkowe oznaczają, że poza pracą i rodzicielstwem ma się wolne wyłącznie weekendy (a wtedy: nadrabia się zaległości domowe, wozi na mecze itp.). Dzisiaj sport dwunastolatka, to plany treningowe, diety pudełkowe, fizjoterapeuci. Nie żartuję, mnóstwo czasu, energii i pieniędzy, a nie popołudnie na podwórku z kumplami i wolne dla rodziców. W 7-8 klasie dochodzą korki, a z nimi kolejny wydatek (trzeba na niego zarobić) oraz dojazdy. Gigantyczny kołowrót. Czy da się z niego uwolnić? Oczywiście. Znaleźć szkołę w pobliżu, pozwolić chodzić samodzielnie od 3-4 klasy. Wiem, co mówię, sami wybraliśmy stary dom, ale na sąsiednim osiedlu najlepsza publiczna podstawówka w mieście. W efekcie chłopcy w 4-tej klasie szli do niej sami, a w zasadzie w grupie koleżeńskiej (dwie dziewczyny, dwóch chłopaków). Dwóch naszych synów uprawiało sport, więc 3 treningi w tygodniu plus mecz w weekend – temat znany, a trzeci intensywnie się uczył (korki). Dokonaliśmy naturalnego podziału – starszego woziłem głównie ja, młodego teraz żona. Po drodze zakupy. Bywało trudno, ale nie daliśmy się wciągnąć w chomiczy kołowrotek. Także dlatego, że żona nie goniła za karierą, a wcześnie zbudowaliśmy poduszkę. No i zawsze mogliśmy liczyć na dziadków.

Liceum wielu nakręca jeszcze mocniej. Korki – must have. Sport – półprofesjonalnie. Na wszystko trzeba zarobić. Potem niby z górki – studia, ale mówimy o czasie, gdy poza maluchem, sięgamy do kieszeni najgłębiej. Studia w innym mieście (3-10k) czasem prywatna medycyna (sama opłata – 35k za semestr, a tych jest 12), wymagają ogromnych zarobków. Trzeba więc pracować, gdzie tu czas na wychowanie?

Ano właśnie, patrząc na przedstawiony przeze mnie obraz – w zasadzie nie ma na to czasu. Dzieci i rodzice pędzą coraz szybciej. Praca/szkoła-zajęcia dodatkowe-sen. Taki standard. W weekend się odeśpi, czym skracamy dzień i znowu nie porozmawiamy.

Byłem zwolennikiem innego, bardziej tradycyjnego modelu. Wspólny obiad (przynajmniej w sobotę i niedzielę), wyjazdy na mecze całą rodziną, nie narzucanie dzieciom tempa. Chcą się uczyć – dobrze. Nie chcą, albo nie mają zdolności – Einsteina nie zrobię. Każdy sam wybiera drogę, ja jestem tylko by mu pomóc. Dam mieszkanie na start, pomogę w razie trudności, ale nie żyję jego życiem non stop. I paradoksalnie (albo właśnie typowo) wyszło całkiem nieźle. A oszczędziłem im i sobie, wielu problemów. Oczywiście, gdy się pojawiały (główne źródło – szkoła), wkraczałem, by ratować z grubych opresji. Generalnie model „mama sprawdza e-dziennik, ojciec zostaje na poważne draki” sprawdził się w 100%. Wszyscy, od synów do nauczycieli wiedzieli, że jak już pojawia się ojciec, to łatwo raczej nie będzie. Nie rozwiązywałem problemów „Julka nie lubi Heleny i jak ma zachować się Antek”, ale przeprowadzałem rozmowy z nauczycielami (co ważne, rozmowy, nie wojny), gdy sportowcowi groziła pała na półrocze, albo z kolegami narozrabiali w internacie i dyrektor groził wywaleniem ze szkoły pięciu chłopaków. Rzucałem wszystko, siadałem, opracowywałem strategię i wykonywałem ją, a wszystko w gronie ojców-freaków. Mieliśmy tam niezłą ekipę, od byłego żużlowca, krępego, ogolonego na łyso ze złotym łańcuchem na szyi i takim samym sercem, przez byłego pułkownika z Iraku i Afganistanu, aż do właściciela sporej firmy, który pojawił się na blogu w serii o milionerach, totalnego pozytywnego krejzola, no i dwóch „białych kołnierzyków” wśród, których byłem ja. Nauczyciele i dyrektor drżeli przed nami, bo zwykłe zaczynałem grzecznie ja, zabijałem klina logiką, potem nieco mniej grzecznie wchodził pułkownik, a na koniec paradoksem dobijał przedsiębiorca i zadawał ostatni cios tekstem, którego nikt inny nie wypowiedziałby na trzeźwo (np. w epickiej bitwie o dodatkowego kotleta na obiad, niby naiwnie konstatując „nigdy nie wiedziałem, że kucharki rządzą w szkole” spowodował, że dyrektorowi zabrakło szans na ripostę). Żużlowiec ze złotą pancerą zadawał szyku samą swoją prezencją i stanowił widomy znak, że pomimo różnic stanowimy, jak synowie, jedną drużynę oraz zadzierać z nami nie warto. Spowodowało to, że szczęśliwie wszyscy chłopcy zdali maturę (chociaż wyniki 31-40% nie należały do rzadkości), rozjechali się po Polsce i dzisiaj, po 3 latach, dwóch z pięciu gra w wysokich ligach, a pozostałych trzech łączy studia z prowadzeniem własnych firm. I tak wygląda sedno wychowania moim zdaniem. Nie trzęsienie się nad każdą porażką (bo obiektywnie – pała jest porażką), ale wkraczanie, gdy robi się grubo i stanie z boku, żeby dziecko wiedziało, że może na nas liczyć.

Dwie opowieści o przedstawicielach wolnych zawodów, które wywrócą niektórym obraz świata.

Miałem ostatnio dwie pogawędki z dwoma kumplami. Obaj wykonują zawód, „długoletniej tradycji, zwłaszcza zaś doświadczeń w wykonywaniu wolnego, niezależnego i samorządnego zawodu” posiadając własne firmy. Obie pogawędki przybrały kierunek, którego się nie spodziewałem. Dlaczego?

Ponieważ dotyczył pieniędzy, a w zasadzie ich braku. Przypomnę – mówimy o 40-50 latkach, funkcjonujących na rynku kilkanaście lat.

Przypadek 1. Własna firma czy etat? Autor tej rozkminy w okresie studenckim był zdolnym informatykiem. Wybrał jednak wolny prestiżowy zawód. Teraz, w okolicach 50-tki mówi „Zrobię jeden certyfikat, pójdę na etat za 12k”. I moja refleksja, bo znam realia dg i pracownika. Chłopie, 12k brutto = 8.5k netto, a w grudniu nawet parę stówek mniej. Faktycznie taki raj, dla kogoś, kto do tej pory siedział we własnej kancelarii? No cóż, faktycznie, prawdopodobnie głównie siedział, jeśli stawka dniówki 400 zł wydaje się atrakcyjna.

Przypadek 2. Skromne realia niezależności. Drugi przypadek – zwierzenie dotyczące liczby spraw – 30 nowych rocznie (i 30 się kończy). 2.5 nowej sprawy w kancelarii oznacza dla niezbyt wziętego „niezależnego”, który ze stawkami nie poszaleje – może 12k +VAT (na fakturze brutto prawie 15k). Od tego odejmijmy lokal (1000 zł), składki ubezpieczeniowe i zawodowe (2200 zł), abonament za program (400 zł), paliwo (200 zł), księgową (250 zł), telefon (50 zł). Zostanie 7900 zł. Od tego już „tylko” zdrowotna (711 zł) i podatek (648 zł) i dochodzimy do 6541 zł. Nic dziwnego, że 8500 zł/m-c wydało się kumplowi szczególnie atrakcyjną stawką. W końcu +2000 zł na ulicy nie leży.

Wróćmy jeszcze do tych 6541 zł – to podobnie jak średnia krajowa. I teraz pytanie, czy warto wykonywać  wolny zawód z dochodem 6541 zł? Jeżeli nie zależy nam na prestiżu, absolutnie nie. Istnieje wiele miejsc (np. IT na państwowym, jak w pierwszym przypadku), gdzie zarobimy sporo więcej. Korpo w nieco większym mieście oferuje takie stawki człowiekowi z pewnym doświadczeniem. Ba, da się je zarobić w szkole. Czy mając 6541 zł/m-c da się mówić o prestiżu? Chyba nie bardzo. Jak mówią młodzi adwokaci – „starzy” zamiast lobbować jak związek zawodowy (podnoszenie stawek, przywileje podatkowe) skupili się na tradycji, która dzieci nie nakarmi. W efekcie prokurator, sędzia nie płaci składek ZUS, a tylko składkę zdrowotną i podatek (średnio nieco ponad 30%), a stojący po drugiej stronie opisany wyżej adwokat ma efektywne opodatkowanie i oskładkowanie dochodu na poziomie 52%.

Oczywiście, ci którym poszło lepiej, zarabiają sporo więcej (zwłaszcza w dużych miastach), ale znałem „młodego” z miasta powiatowego, któremu matka płaciła za lokal i składki ZUS, bo miał miesięcznie jednego klienta za niewielkie pieniądze. Dla niego 2,5 nowej sprawy/m-c każda za ok. 6k brutto, wydawały się marzeniem.

Co więcej, wbrew starej regule, nikt świadomy faktu rzeczywistych zarobków, nie pchał dziecka na prawo, lecz głównie na medycynę. Tam i stawki lepsze i podatki niższe (brak VAT-u, korzystniejszy ryczałt). Jaki bowiem jest sens walki o „prestiż” za 6541 zł, skoro 80% czasu zajmuje czekanie na klienta? Żaden. Niektórym faktycznie wywrócił się obraz świata.