Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Życie za pensję minimalną – Strona 3 – Oszczędny Milioner

Samowystarczalne gospodarstwo domowe. Praca.

Nawet samowystarczalne gospodarstwo wymaga zarobienia chociaż tego minimum. W moim przypadku, jestem w stanie za 2 dni realnej pracy tygodniowo przynieść do domu ok. 6000 zł. Wtedy żona nie musi pracować, a ja sam faktycznie się nie zmęczę. To opcja nr 1.

Drugie wyjście – życie z kapitału, wygląda jeszcze lepiej. Zakładając prostą regułę 4% (na utrzymanie wystarczy 4% zgromadzonych i zainwestowanych środków), żeby uzyskać te 6 tys. zł powinienem dysponować ok. 1 mln 800 tys. zł. Da się łatwiej. Kupując akcje, przynoszące 6% dywidendy i dodające wzrost wartości wystarczy mi 1 mln 152 tys. zł.

Jeszcze ostrzejsza wersja to projektowane życie z wynajmu lokali. Dom w mieście wynajmę na pokoje za 5000 zł. Mieszkanie w górach za 1500 zł. I już mam kasę na życie.

Pozostańmy jednak przy pracy. Jeżdżąc do niej średnio 2 dni w tygodniu, wygeneruję tylko niewiele kosztów dodatkowych, bo jednocześnie zawiozę dziecko do szkoły i odbiorę z niej, a więc i tak musiałbym pokonywać drogę wieś-miasto-wieś. Ubrania zawodowe kosztują mnie ok. 120 zł/miesięcznie (garnitur, 3-4 koszule, krawaty, buty, spodnie, marynarka, płaszcz, teczka). Czasem muszę się złożyć na jakieś składki (kilkanaście zł/miesiąc). Praca wymusza też płacenie za ubezpieczenie zawodowe -130 zł/miesiąc. Razem koszty pracy to max. 270 zł (plus dojazd, który liczę w transporcie).

Żyjąc z kapitału/oszczędności/nieruchomości wydatków tych nie ponoszę. Nie tracę też 16 godzin tygodniowo na zajęcia niezwiązane z moimi priorytetami.

A co ma zrobić ktoś, kto nie dysponuje ani kapitałem, ani nieruchomościami, a zatrudnią go za minimalną na 40 godzin/tygodniowo? Cóż, widzę 2 wyjścia. W pierwszym, korzystamy z dobrodziejstw systemu państwa opiekuńczego. Staramy się o wszystkie możliwe zasiłki, dofinansowania itp. Mamy 800+, zasiłek dla bezrobotnych (nawet 1700 zł). W drugim – zakładanie dg.

Samowystarczalne gospodarstwo domowe. Nauka.

Główne założenie – nie utrudniać dziecku życia ponad miarę, powoduje utrzymanie status quo – dobra szkoła w dużym mieście. Oznacza to nie tylko dowożenie (codziennie, nawet poza dniami mojej pracy), ale także znacznie większe koszty (lekcje dodatkowe zajęcia sportowe). Tego sam nie zrobię.

Dzięki temu wpis będzie maksymalnie krótki, bo koszty obecne znam i muszę je tylko wyliczyć.

Zajęcia sportowe (plus obozy) – 300 zł średnio miesięcznie.

Lekcje dodatkowe 400 zł miesięcznie.

Szkoła (wycieczki, wyjścia, składki) ok. 100 zł miesięcznie.

Razem 800 zł/miesiąc.

Samowystarczalne gospodarstwo domowe. Transport.

W tym punkcie mam spory dylemat. Z jednej strony samowystarczalność wyklucza korzystanie z transportu publicznego, kupowanie benzyny. Z drugiej, dziecko musi trafić do szkoły, a rodzic do pracy. Samochód elektryczny byłby jakimś wyjściem, ale jego cena pozostaje poza granicami rozsądku, zwiększyłby także konieczną do wyprodukowania ilość prądu (lub wymusiłby tankowanie na bezpłatnej ładowarce). Przedstawię obie opcje.

Planowany przebieg to ok. 1200 km miesięcznie. Trzeba dojechać do dużego miasta. Samowystarczalność nie oznacza według mnie rezygnacji z szans edukacyjnych.

Samochód spalinowy. Na dystansie 1200 km potrzebuje minimum 60 litrów paliwa. Przy cenie ok. 6,3 zł/litr – ok. 380 zł/miesięcznie. Stałe koszty utrzymania wyniosłyby 150 zł (absolutne minimum). Powinienem jeszcze uwzględnić amortyzację – utratę wartości – ok. 200 zł/miesiąc. Razem – 730 zł.

Samochód elektryczny. Potrzebna energia to ok. 150 KWh/miesięcznie, co podwajałoby zużycie prądu w gospodarstwie domowym. W moim mieście jest niepłatna ładowarka, z której czasami korzystam – to byłoby rozwiązanie. Stałe koszty utrzymania auta 150 zł nie różniłyby się od pojazdu spalinowego. Jednak utrata wartości drenowałaby kieszeń. Taka Kona jak moja traci na wartości rocznie ok. 8 tys. zł (auta generalnie prawie nowe, i jednak tanieją szybciej niż używane spalinowce). A to oznacza 650 zł miesięcznie. Łączne koszty 800 zł okazują się wyższe niż tani diesel.

Sam facet, mógłby postawić na własne nogi, rower, hulajnogę, skuter plus pociąg. Ale z dzieckiem takich cudów nie zrobi – trzeba dowozić. Stąd wybieram jednak auto z silnikiem spalinowym za 730 zł miesięcznie.

Samowystarczalne gospodarstwo domowe. Media.

Jak już napisałem, nie planuję życia w stylu jaskiniowca, ani w stylu sprzed stu lat. Oznacza to jednak konieczność zapewnienia sobie mediów przynajmniej w minimalnym zakresie: prąd, woda, kanalizacja, internet, komórki. Odpuszczam gaz (jest mi zbędny). Ile to wszystko będzie kosztowało? Wbrew pozorom – niewiele. Założenia robię dla 3-osobowej rodziny.

Wywóz śmieci. Moja gmina ma stawkę opłaty śmieciowej 23 zł/osobę/miesiąc. Wychodzi na 69 zł/3-os. Gdzie indziej płaci się 30-40 zł/os. Jak już się rzekło podatki płacić trzeba.

Woda. Mógłbym teoretycznie obudzić starą studnię, ale sensu ekonomicznego w tym nie widzę. Kupić pompę, konserwować ją, skoro gmina zapewnia wodę za 4 zł/m3, czyli 30 zł/miesięcznie/3-osoby? Stanowcze nie.

Kanalizacja. Przy trzech osobach wywóz osadów raz na rok – wydam 20 zł/miesiąc.

Internet. 60 zł – tyle płacić muszę za światłowód (minimalnie). Rachunek za szybki internet 90 zł.

Komórki – 60 zł/3 osoby.

Opał. Tu pozostanę tradycyjny – planuję opalać drewnem. Pozyskam go z lasu moich kuzynek. Koszt -20 zł/miesiąc. Gdybym jednak chciał pozostać przy tradycyjnym, pozyskanym opale – płacę 200 zł/m3 drewna z lasu, dodając własną pracę. Koszt 150 zł/miesiąc.

Prąd. Ten ma zapewnić instalacja fotowoltaiczna. Jej produkcja ca. 3000 KWh wystarczy na moje potrzeby. W mieście potrzebuję ok. 2500 KWh. Płacę tylko abonamenty- 31 zł/miesiąc.

Dodaję jeszcze podatek gruntowy – 90 zł/miesięcznie.

W sumie potrzebuję na media ok. 500-600 zł. Gdybym policzył drewno z własnego lasu jeszcze mniej. W mieście dom kosztował mnie ok. 1200 zł.

Jem jak popańszczyźniany chłop. Jak dieta wpłynęła na moje samopoczucie.

Miesiąc powoli zbliża się do końca, nadchodzi czas na podsumowanie. Dzisiaj jeszcze nie finansowo-praktyczne lecz dotyczące odczuć ciała i ducha, związanych ze zmianą diety.

Największą wątpliwość wzbudzały we mnie proste rachuby – prawdziwy chłop żył stosunkowo krótko, średnia wieku wynosiła ok. 40-50 lat. Czy jednak na pewno wynikała ona z diety? Poniekąd pewnie tak, lecz znacznie większe znaczenie miał brak dostępu do opieki lekarskiej na dzisiejszym poziomie. Każdy wypadek, a o takie na gospodarstwie nietrudno mógł zakończyć życie, każda choroba (np. grypa hiszpanka) stanowiła śmiertelne zagrożenie. Umierały dzieci, umierali dorośli. Z drugiej strony, autor pamiętników i inspirator próby odmiennego żywienia, przeżył 90 lat. Fakt, z racji funkcji i dochodów miał szanse na ponadprzeciętną długość życia. Prowadził też higieniczny tryb życia, nie pił alkoholu, nie uczestniczył w I WŚ.

Gwałtowna zmiana sposobu odżywania się mogła także załatwić mój żołądek. Zrezygnowałem bowiem z mięsa (jadłem je dwa razy – w gościach), nie jem słodyczy, porzuciłem kawę i wszystko to, czego chłop nie jadł i nie mógł wytworzyć (cukier, ryż, owoce południowe) . Wprowadziłem do jadłospisu znacznie więcej ziemniaków, chleba, mleka (wolę go od barszczu). To wszystko wzbudziło niebezpieczeństwo rozstroju żołądka.

Wreszcie, bałem się o brak sił. Niby chłop pracował fizycznie, a ja chodzę do biura, uprawiając skrawek ziemi weekendowo, ale mój organizm przez lata przyzwyczaił się do mięsa. Kawa podobno stawia na nogi, działa mobilizująco, a ja całkiem wyrzuciłem ją z codziennego menu, wcześniej pijąc 3 espresso z mlekiem.

Jak widać żyję i mam się dobrze. Nic takiego się nie stało. Nie mam ani problemów jelitowych, a nawet pozbyłem się zgagi. Normalnie funkcjonuję, potrafiłem zmniejszyć liczbę posiłków do 4 (czasem rezygnuję z podwieczorku lub kolacji). Nie odczułem także spadku sił, energii czy witalności. Po prawdzie, zmian na lepsze (poza zlikwidowaniem zgagi) też brakuję.

Jasne, na prawdziwe skutki trzeba by czekać miesiącami. Czy białko ze strączkowych zastąpi mięsne? Czy mleko i twaróg uzupełni ubytki? Odpowiedzi na to nie znam. Być może tzw. nędza galicyjska, niedożywione dzieci i dorośli, wysoka śmiertelność wynikały z ilości pożywienia, a nie jakości. Bo jedno jest pewne – przez prawie cały miesiąc nigdy nie byłem głodny. A niejeden chłop, tak.

Jem jak popańszczyźniany chłop. Opłaty na wsi.

Było o dojazdach, niech będzie i o mediach. Tym razem letnich (bez opału) i realnych u mnie.

Woda. 1,5 m3 na moje potrzeby i 1 m3 na podlewanie roślin. W sumie 2,5 m3 po 4 zł i 2 zł za odczyt – daje 12 zł miesięcznie.Gdybym zbierał deszczówkę

Śmieci. Stała opłata 23 zł/miesiąc (a w zasadzie 69 zł/kwartał).

Podatek. Z uwagi na duże garaże płacę sporo – 1080 zł/rok tj. ok. 90 zł miesięcznie.

Ścieki. Raz w roku wywóz osadu – 240 zł tj. 20 zł/miesięcznie. Jeśli przyjeżdżam od czasu do czasu, takiej potrzeby nie ma.

Internet. Można założyć światłowodowy za 60 zł/miesiąc. Ja mam szybszy za 90 zł/miesiąc, ale za to dzielę go z rodziną.

TV. Nie korzystam, nie potrzebuję.

Prąd. 20 zł miesięcznie (same abonamenty).

Gaz. Nie używam. Wodę podgrzewa słońce, gotowanie na prądzie.

Suma (jak napisałem na wstępie, bez ogrzewania) – 225 zł/ jedna osoba. Dwie osoby oznaczają wydatek o 29 zł większy (trochę wody plus opłata śmieciowa).

Dodając do tego opał (przeliczam standardowe potrzeby):

  • gaz ok. 6000 zł rok (średnio 500 zł/miesiąc),
  • drewno 200-300 zł rok (jeśli swoje tj. eksploatacja piły) – ok. 20 zł/miesiąc.
  • drewno kupowane ok. 200-250 zł miesięcznie (kilka kubików).

wyjdę na od 245 zł/jedna osoba i 274 zł/dwie osoby do 725 zł/jedna osoba i 754 zł przy gospodarstwie dwuosobowym. Nasza trójka potrzebuje 303 zł. Wiadomo, popańszczyźniany chłop nie montował gazu (nie miał też solarów, wodociągu, prądu i piły spalinowej, ani auta elektrycznego), ale nie chodzi o życie amisza, lecz maksymalnie proste w granicach rozsądku. W takiej sytuacji, praca zawodowa przestaje mieć sens. Bo te 300 zł na małą rodzinę zawsze zarobię (czasem w 1-2 godziny).

Jem jak popańszczyźniany chłop. Dojazdy ze wsi.

W ramach projektu „Jem jak popańszczyźniany chłop” dodałem kolejny element. Dojazd ze wsi do miasta. Podaję koszty aktualne w różnych wariantach na dystansie ok. 30 km. W sumie 13 dojazdów w przeliczeniu na pełny miesiąc czyli 780 km. Przeliczę też wartość dla pracujących normalnie (20-dni roboczych w miesiącu).

Wariant I. Samochód elektryczny. Ładowany z paneli FV i darmowej ładowarki w mieście. 13 dojazdów miesięcznie, przy spalaniu 10 KWh/100 km daje mi 78 KWh energii. Wystarczy jedno ładowanie tygodniowo. Koszt – 0 zł. Koszt przy 20 dniach roboczych 0 zł.

Wariant II. Pociąg + hulajnoga elektryczna. Tym razem coś tam zapłacę, lecz byłoby tanio. Każda trasa to najpierw przejazd hulajnogą, potem pociągiem, a w mieście znowu wsiadam na elektryka. Koszt ładowania (raz w tygodniu, dziennie przejadę 12 km) 0 zł, bo mam FV. Bilety PKP ok. 9 zł dziennie tj. 117 zł/13 razy/miesiąc. Koszt przy 20 dniach roboczych ok. 180 zł/miesiąc.

Wariant III. Fiat 500 diesel. 780 km przy spalaniu 4 l/100 km dają prawie 32 litry paliwa. Przy cenie 6.1 zł/l wydaję 195 zł. Przy 20 dniach roboczych w miesiącu zapłaciłbym 300 zł.

Wariant IV. Fiat 500 LPG. Liczba kilometrów do przejechania nie ulegnie zmianie – 780. Potrzebować będę zatem ok. 55 l lpg i 170 zł. Zakładając 20 dni roboczych zmieściłbym się w 250 zł.

Podsumowując, stałe dojazdy do pracy wieś-miasto, kosztowałby mnie od 0 zł do ok. 200 zł, a gdybym „normalnie” pracował o 50% więcej (więc 150% z 0 dalej wynosi okrągłe 0).

Jem jak popańszczyźniany chłop. Jak żyć za 181,5 zł.

Mija już pierwsza dekada eksperymentu z jedzeniem jak popańszczyźniany chłop. Przyzwyczaiłem się do nowej diety, mój żołądek doskonale ją znosi. Może dlatego, że zrezygnowałem z kawy i herbaty, mięsa i paru innych składników. Dzisiaj jednak skupiam się na aspekcie finansowym. Ile kosztuje taka dieta?

Wiemy doskonale, że XIX-wieczny chłop nie wydawał prawie nic. U mnie tak się nie da, bo chodzę do pracy. Prawie wszystkie rzeczy kupuję i oto moje wyniki.

Mleko. Ok. 300 ml dziennie tj. akurat na jeden posiłek. Miesięcznie 9 l mleka czyli ok. 30 zł.

Mąka. Na chleb, kluski. Ok. 500 g dziennie. Miesięcznie 15 kg i 60 zł.

Słonina na okrasę. 50 g dziennie tj. 1,5 kg miesięcznie. Koszt 15 zł.

Twaróg. 50 g dziennie czyli 1,5 kg miesięcznie. Płacę 30 zł/miesiąc.

Jajko. Do klusek. Ok. 5 jajek miesięcznie. 6,5 zł.

Śmietana. 3 opakowania miesięcznie – 10 zł.

Ziemniaki. Ok. 0,6 kg dziennie. Część idzie do zupy, cześć zjedzona ze zsiadłym mlekiem, albo jakie danie z okrasą. Koszt 20 kg to obecnie 30 zł.

Sól – niewielkie, pomijalne, przy obecnych cenach ilości.

Suma miesięcznych wydatków na jedzenie: 181,5 zł. Co z tego mógłbym zredukować, żyjąc na wsi, to pytanie dla wielu dość istotne? Jak bardzo da się oderwać od Matrixa?

Mleko mógłbym mieć swoje – wystarczy koza lub owca (0,5 l/dziennie od jednego zwierzęcia). Mąka – to też da się zrobić, mógłbym kupić tanio lub wyprodukować pszenicę/żyto i zawieźć do młyna. Podobnie ser i śmietana- da się zrobić z mleka. Jajka czyli kury także są do ogarnięcia. Ziemniaki – mogę mieć swoje.

W sumie dałbym radę przeżyć za 15 zł, bo świni stanowczo nie zamierzam hodować. Nawet jeśli dodam koszt weterynarza dla kóz, jakieś paliwo do glebogryzarki, to pewnie za 60-70 zł mógłbym funkcjonować.

Oczywiście da się tę dietę trochę uwspółcześnić. Ziemniaki zastąpić bobem, fasolą i owocami (przynajmniej w sezonie). Dodać sałaty, a nawet szparagi ( tym roku pierwsze poszły do ziemi, zobaczymy co wyjdzie). No i kupić trochę kawy.

Jem jak popańszczyźniany chłop. Minęło 5 dni.

Mija 5 dni mojego nowego-starego żywienia. Czas na pierwsze refleksje.

Jest prosto. Często rano kluski z mlekiem albo zupa (bez jajek i mięsa). Własny chleb.Na drugie śniadanie chleb z twarogiem lub smalcem, na obiad żur albo zsiadłe mleko z ziemniakami. Z podwieczorku rezygnuje, a na kolację zjadam jeszcze chleb ze smalcem.

Czego mi brakuje. Kawy i herbaty. Ta pierwsza – trzeba całkiem zrezygnować. Drugą zastępuję naparami (z morwy, pokrzywy, skrzypu). Po wierzbówkę na razie się nie wybrałem.

Co zmodyfikowałem. Do diety dodaje pierwsze własne owoce oraz warzywa (rukola, sałata, rzodkiewka). Chłop ich nie miał.

Co kupuję. Ziemniaki, kasze, mąki, mleko, słonina ser.

Wrażenia. Da się żyć. Poranny posiłek z ziemniakami czy kluskami- trzyma. Obiad również, zwłaszcza w tych temperaturach.

Praca zawodowa kontra czas. Kalkulacja w wolnej Polsce nie była tak korzystna dla antysystemowców.

Do tej pory życie bez pracy nie wydawało się jakąkolwiek alternatywą. Większość szła potulnie do roboty, zapełniając, biura, fabryki, magazyny. Teraz, w dobie wysokiej inflacji, sytuacja radykalnie się zmieniła. Na korzyść. I chyba zupełnie nie o to chodziło rządzącym. A antysystemowcy zacierają ręce. Dlaczego?

Obecnie minimalna stawka godzinowa to 22,80 zł brutto, a więc ok. 16 zł netto. Pracując na czarno, wyciągniemy „dniówką 200 zł”, a więc o 50% więcej. Pierwszy plus dla antysystemowców. Kto działa w szarej strefie, ma się lepiej niż legalnie pracujący (tak, drogie dzieci działa socjalizm praktyczny).

Do tego, system zasiłków, wyższych niż wcześniej. Właśnie słyszymy o waloryzacji 500+ do 800+. Pomysł rzucił Kaczyński, poparł Tusk, więc przejdzie.

Z sokratejskiej triady: dach nad głową, jedzenie, ubranie, tylko to ostatnie nie podrożało. Ubrania da się kupić za grosze (używane, w dyskoncie). Żeby wytworzyć dach nad głową i jedzenie, trzeba mieć czas, albo dostać od państwa. Zamiast chodzić do pracy, można je wytwarzać. Pracujący – zwyczajnie nie ma na to zbyt wiele czasu.

Wreszcie, dostępne stały się technologie praktycznej samowystarczalności. Mały domek na wsi da się ogrzać drewnem z niewielkiej powierzchni, wodę czerpiąc z wodociągu, nie wytwarzając znacznej ilości ścieków, i płacąc minimalne podatki.

I najważniejsze, stosując te proste zasady antysystemowe, mamy się znacznie lepiej niż „antystemowiec” sprzed 20, 50 czy stu lat.