Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
wiejskie życie – Strona 6 – Oszczędny Milioner

Ceny warzyw i owoców. Dlaczego warto mieć swoje?

Kiedy zaczynałem przygodę z działką był rok 2001. Nie istniały normy unijne, a żywność pozostawała względnie tania. Już wtedy, w „Działkowcu” zapowiadano nadchodzące tsunami nagłego skoku cen jedzenia. Doświadczenie pokazało, że ogrodniczy progności mieli rację – wejście do UE spowodowało wzrost kosztów produkcji, a więc i końcową cenę w sklepach i na targowiskach. Drugi skok to inflacja, wywołana w znacznej mierze, przez obecną władzę. Wariacka polityka na rynku surowców, nawozów i podniesienie pensji minimalnej o 100% bez związku z wydajnością pracy, za to wpływającej na obciążenia fiskalne, wreszcie rozdawnictwo gotówki musiało odnieść taki skutek. Jak poważny?

Mniej szokują mnie ceny owoców. O ile w 2015 r. wynosiły 5 zł za kg truskawek na targowisku, o tyle obecnie sprzedawcy wołają sobie 13 zł w sezonie. Wzrost cen przewyższył skok płac (płaca minimalna +100%, truskawki+160%). Pokazuje to znaną prawdę – inflacja zubaża – pensje nigdy nie nadążają w niej za cenami.

A warzywa? Te drożeją jeszcze bardziej. Kilogram ziemniaków młodych polskich w II połowie czerwca dało się kupić za 6 zł. W 2015 r. – 2 zł. „Stare” wcześniej kupowane za 80 gr, teraz kosztują 2,5 zł.

Ceny czereśni zagościły na dobre w memach, istotnie podrożały też jabłka i…. w zasadzie wszystkie owoce i warzywa (fasolka szparagowa 15 zł/kg w sezonie). Czy jest na to jakaś rada? Oczywiście – własna produkcja. Dlaczego? Ponieważ tylko poświęcając własną pracę możemy osiągnąć jednocześnie dwa cele: uzyskać taniej i zdrowiej zarazem. Własnych upraw nie pryskamy, nie nawozimy sztucznie, a więc uzyskujemy standard „bio”, który kosztuje jeszcze więcej niż kwoty podane wyżej (jeszcze +50%).

Jakie są rzeczywiste koszty produkcji? Nie liczę przy tym pracy, bo gdybym to zrobił, wyszłyby całkiem różne wartości dla różnych osób. Stawka godzinowa minimalna netto zbliża się do 20 zł, a np. moja przewyższa ją znacznie. Zostawmy zatem na boku wycenianie nakładów czasowych, skupmy się na tym co musimy kupić.

Sadzonki i nasiona. Jestem zwolennikiem zakupu nasion i sadzonek. Z rozsady rozmnażam wyłącznie truskawki, poziomki i maliny, zapewniając sobie zastępowalność roślinnych pokoleń. Resztę kupuję. Rocznie wydaję ok. 200 zł. Jedno drzewko, plonujące ok. 20-30 lat, kosztuje kilkadziesiąt złotych, a w ciągu jednego sezonu, w fazie dojrzałości, wyda plon ok. 10 kg/rok lub nawet więcej.

Nawozy. Sztuczne są drogie. Skoro tona kosztuje 3000 zł, to 10 kg worek powinien kosztować 30 zł. Nic z tych rzeczy, popularna Azofoska (uniwersalny nawóz ogrodniczy) w takim opakowaniu kupimy za 75 zł. Porcja wystarczy nam na 40 m2. W moim przypadku kompletnie bez sensu. Ziemię mam dobrą, wzbogacam ją kompostem, liśćmi, trawą i przyoranymi resztkami. Dokupuję obornik granulowany, ale zużywam go 12 kg (20 litrów) na całą działkę rocznie, sypiąc wyłącznie pod warzywa i krzewy owocowe. Koszt – 56 zł/rok. Gdybym kupował w stadninie, zapłacę 50 zł za 1000 litrów (1 m3) i koszt paliwa (25 zł). Czyli za 20 litrów podsuszonego (zakładam utratę masy o 50%) zapłacę znacznie mniej. W wielu ogrodach działkowych ROD-osach, rolnicy przywożą własnym transportem całe worki big-bag lub przyczepy do rozładunku. Nie ma więc sensu brnąć w sztuczne.

Narzędzia. Zakładam 5 podstawowych (siekiera, szpadel, widły, grabie, motyka lub graca) za 1000 zł i glebogryzarkę za 4000 zł (obecna cena, ja kupowałem 2 razy taniej). Biorąc pod uwagę 20-letnią amortyzację wychodzi 250 zł/rok.

Paliwo. Na benzynę do glebogryzarki wydaję ok. 60 zł/rok (jeden kanister).

Podatek. Za sam grunt płacę ok. 200 zł/rok.

Łącznie koszty prowadzenia ogrodu warzywno-owocowego o wielkości 1200 m2 (reszta to trawniki i krzewy ozdobne) wynosi ok. 760 zł/rok.

Wartość produkcji według cen ubiegłorocznych wyniosła 2400 zł. Dzisiejsze wartości okazałyby się znacznie wyższe, bo ceny wzrosły o 20%, a ja co roku zwiększam areał upraw. Planowane tegoroczne zbiory to ponad 400 kg, i to głównie drogich owoców takich jak orzechy, czereśnie, truskawki, maliny, winogrona, borówka amerykańska, albo warzyw: fasola szparagowa, pomidory, ogórki, wreszcie ziół. Mogę więc spokojnie liczyć na czysty zysk 3000 zł (przychód 3760 zł – koszty 760 zł).

A to oznacza średnią miesięczną ulgę dla budżetu domowego na poziomie 250 zł, a jeśli liczyć tylko 4 miesiące (czerwiec-wrzesień) to 750 zł.

W razie problemów mogę jeszcze zintensyfikować uprawy (trawę zamienić na zboże, wyciąć iglaki i zastąpić je drzewkami owocowymi, stworzyć uprawę plennych i ciężkich warzyw, takich jak ziemniaki, marchew, buraki) nadających się do długiego przechowywania.

Samowystarczalne gospodarstwo domowe. Praca.

Nawet samowystarczalne gospodarstwo wymaga zarobienia chociaż tego minimum. W moim przypadku, jestem w stanie za 2 dni realnej pracy tygodniowo przynieść do domu ok. 6000 zł. Wtedy żona nie musi pracować, a ja sam faktycznie się nie zmęczę. To opcja nr 1.

Drugie wyjście – życie z kapitału, wygląda jeszcze lepiej. Zakładając prostą regułę 4% (na utrzymanie wystarczy 4% zgromadzonych i zainwestowanych środków), żeby uzyskać te 6 tys. zł powinienem dysponować ok. 1 mln 800 tys. zł. Da się łatwiej. Kupując akcje, przynoszące 6% dywidendy i dodające wzrost wartości wystarczy mi 1 mln 152 tys. zł.

Jeszcze ostrzejsza wersja to projektowane życie z wynajmu lokali. Dom w mieście wynajmę na pokoje za 5000 zł. Mieszkanie w górach za 1500 zł. I już mam kasę na życie.

Pozostańmy jednak przy pracy. Jeżdżąc do niej średnio 2 dni w tygodniu, wygeneruję tylko niewiele kosztów dodatkowych, bo jednocześnie zawiozę dziecko do szkoły i odbiorę z niej, a więc i tak musiałbym pokonywać drogę wieś-miasto-wieś. Ubrania zawodowe kosztują mnie ok. 120 zł/miesięcznie (garnitur, 3-4 koszule, krawaty, buty, spodnie, marynarka, płaszcz, teczka). Czasem muszę się złożyć na jakieś składki (kilkanaście zł/miesiąc). Praca wymusza też płacenie za ubezpieczenie zawodowe -130 zł/miesiąc. Razem koszty pracy to max. 270 zł (plus dojazd, który liczę w transporcie).

Żyjąc z kapitału/oszczędności/nieruchomości wydatków tych nie ponoszę. Nie tracę też 16 godzin tygodniowo na zajęcia niezwiązane z moimi priorytetami.

A co ma zrobić ktoś, kto nie dysponuje ani kapitałem, ani nieruchomościami, a zatrudnią go za minimalną na 40 godzin/tygodniowo? Cóż, widzę 2 wyjścia. W pierwszym, korzystamy z dobrodziejstw systemu państwa opiekuńczego. Staramy się o wszystkie możliwe zasiłki, dofinansowania itp. Mamy 800+, zasiłek dla bezrobotnych (nawet 1700 zł). W drugim – zakładanie dg.

Samowystarczalne gospodarstwo domowe. Transport.

W tym punkcie mam spory dylemat. Z jednej strony samowystarczalność wyklucza korzystanie z transportu publicznego, kupowanie benzyny. Z drugiej, dziecko musi trafić do szkoły, a rodzic do pracy. Samochód elektryczny byłby jakimś wyjściem, ale jego cena pozostaje poza granicami rozsądku, zwiększyłby także konieczną do wyprodukowania ilość prądu (lub wymusiłby tankowanie na bezpłatnej ładowarce). Przedstawię obie opcje.

Planowany przebieg to ok. 1200 km miesięcznie. Trzeba dojechać do dużego miasta. Samowystarczalność nie oznacza według mnie rezygnacji z szans edukacyjnych.

Samochód spalinowy. Na dystansie 1200 km potrzebuje minimum 60 litrów paliwa. Przy cenie ok. 6,3 zł/litr – ok. 380 zł/miesięcznie. Stałe koszty utrzymania wyniosłyby 150 zł (absolutne minimum). Powinienem jeszcze uwzględnić amortyzację – utratę wartości – ok. 200 zł/miesiąc. Razem – 730 zł.

Samochód elektryczny. Potrzebna energia to ok. 150 KWh/miesięcznie, co podwajałoby zużycie prądu w gospodarstwie domowym. W moim mieście jest niepłatna ładowarka, z której czasami korzystam – to byłoby rozwiązanie. Stałe koszty utrzymania auta 150 zł nie różniłyby się od pojazdu spalinowego. Jednak utrata wartości drenowałaby kieszeń. Taka Kona jak moja traci na wartości rocznie ok. 8 tys. zł (auta generalnie prawie nowe, i jednak tanieją szybciej niż używane spalinowce). A to oznacza 650 zł miesięcznie. Łączne koszty 800 zł okazują się wyższe niż tani diesel.

Sam facet, mógłby postawić na własne nogi, rower, hulajnogę, skuter plus pociąg. Ale z dzieckiem takich cudów nie zrobi – trzeba dowozić. Stąd wybieram jednak auto z silnikiem spalinowym za 730 zł miesięcznie.

Samowystarczalne gospodarstwo domowe. Media.

Jak już napisałem, nie planuję życia w stylu jaskiniowca, ani w stylu sprzed stu lat. Oznacza to jednak konieczność zapewnienia sobie mediów przynajmniej w minimalnym zakresie: prąd, woda, kanalizacja, internet, komórki. Odpuszczam gaz (jest mi zbędny). Ile to wszystko będzie kosztowało? Wbrew pozorom – niewiele. Założenia robię dla 3-osobowej rodziny.

Wywóz śmieci. Moja gmina ma stawkę opłaty śmieciowej 23 zł/osobę/miesiąc. Wychodzi na 69 zł/3-os. Gdzie indziej płaci się 30-40 zł/os. Jak już się rzekło podatki płacić trzeba.

Woda. Mógłbym teoretycznie obudzić starą studnię, ale sensu ekonomicznego w tym nie widzę. Kupić pompę, konserwować ją, skoro gmina zapewnia wodę za 4 zł/m3, czyli 30 zł/miesięcznie/3-osoby? Stanowcze nie.

Kanalizacja. Przy trzech osobach wywóz osadów raz na rok – wydam 20 zł/miesiąc.

Internet. 60 zł – tyle płacić muszę za światłowód (minimalnie). Rachunek za szybki internet 90 zł.

Komórki – 60 zł/3 osoby.

Opał. Tu pozostanę tradycyjny – planuję opalać drewnem. Pozyskam go z lasu moich kuzynek. Koszt -20 zł/miesiąc. Gdybym jednak chciał pozostać przy tradycyjnym, pozyskanym opale – płacę 200 zł/m3 drewna z lasu, dodając własną pracę. Koszt 150 zł/miesiąc.

Prąd. Ten ma zapewnić instalacja fotowoltaiczna. Jej produkcja ca. 3000 KWh wystarczy na moje potrzeby. W mieście potrzebuję ok. 2500 KWh. Płacę tylko abonamenty- 31 zł/miesiąc.

Dodaję jeszcze podatek gruntowy – 90 zł/miesięcznie.

W sumie potrzebuję na media ok. 500-600 zł. Gdybym policzył drewno z własnego lasu jeszcze mniej. W mieście dom kosztował mnie ok. 1200 zł.

Jak mądrze oszczędzać na jedzeniu?

W moim rodzinnym domu panowała zasada „na jedzenie nie żałujemy”, co w praktyce oznaczało kupowanie produktów najwyższej jakości bez patrzenia na cenę. Obecne ceny żywności (podwyżki o kilkadziesiąt procent) skłaniają jednak wiele osób do szukania oszczędności także i w tym fragmencie budżetu. Sęk w tym, żeby robić to mądrze. Mądrze czyli jak?

Zasada 1. Najtaniej wyprodukować.

Tego chyba nie muszę tłumaczyć. Koszt towaru w sklepie/na targu zawsze zawiera marżę sprzedawcy, jego wynagrodzenie za ryzyko, koszty zbioru itp. czyli takie elementy, których we własnej produkcji nie ponosimy. Ile zaoszczędzimy? Poświęcę temu cykl wpisów, opisujących poszczególne produkty. Tu jednak wyjaśnię zasadę na prostym przykładzie – ogórka, wybierając wersję gruntową, praktykowaną przeze mnie.

Torebka nasion ogórkowych, zawierająca 100 sztuk kosztuje ok. 6 zł, co daje 6 gr/sztukę. Jeśli nawet połowa sadzonek okaże się udana uzyskamy 12 gr za sadzonkę. Kupując ją na targu, płaciłem 2-5 zł (w zależności od źródła/wielkości).

Teraz wycena samego warzywa. Teraz widziałem małe ogórki gruntowe po 10 zł/kg. Oczywiście przy domu w czerwcu raczej nie uda się ich wyprodukować. Ale już ceny z lipca 2022 r. okazują się bardziej adekwatne – 8 zł w sklepie i 4 zł na giełdzie ogrodniczej. Czyli przyjmujemy minimum 4 zł.

Z krzaka, pozyskanego za 12 gr, zbierzemy 1 kg ogórków. Być może musimy doliczyć jakieś nawozy (ja ich nie stosuję, jest kompost), wodę do podlewania (możemy użyć deszczówki). Przyjmujmy 20 l wody i 50g nawozu na krzak. Nakład wynosi 6 gr (woda) i 15 gr za nawóz. Łączny koszt produkcji – 0,33 zł, przy cenie możliwej do uzyskania w handlu – 4 zł. Nie liczę amortyzacji narzędzi (grosze), oprysków (bo ich nie polecam), pracy własnej (sporo, zwłaszcza przy stawkach godzinowych, ale traktuję ja jak relaks), dojazdów (i tak jeździłbym na działkę te 30 km, a „tankuję” elektryka za darmo).

Tak to wygląda, produkując – oszczędzamy najwięcej. Uwaga techniczna – trzeba mieć własny kawałek ziemi.

Zasada 2. Czego nie możesz wyprodukować, kup od producenta.

Nie wszystko da się wyprodukować. Ok, z ogórkiem sobie poradzę. Z innymi warzywami pewnie też. Ale, nie zawsze w odpowiednim momencie (ogórki jem i w zimie, na wiosnę). Jedzenie to jednak także: nabiał, mięso, wędlina, mąki, kasze. Tutaj trzeba już mieć zwierzęta (czyli uwiązać się na cały rok), albo specjalistyczny sprzęt (np. młynek do zboża, wialnie itp.). I pojawia się problem, bo albo w tej skali – nieopłacalne, albo brak nam czasu. Wtedy wchodzi inna myśl – kupujemy u producenta.

Ma to dwie zalety. Najpierw, sami pozyskujemy taniej (pisałem o tym wielokrotnie i widać to też w tym wpisie – patrz: ceny ogórka w sklepie i na giełdzie), często dosłownie za pół ceny. Dodatkowo, głodzimy hydrę systemu: markety, pośrednicy, organy podatkowe – te składowe Matrixa już się nie pożywią (stąd i niska cena). Wszystko idzie do kieszeni drobnego rolnika – niech korzysta. Taki bezpośredni dostawca dba o jakość (bo jak od azotanów i oprysków dostaniemy sraczki, więcej u niego nie kupimy), nie patrzy tylko na standard marketowy (np. kolor i wielkość jabłek).

W tym kroku, nasz czas poświęcony na zakupy nie jest tak długi, a koszty prawie żadne (4 zł wstępu na giełdę, przy zakupach za kilka stów to 1%). A oszczędzamy, jak się rzekło, połowę ceny sklepowej.

Zasada 3. Przechowuj.

Przechowanie jedzenia może mieć dwie postaci: przetwory i mrożonki/kopce itp. Ja osobiście nie kopcuję warzyw, bo moja produkcja starcza na bieżące letnie spożycie, mrożonki, przetwory.

Ponownie, odnieśmy się do ceny warzyw/owoców w sezonie i na tzw. przednówku. Takie truskawki kosztują 10-12 zł w czerwcu i 50 zł w lutym. Te drugie to sama woda i nawozy, mają kolor, ale już nie zapach i smak. Nawet zakup mrożonek nic nam nie da. Przemysłowo, mrozi się owoce najgorsze, nie nadające się na deserowe czyli sprzedaż w detalu. Pomijając jednak różnice w jakości, patrzmy też na cenę. 1 kg mrożonych sklepowych truskawek kosztuje 27 zł, a jeśli odejmiemy jeszcze 30% na wodę (w postaci lodu), wyjdzie nam 27 zł za 700 gramów czyli 38 zł/kg owoców.

Mrożąc w domu ponosimy w zasadzie jeden koszt – prąd do zamrażarki. Jeśli mieści ona 150 kg owoców (raczej tyle nie zjemy, ale podaję przykład), a zużywa rocznie 300 KWh dochodzimy do rachunku 1,5 zł/kg (bo przecież wyjadamy te truskawki stopniowo, zastępując czym innym). Nawet kupując za 12 zł/kg – zyskujemy w stosunku do kupionej mrożonki (14 zł wobec 38 zł za kg) i świeżych owoców zimowy (14 zł wobec 50 zł), dostając lepszą jakość.

Nie wszyscy jednak lubią i chcą mrozić. Im zostają przetwory. W moim domu, mamy ich całą spiżarkę, co przypomina mi piwnice w bloku z czasów mojego dzieciństwa. W porównaniu z mrożeniem jedna zaleta – nie ponosimy kosztów i mamy gotowy produkt (sok, dżem, kompot, kiszonki, sałatkę, sos). Jest i wada – czas. No i musimy coś dołożyć na utrwalacz (cukier, ocet, przyprawy) oraz słoiki (u mnie już kręci się w obiegu zamkniętym). A jak wyjdzie cenowo? Za słoik konserwowych ogórków płacimy w sklepie 6 zł, a dostajemy masę warzywa na poziomie 450 g plus pół litra octu rozrobionego wodą czyli w efekcie 13 zł/kg. Robiąc w domu, płacimy ok. 1/7 ceny sklepowej – 1,93 zł/kg (33 gr/kg + 1,6 zł za ocet), a jeśli ogórki kupiliśmy na giełdzie – 4,8 zł/kg czyli ok. 1/3 ceny z marketu. O jakości ponownie nie wspominam.

Są jeszcze tańsze przetwory – np. sok z kwiatów czarnego bzu (darmowy kwiat + cukier). Mamy jednak znacznie więcej roboty.

Zasada 4. Kupuj w sezonie.

Informacje na ten temat przedstawiłem już wyżej. Cena truskawki waha się pomiędzy 10 a 50 zł. Zresztą ta zimowa będzie importowana z południa i gorsza. Wybór wydaje się prosty. Mamy lepszą jakość (świeża, bez konserwantów) za niższą cenę.

Zasada 5. Kupuj nieprzetworzone.

Ponownie, wystarczy spojrzeć na koszt ogórków konserwowych (13 zł/kg) i świeżych w lecie (4 zł). Im mniejsze przetworzenie, tym taniej (oraz ponownie – zdrowiej – bez konserwantów).

Ta zasada nie dotyczy jednak tylko warzyw/owoców. Podobnie będzie z mięsem (wędlina droższa niż surowe), mąką, którą kupimy taniej niż gotowy chleb, kluski itp. Pizza w restauracji zawsze wyjdzie drożej niż domowa (poświęciłem temu odrębny wpis). Zresztą restauracje to odrębny temat – w cenie posiłku produkty stanowią 1/3. Reszta to pensje pracowników, energia, czynsze, podatki oraz zysk właściciela.

Oczywiście, ostatecznie danie trafia na stół jako przetworzone, ale w domu mamy nad nim kontrolę. Wkładamy własną pracę (nic nie kosztuje, poza wysiłkiem) i uzyskujemy efekt.

Podsumowanie.

Stosując te cztery zasady spokojnie możemy obniżyć koszty jedzenia o połowę. Przywoływana przeze mnie wielokrotnie blogerka (http://godnezycie.blogspot.com) opisuje jak żywi rodzinę za 350 zł/osobę/miesiąc, stosując przy tym znaczne ograniczenia (bez glutenu itp.). Czy Ty potrafisz do tego dojść? Oczywiście, jeśli życie Cię zmusi, albo tak zdecydujesz.

Rozmowa, która zmieniła mój sposób postrzegania wsi jako miejsca do życia. O malinach.

W zeszłym miesiącu miałem okazję chwilę pogadać z moim starym kumplem. Tematem stała się jego praca zawodowa i, wydawałoby się, uboczne zajęcie – rolnictwo. Nie takie wcale uboczne, ale nie wyprzedzajmy faktów.

Kumpel urodził się na wsi, ale pchany ambicją ukończył szkołę budowlaną w mieście powiatowym, po czym wyjechał na studia do siedziby województwa. Spotkaliśmy się kilkanaście lat temu, kiedy próbował, , zdobyć dodatkowe uprawnienia. Z pewnymi przygodami, ale wykonuje ten sam zawód co ja. I słowo „zawód” pada tu nieprzypadkowo, ma bowiem dwa znaczenia. O ile ja, trochę na etatach, trochę na swoim, zarabiam całkiem przyzwoicie, o tyle kumpel dostaje 4 tys. zł do ręki za 5 dni w tygodniu ciężkiej orki od 9 do 18-19. Często bierze robotę na wieczór.

I tu wracam do sedna, czyli gospodarstwa-ojcowizny. Leży ona na tyle blisko, że da się ją uprawiać, łącząc to z pracą zawodową. Zostaje przecież weekend. Zysków z tego gospodarstwa dotyczyła nasza rozmowa. Gospodarstwa, a dokładnie jego części – plantacji malin o powierzchni 0,7 ha. Tak dobrze czytacie – 0,7 ha. Pozostałą część obsiano jakimś zbożem, koniczyną czyli uprawami, które nie wymagają wiele pracy poza sezonem, ale pozwalają wyjść ledwie powyżej zera (2-3 tys. z ha). Do tego dochodzą dopłaty – 1 tys. ha. Czyli z 7 ha mamy ok. 21-28 tys. zł netto. Niewiele – 1,7-2,3 tys. zł miesięcznie. Poniżej pensji minimalnej, aczkolwiek podkreślmy za kilkanaście dni pracy w roku.

Wracamy jednak do malin. Kumpel powiedział mi, ile wziął w skupie w zeszłym roku – 70 tys. zł. Nie chciało mi się wierzyć, ale po sprawdzeniu danych (plony do 10 t/ha, ceny 13-15 zł/kg), uwierzyłem. Czas na koszty produkcji. Tutaj w sukurs przyszły mi kalkulacje ODR-ów. Roczne nakłady na ha plantacji, to ok. 70 tys. zł (z kosztami amortyzacji), a więc w przypadku „gospodarstwa” 0,7 ha, ledwo 49 tys. zł (przy 70 tys. zł przychodu). Jednak, jak to liczy ODR, obejmują one pracę ludzką, a ta pochłania 40 tys. zł/ha (28 tys. za 0,7ha). Czyli, odliczając własny wysiłek (i ewentualnie najbliższej rodziny) uzyskujemy 42 tys. zł za taką mikroskopijną, powiedzmy sobie szczerze, plantację. Zyski z intensywnej, ale ściśniętej czasowo, pracy (trochę oprysków, pielenia, podwiązywania i wycinania) na wiosnę, potem zbiór (ok. 4600 kg to przy wydajności 60-80 kg/dzień ok. 60-80 dniówek). Czyli uzyskujemy pewnie 80-100 dniówek, przy zysku 42.000 zł. Biorąc pod uwagę stopniowe dojrzewanie, w 2-3 osoby da się zebrać taką powierzchnię w miesiąc ciągłej pracy. W tym roku cena spadła do 1/4 czyli mimo większych plonów, wyjdzie na 0.

Kolega zarobił zatem 48 tys. zł za 250 dni skomplikowanej pracy biurowej (jak to na zleceniu – urlop symboliczny) i 42 tys. zł za 80 dniówek pracy ogrodnika (de facto nawet 50, bo w zbiorze nieodpłatnie pomaga mu matka-emerytka). Gdzie sens, gdzie logika? Kolejny przyczynek do dyskusji – czy warto iść na etat, wiążąc sobie cały rok przy stawce dziennej 192 zł, czy lepiej pracować przez 80 dni wg stawki dziennej 500 zł. Doświadczeni życiowo złożą dwa zastrzeżenia. Pierwsze – tu mamy do czynienia z ciężką pracą fizyczną, a tam biurową. Szczerze – wolę tę pierwszą i mieć 9 miesięcy wolnego. Drugie – niepewność zysków rolnika. I tu także dwa zastrzeżenia. Przedstawione przez mnie rachunki dotyczą przyzwoitego roku. Wiadomo, pogoda może zniszczyć część zysków, zdarzają się górki i dołki cenowe. Ale, pamiętajmy i o pesymistycznym założeniu – zbiór ręczny. Jeśli dysponujemy kombajnem zamiast 80 kg dziennie zbieramy 3 tony. Dzięki temu możemy, albo zwiększać areał, albo pracować nie 80 pełnych dniówek, lecz 30. Założyłem tez niższe od możliwych do uzyskania plony oraz typowe daty zbioru (przyspieszenie lub opóźnienie da lepsze rezultaty) podobnie jak sprzedaż nie w skupie lecz na targowisku (wymaga zaangażowania dodatkowej osoby)..

A na koniec – podsumowanie. Da się nadal, przy istotnym pilnowaniu i optymalizacji kosztów życia, wyżywić rodzinę, jeśli pracują nie 2 osoby na pełen etat, lecz jedna w rolnictwie. Mechanizacja plus wysokie ceny żywności – otwierają nowe szanse. Zwłaszcza jeśli sprzedajemy bezpośrednio odbiorcy.

Jem jak popańszczyźniany chłop. Jak dieta wpłynęła na moje samopoczucie.

Miesiąc powoli zbliża się do końca, nadchodzi czas na podsumowanie. Dzisiaj jeszcze nie finansowo-praktyczne lecz dotyczące odczuć ciała i ducha, związanych ze zmianą diety.

Największą wątpliwość wzbudzały we mnie proste rachuby – prawdziwy chłop żył stosunkowo krótko, średnia wieku wynosiła ok. 40-50 lat. Czy jednak na pewno wynikała ona z diety? Poniekąd pewnie tak, lecz znacznie większe znaczenie miał brak dostępu do opieki lekarskiej na dzisiejszym poziomie. Każdy wypadek, a o takie na gospodarstwie nietrudno mógł zakończyć życie, każda choroba (np. grypa hiszpanka) stanowiła śmiertelne zagrożenie. Umierały dzieci, umierali dorośli. Z drugiej strony, autor pamiętników i inspirator próby odmiennego żywienia, przeżył 90 lat. Fakt, z racji funkcji i dochodów miał szanse na ponadprzeciętną długość życia. Prowadził też higieniczny tryb życia, nie pił alkoholu, nie uczestniczył w I WŚ.

Gwałtowna zmiana sposobu odżywania się mogła także załatwić mój żołądek. Zrezygnowałem bowiem z mięsa (jadłem je dwa razy – w gościach), nie jem słodyczy, porzuciłem kawę i wszystko to, czego chłop nie jadł i nie mógł wytworzyć (cukier, ryż, owoce południowe) . Wprowadziłem do jadłospisu znacznie więcej ziemniaków, chleba, mleka (wolę go od barszczu). To wszystko wzbudziło niebezpieczeństwo rozstroju żołądka.

Wreszcie, bałem się o brak sił. Niby chłop pracował fizycznie, a ja chodzę do biura, uprawiając skrawek ziemi weekendowo, ale mój organizm przez lata przyzwyczaił się do mięsa. Kawa podobno stawia na nogi, działa mobilizująco, a ja całkiem wyrzuciłem ją z codziennego menu, wcześniej pijąc 3 espresso z mlekiem.

Jak widać żyję i mam się dobrze. Nic takiego się nie stało. Nie mam ani problemów jelitowych, a nawet pozbyłem się zgagi. Normalnie funkcjonuję, potrafiłem zmniejszyć liczbę posiłków do 4 (czasem rezygnuję z podwieczorku lub kolacji). Nie odczułem także spadku sił, energii czy witalności. Po prawdzie, zmian na lepsze (poza zlikwidowaniem zgagi) też brakuję.

Jasne, na prawdziwe skutki trzeba by czekać miesiącami. Czy białko ze strączkowych zastąpi mięsne? Czy mleko i twaróg uzupełni ubytki? Odpowiedzi na to nie znam. Być może tzw. nędza galicyjska, niedożywione dzieci i dorośli, wysoka śmiertelność wynikały z ilości pożywienia, a nie jakości. Bo jedno jest pewne – przez prawie cały miesiąc nigdy nie byłem głodny. A niejeden chłop, tak.

Jem jak popańszczyźniany chłop. Opłaty na wsi.

Było o dojazdach, niech będzie i o mediach. Tym razem letnich (bez opału) i realnych u mnie.

Woda. 1,5 m3 na moje potrzeby i 1 m3 na podlewanie roślin. W sumie 2,5 m3 po 4 zł i 2 zł za odczyt – daje 12 zł miesięcznie.Gdybym zbierał deszczówkę

Śmieci. Stała opłata 23 zł/miesiąc (a w zasadzie 69 zł/kwartał).

Podatek. Z uwagi na duże garaże płacę sporo – 1080 zł/rok tj. ok. 90 zł miesięcznie.

Ścieki. Raz w roku wywóz osadu – 240 zł tj. 20 zł/miesięcznie. Jeśli przyjeżdżam od czasu do czasu, takiej potrzeby nie ma.

Internet. Można założyć światłowodowy za 60 zł/miesiąc. Ja mam szybszy za 90 zł/miesiąc, ale za to dzielę go z rodziną.

TV. Nie korzystam, nie potrzebuję.

Prąd. 20 zł miesięcznie (same abonamenty).

Gaz. Nie używam. Wodę podgrzewa słońce, gotowanie na prądzie.

Suma (jak napisałem na wstępie, bez ogrzewania) – 225 zł/ jedna osoba. Dwie osoby oznaczają wydatek o 29 zł większy (trochę wody plus opłata śmieciowa).

Dodając do tego opał (przeliczam standardowe potrzeby):

  • gaz ok. 6000 zł rok (średnio 500 zł/miesiąc),
  • drewno 200-300 zł rok (jeśli swoje tj. eksploatacja piły) – ok. 20 zł/miesiąc.
  • drewno kupowane ok. 200-250 zł miesięcznie (kilka kubików).

wyjdę na od 245 zł/jedna osoba i 274 zł/dwie osoby do 725 zł/jedna osoba i 754 zł przy gospodarstwie dwuosobowym. Nasza trójka potrzebuje 303 zł. Wiadomo, popańszczyźniany chłop nie montował gazu (nie miał też solarów, wodociągu, prądu i piły spalinowej, ani auta elektrycznego), ale nie chodzi o życie amisza, lecz maksymalnie proste w granicach rozsądku. W takiej sytuacji, praca zawodowa przestaje mieć sens. Bo te 300 zł na małą rodzinę zawsze zarobię (czasem w 1-2 godziny).

Jem jak popańszczyźniany chłop. Dojazdy ze wsi.

W ramach projektu „Jem jak popańszczyźniany chłop” dodałem kolejny element. Dojazd ze wsi do miasta. Podaję koszty aktualne w różnych wariantach na dystansie ok. 30 km. W sumie 13 dojazdów w przeliczeniu na pełny miesiąc czyli 780 km. Przeliczę też wartość dla pracujących normalnie (20-dni roboczych w miesiącu).

Wariant I. Samochód elektryczny. Ładowany z paneli FV i darmowej ładowarki w mieście. 13 dojazdów miesięcznie, przy spalaniu 10 KWh/100 km daje mi 78 KWh energii. Wystarczy jedno ładowanie tygodniowo. Koszt – 0 zł. Koszt przy 20 dniach roboczych 0 zł.

Wariant II. Pociąg + hulajnoga elektryczna. Tym razem coś tam zapłacę, lecz byłoby tanio. Każda trasa to najpierw przejazd hulajnogą, potem pociągiem, a w mieście znowu wsiadam na elektryka. Koszt ładowania (raz w tygodniu, dziennie przejadę 12 km) 0 zł, bo mam FV. Bilety PKP ok. 9 zł dziennie tj. 117 zł/13 razy/miesiąc. Koszt przy 20 dniach roboczych ok. 180 zł/miesiąc.

Wariant III. Fiat 500 diesel. 780 km przy spalaniu 4 l/100 km dają prawie 32 litry paliwa. Przy cenie 6.1 zł/l wydaję 195 zł. Przy 20 dniach roboczych w miesiącu zapłaciłbym 300 zł.

Wariant IV. Fiat 500 LPG. Liczba kilometrów do przejechania nie ulegnie zmianie – 780. Potrzebować będę zatem ok. 55 l lpg i 170 zł. Zakładając 20 dni roboczych zmieściłbym się w 250 zł.

Podsumowując, stałe dojazdy do pracy wieś-miasto, kosztowałby mnie od 0 zł do ok. 200 zł, a gdybym „normalnie” pracował o 50% więcej (więc 150% z 0 dalej wynosi okrągłe 0).

Jem jak popańszczyźniany chłop. Jak żyć za 181,5 zł.

Mija już pierwsza dekada eksperymentu z jedzeniem jak popańszczyźniany chłop. Przyzwyczaiłem się do nowej diety, mój żołądek doskonale ją znosi. Może dlatego, że zrezygnowałem z kawy i herbaty, mięsa i paru innych składników. Dzisiaj jednak skupiam się na aspekcie finansowym. Ile kosztuje taka dieta?

Wiemy doskonale, że XIX-wieczny chłop nie wydawał prawie nic. U mnie tak się nie da, bo chodzę do pracy. Prawie wszystkie rzeczy kupuję i oto moje wyniki.

Mleko. Ok. 300 ml dziennie tj. akurat na jeden posiłek. Miesięcznie 9 l mleka czyli ok. 30 zł.

Mąka. Na chleb, kluski. Ok. 500 g dziennie. Miesięcznie 15 kg i 60 zł.

Słonina na okrasę. 50 g dziennie tj. 1,5 kg miesięcznie. Koszt 15 zł.

Twaróg. 50 g dziennie czyli 1,5 kg miesięcznie. Płacę 30 zł/miesiąc.

Jajko. Do klusek. Ok. 5 jajek miesięcznie. 6,5 zł.

Śmietana. 3 opakowania miesięcznie – 10 zł.

Ziemniaki. Ok. 0,6 kg dziennie. Część idzie do zupy, cześć zjedzona ze zsiadłym mlekiem, albo jakie danie z okrasą. Koszt 20 kg to obecnie 30 zł.

Sól – niewielkie, pomijalne, przy obecnych cenach ilości.

Suma miesięcznych wydatków na jedzenie: 181,5 zł. Co z tego mógłbym zredukować, żyjąc na wsi, to pytanie dla wielu dość istotne? Jak bardzo da się oderwać od Matrixa?

Mleko mógłbym mieć swoje – wystarczy koza lub owca (0,5 l/dziennie od jednego zwierzęcia). Mąka – to też da się zrobić, mógłbym kupić tanio lub wyprodukować pszenicę/żyto i zawieźć do młyna. Podobnie ser i śmietana- da się zrobić z mleka. Jajka czyli kury także są do ogarnięcia. Ziemniaki – mogę mieć swoje.

W sumie dałbym radę przeżyć za 15 zł, bo świni stanowczo nie zamierzam hodować. Nawet jeśli dodam koszt weterynarza dla kóz, jakieś paliwo do glebogryzarki, to pewnie za 60-70 zł mógłbym funkcjonować.

Oczywiście da się tę dietę trochę uwspółcześnić. Ziemniaki zastąpić bobem, fasolą i owocami (przynajmniej w sezonie). Dodać sałaty, a nawet szparagi ( tym roku pierwsze poszły do ziemi, zobaczymy co wyjdzie). No i kupić trochę kawy.