Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Styl życia – Strona 53 – Oszczędny Milioner

Jak odkładanie 10% dochodu zmieni Twoje życie, jeśli teraz żyjesz od 1. do 1.

Może zastanawiałeś się dlaczego tak namawiam do odkładania  przynajmniej 10% dochodu? Ponieważ suma ta ma szansę zmienić Twoje życie. Skąd to wiem? Z własnego doświadczenia i relacji osób, które robią to od wielu lat. A zatem przejdźmy do konkretów.  Tylko Ty masz świadomość, jak naprawdę wyglądają Twoje finanse. Na potrzeby tego wpisu zakładam cztery wersje:

  • poczynałeś sobie beztrosko, czego efektem są długi,
  • żyjesz od pierwszego do pierwszego,  zadłużyłeś się tylko na zakup mieszkania, nie masz oszczędności,
  • odkładałeś niewielkie sumy, albo prawie nic, oszczędności brak,
  • masz spore oszczędności.

W ostatnim przypadku, o ile nie dostałeś tych pieniędzy „szybką ścieżką” już doświadczyłeś potęgi oszczędzania. Ciebie nie trzeba przekonywać.

Przejdźmy do wersji nr 3. Nie masz oszczędności, zarabiasz z małżonkiem dwie średnie krajowe (ok. 5.500 zł), posiadacie dzieci. Albo, jesteś singlem z pensją 2700 zł. Dotychczas każdy nagły zakup skutkował koniecznością pożyczania: w pracy, od rodziny, znajomych, z banku. Potem przychodziła chwila prawdy i spłacanie.  Wiesz, że nie musi tak być. 10% dochodu to albo 270 zł (singiel), albo 550 zł (małżeństwo).  Już po niespełna roku   (singiel 11 miesięcy, małżeństwo 6 miesięcy)  uskładasz 3000 zł potrzebne na tzw. fundusz awaryjny. Z niego pokryjesz wszystkie nieprzewidziane wydatki (wizyta u dentysty, wymiana lub naprawa zepsutej pralki itp.). Potem będziesz uzupełniać go do poziomu 3000 zł. Posiadanie takiego „żelaznego zapasu” już odmieni Twoje życie – przestaniesz bać się co przyniesie jutro – będziesz na nie przygotowany.

Masz już fundusz awaryjny, co dalej? Teraz czas na marzenia. Nie wiem, jakie są Twoje. Dlatego przyjmę te najpopularniejsze: podróż do egzotycznego kraju, zakup luksusowego przedmiotu, samochód konkretnej marki, mieszkanie dla dziecka. Czy kiedykolwiek mają szanse się spełnić?  Oczywiście, chociaż nie wszystkie na raz.

Studium przypadku luksusowy przedmiot – zakup ekspresu do kawy marki Jura.  Jura to wśród ekspresów odpowiednik Mercedesa.Nowy kosztuje od 3000 zł  do kilkunastu tysięcy złotych. Czy stać Cię? Na razie nie. Przyjmując wersję pośrednią (ok. 4500 zł) jako singiel kupisz go za niespełna 1,5 roku (17 miesięcy), a w małżeństwie nawet po 9 miesiącach. Teraz już na zawsze (te ekspresy wytrzymują kilkadziesiąt lat) możesz cieszyć się smakiem doskonałego espresso o  poranku.

Podróż do Chin. Wyjazd dla jednej osoby to ok. 10.000 zł (zorganizowany). Do odłożenia w ciągu 3 lat. Myślałeś już o tym?

Mieszkanie dla dziecka. Sam mam trójkę dzieci.  Widzę jak ważny jest dobry start w dorosłość. Dobry, czyli bez kredytu. Na kawalerkę w moim mieście potrzeba 120 tys. zł. Z przywoływanych na wstępie 10% statystyczna rodzina, będzie w stanie kupić je za gotówkę w ciągu ok. 18 lat (jeżeli  założymy zwrot na poziomie inflacji cen mieszkań i stałe wpłaty), lub nawet krócej jeśli przyjmiemy wzrost wartości wpłat i oprocentowanie oszczędności.

Efekt? W ciągu ok. 20 lat pijąc kawę z doskonałego ekspresu, przeżywając podróż do Chin, dotychczas nieoszczędzający są w stanie kupić dziecku mieszkanie. A przed nimi, jeszcze kilkadziesiąt lat życia.

 

 

 

Jak najprościej odłożyć 10% dochodu?

Na blogu wszystko wygląda prosto. Na przykład moja rada – odłóż od razu po wpływie 10% dochodu.  No, tak, ale trzeba jeszcze:

  • zalogować się do systemu bankowego i wykonać przelew lub
  • pójść do oddziału i wykonać przelew lub
  • odłożyć do oddzielnej koperty kilka banknotów,

a następnie powtarzać tę czynność co miesiąc do końca życia, prawda?

Nieprawda. Mądrzy ludzie, znając leniwą naturę ludzką (moją też!) wymyślili lepszy sposób – automatyzacja. Jeśli tylko masz konto w banku, kasie SKOK, możesz zaoszczędzić sobie comiesięcznego pamiętania o przelewie. Służy temu doskonała instytucja – stałe zlecenie. Działa ona zgodnie z naszym wewnętrznym leniwcem – raz zleć przekazywanie gotówki na wskazane konto, określ kwotę, dzień miesiąc i…. zapomnij do czasu aż przyjdziesz coś zmienić.

Nieco trudniej będzie przedsiębiorcy lub innej osobie mającej zmienne dochody (np. duże premie). Może on jednak  zrobić coś innego. Uśrednić dochody z ostatnich  12 miesięcy i zamiast odkładać 10% zysku z każdej wpłaty, przekazywać stałą kwotę.

Wiesz, ile przelewów stałych opłat powinienem wykonać miesięcznie? Około 20. A ile faktycznie robię? 3, wszystkie związane z działalnością gospodarczą. Tych, których nie da się zautomatyzować (VAT, podatek dochodowy, ZUS). Koniec. Zamiast 100 minut (każdy przypada innego dnia, trzeba włączyć komputer, zalogować się i zlecić operację) , poświęcam tylko 12 (VAT i dochodowy płacę razem).

Ty też uprość swoje oszczędzanie.  Przekazuj stałą kwotę – 10% średnich dochodów z 12 miesięcy.  Ustal stałe zlecenie i czytaj następny wpis o tym jak te 10% zmieni Twoje życie.

 

Przedsiębiorco, płać najpierw sobie. Szybkie oszczędzanie dla prowadzących działalność gospodarczą i otrzymujących nieregularne dochody.

W przypadku osób, które są pracownikami, realizacja zasady, 10% zarobków płać najpierw sobie, zanim zdążysz cokolwiek wydać jest prosta. Poświęciłem temu ostatni wpis.

Ale przecież nie każdy ma szczęście (lub nieszczęście) zatrudnienia na etat i otrzymywania stałej pensji. Na świecie funkcjonują jeszcze indywidualni przedsiębiorcy, samozatrudnieni, zleceniobiorcy i wykonawcy z umowy o dzieło, a przede wszystkim pracownicy żyjący z premii i innych zmiennych składników wynagrodzenia. Co z nimi?  Ich wpływy są bardzo nieregularne. Jak wtedy zaplanować odkładanie 10%?

Da się. Trzeba tylko potrącać i przelewać na odrębne konto 10% z kwoty zarobku netto każdego otrzymanego przelewu. Nie zawsze jest to już takie proste. Dlaczego?

Po pierwsze, przelew przedsiębiorcy opiewa na kwotę brutto, z której trzeba potrącić podatki (stąd mowa o kwocie netto). Prowizyjni działają jak zwykły etatowiec.

Po drugie, nie cały przychód pomniejszony o podatki jest dochodem. Trzeba jeszcze potrącić koszty uzyskania (poniesione aby wystawić fakturę).  Dobry przedsiębiorca wie wiedzę, ile zostawia sobie, a ile trzeba zachować jako zapłatę innym (a jeśli nie wie, niech spyta księgowego).

Nie ma wątpliwości, że etatowiec ma lżej.

 

Koniec sezonu rowerowego – podsumowania.

Powoli zbliża się do końca tegoroczny sezon rowerowy. Nie jestem cyklo-radykałem i raczej nie będę jeździł w rzęsistym deszczu, przejmującym zimnie, a tym bardziej po śniegu. Nie czuję się też na siłach dawać setki mądrych rad, dotyczących roweru, a to dlatego, że mogę co najwyżej określić siebie jako „przeciętnego” rowerzystę. Ot, często dojeżdżam w ten sposób do pracy, na działkę, dla zdrowia szaleje po ścieżce. Krótko mówiąc, korzystam z roweru kilka razy w tygodniu. Ten sezon był jednak wyjątkowy. Stało się to z kilku przyczyn.

  • Pobiłem swój tygodniowy rekord przejechanych kilometrów,
  • pobiłem też miesięczny,
  • po raz pierwszy zaliczyłem spotkanie z autem,
  • regularnie pokonywałem trasę do domu na wsi i z powrotem (ponad 30 km w jedną stronę),
  • zaplanowałem na przyszły rok pierwszą wyprawę.

Wszystkie te zdarzenia stały się powodem kilku przemyśleń, którymi chcę się podzielić na blogu.

Rowerem warto dojeżdżać do pracy, jeśli mieszka się w mieście 

Coraz więcej osób korzysta z tej metody przedarcia się przez korki. Nawet w deszczowe dni ulice (oraz chodniki)  mojego miasta pełne są rowerzystów, pomimo, że trasa jest raczej wyżynna (zjazdy i podjazdy). Mieszkam blisko dzielnicy akademickiej i pod drodze mam dwie spore (jak na tereny niegórskie) pagórki, w tym jeden leżący na trasie etapu Tour de Pologne sprzed kilku lat.  Mimo tego regularnie mijam (tak, tak, to nie ja jestem wyprzedzany) wielu dzielnie pedałujących studentów oraz zmierzających do pracy. Jak sytuacja przedstawia się czasowo i finansowo? Rower w obie strony: 30 minut i 0 zł, piechotą (1 godzina 20 minut i 0 zł), samochód (godzina minut i 3,5 zł na paliwo), autobus (1 godzina 30 minut i 6,40 zł za bilety). Jak widać rower wypada najkorzystniej pod każdym względem. Kto nie ma własnego sprzętu w wielu miastach może wypożyczyć (za symboliczną odpłatnością) tzw. rower miejski.

Przeciętna osoba  jest w stanie bez problemu przejechać 30 km jednego dnia

Nie jestem sportowcem, nie jestem nawet byłym sportowcem. Szczerze mówiąc mam około czterdziestki, astmę i dodatkowe skurcze w sercu. Mimo tego przejeżdżam regularnie odcinek 30 km (dojazd na działkę, objazd ścieżką pobliskiego jeziorka) w tempie 20-27 km/godzinę. Jadąc spotykam zarówno młodych jak i emerytów, typy fitness i brzuchaczy, właścicieli najnowszych cacek za 10 tys. zł (które powinny same jechać) oraz dosiadających stalowych rumaków cudem toczących się na spotkanie przeznaczenia. Wielu z nich pokonuje taki odcinek. Na forach rowerowych podróżników sporo jest wpisów o przejechaniu dziennie 160 -200 km z bagażem o wadze 30 kg.  Ty też możesz.

Rower nie jest drogi

Dobry używany rower (np. kolarkę sprzed lat) możesz kupić za kilkaset zł. Nowy sprzęt średniej klasy (góral, cross) kosztuje już ok. 2000 zł. Można oczywiście wybrać szosę w cenie nowego auta, ale to wariant dla zamożnych pasjonatów. Jak wiecie regularnie spisuję wydatki. Rowerowe mieszczą się w kategorii przyjemności. W ostatnim roku były następujące: wymiana dętki (15 zł) – nie lubię łatania, od razu kupuję nową, zakup szczotki do czyszczenia (30 zł), serwis (40 zł), nowe rękawiczki (15 zł – stare zgubił mi syn). Gdybym używał łatek, zwykłej szczotki roczny koszt zamknąłby się w 40 zł, a i tak ledwo przekroczył dwukrotność tej sumy.

Zakładając czas eksploatacji sprzętu 20 lat, średnia wyniesie w moim przypadku 200 zł rocznie, czyli spokojnie ok. 10 gr  za km.

Na przyszły rok plan jest trochę ambitniejszy  – pierwsza wyprawa rowerowa. Wydam na bagażnik, sakwy, nową lampkę, dzwonek, podpórkę, drugi komplet stroju – razem pewnie ok. 500 zł. W zamian przeżyję niezapomnianą przygodę.

Regularna jazda pomaga utrzymać zdrowie

Kiedy jeżdżę rowerem 3 razy minimum w tygodniu (w sumie ok. 70 km), czuję się znacznie lepiej. Pracuje serce i płuca odzyskują swoją sprawność, co potwierdzają wyniki badań. Rześcy staruszkowie na ścieżce przekonują mnie, że rower to element zdrowego stylu życia.

Rower to sposób na oszczędność.

Gdybym jeździł autobusem do pracy to wydam miesięcznie 85 zł na przejazdówkę (500 zł w sezonie rowerowym).  Dojazdy na wieś kosztują mnie, jeśli poruszam się samochodem ok. 20 zł za każdym razem. 10 wyjazdów na rowerze to oszczędność 200 zł. Jednocześnie koszt to 200 zł (amortyzacja plus wydatki). Razem korzystając z roweru oszczędzam rocznie 500 zł.

 

Kiedy zamawiać wczasy? Dwa słowa o moich przyszłorocznych wakacjach.

We wpisie o oszczędzaniu na wakacje poruszyłem temat długoterminowego planowania. Aby być wiernym temu co głoszę, jak co roku przystąpiłem do rezerwacji noclegów na kolejny urlop, korzystając z popularnego serwisu. I w ten sposób przekonałem się, że duża grupa osób postępuje podobnie. Czy wiecie jaki procent apartamentów był już wynajęty? 50%. Tak, dobrze słyszeliście, na początku września połowa miejsc noclegowych na urlop 2017 jest już zajęta. Dlatego warto się spieszyć.

No dobrze, ale dlaczego milioner zamiast korzystać z wczasów all inculsive wynajmuje apartament wakacyjny?  Powód jest prosty. Bo jestem oszczędnym milionerem, nie lubię wyrzucać pieniędzy. Ważne jest dla mnie miejsce, przestrzeń, przyroda, zachody słońca, szum fal i odległość od morza.  Nie lubię płacić za złocone klamki, marmurowe korytarze i baseny (po co mi basen, który mam niedaleko od domu, skoro jadę nad morze). W ten sposób oszczędzam sporo pieniędzy. No i apartament jest takim złotym środkiem pomiędzy wygodą (hotel), a ceną (namiot), swobodnie mieści moją sporą rodzinę (zazwyczaj 2-3 pokoje, kuchnia, łazienka o powierzchni 50-80 m2), pozwala na rezygnację z restauracji i może mieć klimatyzację. Ile zatem oszczędzam?

Gdybym pojechał w to samo miejsce (Chorwacja) do hotelu to wydałbym pewnie ok. 12-15.000 zł. 15 tys. za tydzień urlopu? Jeszcze nie zwariowałem.  Gdybym wybrał namiot to koszt wyniósłby 4200 zł w tym  dojazd 1200 zł, nocleg 1000 zł (pod warunkiem, że kemping rodzinny, a nie sieciowy, bo wtedy to i 3000 zł), jedzenie i atrakcje 2000 zł (jedzenie w Chorwacji to straszna drożyzna, ceny 3 razy większe niż w Polsce). A w apartamencie? Dojazd kosztuje tyle samo, jedzenie także, nocleg będzie prawie dwa razy droższy (1800 zł), ale i tak zamknę się w 5000 zł.  Czy wygoda hotelu warta jest 10.000 zł? Nie sądzę.

A jedzenie? Zakupy robimy na miejscu (jak już pisałem drogo, widziałem Niemców, którzy wieźli swoją wodę w zgrzewkach), omijamy restaurację (porcja owoców morza na kolację 120-150 zł), gotujemy z miejscowych półproduktów (np. mięso przygotowane w taki sposób jak nasze porcje na grilla z Biedronki), sporo pochłaniamy owoców (8 zł za kilogram brzoskwiń to okazja), lubimy sery i jogurty. Gdyby było inaczej, obiad w  restauracji dla naszej piątki, kosztowałby minimum 300 zł (i to pod warunkiem, że wybralibyśmy tylko pizzę i sok). Normalny dwudaniowy byłby już prawie 2 razy droższy (500 zł). Ale nawet wtedy na wyjazd wydalibyśmy 8000 zł. Do cen z hotelu jeszcze daleko.

Koniec wakacji – warto zacząć odkładać na następne.

Jedna z podstawowych recept na zostanie milionerem  brzmi – przewiduj wydatki. Sprawdza się zarówno w życiu prywatnym (budżecie domowym) jak i w firmie. Ci, którzy postępują inaczej zazwyczaj mają stałe problemy z żywą gotówką. Jak tę receptę zastosować w przypadku wakacji?

Każdy z nas wie, że wakacje i związane z nimi wydatki powtarzają się co roku. Mamy więc dwa wyjścia: od września do czerwca ignorować ten fakt, a więc w lipcu/sierpniu zaciągać pożyczki na urlop lub też wszystko zaplanować i wydawać tylko zgromadzone wcześniej pieniądze. Jak postępujesz? Czy jesteś zapobiegliwy, czy raczej dajesz się nieść fali? U mnie sprawdziła się metoda planowania i systematycznego odkładania. I powiem więcej, ona zawsze się sprawdza. Jak więc postępować?

Najpierw oceń, na jaki wyjazd Cię stać. Właśnie Ciebie, nie sąsiadkę, kolegę z pracy itp. Czy będzie to wypoczynek pod namiotem, na kwaterze, a może w luksusowym hotelu? Czy spędzisz na urlopie kilka dni, tydzień, miesiąc? Wreszcie ile pieniędzy potrzebujesz? Ja na to pytanie nie mogę odpowiedzieć. Wiem tylko, ile moja rodzina wydaję na wakacje. U Ciebie może to być zarówno znacznie więcej jak i znacznie mniej. Będziesz miał 4 kategorie wydatków: transport (w tym dojazd), nocleg, jedzenie, atrakcje (zwiedzanie, drobne szaleństwa, wydatki na drobne przyjemności). Zakładam, że wystarczą 2000 zł (może być i dziesięciokrotność tej sumy, albo jej 1/5, to tylko przykład).

Pierwszy krok wykonany – wiesz ile musisz zebrać. Teraz zastanów się w jaki sposób. Może wykorzystasz zwrot ulgi podatkowej na dziecko, może świadczenie 500+, albo nagrodę z pracy? Może Twój pracodawca wypłaca świadczenie urlopowe lub dodatek za wczasy pod gruszą? Tak czy inaczej, przyjmuję, że 500 zł jesteś w stanie odłożyć z tych jednorazowych pieniędzy. Zostaje do odłożenia jeszcze 1500 zł.

Tutaj konieczne są cykliczne wpłaty. Co miesiąc, od września do czerwca  powinieneś dorzucić 1/10 brakującej sumy. W naszym przykładzie to 150 zł. Tyle trzeba zaoszczędzić w niewakacyjne miesiące. No dobrze, powiesz, ale ja mam dochody nieregularne. Co wtedy? Prowadzę firmę, w lepszym okresie zarabiam 4000 zł, a w gorszym 2000 zł. Jeśli dostanę tylko 2 tys. zł to ledwo wystarcza mi na życie. Jak w takiej sytuacji odłożyć choćby 150 zł? Metoda jest banalnie prosta. W ciągu roku istnieje pewna średnia dochodu. Oblicz ją, a potem w tłustych miesiącach odkładaj więcej (np. 300 zł), a w chudych (150 zł).

Korzystając z podanego wyżej sposobu, zaoszczędzisz sobie stresu związanego z koniecznością poniesienia dużego i nagłego wydatku jakim jest koszt wakacji. Nie wpadniesz też w łapy oferujących chwilówki itp. Naprawdę  warto.

 

 

Styl życia a jego wpływ na wydatki oraz niezależność finansową

Nie mam zamiaru prowadzić na blogu ściśle socjologicznych rozważań. Dążę raczej do maksymalnego uproszczenia. Dlatego proszę o wybaczenie pominięcia pewnych niuansów. Mamy więc przeciętnego Kowalskiego. No cóż, niekoniecznie. Każdy z nas żyje w określonej grupie społecznej, wswoim środowisku. W tym środowisku  pewne zachowania i nawyki (w tym dotyczące pieniędzy) są oczywiste. Dawna arystokracja używała np. powiedzenia „Dżentelmeni o pieniądzach nie rozmawiają” z kolei dla kupców, przemysłowców były one tematem wielu rozmów. Czy dzisiaj jest podobnie? Czytaj dalej Styl życia a jego wpływ na wydatki oraz niezależność finansową

Czy niezależność finansowa jest dla każdego?

Żeby nie przynudzać, na tytułowe pytanie odpowiem od razu – dla prawie każdego. Oczywiście pod pewnymi warunkami.

Po pierwsze wiek.  Każdy emeryt już ma stałe dochody bez chodzenia do pracy, ma więc potencjał na niezależność finansową (tak, tak, ten z emeryturą minimalną również). Drugą grupą są osoby jak najmłodsze, i nie mówimy tutaj o niemowlętach lecz raczej o  młodzieży i „starszej młodzieży” czyli przedziale 18-45.

Po drugie określony poziom dochodów. To z kolei wydaje się proste. Im więcej zarabiasz, tym większą masz szansę na odkładanie, a więc w konsekwencji możesz stać się niezależny już wcześniej.

Po trzecie poziom życia, który akceptujesz i pragniesz prowadzić.  Z tym jest największy problem. W poprzednim wpisie opisałem m.in. własną sytuację. Mógłbym być niezależny finansowo, ale nie jestem. Dlaczego? Bo pracuję, mam dochody i mogę z nich pokryć różne ekstrasy jak dom blisko centrum miasta zamiast mieszkania, dwa niezłe samochody, markowe ubrania itp.  Skupiamy się na stylu życia. To on warunkuje naszą sytuację.  Poza tym rodzina. Im większa tym trudniej o niezależność finansową. Nie da się tak po prostu zignorować potrzeb żony/męża/dzieci.  Sam byłbym w stanie przeżyć za 350 zł miesięcznie. To sporo mniej niż emerytura minimalna, różne zasiłki itp.  Ta część drogi do niezależności finansowej jest najtrudniejsza – obniżyć oczekiwany poziom życia.

Jeden z bardzo bogatych ludzi został kiedyś spytany, jak bardzo zdeterminowany był aby osiągnąć status milionera odpowiedział – zdecydowałem się zostać bogaczem, albo umrzeć starając się to zrobić. Nikt nie wymaga poświęcenia życia, ale niewątpliwie rezygnacja z wielu reklamowanych obecnie oznak statusu jest konieczna. Czy umiesz zrezygnować z domu z ogródkiem na przedmieściach, a zadowolisz się starszym domkiem na wsi lub dwoma pokojami w mieście? Czy przestaniesz marzyć o nowym BMW i zadowolisz się 10-letnim Fiatem? Czy zaczniesz sam produkować jedzenie (wędliny, owoce, warzywa, sery), palić w piecu, rąbać drewno? Czy wybierzesz wolność finansową zamiast nowego smartfona co roku lub dwa? To właśnie pytanie o oczekiwany styl życia. Ja przez wiele (15 lat) dorosłości rezygnowałem ze wszystkich tych rzeczy i stałem się milionerem. To również powinno Ci dać do myślenia.

 

Niezależność finansowa względna i bezwzględna.

W powakacyjnych wpisach koncentruje się na temacie niezależności finansowej. Przypomnę, niezależny finansowo jest ktoś, kto nie musi pracować. No dobrze, zapytacie, ale jak długo nie musi pracować? Rok, dwa? Może wcale?

Odpowiedź na te pytania zawiera dzisiejszy post.

Ktoś kto nie jest zmuszony pracować przez pewien ograniczony czas (rok, dwa lata, dziesięć lat) jest względnie niezależny finansowo.

Jeżeli majątek i dochód pasywny pozwoli mu już nigdy nie pracować wtedy mówimy o bezwzględnej niezależności finansowej.

Jakie to ma znaczenie dla przeciętnej osoby, pomoże zrozumieć przykład.

Marek ma 45 lat. Jego rodzina potrzebuje co miesiąc 5000 zł. Właśnie odziedziczył po ciotce mieszkanie w Warszawie warte 500.000 zł, które może wynająć za ok. 2500 zł (netto).  Nie ma innych oszczędności. Czy jest niezależny finansowo? Dochód pasywny  na to nie wskazuje (dochód 2500 zł, wydatki 5000 zł). Może spróbować spieniężyć majątek, zapłaci wtedy podatek, może zmniejszy cenę, załóżmy że dostanie do ręki 400.000 zł. Włożenie tej kwoty na lokatę pozwoli mu na dochód ok. 1000 zł miesięcznie, ale może także podbierać część kapitału.  Będzie w takiej sytuacji względnie niezależny finansowo. Kapitału i odsetek wystarczy mu na ok. 7 lat.   Gdyby potrafił osiągać stopy zwrotu na poziomie 8 %  wydłuży ten okres do prawie 9 lat. Do niezależności bezwzględnej jest mu jeszcze daleko.

Z kolei Ania ma kupione kilka lat temu mieszkanie w Warszawie o podobnej wartości (500.000 zł). Planuje przenieść się do miejsca, gdzie może kupić dwa pokoje za 70 tys. zł, a koszty życia wyniosą ją ok. 1000 zł. Jeśli wynajmie swoje dotychczasowe mieszkanie za 2500 zł, będzie bezwzględnie niezależna finansowo ponieważ wydatki będą mniejsze niż dochody (2500>1000).

Co zatem wpływa na naszą niezależność finansową? Suma majątku oraz dochodów pasywnych, płynność majątku, jak również, a może przede wszystkim styl życia czyli poziom wydatków. Można być milionerem, który nie jest niezależny finansowo, albo posiadać tylko niewielkie oszczędności i niezależność tę osiągnąć. Zawsze patrzmy na lewą (dochody+majątek) i prawą (wydatki) stronę działania. Najczęściej, w tzw. klasie średniej to poziom wydatków nas niszczy. Mamy domy, których utrzymanie kosztuje, kredyty hipoteczne,  hobby, niewielki poziom samowystarczalności. Są ludzie, którzy świadomie żyją inaczej.  Proponuję zajrzeć np. tutaj:  http://kresowazagroda.blogspot.com

Czy potrafisz tak żyć? Wielu z moich znajomych już nie. Ja, stale się staram ograniczać zbędne wydatki, ciągle staram się doskonalić na drodze do niezależności finansowej. W środę opisałem kilka kroków (przeniesienie się do mieszkania, sprzedaż auta, zmiana sposobu ubierania się), które jednak nie doprowadziły do celu. Co więcej mógłbym zrobić?

Zaczynam z poziomu – dochody pasywne 3300 zł, wydatki 6800 zł.

Po pierwsze, tak jak Ania wynieść się poza miasto. Mam dom wakacyjny, który da się przystosować do całorocznego zamieszkania. Oczywiście wybiorę najtańszy sposób ogrzewania (piec zgazowujący drewno). W takiej sytuacji mogę spokojnie pozbyć się domu w mieście.  Odzyskam ok. 450.000 zł  rentę na poziomie 1300 zł i jednocześnie obniżę wydatki o 1200 zł. Będę bliżej wolności finansowej o 2500 zł.  Dochody pasywne wyniosą 4600 zł, a wydatki zmniejszą się do 5600 zł. Ciągle mało.

Po drugie, pozostać przy jednym, tańszym aucie, w dodatku z instalacją gazową. Pomimo konieczności dojazdów wydatki spadną o 600 zł. Nagle przy poziomie dochodów pasywnych 4600 zł, wydatki wyniosą 5000 zł. Jest już blisko.

Po trzecie zrezygnuje z ubezpieczenia zawodowego i pracowniczego. Oszczędzę 250 zł. Dochód nie zmieni się (4600 zł), wydatki spadną do 4750 zł. Muszę wykonać jeszcze jeden krok.  Np. z góry opłacę ostatni rok studiów żony i wyeliminuje miesięczny wydatek 390 zł. Wtedy przy dochodzie 4600 zł, wydatki wyniosą tylko 4360 zł.  Uzyskam bezwzględną wolność finansową. Oczywiście dopóki pracuje nie chcę rezygnować  z przyjemnego domu, położonego blisko pracy, mogę sobie pozwolić na dwa samochody, jednak już sama świadomość, że po kilku cięciach mogę nigdy nie pracować działa kojąco. Wyliczenie to pokazuje jednocześnie jak niewiele dzieli nas czasami od wolności lub zamożności.

 

Czym naprawdę jest niezależność finansowa i czy ją osiągnąłem?

Jednym z tematów, o których miałem spokojnie czas pomyśleć w wakacje jest niezależność finansowa. Sygnalizowałem już, że różni się ona od zamożności. Zamożność definiuje jako pewien poziom majątku (a ściślej wartości netto: majątek-zadłużenie) określany kwotowo np. 1 mln. złotych. Niezależność finansowa oznacza coś innego – to zdolność do utrzymania się z oszczędności i odsetek od nich. Krótko mówiąc – nie będziesz musiał pracować zarobkowo.  Perspektywa wydaje się ciekawa. Nigdy nie potrzebować podjąć pracy czyli… mieć wieczne wakacje. Postawiłem sobie pytanie: Czy jestem niezależny finansowo?  Czy mogę sobie pozwolić na porzucenie etatu, działalności gospodarczej i życie rentiera? Policzyłem to dokładnie. I nagle okazało się, że duża rodzina + dom + dwa samochody generują poziom wydatków znacznie powyżej przeciętnej, gdy tymczasem dochód z majątku nie jest wcale tak duży.

Czy da się wprowadzając kilka korekt zbliżyć dochody do wydatków?

Po pierwsze – powrót z domu do mieszkania. Sprzedaż domu pozwala odzyskać kwotę odsetek i raty kapitałowej od kredytu, a także odsetek od pozostałej ceny domu. Efekt + 1000 zł.

Po drugie – sprzedaż narażonego na potencjalnie droższe usterki auta, kupionego „for fun” to minimum 500 zł (z uwzględnieniem utraty wartości jeszcze więcej).

Po trzecie – u mnie w pracy obowiązuje dress code. Zmiana garniurów i koszul ze szytwnym kołnierzykiem na dżinsy oraz bluzy pozwala ściąć kolejne 100 zł.

Nagle wydatki, będą nadal obiektywnie wysokie, ale czy już możliwe do zrównoważenia? Jeszcze trochę brakuje. Co dalej? O tym w piątek.