Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Rozwój – Strona 3 – Oszczędny Milioner

Konto spełnionych marzeń. Najlepszy sposób na utrzymanie silnej motywacji do oszczędzania i zarabiania.

Jak nazywamy kogoś, kto stara się odłożyć jak najwięcej, a potem wszystkie oszczędności pcha do materaca lub na konto, żyjąc jak nędzarz i nigdy nie wypłacając? Sknera. To godna współczucia osoba, podobna do Golluma, Smauga i paru jeszcze rzeczywistych lub wymyślonych postaci. Jednym ze sposobów, by się nią nie stać – założyć „Konto spełnionych marzeń”. Czy ono jest?

Celowym rachunkiem oszczędnościowym, z którego musimy wypłacać kasę, na nasze marzenia. Marzeniami mogą być przedmioty lub przeżycia (atrakcje). Jak to działa pokażę na przykładzie.

Marzył mi się własny używany fortepian Steinway’a lub Bechsteina. Odkładałem więc środki z nagród w pracy, nie dla samego odkładania, lecz aby taki fortepian sobie kupić i na nim grać. W dwa lata dałem radę.

Myślałem o Porsche. Część dochodów z firmy lądowało na „Koncie spełnionych marzeń” aż taki wóz stanął pod moim domem.

Sprawdziłem na sobie, takie założenie motywuje nas do cięższej pracy, do oszczędzania, a jednocześnie powstrzymuje przed staniem się sknerą. Rzecz jasna, marzenia mogą i powinny dotyczyć też spełnienia marzeń naszych najbliższych. W ten sposób moja żona dostała wymarzonego Fiata 500, a syn wyjazd do Włoch.

A zatem musimy wykonać trzy kroki: ustalić nasze marzenie i założyć kontro, ustalić w jaki sposób będziemy je zasilać – dodatkowymi zleceniami, nagrodami za wyniki w pracy, zyskami z inwestycji, stałymi kwotami. I trzeci, najtrudniejszy – zrealizować. Jeszcze raz pokażę te kroki w praktyce.

Ustalenie marzenia. Citybreak w Rzymie – kwota 6000 zł (bilety lotnicze, nocleg dla 2 osób, jedzenie, wstępy)

Źródło zasilenia. 100 zł odprowadzane co miesiąc na konto oszczędnościowe (stałe zlecenia) plus 5% od każdej transakcji (tzw. saver – funkcja konta) – ok. 400 zł/m-c. Razem ok. 500 zł/m-c i 6000 zł/rok.

Zrealizowanie. Realizacja planu potrwa chwilę. Ile? Jeżeli plan powiedzie się ok. 1 rok.

A jakie są Wasze marzenia?

Rzuciłem drugą pracę. Co się dzieje, kiedy zmniejszam zobowiązania zawodowe?

Niespełna 3 tygodnie temu cisnąłem papierami i teraz pracuję w systemie wtorek-czwartek oraz prowadzę małą działalność gospodarczą. Ponieważ kilkanaście dni pozwala na wyciągnięcie pewnych wniosków, zrobiłem to i chcę się z Wami nimi podzielić. Co się stało i co się nie stało?

  1. Płacę mniej podatków i składek.

Paradoks systemu podatkowego w Polsce polega na tym, że im więcej pracujesz (zarabiasz), tym wyższe podatki płacisz. Tak działa tzw. progresja w podatku dochodowym od osób fizycznych. Dodatkowo akurat etat jest najgorzej opodatkowaną formą zdobywania pieniędzy. Jak to działało w moim przypadku?

Otóż władza populistów przyczyniła się do gigantycznego wzrostu pensji, za którym nie poszło analogiczne zwiększenie progów podatków i składek . Paradoks zrozumie każdy, kto zna zjawisko inflacji. Wytłumaczę je na moim przykładzie. Od 2014 r. zarabiam nieco ponad 2,5-krotność średniej krajowej, która w 2015 r. wynosiła 4121 zł. Pierwszy próg podatkowy był wtedy na poziomie 85 tys. zł czyli ktoś zarabiający przeciętnie znajdował się na poziomie 0,58 progu zobowiązującego zapłaty 32% podatku. Tym sposobem, rozliczając się z żoną, byłem w stanie zejść pod próg, mając 2,6 krotność średniej krajowej (ona ok. 60% średniej), a więc razem 1,8 kwoty I-go progu podatkowego. Teraz zarabiając podobną krotność średniej krajowej, pomimo podwyższenia progu, w 2024 r. byliśmy na poziomie ponad 2,8 jego wartości, czyli płaciliśmy podatek 32% od prawie 100.000 zł. Stało się tak pomimo iż w stosunku do przeciętnego wynagrodzenia zarabialiśmy podobnie. Miłośnicy Jarosława powiedzą „Ale obniżono podatek w pierwszym progu skali z 18% do 12% oraz dodano kwotę wolną 30.000 zł zamiast 3091 zł”. I na to mam odpowiedź. Ponieważ jednocześnie wprowadzono zakaz odliczenia składki zdrowotnej od podatku i zmieniono podstawę tej składki (tam ulgi nie ma). Tym samym, nawet ktoś zarabiający przeciętnie zapłacił tych danin….. dwa razy więcej.

Popatrzcie: 4121 x 12 = 49.452 zł -3091 = 46361 zł x 19,25%=8924 zł, podczas gdy teraz:

8900×12=106.800 zł-30.000=76.800 *0,12= 9216 zł (podatek) + 106.800 x 9% = 9612 , a razem 18.828 zł.

Niby zarabia 2 razy więcej, ale faktycznie tyle samo, bo 1 średnią krajową no i wydatki też wzrosły prawie 2-krotnie, podobnie jak obciążenie podatkowe.

Ale wróćmy do mnie. Niekorzystna zmiana systemu opodatkowania oznaczała dla mnie, nie tylko zapłatę ok.32.000 zł dodatkowego podatku dochodowego, ale i 27.000 zł dodatkowej składki zdrowotnej. Razem prawie 60.000 zł więcej (i na składkę nie działają żadne ulgi). W efekcie – cała druga pensja opodatkowana była następująco: 32% podatku (0 zł kwoty wolnej, bo tę już wykorzystałem), 9% składki zdrowotnej, 13,71% składek społecznych. Razem: 54,71% podatków i składek. Niektórzy doliczyliby jeszcze 2% PPK, ale ja uważam je za oszczędność. Co to znaczy w praktyce? Moja pensja netto wynosiła jedynie 45% pensji brutto. Nieźle, prawda? W rzeczywistości nie traciłem zatem ok. 10 tys. zł miesięcznie (brutto), lecz ledwie 4500 zł (54 tys. zł/rok). Kwota zapłaconych podatków i składek spadła przy tym o o 66 tys. zł rocznie.

2. Nie straciłem tak wiele dochodu.

Napisałem o tym powyżej. Realnie moja pensja zmniejszyła się o 4500 zł/m-c (już po uwzględnieniu nagrody rocznej). Gdybym doliczył ponoszone dodatkowo wydatki (składka na zz), dotarcie do pracy (koszt + niezapłacony czas), składki, ubranie, wyjdzie mi ok. 4200 zł. I tę sumę muszę brać pod uwagę w rozliczeniach.

3. Odzyskałem sporo czasu.

Nominalnie 2 razy w tygodniu = 104 dni w roku x 9,5 godziny (dojście + praca+powrót) = 988 godzin/rok = 82,33 h/m-c.

Realnie wygląda to inaczej. Od 104 dni muszę odliczyć urlop (20 dni) oraz dni ustawowo wolne (3) oraz typowe zwolnienia (4 dni). Zostaje 77 dni. Ale…. przychodzenie 2 dni w tygodniu do pracy, wcale nie oznacza, że w inne nie mam żadnej roboty. Pracodawca zawracał mi głowę i w pozostałe, a także w czasie urlopu. Szacuję, że było to dodatkowych 25 dni (4 godziny/tydzień). Stąd wynik wydaje się prosty – 103 dni w roku (978,5h).

Teraz mój weekend zaczyna się w czwartek po południu, a kończy we wtorek rano. .

4. Trzeba było ten czas zagospodarować.

Zagospodarowanie dodatkowych 978,5 h rocznie nie nastręczało wielkich problemów. Mogłem:

  1. znaleźć podobną pracę, ale za wyższą pensję (i płacić jeszcze więcej podatków),
  2. zaliczyć dodatkowo nawet 978,5 h płatnych godzin w firmie (podobny skutek jak etat),
  3. wykonywać w tym czasie prośby innych. Słowa mojego syna: świetnie, to przyjedziesz wyremontować mi mieszkanie. Żona też znalazła dla mnie jakieś zajęcie: będziesz mnie woził do pracy i robił zakupy.
  4. spełniać marzenia (wydanie i promocja książki, przeprowadzka do domu na wsi, stworzenie prawie samowystarczalnego siedliska, inwestowanie itp.).
  5. lenić się.
  6. podzielić czas pomiędzy zajęcia z punktów 2-5.

Co wybrałem? Ponieważ do tego kroku przygotowywałem się od 6 miesięcy, wiedziałem doskonale, że wybiorę pkt 6. I tak (wartości roczne):

  • 260 godzin przeznaczę na firmę,
  • 260 godzin na prośby innych,
  • 400 godzin na własne marzenia,
  • 58,5 godziny na lenistwo.

Dzięki temu i zarobię dodatkowo ok.2 tys. zł/m-c, i zrobię te zakupy do domu, i spełnię marzenia i będę miał statystycznie ok. 1 godzinę tygodniowo na poleżenie do góry brzuchem. Wróćmy do istoty – odzyskałem 978,5h, podczas których zarabiałem 4,5 tys. zł/m-c, a teraz poświęcam na firmę 260 godzin (27%), a zarabiam 2 tys. zł/m-c (44%). Czysty zysk. 12`

5. Wydaję mniej.

Ten paradoks akurat łatwo wytłumaczyć.Do pewnego stopnia, im mniej pracujemy, tym mniej wydajemy. Unikamy bowiem pułapki konsumpcyjnego stylu życia i mamy opcję kupić/zrobić wiele rzeczy taniej, albo całkiem z nich zrezygnować.

Prosta sprawa. Od kiedy ponownie (po 15 latach) przejąłem całkowicie robienie zakupów na tzw. życie, kwota wydatków na nie spadła o 50%. Jak to możliwe?

  • 20% bierze się z metody kupowania. Moja żona idzie i zbiera z półek, co jej się przypomni, a ja wybieram się do sklepu z listą. Nie ma na liście – nie kupuję. Do tego listę spisuję na podstawie planu posiłków (dzięki http://godnezycie.blogspot.com).
  • 20% pochodzi z wytwarzania. Mam czas – zamiast kupować jogurt – robię go. Podobnie z serem, wędliną itp.
  • 10% wynika ze zmiany źródła zaopatrzenia i lepszego porównywania cen. Kto miał do czynienia z marketami, bazarkami, giełdami i zakupem od producenta – ten wie. Da się urwać spory procent.

Do tego dochodzi jeszcze brak wydatków ściśle związanych z drugą pracą: dotarcie do niej, składki, ubranie, II śniadanie, kawa, ubezpieczenie. Miesięcznie ok. 300 zł.

Muszę też zwrócić uwagę na DIY, po polsku „zrób to sam”. Planując remont domu na wsi, w znacznej części samodzielnie, zaoszczędzę ok. 80 dniówek. Według dzisiejszych stawek – kilkadziesiąt tysięcy złotych. Nieźle. Tym sposobem dojdę do wartości…. mojej pracy etatowej, samą pracą na wsi. Nie chodząc do pracy, będę miał na to siłę i czas.

6. Więcej czasu spędzę z rodziną.

Ważny aspekt. Kiedy szedłem do porzuconej pracy, mój syn jeszcze spał. Czyli dwa razy w tygodniu nie widział mnie z rana. Z żoną mijaliśmy się w drzwiach łazienki. Teraz wygląda to inaczej. Jeśli planuję zakupy, odwożę ją do pracy. Młodemu dam radę zrobić śniadanie, albo wyjść po niego do szkoły z psem. Z teściem na spokojnie wypiję kawę i pogadamy. Brata wyciągnę na rower. Zadzwonię do siostry. Odwiedzę synów na drugim końcu Polski, nie tylko na mecz czy krótkie 2 dni, ale na tydzień (przy okazji jednak zrobię jakiś remont).Wreszcie jest na to czas.

No i na koniec.

7. Bilans czasowo-finansowy wychodzi dodatni.

Jak już pisałem – straciłem ok. 54 tys. zł/rok. Na wydatkach związanych z pracą zaoszczędziłem 3600 zł. Do tego zarobię w firmie dodatkowe 24 tys. zł/rok. Zaoszczędzę na życiu – 12 tys.zł/rok. Wykonam prac za 15 tys. zł/rok (w pierwszym – nawet 4 razy tyle). Dzięki inwestycjom zarobię dodatkowo 8500 zł, a na spełnianiu marzeń – drugie tyle. W sumie wyjdzie mi 72.600 zł na plusie, przy stracie 54 tys. zł. A zyskałem dodatkowo czas dla rodziny.

O negatywnych skutkach braku wiedzy matematycznej.

Matematyka jest królową nauk. Tę prawdę powtarzano mi od dzieciństwa. W końcu babcia przez lata uczyła tego przedmiotu, a mama przez chwilę go studiowała. Natomiast matematyka nie zrobiły ze mnie nigdy, W podstawówce byłem ledwie średni, a w liceum odpaliłem się… pośród humanistów i skończyło się szóstką. Potem w dorosłym życiu zdałem ważny egzamin zawodowy, ponieważ tzw. test na inteligencję (badanie zdolności intelektualnych) oznaczał w znacznej części sprawdzian z geometrii.

Stąd zawsze mnie dziwił brak elementarnej wiedzy matematycznej, takiej jak: nieumiejętność policzenia procentów, nieznajomość tabliczki mnożenia, ułamków ignorowanie podstawowych praw (np. mnożenie jest przemienne, a dzielenie już nie). Krótko mówiąc zejście na poziom słabego ucznia czwartej klasy podstawówki.

Nie budzi chyba wątpliwości, że taka niewiedza rodzi skutki w życiu prywatnym. Ktoś bierze drogi kredyt. Inny, inwestuje w okazję, która ma zwrócić się w 2 lata. Nie rozumie, jak działa podatek. Albo głosi mądrości, jak ta „W 2022 r w Japonii urodziło się 770 tys. dzieci. Jeśli rocznie 150 tys. jest porwanych to oznacza że co piąte, 20 % ! W życiu nie uwierzę w te dane.” narażając się na ripostę „bo oczywiście porywane są tylko te dzieci, co się w danym roku urodziły.”

Dlatego polecam matmę każdemu. Nie mówię o poziomie akademickim lub rozszerzonym (całki, pochodne, grafy, macierze) lecz zwyczajne podstawy: cztery działania, procenty, tabliczka mnożenia, początkowe działy geometrii (pola powierzchni, objętości), ułamki, proporcje itp. Dzięki nim łatwiej nam będzie w życiu i każdym korpo, ponieważ w lot zrozumiemy formuły Excela. Nie popełnimy błędów w inwestowaniu. Odczytamy sprawozdania finansowe. Zostając na poziomie niezbyt bystrego 10-latka, zwyczajnie utrudnimy sobie życie.

Moje plany na 2025 r.

Jednym z podstawowych założeń samorozwoju jest tworzenie planów: tygodniowych, miesięcznych, rocznych, wieloletnich. Przez lata dzieliłem się z Wami swoimi celami na dany rok. Wprawdzie styczeń już w pełni, ale warto pomyśleć, jak zmienić swoje życie na lepsze. U mnie oznacza to m.in. radykalną zmianę trybu życia. Zaczynamy.

Założenia. Rok 2025 r. powinien mnie przybliżyć do stanu FIRE czyli możliwości utrzymania wyłącznie z dochodu pasywnego. W tym kierunku pójdzie większość działań. Grupuję je w trzech blokach:

  1. Ograniczanie pracy etatowej.
  2. Zmniejszenie wydatków.
  3. Zwiększenie dochodu pasywnego.

I dokładnie wg tych punktów planuję.

Ograniczanie pracy etatowej. Jak mówią zwolennicy magicznego myślenia, które nazywam teorią obfitości wszechświata, wystarczy o czymś pomyśleć, albo zaplanować, a wszechświat zacznie nam ułatwiać realizację, podsuwać szansę i wydarzenia. Jak wiecie, przyjmuję takie wróżbiarsko-coachingowe tezy, z uśmiechem na twarzy. Natomiast wiem, że dla niewtajemniczonych – metoda ta wydaje się działać. Jak to możliwe? Bardzo prosto – skupiając myśli, dostrzegamy przedmioty, wydarzenia, szanse, o których myślimy. Dokładnie w ten sam sposób, jak motocykliści wypatrują na drodze innego motocyklisty, aby go pozdrowić gestem. Jadąc autem elektrycznym widzę znacznie więcej zielonych tablic, a kabrioletem – kabrioletów. Proste, tak działa nasz mózg. Dokładnie z tego samego powodu, gdy skupiłem się na ograniczeniu (a docelowo – porzuceniu) etatu, spostrzegłem, w jaki sposób umowa o pracę 40h/tydz. ogranicza mi swobodę , i o ile lepiej byłoby mi bez niej. Stąd różne pomysły oraz dostrzeżenie szans.

  1. Całkowita ucieczka z jednego etatu. Doskonała okazja. Mój wieloletni szef idzie na emeryturę, i prawdopodobnie zastąpi go człowiek z zupełnie innej bajki, który będzie ściągał swoich ludzi. Świetny moment na wynegocjowanie złotego spadochronu. Jednocześnie uwolnię się od 2 dni pracy w tygodniu oraz zakazu konkurencji tzn. będę mógł zmienić zakres działalności gospodarczej o jeszcze jeden produkt.
  2. Ten drugi produkt mogę realizować w 90% zdalnie. W efekcie powinienem być w stanie utrzymać dochody netto na podobnym poziomie, a pracować z werandy wiejskiego domu.

Efekt tych dwóch działań? Obecność w biurze średnio 2 dni tydzień, przy pensji wystarczającej na chleb z masłem i szynką czyli podstawowe potrzeby mojej rodziny.

Zmniejszenie wydatków. Kiedy stała pensja spadnie kilkadziesiąt procent musisz sporo popracować głową, aby zbilansować budżet. Konieczne stanie się cięcie wydatków. U mnie tak ma to wyglądać. Zostanie mi nieco ponad 2/3 stałych dochodów. W zeszłym roku wydawałem średnio ok. 5000 zł/m-c na tzw. wydatki podstawowe, a jeśli uwzględniłem rzeczy ekstra plus koszty wakacji i firmy wyszło już 10000 zł/m-c. Sporo. Czas na cięcia, bo na takich warunkach, budżet się nie zepnie, skoro pensja wynosi niecałe 8000 zł.. Nie ma takiej opcji. Co zrobię? Wyprowadzka na wieś ograniczy koszty utrzymania domu, jedzenia, pewnie też wyjazdów, a rezygnacja z etatu, wydatki z nim związane.

Zwiększenie dochodu pasywnego. Obecnie uzyskuję go z obligacji i akcji. Czas pomyśleć o aktywizacji tzw. martwego kapitału. I tak – z akcji i obligacji planuję wyciągnąć ok. 8-10% netto. Dojdzie jeszcze sprzedaż domu w mieście i zainwestowanie martwego kapitału.

Poza kwestiami finansowymi, dochodzą jeszcze następujące punkty:

  1. Przygotować materiał na pierwszą książkę i kurs.
  2. Wykonać kompleksowy remont w wiejskim domu.

Na cokolwiek innego może zabraknąć czasu.

Ile kosztuje spełnianie marzeń typu „zrobić” i „mieć”?

Mamy styczeń, miesiąc w którym wielu obiecuje sobie „nowe życie”. Stawiamy sobie cele, starając się spełniać marzenia. Dzisiaj postaram się policzyć, ile to wszystko kosztuje.

Zacznijmy od stworzenia listy potencjalnych marzeń, najlepiej według schematu: zrobić/mieć.

Zrobić. Spotkać papieża w Rzymie, maraton w Nowym Jorku, odwiedzić Himalaje, przejechać kamperem Islandię, polecieć balonem, opłynąć wybrzeże Dalmacji.

Żeby każde z tych marzeń mogło się spełnić potrzebujemy: czasu, pieniędzy i zdrowia. Ponieważ to blog o oszczędzaniu – zacznijmy od kasy. Wycieczka do Rzymu, połączona z mszą na Placu św. Piotra da się zorganizować za 2000-3000 zł/osobę. Maraton w Nowym Jorku, Himalaje, kamperowanie na Islandii, rejs po Dalmacji – wymagają kilkunastu tysięcy złotych. Lot balonem – da się zorganizować za kilkaset złotych.

Jeśli znamy koszt realizacji – pozostaje zaplanować, skąd weźmiemy pieniądze. Nawet 20 tys. zł. to odkładanie ok. 400 zł miesięcznie przez 4 lata. Możliwe do zrealizowania w większości przypadków klasy średniej.

Potem musimy ogarnąć czas. Dla wielu – żaden problem. Dla innych – niestety, całkiem spory. Lot balonem – wystarczy wolny dzień w weekend. Rzym – tu już potrzebujemy kilku dni wolnego. Nowy Jork, Himalaje, Islandia, Dalmacja – raczej tygodnie. Trzeba ogarnąć wolne, jakoś zaplanować urlop, uzgodnić zastępstwa (nie tylko w pracy, ale np. opiekę nad psem). Na tym etapie planowania – sporo osób odpada. Są przywiązani do miejsca.

Wreszcie zdrowie. Patrząc pod tym kątem, nie odkładajmy marzeń w nieskończoność. Dla trzydziestolatka każda z tych aktywności da się wykonać, ale już niektórzy pięćdziesięciolatkowie maratonu nie przebiegną, w Himalaje nie wyjdą, nie dadzą rady spędził 3 tygodni na łodzi.

Mieć. Najpopularniejsze marzenia. Od Thermomixa, nowego TV, przez samochody, mieszkania, aż do jachtu czy samolotu. Koszty od kilku tysięcy złotych do milionów. W tym przypadku zdrowia i czasu potrzeba niewiele (ot tyle, żeby wybrać z katalogu, zamówić, czasami da się te czynności wykonać przy komputerze).

A zatem wniosek prosty – marzenia z gatunku „mieć” kosztują wyłącznie pieniądze – stąd możemy je odkładać. Te „robić” wymagają poniesienia również nakładów czasu oraz posiadania zdrowia. Nie odkładajmy ich, mimo iż teoretycznie koszt finansowy będzie bliski „mieć”.

Jeszcze o korzyściach z rzucenia pracy etatowej.

Mój wpis o problemach wynikających z biurowej pracy na etacie cieszył się popularnością odwiedzających. Postanowiłem rozwinąć temat, pokazując jak te 3 tygodnie wpłynęłyby na moje dochody oraz co więcej dałem radę zrobić.

Powtórzmy liczby: W ciągu 3 tygodni (15 potencjalnych dni pracy +6 dni weekendów) przebywałem w biurze 2 dni i 4 godziny. W tym czasie:

  1. byłem na L4 8 dni (nieco ponad połowę czasu), na urlopie 4 dni, oraz 3 dni w pracy.
  2. odbyłem 2 spotkania wyjazdowe, 2 zdalne (z domu) i 1 w moim mieście, które zakończyły się uzyskaniem dla moich pracodawców kwoty odpowiadającej mojemu miesięcznemu wynagrodzeniu brutto.
  3. Krótko mówiąc w 10 godzin właściwej pracy (spotkania i przygotowanie do nich) plus czas dojazdu – kolejne 6 godzin zarobiłem równowartość mojej lepszej miesięcznej pensji, na którą normalnie spędzam 12 dni w biurze.

Ponadto:

  • codziennie przesypiałem od 7 do 10 godzin,
  • napisałem łącznie 4 wpisy na bloga i 100 stron (prawie 5 dziennie) książki o finansach osobistych (poprzednie 35 strony zajęły mi 3 miesiące porannej pracy),
  • prawie wynegocjowałem synowi nowy kontrakt sportowy,
  • przeczytałem 7 książek liczących razem ponad 2,5 tys. stron,
  • spędziłem z rodziną dodatkowych kilkadziesiąt godzin, praktycznie codziennie (poza okresem intensywnych objawów choroby), zaplanowałem i kupiłem wszystkie prezenty mikołajkowe i gwiazdkowe, omówiłem z żoną przeprowadzkę na wieś,
  • ustabilizowałem ciśnienie krwi.

Nie przypominam sobie podobnych 3 tygodni.

Na tym polega paradoks produktywności – robiąc mniej osiągamy lepsze wyniki. Znam to już z przeszłości. Podczas urlopu bezpłatnego, kiedy założyłem dg,w pierwszym roku zarabiałem regularnie 3 razy więcej niż na etacie, pracując 60% czasu. Jaka nauka z tego płynie? Jeśli chcę poprawić rezultaty, muszę rzucić jeden etat. Zaplanowana na początku grudnia droga, wydaje się całkowicie właściwa. Usunięcie pobocznych, właściwych dla etatu eksperta questów (ciągle ktoś przerywa pracę pytaniami), wystrzeliło efekty w kosmos. Mechaniczne czynności: odbieranie maili, odpowiedzi na nie, rozmowy telefoniczne, proste zadania, trwające 10 minut niweczyły pracę zaplanowaną na godziny. Co więcej, zauważyłem, że siedząc w domu lub na wyjeździe mam większą łatwość zabrania się do pracy i mniejszą skłonność do odkładnia. Lenistwo jako lek na prokrastynację – brzmi ciekawie.

Stąd decyzja o dramatycznym ograniczeniu zadań.. Tak jak pisałem w odpowiedzi Piotrowi dla mnie etat stracił sens. Muszę siedzieć na tyłku 15 dni w miesiącu (i tak mało), w sytuacji, w której w 2 dni jestem w stanie zarobić równowartość 12 dniówek etatu. Logiki w tym zero. Drugi pracodawca płaci jeszcze gorzej – częściowo w efekcie polityki podatkowej państwa (składki 29% i podatek 32%) netto dostaję o połowę mniej niż brutto. Ten pójdzie na pierwszy ogień.

Natomiast wróćmy do tematu wpisu – korzyści z rzucenia większości pracy etatowej:

  • odzyskane 10 dni w miesiącu, które mogę przeznaczyć na rodzinę, wieś, bloga, firmę, naukę nowego zawodu, remonty – na co tylko zechcę,
  • zwiększona motywacja do czynności przynoszących wymierne efekty,
  • znacznie lepszy sen i ciśnienie krwi,
  • brak uczucia zagonienia, kiedy dzień rozpoczyna się o 5.30, a kończy o 21 (czasami do 12 miałem już napisane 4 strony książki), zamiast zaczynać o 17.30 po zjedzeniu obiadu i drzemce i kończyć o 21,
  • więcej odhaczonych ważnych zadań, przy lepszej jakości pracy (mniej błędów do poprawy).

Wszystko to za cenę zmniejszenia dochodów z etatu o 43% brutto i ledwie 33% netto (podatki!).

Jakie książki przeczytałem w 2024 r.?

Stali goście bloga już to dostrzegli – jestem zapalonym czytelnikiem. Mnóstwo wiedzy dostanę za darmo w necie, ale nic nie zastąpi starej dobrej książki.

Zacznijmy od liczb. Pochłonąłem ok. 81 książek, co daje 1,5 tomu na tydzień. Niektóre są lekkie i szybkie (Orzeszkowa) inne wymagają skupienia i analizy (finansowe). Staram się dzielić czas pomiędzy wszystkie grupy. Unikam tylko tzw. zapychaczy czasu, których pełno na półkach w EMPIK-u, wszystkich tych kryminałów, romansów, Mrozów, Pizgaczów, Chmielewskich itp. Uważam je za stratę czasu.

Do niektórych pozycji wracam wielokrotnie. To też odróżnia mnie od większości. Mam swoje ulubione tytuły i czytam je po 2 razy w roku…. co roku. No dobrze, rozpisałem się czas na konkrety.

Książki finansowe -8 szt.: Your Money or your life (w końcu kupiłem polskie tłumaczenie, więc x2), Fastlane Milionera, Path to Prosperity, Przestań zgrywać milionera….. , Droga żółwia, Money. Mistrzowska gra, Wspomnienia gracza giełdowego,

Rozwój osobisty – 5 szt.: ZTD, Przemiana Feniksa, Ciche cuda, Schudnąć z kaizen, Jak pracują wielkie umysły

Przeprowadzka na wieś i rolnictwo – 8 szt.: Miastowi, Powrotnicy, Gęsiego, Farmageddon, Uprawa szparaga, Cisza i spokój, Ofline, Brudna robota,

Filozofia -8 szt: Buddyzm, Rozmyślania, Listy moralne do Lucyliusza, Podręcznik mądrości, Ślady ojca, O Adamie Żeromskim wspomnienie, Szkoła biednych, Etyka i nieskończony,

Przewodniki i książki turystyczne: 21 szt.

Reportaże i wspomnienia: 12 szt.

Pozostałe (poradniki, beletrystyka): 19 szt.

A Wam, ile książek udało się przeczytać w odchodzącym roku?

Praca biurowa szkodzi. Eksperyment na samym sobie.

Na blogu często pojawiają się wyniki eksperymentów, wzorowanych na słynnym Buckminsterze Fullerze – człowieku, który zrewolucjonizował rozwój osobisty. Głównym przedmiotem badań jest sam badacz, oceniający, jak zmiana pewnych parametrów, wpływa na życie.

W moim przypadku, eksperyment wykonał się sam. W końcu listopada zachorowałem. Nie tak lajtowo, ale z potężnym kaszlem, bólem w boku – no zapalenie oskrzeli a może nawet płuc (sugerowano mi gorsze choroby, ale się nie potwierdziły). Krótko mówiąc – na 2 tygodnie zostałem wyłączony z pracy. A ponieważ przed nimi miałem niewiele siedzenia w biurze (przez całe 5 dni – 9 h i 20 minut), więc mogę powiedzieć, jak brak chodzenia do biura przez 3 tygodnie wpłynął na moje życie, głównie w aspekcie zdrowotnym.

Pierwszy plus – lepsze spanie. Tu opowieść jest krótka – przesypiałem całą noc, budząc się rano. Skończyły się początkowe etapy bezsenności, czyli wstawanie na 2 godziny ok. 2-3 w nocy.

Drugi plus – brak problemów z żołądkiem. Dość podobnie jak wyżej, mógłbym odesłać do historii Marcina z Kalpapady. Długotrwały stres załatwia jelita i żołądek, co skutkuje zgagami, a przede wszystkim gigantycznym pobudzeniem perystaltyki. Fachowo i wersji zaawansowanej (na którą cierpiał Marcin) co 10 minut jesteś w toalecie. U mnie nie przekroczyło to rozmiarów rozsądnych (3-4 wizyty w środku dnia) i do czasu… aż nie przestałem chodzić do biura. Teraz jakbym w ogóle nie miał żołądka i dalszej części przewodu pokarmowego. Moja nieformalna ankieta wśród pracowników biur – problem dotyczy praktycznie wszystkich. Czy winne są długie godziny na siedząco, stres, czy dieta (trudno jeść regularnie), nie wiem. Chociaż stawiam na połączenie wszystkich trzech. Kiedy jesteś na ciągłym ASAP-ie i nie możesz popełniać błędów, żołądek płata ci figle. I praktycznie wszystkim na długim zwolnieniu (urlopie) objawy ustępują. W moim przypadku – wbrew logice, bo brałem antybiotyki, które powinny zadziałać wręcz odwrotnie.

Trzeci plus – zdrowy kręgosłup. Praktycznie każdy biuroszczur walczy z bólami zwyrodnieniowymi kręgosłupa, to taka choroba zawodowa. Dotyka zarówno dyrektorów regionalnych (6-8h dziennie w aucie), jak i sekretarkę. Siedzenie ogromnie obciąża aparat ruchu, a przed komputerem, podwójnie. Przez ostatnie 2 tygodnie kręgosłup nie wiedziałem, że mam kręgosłup, całkiem nic. W pozycji siedzącej spędzałem 2-3 godziny, resztę albo leżałem (na początku), albo stałem/chodziłem.

Czwarty plus – więcej czasu. Niby oczywiste, ale warto napisać. Nawet pierwszy tydzień, z dwoma podróżami służbowymi (wtorek – 270 km autem, czwartek 360 km pociągiem), trzema spotkaniami z klientami, siedzeniem środę w biurze, oraz długim zebraniem w piątek (poza firmą) dał mi sporo wolnego. Jadąc pociągiem przeczytałem książkę, przygotowałem się do spotkania i jeszcze chwilę zdrzemnąłem. Podróż samochodem przerwałem skrętem po rewelacyjny ser (24 m dojrzewający) oraz dobrym obiadem. Pomimo tego: kupiłem prezenty mikołajkowe, wykonałem szereg zadań firmowych itp. Poza wtorkiem (konieczność pobytu u pracodawcy nieco ponad godzinę) i środą (dniem biurowym) miałem możliwość pospania dłużej, albo (co właśnie się stało), napisania sporej ilości tekstu, zjedzenia w spokoju śniadania z żoną i synem oraz odwiezienia go do szkoły.

Piąty plus -rodzina. Nie należę do ludzi, którzy cieszą się chwilami spędzonymi bez rodziny. Wręcz przeciwnie. Wspólne śniadania mają dla mnie wartość dodaną. Natomiast w dniach pracy zawodowej są nierealne. Młody normalnie idzie do szkoły na 8-9-10, a jako nastolatek – wstaje w ostatniej chwili, gdy mnie już nie ma w domu. Ta przyjemność normalnie mnie omija. Ale nie w czasie wolnym od biura. Podobnie z żoną, wprawdzie wstajemy podobnie i nawet pracujemy blisko siebie, ale czym innym wspólnie wypita kawa i droga do pracy, a czym innym spędzenie razem całego dnia. Da się omówić wszystkie tematy, na które nigdy nie ma czasu, a nawet zwyczajnie pobyć razem.

Szósty plus – relaks. Pochodna poprzednich pięciu. Skoro niczym się nie stresuje, spędzam czas z rodziną, nigdzie się nie spieszę, poza płucami nic mnie nie boli – diagnoza może być jedna – pełen relaks. I do tego taki, który uważałem za niemożliwy – we własnym domu, bez wyjeżdżania, bez wspomagaczy.

Wnioski. Te 3 tygodnie pomogły mi podjąć kilka ważnych decyzji, które dość intensywnie chodziły mi po głowie. W przyszłym roku ograniczam liczbę dni biurowych do (średnio) 1-2 dni w tygodniu, nawet, gdybym zaliczył w ten sposób spadek pewnych dochodów do kwoty mniejszej niż średnie wynagrodzenie tj. 5200 zł. Na jednym etacie powiem pa,pa, na drugim zmniejszę wymiar czasu pracy. Zostanie mi firma (jak się przekonałem, znacznie mniej stresująca) oraz szereg zajęć pobocznych. Uzgodniłem też z żoną – definitywnie wyprowadzamy się na wieś.

Czy faktycznie musisz mieć 1 mln w inwestycjach+dom, żeby przeprowadzić się na wieś?

Całkiem niedawno trafiłem na super stronę – https://warsztatadama.pl/, która w znacznej części jest blogiem mieszczucha, który przeprowadził się na wieś. Do tego tekst pisze człowiek, wykonujący konkretny zawód – IT. Z tego względu, w publikowanych treściach nie ma lania wody, ale samo gęste – liczby, fakty, analizy. Czyta się więc może szybko, ale każde zdanie trzeba przetrawić. Mnie pasuje, choć pomysł znacznie różni się od większości blogów z hasztagiem „farmlife”. Nawet zdjęcia – wytwór AI – prezentują się inaczej niż z „Weranda Country”. Dość wstępów, idźmy drogą Adama, przechodzimy do konkretów.

Adam stawia tezę i ją wyjaśnia „Żeby przeprowadzić się na wieś, musisz mieć milion złotych w zarabiających aktywach” plus oczywiście wartość siedliska (jak pisze: rancza). Czy to nie przesada?

Obliczenia wyglądają prosto :

  • 0,5 mln w akcjach spółek dywidendowych ze średnim przychodem 4,5% = 1875 zł.
  • 0,5 mln w nieruchomości i czynsz 2000 zł.
  • Razem: 3875 zł z 1 mln.

Adam ignoruje podatki, ja lubię ten temat, więc odniosę się wprost. Obie kwoty nie zawierają podatku – w przypadku dywidend 19%, w przypadku najmu 8,5%. Pomimo tego uważam kwotę 1 mln zł za zawyżoną.

Do tego nie wiem dlaczego akurat 3875 zł, może jeszcze nie dotarłem do źródła? Czy chodzi o faceta solo, czy z rodziną jak autor?

Ale spróbuję się odnieść do kwot.

Prowadziłem na tym blogu swoje wyliczenia, za chwilę do nich wrócimy, natomiast ten milion (z siedliskiem 1,3-3 mln) trochę mnie szokuje. Gdyby tak było, bez sprzedaży dużego mieszkania w Warszawie, lub domu w większym mieście, nie masz co myśleć o wsi. Widzę sprawy nieco inaczej.

Po pierwsze – zignorowano „darmowy pieniądz”. Ot, weźmy takie 800+, gdy masz dziecko. Albo wszystkie bony energetyczne, dopłaty, zasiłki itp. Czasami dostaniesz kilkaset złotych miesięcznie, czasami parę tysięcy. O metodzie życia „na socjal” pisałem wielokrotnie. Ale niech będzie ten 1000 zł.

Po drugie – założono, że żadna z dwóch osób nie będzie wykonywać żadnych zajęć zarobkowych. Nie mówię tu o korpo, etacie 40h w tygodniu. Ale żeby w ogóle? Nie, chyba nikt tak nie robi. Zawsze jest jakiś freelance, zlecenia, okruchy dawnej pracy, lub pomysł na nową (np. warsztaty, rzemiosło, agroturystyka, ciasta, szycie). Nie mówię o siedzeniu za biurkiem po 8h dziennie, ale godzinę chyba wytrzymamy. I już ten 1000 zł/głowę wpadnie. Przy dwóch osobach dorosłych i dziecku – z socjalem mamy minimum 3000 zł. Rozumiem, rzecz jasna, intencje Adama – nie od początku „zarabiasię”, te dochody nie muszą być regularne, ale nie dajmy się zwariować – każdy coś umie, wieś nie oznacza zaraz wyjazdu w Bieszczady, to może być 20 km od dużego miasta. Osobiście, liczyłem to, gdybym pracował 1h dziennie (albo jeden dzień w tygodniu), przy braku podatku (działalność nierejestrowana na żonę, bo ja nie mogę) – zarobię ok. 2600-4000 zł. Mam też opcję atomową – 2 dni realnie w biurze (16h) za 7800 zł. Ale przyjąłem 1000 zł/osobę.

Po trzecie – elastyczność inwestycji. W dobie niskiej inflacji, spółki dywidendowe robiły furorę. Masz te 4,5% (minus podatek) zamiast 2% w obligacjach czy na lokacie, a jeszcze wartość rośnie. Teraz poszedłbym raczej w obligacje – bo łatwo wyciśniesz 7 % netto, a akcje są przewartościowane. Trzymanie w nich połowy gotówki, uważam za ogromne ryzyko. Podobnie z nieruchomościami. Gdyby wartość nie rosła (a gwarancji nie ma) – jeszcze ok, ale użeranie się dla niecałych 5% brutto, w dobie obligacji SP za 7%, które nie wymagają czasu, ani kosztów? Bez sensu. Dlatego dzisiaj – idę w obligację, handel lub przedmioty przynoszące większy dochód (np. airbnb, a nie zwykłe mieszkanie). I wtedy, gdy brakuje tych 875 zł (3875 zł podane przez Adama minus 1000 zł socjalu i 2000 zł z pracy). No więc ile trzeba mieć jeszcze? 875 zł przy oprocentowaniu 6% netto, daje nam 175.000 zł plus wartość siedliska. Sporo mniej niż tytułowy milion.

Czy da się żyć za 3875 zł/m-c? Wracam do podanej kwoty. I tutaj patrzę swoimi oczami. 3875 zł i trzy osoby. Da się? W pewnych warunkach tak. Zaczynamy od podstaw: życie, dach nad głową, ubranie i dodajemy transport (na wsi musimy mieć auto).

Życie. Jedzenie, chemia, kosmetyki, leki. 500 zł/osobę = 1500 zł. Prosto. Da się taniej, sam przeżywałem i za 150 zł, ale bez przesady. Jakiś margines musi być.

Dach nad głową. Podawałem wartości: opał 50 zł (jeśli swój), prąd 60 zł (FV – tylko abonament), podatek 30 zł, śmieci 100 zł, woda i ścieki 150 zł a( de facto od 0 zł do 300 zł), internet 100 zł. I mamy minimum 490 zł.

Ubranie. Minimum 150 zł (50 zł/os.). Chyba trochę za mało, ale przy ciuchlandach – da się.

Auto. 300 zł. Tu już nie będę wiele wyjaśniał. 200 zł na utrzymanie i 100 zł na paliwo.

Takimi całkiem podstawami – mamy 2440 zł (1500+490+150+300)

Na dalsze wydatki, takie jak szkołę/przedszkole dziecka, jakieś prezenty, ubezpieczenia, drobne kieszonkowe, naprawy domu, wymianę auta, cały ogród – zostaje 1431 zł. Może się udać, a może zabraknąć (ok. 220 zł kosztuje KRUS za dwie osoby). Nie ma oczywiście miejsca na oszczędności. Dlatego też, we własnym przypadku uważam pracę na 3 dni w tygodniu (2 jeśli uwzględnię zdalną/urlopy/ zwolnienie) uważam za adekwatną do potrzeb.

Cenna rada, którą przekazał mi człowiek o majątku przekraczającym 100 mln zł.

Pewnego pięknego dnia miałem okazję siąść do stołu z człowiekiem o znacznym majątku. Zgromadził ponad 100 mln zł. Nie byłbym sobą, gdybym nie próbował uzyskać przy okazji pewnych informacji dla Was. Bywam wdzięcznym słuchaczem, a tacy ludzie lubią opowiadać o swoich osiągnięciach, ponieważ są z nich dumni. Wystarczyło krótkie pytanie.

Co jest najważniejsze, jeśli chce się zarobić naprawdę duże pieniądze?

Pracowitość? Oszczędność? Spory kapitał początkowy? Dobry zawód? Łatwość podejmowania decyzji? Ogromna inteligencja?

Nic z tych rzeczy. Odpowiedź była zupełnie inna: SIEĆ KONTAKTÓW i UMIEJĘTNOŚĆ ZAŁATWIANIA SPRAW (poruszania się w nich).

To ich brak sprawia, że dochodzimy do szklanego sufitu, którego nie sposób rozbić. One powodują, że nagle sprawy idą łatwiej, bo znamy człowieka, który pił wódkę z kimś, kto wykona telefon i niemożliwe stanie się możliwe. Oczywiście mechanizm trzeba oliwić.

Tę umiejętności zbierania ludzi opisywali też amerykańscy nauczyciele milionerów: Robertowie Allen czy Kiyosaki. Jak to przedstawić w praktyce?

Najpierw skala mikro (w naszym rozmiarze). Chcę kupić mieszkanie w atrakcyjnej lokalizacji i cenie. Normalny, przeciętny przedstawiciel klasy średniej idzie do biura nieruchomości, przegląda oferty, płaci prowizję i dostaje, co chciał. Cena – rynkowa. Gdzie tu przewaga? A co robi milioner? Dzwoni do Heńka, który mieszka w tej dzielnicy, która nas interesuje. Pyta czy nie słyszał o jakimś lokalu. Ten rozpuszcza wici wśród swoich znajomych i nagle okazuje się, że jego sąsiad ma ciotkę, która planowała sprzedać perełkę, na pierwszym piętrze. Ponieważ ma 80 lat i boi się oszustów nie wystawiała jeszcze na żadnym portalu, do agencji też nie pójdzie. Proponuje cenę – 15% poniżej rynku. A zamiast ciotki, może mamy do czynienia z kolegą ze szkoły, uciekającym przed komornikiem i ofertą „dla swoich” – 25%. Niemożliwe? Pierwsze „inwestycyjne” mieszkanie kupiłem przez moich przyjaciół z gór. Zarobiłem od razu i szybko. Dwie działki łyknąłem podobnie – od zaprzyjaźnionego agenta nieruchomości oraz od własnego klienta. Za każdym razem znacznie (20-30%) poniżej oferty rynku.

Teraz skala dekamilionerska. Szukam siedziby firmy. Nie robię nic wielkiego, po prostu rozpytuje moich bogatych znajomych. I nagle dzwoni kumpel, kumpla. Wie, że gmina będzie organizować przetarg na przejęty za długi budynek. Chętnych nie ma wielu, bo nad inwestycją siedzi konserwator. Co mam zrobić? Same pieniądze nie wystarczą, a i akurat taką sumą nie dysponuję. Zbieram grupę: mój partner od brydża ma syna, pracującego w banku – załatwi finansowanie. Wczoraj poznałem żonę architekta „od zabytków”, teraz zostaje mi jeszcze zaufany prawnik – do papierów, detektyw – do szukania potencjalnych problemów, córka miejscowego radnego – do kontaktów z gminą i dowiedzenia się, czy mam wielką konkurencję. I interes idzie – w dodatku uczciwie. Kupuję z ustawową bonifikatą 50%, czyli… za pół ceny. Tak się dzieję, gdybym grał fair.

A wielu stosuje inną metodę. Kupią tani grunt, bo niebudowlany. Potem dopłacą, gdzie trzeba i komu trzeba, żeby po zakupie zmienił przeznaczenie. Poczekają kilka lat i zrealizują zysk – nie 100%, ale 1000%, 2000% itp. Niemożliwe? Autentyczna historia. Firma kupiła tereny blisko centrum – ponad 100 hektarów, ale bez prawa zabudowy za 12 mln . Potem sprzedała z zyskiem, nieznanym dokładnie, ale 2-5 razy drożej, miejscowemu deweloperowi. Ten załatwił co trzeba (fakt – poczekał z 10 lat) i nagle ma bank ziemi, wart według dzisiejszych stawek) 750 mln złotych. Umiecie liczyć? Przebitka x 20, może x 30 w ciągu 10 lat. Przy wzroście rynkowych stawek x2. Na taką transakcję każdy bank Wam pożyczy, choćbyście byli goli. A jak nie bank, wtedy ktoś inny. Bo macie zabezpieczenie i perspektywy. A gdy w tym banku pracuje brat kumpla, no wtedy robi się łatwiutko.

Nie każdy powtórzy taki deal na ogromną skalę, ale nawet na mniejszych sumach (pożyczone 2 mln) zysk x20 przez 15 lat pozwala nam osiągnąć astronomiczne stopy zwrotu i niezły majątek. Dwie transakcje, 30 lat i zamiast pożyczonych 2 mln mamy 700 mln (15 lat – 39 mln 30 lat 700 mln), bo „koszty operacyjne” też się pojawią. A wszystko dzięki kontaktom i umiejętnym ich wykorzystywaniu.

Żadna, nawet doskonała praca, nie da nam takich sum. Żeby zarobić 700 mln w 30 lat, trzeba osiągać pensję ponad 20 mln rocznie i… nic nie wydawać. Najlepiej wynagradzany Polak w spółce Skarbu Państwa miał 2,8 mln w 2023 r. Nierealne (nota bene na posadę szefa takiej firmy też trzeba dysponować diabelnymi kontaktami).

A własna firma? Ilu znacie ludzi, którzy stworzyli biznes zarabiający 20 mln rok w rok i zachowali nad nim 100% kontroli? A może 50% kontroli i 40 mln zarobków firmy? Albo 20% kontroli i zysk 80 mln zł/rok? Dla przykładu biorę moją ulubioną spółkę – ABS. Jej prezes ma obecnie ok. 1,5% akcji (na szt. 500 tys o wartości rynkowej ok. 30 mln zł.). Przy dywidendzie 2,6 zł/akcję, dostał jej 1,3 mln. Żeby zarobić 20 mln musiałby dysponować 15 razy większym kapitałem (450 mln zł). Gra dla faktycznie grubych ryb. Tak wygląda wartość kontaktów. Zacznijcie je budować.