Milioner za średnią krajową. Czyli sposób jak zostać milionerem do 40-ski, chociaż być może w to nie wierzycie. Matematyka jest piękna.

Jeden z czytelników bloga – Luko napisał w komentarzu takie zdanie „Sam zarabiam w okolicach średniej krajowej i logiczne że wolność finansowa dla mnie w wieku 40lat jest nieosiągalna. ” Zaprzeczyłem i potraktowałem jako wyzwanie.

Otóż jestem żywym przykładem, jak przy przeciętnym dochodzie rodziny (nieco ponad 200% średniej na dwie osoby) zostać milionerem po 30-tce (a dokładnie majątek netto 1 mln zł, osiągnąłem w wieku 32 latach, zarabiając z żoną 250% średniej krajowej). Do tego miałem wtedy dwójkę dzieci. Czy da się. Ten wpis stanowi streszczenie mojej powstającej książki, więc potraktujcie go jako spoiler.

Teza 1. Trójkąt zamożności.

Głównym założeniem jest wykorzystanie czegoś co nazywam „trójkątem zamożności” czyli wzoru, wyglądającego tak:

zamożność = (zarabianie+oszczędzanie) x inwestycje.

Jak widzicie każda z trzech zmiennych równania (dochody, wydatki, inwestycje) ma pewną wagę, oraz swoją rolę do spełnienia. Jeśli nie masz problemu z zarabianiem, reszta idzie łatwo, ale jeśli zarabiasz średnią krajową musisz iść w kierunku maksymalizacji oszczędności i naukę inwestowania. Tu nie ma innej drogi, nie oszukujmy się. Nie zamierzam Wam ściemniać ani dawać rady „bądź bogaty” czy „oszczędzaj 70% dochodu”. Siądźcie i pomyślcie, w której części trójkąta jesteście najlepsi i zacznijcie ją cyzelować, a jednocześnie poprawiać swoje słabe strony.

Tu pewna dygresja osobista. Otóż, przed 30-tką zdałem pewien egzamin zawodowy, składający się z trzech części. Pierwsza – humanistyczna, druga – matematyczna, trzecia – test z przepisów prawa. Żeby osiągnąć sukces trzeba było zdać wszystkie. A zdać to dostać minimum 60%. Coś jak certyfikat językowy – nie zdamy go, jeśli nie umiemy mówić, czytać, albo nie znamy gramatyki. Razem ze mną podchodzili wybitni humaniści (tzn. może nie Erazm z Rotterdamu lecz raczej ktoś w stylu Wiesława Myśliwskiego), audytorzy, radcowie prawni, księgowi. I 2/3 oblewało. Dlaczego? Ponieważ zapomnieli o równowadze. Skupiali się na tym, co umieli najlepiej. A najgorsze zostawiali na boku. Zrozumcie, nie da się zostać zamożnym nie umiejąc inwestować (choćby we własną firmę), albo kompletnie nie oszczędzając (dochód 1 mln – wydatki 1 mln = 0 zł na oszczędności). Jednocześnie inwestowanie (jako mnożna) ma największe znaczenie. Ale nie jedyne, ponieważ 0 x 1.000.000 = 0. Znowu – matematyka. Nie wystarczy tylko inwestować.

Teza 2. Pracujemy nad zarobkami (pierwszy element trójkąta). Średnia krajowa to nie tak mało, ale … warto ją zwiększyć. Średnia krajowa to dzisiaj 7000 zł. Sporo kasy. A gdyby, jak radził Piotr, dodać do niej jeszcze trochę, dodatkowymi zarobkami. Może uda się 20%. I z 7000 zł zrobi się 8400 zł.

I tu pojawia się pytanie „Jak”. Staram się konkretnie: załatw sobie podwyżkę, weź nadgodziny, kawałek drugiego etatu, załóż firmę na boku, zajmij się rękodziełem, sprzedawaj owoce ze swojej działki, wyprowadzaj ludziom psy, zatrudnij się na budowie. Rusz głową i rusz d… . Nie daj sobie wmówić, że się nie da. Mam kumpla, który żeby kupić mieszkanie zatrudnił się w dowozie jedzenia, on specjalista od funduszy europejskich. Nie chciał iść w kierunku nadgodzin umysłowych, poszedł w pracę fizyczną. Codziennie przez kilka lat zamieniał garnitur na dżinsy i wieczorem woził żarcie, za minimalną stawkę godzinową. To każdy potrafi. Na pół etatu zarobisz 1800 zł …. czyli nawet więcej niż te 20%. W książce rozwinę ten temat do całego rozdziału z konkretnymi przykładami.

Teza 2. Pracujemy nad oszczędzaniem. Jaki procent oszczędności mieści się w granicach rozsądku?

Ponownie, nie zamierzam snuć Wam teorii, jak oszczędzać 2/3 pensji. Tzn. da się, ale nie o to chodzi. Nie planuję zrobić z Was mnichów, wyrzekających się wszelkich przyjemności. Doskonale wiem, co jest realne, a co nie. Otóż wydawanie 33% z średniej krajowej ani nawet 120% średniej krajowej czyli życie za 2800 zł jest możliwe lecz niezmiernie ciężkie dla każdego, kto wyszedł z okresu studenckiego. A zwłaszcza dla posiadaczy rodziny (oraz drugiej połówki). Dlatego skupiam się na tym co realne. Oszczędzamy 20% średniej krajowej (1400 zł) plus dodatkowe dochody (20% czyli 1400 zł). Teraz już widzisz, jak ważna jest dodatkowy dochód z pracy. Jak to wpłynęło na naszą zdolność do oszczędzania? Kolosalnie. Podwoiliśmy kasę na oszczędności. Z 1400 zł/m-c zrobiło się 2800 zł/m-c. Dużo? Dużo. Ale warto szukać inspiracji, jak żyć za 5600 zł mając 8400 zł dochodu. Między innymi na moim blogu.

Da się podwoić tę kwotę? Jasne. Trzeba tylko znaleźć równie pracowitą i oszczędną drugą połówkę (2 x 2800 =5600 zł). Proponuję jednak zejść na ziemię. Doświadczenie uczy, że ludzie łączą się w pary na zasadzie przeciwieństw. Jak Ty jesteś typem oszczędnego kombinatora, Twoja druga połówka będzie radosnym wydawaczem. Ty dorabiasz, on siedzi w domu i ogląda seriale. Widziałem setki takich przykładów w obu płciach. Do pewnego etapu – trzeba robić swoje. Czyli jednak liczymy 2800 zł/m-c.

Teza 3. Inwestowanie. Jak z 2800 zł/m-c oszczędności zrobić 1 mln majątku?

I tu przechodzimy do najnudniejszej części dla wielu osób. Obliczeń. Ale wiem, że niektórzy właśnie na nią czekają.

Najpierw, jak w porządnym zadaniu z treścią. Pytanie: Jak w 16 lat z 2800 zł miesięcznie zrobić 1 mln? Jaką stopę zwrotu trzeba osiągnąć?

Już bierzemy się do pracy, tylko wyjaśnię pewien problem. Większość kończy studia ok. 24 r.ż. Do 40-tki ma więc 16 lat. Liczymy.

16 lat x 12 miesięcy x 2800 zł = 537.600 zł.

Odpowiedź – wystarczy inwestycjami podwoić oszczędności, ponieważ sam kapitał wyniesie ponad 0,5 mln.

Jaką stopę zwrotu mamy osiągnąć?

3% da nam 690 tys. zł. Mało.

5% równa się 825 tys. zł. Nadal mało.

7.1% i mamy 1.003.459,82 zł. Bingo.

Poszukiwana stopa zwrotu wynosi 7,1%. Odpowiedź w zadaniu z treścią: trzeba przez 16 lat oszczędzać 2800 zł i inwestować je na stopę zwrotu netto 7.1%.

Teza 4. Czy to łatwe? Czy to możliwe?

Odpowiem jednym zdaniem. Niełatwe lecz możliwe. I o tym już będzie cała książka. Tutaj rzucę tylko hasła: optymalizacja podatkowa, rozsądny lewar, akcje.

Luko – uszy do góry. Przed Tobą kolejne 16 lat, a biorąc pod uwagę to co już masz, może tylko 5 lat. Warto je poświęcić na rozwijanie każdej z trzech składowych trójkąta zamożności. A Wy jakie macie pytania?

Smutna rzeczywistość etatu w mieście. Refleksja po pewnym spotkaniu biznesowym.

Całkiem niedawno miałem okazję uczestniczyć w negocjacjach biznesowych.` W tym celu pojechałem do jednej z większych kancelarii prawnych w mieście. To, co tam zobaczyłem, daje do myślenia. I stanowi odpowiedź na pytanie – co daje nam etat w prestiżowym zawodzie. A także rzuca pewne światło na wyniki Kancelarii Mentzen.

Miejsce – duża kancelaria prawno-podatkowa, w dużym mieście, gdzieś na wschodzie Polski.

Siedziba – (400-500 m2) willa w tzw. dobrej dzielnicy. Spory parking, styl „rokokoko na bogato” czyli złoto, drewno, marmur. W budynku, dwa podmioty (nie wiem jak fizycznie i prawnie podzielone) „legal” czyli kancelaria i „tax” czyli doradztwo podatkowe plus księgowość.

W takim miejscu pracuje kilkanaście osób, z wyższym wykształceniem, aplikacją lub szczególnymi uprawnieniami (doradca podatkowy, radca prawny, adwokat). Według powszechnego przekonania należących do „uprzywilejowanej kasty” czyli zarabiających sporo powyżej średniej. Ja miałem odbyć spotkanie z jednym ze wspólników, legitymującym się poza edukacją prawniczą, także dyplomem MBA.

Parking

Jakimi samochodami według Was jeżdżą prawnicy i doradcy podatkowi? Spodziewacie się Mercedesów, Volvo, Jaguarów? Otóż nie. Rano na placu stało ok. 10 samochodów, z których najdroższy – 10-15 letni amerykański van, mógł być wart ok. 50-60 tys. zł. Większość stanowiły małe auta popularnych marek, na numerach z okolicznych powiatów.

I czas na wnioski. Być może trafiłem na enklawę „milionerów z sąsiedztwa”, a więc wyjątkowo oszczędnych ludzi, którzy pomimo sporych zarobków, poruszają się tanimi autami. Albo, co bardziej prawdopodobne, miejsce gdzie płaci się na tyle marnie, że przy miejskich kosztach życia, wystarcza tylko na skromny pojazd.

A wspólnicy? Na posesji znajdowało się kilka garaży, prawdopodobnie właśnie dla nich. Mnie jednak bardziej interesowali typowi pracownicy. I tu – poziom Kancelarii Mentzen, którą opisywałem i małych biur prawno-księgowych z mojego miasta (4,5-7k netto za realne 50-60 godzin/tydzień), nie pozwala na samochodowe (i jakiekolwiek inne) szaleństwo.

Biuro.

Poza samym budynkiem i klatką schodową (wyglądającą jak żywcem wyjęta z gangsterki z lat 90-tych) daleko bez szału. Przeciętna korpo (nie mówiąc już o moim kliencie, firmie informatycznej) bije ich na głowę. 30-letnie meble z reklam banków w ok. 2000 r., pokój wielkości podobnej do gabinetu urzędnika średniego szczebla w moim mieście – tak wyglądało biuro wspólnika kancelarii.

Ceny.

Widziałem kiedyś ich umowę z dużym podmiotem państwowym – za ok. 100 zł/godzinę + VAT. Ten sam podmiot płacił niewielkiej, rodzinnej firmie IT za serwis oprogramowania 500 zł+VAT za godzinę.

W tych 100 zł mieścił się zysk kancelarii, podatki i praca prawnika. Jestem w stanie policzyć precyzyjnie. Ten ostatni, nawet b2b zarabiał nie więcej niż 30-40 zł netto/godzinę (bo 12% podatku dochodowego, 9% składki zdrowotnej, jakieś koszty dojazdu, księgowości, komputera, telefonu, 4 zł/godzinę – ZUS). Gdyby zatrudniał się na umowę o pracę, nawet mniej. Młody stolarz bierze więcej. Nie mówiąc o programiście.

Klienci.

Siedziałem chwilę w poczekalni. Innych klientów nie było. Czyli bez szaleństwa.

Wnioski.

Obserwacja tej działalności skłoniła mnie do oczywistych wniosków. Jeśli mówimy o jednej z większych kancelarii prawnych i biur doradztwa podatkowego w mieście, rynek musi wyglądać bardzo słabo. Pracownicy dostają pensje na poziomie zwykłego urzędnika (nie-kierownika). Nie warto dzieci pchać na etat w takim miejscu.

Jak to jest, że w tej dwudziestej gospodarce na świecie młodym ludziom, takim jak my, nie starcza do pierwszego? Odpowiadam za premiera Tuska.

W tym tygodniu na spotkaniu premiera Donalda Tuska, młode aktywistki zrobiły dym, ale przy okazji zadały tytułowe pytanie. Premier wyraził przekonanie, że będzie lepiej, a przez dwa lata nic się nie pogorszyło. Wiadomo, wiec rządzi się swoimi prawami. Czas jednak odpowiedzieć konkretnie na bolączki młodych, bo problem jest realny.

Pełne pytanie.

„Mam 30 lat i minimalne szanse na własne mieszkanie. Być może nie będę mieć męża, z którym będę mogła dzielić kredyt. Nie wiem, czy będę mogła mieć dziecko, bo nie wiem, czy będzie mnie na nie stać. 

– Wiele razy powtórzył pan, że Polska jest dwudziestą gospodarką na świecie. To chcę zapytać, jak to jest, że w tej dwudziestej gospodarce na świecie młodym ludziom, takim jak my, nie starcza do pierwszego? – pytała.”

Kto pytał? Aktywistki klimatyczne – w wieku od 24 lat (Dominika Lasota, ona akurat ma stronę w Wikipedii) do ok. 30 lat.

Pełna odpowiedź oszczędnego milionera:

Powody są trzy: matematyka, polityka prezesa NBP – „leśnego dziadka” Glapińskiego, brak edukacji finansowej. Zacznijmy od pierwszego.

Matematyka czyli dlaczego 30-latka nie ma własnego mieszkania. Odpowiedź znajduje się w tekstach bloga (którego p. Lasota i jej koleżanki z pewnością nie czytały) oraz na lekcji matematyki. Już tłumaczę. Nie znam pytającej, ale odnosząc się do młodego pokolenia (oraz dostępnych informacji o pani Lasocie) zakładam, że:

  1. Miejscem zamieszkania jest pewnie Warszawa lub inne duże miasto (p. Lasota pochodzi z Bydgoszczy a urzęduje w stolicy).
  2. Rodzice nie wyciągną ze słoika 500k.

Krótko mówiąc, sytuacja wielu znajomych moich dzieci (p. Lasota rocznik 2001 jest rówieśniczką najstarszego syna). I teraz, znając te założenia, mogę powiedzieć, że:

  1. Cena mieszkania 500-600k (plus coś na koszty), w przypadku kawalerki może 400-450k.
  2. Skończone studia w wieku 22-24 lata.
  3. Ilość lat pracy do 30-tki – 6-8.
  4. Zarobki młodego pracownika – 4.5k netto.
  5. Obecne koszty życia z wynajmem mieszkania we trójkę – 3k.
  6. Możliwe oszczędności 1,5k/m-c i 18k/rok.

I teraz czas na matematykę. Odkładając 18k/rok uzyskujemy przez 6 lat ok. 108k, a przez 8 lat ok. 144k. Załóżmy, że oszczędności profitują 6%, a mieszkania podrożały za rządów PiS 2-krotnie (też pisałem wiele razy), więc ze zbieraniem może być trudno, ale zostawmy tę zmienną na boku.

Nasza aktywistka musiałaby pożyczyć ok. 450k na mieszkanie 2-pokojowe, przeznaczając część gotówki na meble, opłaty notarialne itp. (110 k wkład własny, 34 k pozostałe opłaty i umeblowanie).

Rata, w takim układzie, wyniosłaby ok. 3100 zł.

Pojawia się więc pytanie, który bank pożyczy, osobie samotnej, przy założeniu: kredyt 450k, singiel, pensja 4500 zł, rata 3100 zł? Żaden.

Maksymalna zdolność kredytowa takiej osoby wynosi ok. 300k. A przypomnijmy, nie jest w stanie więcej odłożyć (max 144k), ani kupić mieszkania za 400k, chyba że będzie to mikokawalerka (czyli lokal użytkowy). Matematyka nie kłamie. Dwie strony równania nie mogą się spotkać. I tu dochodzimy do punktu 2.

Glapa et consortes. Generalnie polityka finansowo-pieniężna PiS. Przypomnijmy – doprowadziła do 100% wzrostu cen mieszkań, na przestrzeni 8 lat, ogromnej inflacji. Obecnie Glapa sztucznie utrzymuje wysokie stopy procentowe, przez co kredyty są praktycznie najdroższe w UE (wyprzedzają nas tylko Węgry). Pozwala się bankom na harce. Dane macie tutaj: https://www.money.pl/gospodarka/polskie-kredyty-hipoteczne-wsrod-najdrozszych-w-ue-polak-nie-ma-wyboru-7206583535151872a.html Skutek? Niższa zdolność kredytowa i wyższe raty. Młodzi – podziękujcie Glapie i jego mocodawcom. Gdyby nie oni, rata nie wynosiłaby 3100 zł lecz 1500 zł (niższe ceny i oprocentowanie jednocześnie).

Gdyby utrzymała się tendencja europejska (i wejście do strefy EURO), nasz młody singiel miałby zdolność kredytową na 450k (+50%). Forowanie różnych programów „Deweloper na swoim” dało gigantyczny wzrost cen, no i właśnie rozjechanie się zdolności oraz cen.

To NBP, bankster Morawiecki doprowadzili do pompowania marży przez banki, drogich obligacji (które opłacają się rentierom, a nie młodym singlom). Projekty rozdawnictwa pieniędzy podniosły inflację, a teraz Glapa planowo sypie piasek w tryby. To nie wina Tuska, on za bardzo nie ma pola manewru.

Glapa zarżnął też program „Mieszkanie+”. Teraz, te budowane na kredyt, lokale uzyskały (w związku z oprocentowaniem) czynsz bliski rynkowemu. No i ludzie znaleźli się w kropce, zwłaszcza jeśli, jak donosiły media płacą 3k w Radomiu i 4k w Krakowie.

Brak edukacji finansowej. Gdyby szkoła, zamiast wymagać wzorów skróconego mnożenia, uczyła rzeczy potrzebnych, całe dwa powyższe punkty nie byłyby potrzebne, a „uzdrowiciele” i „geniusze finansowi” nie mieliby poparcia pow. 50% ludzi (i sporego wśród młodych).

Co jeszcze pokazałaby taka edukacja? Że całe pytanie jest źle postawione. Ponieważ praktycznie w żadnym kraju z 20-tki najbogatszych przeciętny 20-30 latek nie jest w stanie kupić sobie mieszkania w stolicy. Słowami-kluczami są tu „przeciętny” i „stolica”.

Dlatego pretensje do premiera błędnie zaadresowano. Edukacja finansowa, pokazałaby jednocześnie wszystkim 20-30-latkom (a nie tylko tym najgłośniej krzyczącym), że istnieje szereg sposobów, aby ten własny kąt jednak zdobyć:

  1. Odsunięcie się od stolicy. Łuków z ceną 250k za 2-3 pokoje, pozwala zarabiającej i oszczędzającej 30-latce na kredyt. Potrzebuje 130k kredytu, a zdolności ma na więcej.
  2. Pomoc rodziców. Nie mówię tu o zakupie mieszkania w centrum Warszawy, ale wkładzie na poziomie 150k. Co da edukacja? Moje pokolenie nie wiedziało jak i po co zbierać na mieszkanie dla dziecka i większość nie zbierała. Teraz mamy efekty zachłyśnięcia się konsumpcją. Rodzicie mogliby też „podzielić się zdolnością”, no ale już nie każdy chce (albo sam ma jeszcze niespłacony kredyt). Trzeba trąbić – ile kosztuje 30-letnia spłata versus nadpłata i skrócenie okresu do 15 lat (a wtedy 50-latkowie mają czyste hipoteki).
  3. Kasy mieszkaniowe. Dzięki kasie mieszkaniowej kupiłem pierwsze mieszkanie. Preferencja podatkowa, niezłe oprocentowanie, premia, niskie oprocentowanie kredytu. Uczy i zachęca młodych do oszczędności. Teraz mało popularne, mimo że przepisy nadal istnieje. Poświęcę im odrębny wpis.
  4. Szukanie okazji. Pisałem o tym kilka razy. Zakup starego domu i podział go na mieszkania, przebudowa lokali użytkowych, remont starych kamienic, adaptacja poddaszy. Tu trzeba trochę pracy własnej i kombinacji. Nie wystarczy krzyczeć „premierze daj”.

Na koniec problem „nie starcza do pierwszego”. To kłamstwo i piszę o tym z całą odpowiedzialnością. Mój syn, nauczony oszczędności w domu, za mniejszą kwotę we Wrocławiu:

  1. Wynajmuje z dziewczyną mieszkanie (2.4 k + opłaty – w sumie 3k, po 1.5k na głowę).
  2. Utrzymuje się (od mam młodzi dostaną słoiki).
  3. Jeździ małym autem.

Pisałem wielokrotnie – przy cenie w dużym mieście 1.5k za pokój, da się spokojnie żyć z pensji ok. 4-4.5k. Takie dochody uzyskuje większość pracujących dwudziestolatków. Kumple moich synów dostają od rodziców po 1000 zł, resztę muszą dorobić. I dorabiają: Bolt, gastro, sklepy, stypendia naukowe, jakieś prace przy social mediach.

Dlaczego więc aktywistki nie dają rady? Może nie pracują (bo aktywizm to nie praca), albo tylko na pół etatu? To już nie jest problem premiera. Natomiast, gdyby nie działał w trybie wiecowym, zadałby proste pytanie: Gdzie Pani pracuje? Ile zarabia? A potem wytłumaczył jej zależność: pieniądze/praca i jak konstruować budżet. Bo nie każdy ma zamożnych rodziców i odebrał odpowiednią edukację.

Warto te prawdy uświadamiać rządzącym i młodym.

Jadą świry jadą, czyli jak przed 50-tymi urodzinami zaczynam pisać doktorat.

Moje życie pełne jest spontanicznych, szybkich i pozornie szalonych decyzji, które wywołały drastyczne i zaskakująco pozytywne skutki. Ślub po czteromiesięcznej znajomości, uprawnienia zawodowe przed 40-tką, działka na krańcu Polski, no wymieniać mógłbym długo. Wszystkie te szaleństwa mają wspólny mianownik – szczęśliwy koniec. Dlaczego z pomysłem doktoratu miałoby być inaczej?

A zaczęło się tak. W internecie wyświetliła mi się informacja o możliwości rozpoczęcia studiów doktoranckich w interesującej mnie dziedzinie. Eksternistycznie (3 lata), przy niewielkiej obecności na miejscu (czyli 350 km od mojego domu). Początkowo potraktowałem ją z przymrużeniem oka, ale po 2-3 miesiącach, kiedy pojawiła się ponownie – w 5 minut podjąłem decyzję: wchodzę w to. Powodów było kilka:

  • możliwość rozwinięcia skrzydeł (tu niczego chyba nie muszę tłumaczyć – rozwój jest ważny w każdym wieku),
  • chęć udowodnienia sobie i innym, że „stary słoń wykona jeszcze kilka sztuczek” i zrobi to szybciej niż mogłoby się wydawać,
  • zamiar wyróżnienia się (na ponad tysiąc osób zatrudnionych w mojej firmie jest tylko dwóch doktorów:teolog i socjolog, ja byłbym trzeci),
  • związek tematu z pracą zawodową,
  • szansa podniesienia stawek w firmie (w końcu dr przed nazwiskiem wygląda poważnie),
  • zamiar zaangażowania się w szkolenia on-line. Tutaj ponownie – doktorat otwierał wiele drzwi i tworzył nowe opcje,
  • dodatkowy urlop.

Decyzję, że zgłaszam się na studia doktoranckie, podjąłem przed 50-tką w pół minuty. Potencjalny efekt negatywny? W najgorszym wypadku, nie przyjmą mnie. Czy coś się stanie? Stracę 300 zł opłaty rekrutacyjnej i może ktoś określi mnie wariatem. Potencjalny efekt pozytywny? Opisany wyżej. Chyba warto zaryzykować, prawda?

A jak już mnie przyjęli okazało się, że:

  • opieprzyła mnie żona (znowu coś sobie wymyślasz, nie będzie cię w domu),
  • w tym kierunku zawodowym, ta uczelnia jest na 3-cim miejscu w Polsce `(po Uniwersytecie Warszawskim i Jagiellońskim),
  • zajęcia będą zdalne – 1 niedziela w miesiącu, tylko jeden zjazd w semestrze na miejscu
  • zgodzono się na temat pracy, odpowiadający dokładnie temu, co robię u pracodawcy,
  • całość kosztować mnie będzie niecałe 20k.

I najlepsze na koniec – jeśli napiszę i obronię pracę w terminie – mam szansę na habilitację, co wymaga jednak wyjazdu zagranicznego (współpracująca uczelnia). No to już byłyby jaja do kwadratu. Ale na razie biorę się do pracy nad pierwszym artykułem.

Warszawa kontra średnie miasto. Specjalista.

Zanim napisałem ten tekst, sprawdziłem dane. Otóż, pracownik na moim stanowisku, może, pracując w średnim mieście dostać ok. 6 tys. zł netto na umowie o pracę, przy wykonywaniu obowiązków 3 dni/tydzień. Ja zarabiam jeszcze 30% więcej, ale to efekt dodatkowych uprawnień. Bierzmy za punkt odniesienia te 6 tys. zł netto.

W podobnym układzie w Warszawie proponowano 12 tys. zł + VAT. Co to oznacza w praktyce? Może Warszawa lepsza?

12 tys. zł + VAT należy pomniejszyć o koszty prowadzenia działalności gospodarczej (350 zł księgowa, 400 zł program specjalistyczny). Zostaje 11.250 zł. I od tego liczymy ZUS, składkę zdrowotną i podatki.

  • ZUS = 1646 zł (minimalna),
  • zdrowotna 9% = 1013 zł,
  • podatek dochodowy (zasady ogólne) – 1050 zł.

Zostanie nam ok. 8140 zł (11.250 zł -3110 zł). Sporo więcej niż w moim mieście. Może zatem przyjąć taką ofertę pracy? Jeśli zdecydujemy się, pozostają nam dwa wyjścia:

  1. Przeprowadzka do Warszawy,
  2. Dojazd.

Przeprowadzka do Warszawy, sprowadza się do cen nieruchomości wyższych o 50% (średnio). Czyli 50% większego kredytu. Przy obecnym przeliczniku +2800 zł. Średnio. A zarobiliśmy 2140 zł więcej. Bez sensu.

Inna opcja – dojazd. Najtaniej koleją. 80 zł/dzień x 12 dni = 960 zł. Ok. 1180 zł na plusie. Nie do końca. Te 1180 zł obciążone zostały ok. 3 godzinami bezpłatnych dojazdów/dzień (36 godzinami/m-c) oraz zwiększonymi wydatkami. Wychodząc z domu o 5, a wracając o 18, nie da się nie wstąpić na gorący posiłek. W Warszawie – 40 zł/szt x 12 = 480 zł. I już zysk spada do 700 zł/m-c przy 36 godzinach darmowego dojazdu. Nie warto.

Czy da się taniej? Oczywiście, tylko koszt będzie spory. Po pierwsze – obniżyć trochę ZUS, albo pracując na etacie w pozostałe 2 dni, albo małym ZUS-em. Potencjalny zysk – jeszcze 1646 zł. Razem 2346 zł/m-c przy dojeździe i ledwie 1000 zł/m-c przy przeprowadzce. Kompletny bezsens.

Jak wyglądałaby Polska, gdybyśmy nie weszli do UE.

Jestem na tyle stary, że dobrze pamiętam lata 90-te ubiegłego wieku. I widzę różnicę pomiędzy dzisiaj, a wtedy. Główna przyczyna – UE, jej pieniądze, ludzie i zasady.

Dlaczego tak sądzę? Takie są moje spostrzeżenia po wizycie w Macedonii (nie zamierzam nazywać jej Macedonią Północną). Ten niewielki kraj (liczba ludności ok. 2 mln, terytorium nieco większe niż nasze województwo), jako jedyny z byłej Jugosławii nie doświadczył wojny. I co? I nic. Pomimo tego bieda. Dlaczego? Moim zdaniem, zaważył właśnie brak impulsu z UE.

Wrażenia? Dokładnie Polska sprzed akcesji. Rolnictwo oparte na małych gospodarstwach (bez takiej ilości nawozów sztucznych i przemysłu towarowego, co jest zaletą), niewielkie sklepiki w miastach, mikrobanki. Do tego niewielka siła nabywcza lokalnej waluty w stosunku pensje/ceny. Te ostatnie są niższe o połowę, ale płace o 2/3.

Stąd nawet w sporym mieście, całe dzielnice wyglądają jak fawele, albo nasze Bałuty. Śmieci z ulic nikt nie sprząta, po ulicach biegają wychudzone psy (bardzo łagodne, zupełnie nie przypominające naszych rozszczekanych burków wiejskich). Auta? No cóż, od Zastaw 650 (na licencji Fiata sprzed 50-ciu lat) do Mercedesów. Przeważają Fiaty, Dacie w wieku ok. 20-30 lat. Bieda. Paliwo, dla nas tanie (5 zł/litr i jest to cena w miarę stała), przy ich poborach wychodzi drogo.

Czy Polska miałaby podobnie? Gdyby nie UE, raczej tak. Brak strumienia dochodów od emigrantów (swobodny przepływ osób Macedonii nie dotyczy), inwestycji (wiele ekspresówek, którymi jechałem miała …. 1 pas w każdym kierunku i tylko 2+1 co 10 km) . Ale za to tanio. 100 km autostrady – 2 E (nie żartuję), porównajcie to z naszą Autostradą Wielkopolską.

Czy taki standard dany jest Polsce na zawsze? Rzecz jasna – nie. W Macedonii widać ślady dawnej świetności sprzed 100 lat, albo z czasów Jugosławii, ale już zniszczone. W zasadzie tylko główna ulica dużego miast została wyremontowana. Boiska? Gdzie im do naszych orlików. Plaże w Ochrydzie – obok chłopaki gumówką i spawarką remontują sporą łajbę. Poza miastem – tereny niezagospodarowane. Do naszych Mazur, czy nawet Pojezierza Wielkopolskiego właśnie 30 lat dobrobytu.

Ale zostaja różnice in plus. Jedzenie. Odwiedzaliśmy lokalny bazar. Poezja. Tanio i smacznie. Feeria barw i zapachów (samej papryki kilkanaście odmian, do tego figi,arbuzy po 16 kg, melony itp.). Z powodu biedy kwitną przydomowe ogródki, bo przy pensji minimalnej 1300 zł mało kogo stać na sklepowe.

Do tego pomimo komuny widziałem w sporym mieście niewiele bloków. 90% mieszka we własnych domkach (stąd te ogrody). Budują się już apartamentowce. No i mieszkania (dla nas) wychodzą b.tanio. W 3-cim co do wielkości mieście kraju – domek 80-cio metrowy kosztuje 60-80 tys. Euro. Nawet w Ochrydzie (czyli naszych Mikołajkach albo nawet Kołobrzegu), da się znaleźć za taką cenę 2-pokojowy apartament. W Polsce musielibyśmy zapłacić 2-3 razy tyle. A w Chorwacji? 4 razy tyle.

No i ostatni plus – styl życia. O nim zamierzam napisać oddzielnie.

10 kroków do ucieczki z kieratu. Oszacuj aktywa/pasywa i zrób ich bilans.

Ponieważ kierat nie ma tylko wymiaru pracy 9-17 (z dojazdami w stolicy 8-18), 5 dni w tygodniu, 12 miesięcy w roku, musimy spojrzeć na pojęcia aktywów i pasywów nieco inaczej. Rozdzielić wymiar ekonomiczny od tzw. mentalu.

Klasycznie „aktywem” jest wszystko (przedmiot, prawo, oszczędności, inwestycje), mające jakąś materialną wartość: dom, działka, akcje, lokaty, obligacje, kryptowaluty. Gdybym był ścisły, powiedziałbym nawet nie wartość, a cenę.

W „mentalu” aktywem stają się nasze cechy (np. odporność na zmiany, pracowitość), znajomości (kontakty) itp.

Odwrotnie, pasywami są albo długi (majątek ujemny), albo negatywne cechy, traumy, złe relacje. Kiedy już tyle wiemy, możemy zacząć analizy praktyczne.

Zacznijmy od najprostszej – projektu „rzucam tę robotę”.

Żeby rzucić pracę, trzeba mieć drugą, albo inne źródło dochodów, albo możliwe do stworzenia źródło dochodów, albo… radykalnie obniżyć wydatki. W przypadku kolejnej pracy, sprawa wydaje się prosta. Trzeba mieć kontakty, dobrą opinię, umiejętności. Dobry handlowiec ma łatwiej, listonosz może sprawdzić się jako kurier, policjant zatrudni się w ochronie, ale co zrobi urzędnik, który całe życie tylko tworzył pisma? Jak poradzi sobie nauczyciel akademicki ze specjalnością np. poezja Cycerona? Takie umiejętności trudno sprzedać rynkowo. Aczkolwiek każdy może się przekwalifikować. Popatrzmy na czasy Wilczka i Balcerowicza (żywiołowy rozwój przedsiębiorczości w latach 1988-1992). Moja mama, z zawodu lekarz prowadziła wtedy butik, spotykając jako dostawców, właścicieli hurtowni mikro-szwalni, wytwórców biżuterii (dzisiaj powiedzielibyśmy w stylu „boho”): polonistów, historyków, inżynierów etc. Niska była kwota na wejście, niskie koszty. A w takich warunkach łatwo o zmianę. Mój brat – nauczyciel polskiego z liceum, woził busem ryby z Pomorza, moja siostra – inżynier – najpierw dorabiała prowadząc wypożyczalnię kaset wideo, potem produkując kamienie szlifierskie (to już bardziej w branży). Dzisiaj takich historii widzimy już mniej. A i tamci pionierzy, albo nie żyją, albo są na emeryturze, albo z racji zmniejszonego bezrobocia, wrócili jednak do wyuczonych zawodów.

Patrząc na współczesną piramidę zawodów, widzę że, jako właściciel szambiarki mam szansę zarobić więcej niż przeciętny człowiek w biurze. Z lokalnej sprzedaży owczych serów (ostatnio poznałem podhalańskiego bacę – wożącego na pace Toyoty Hilux Adventure – 200kg bryndzy, rozprzedanej w ciągu 2h) da się żyć znacznie lepiej niż z wielu analityków. I tu wracamy do aktywów.

Żeby prowadzić firmę szambiarską muszę mieć:

  • prawo jazdy kat. C ew. T pozwalające na ciągnięcie przyczepy,
  • kasę na zakup szambiarki,
  • minimalne umiejętności techniczne, by z każdą pierdołą nie lecieć do mechanika.

W sumie kilkadziesiąt tysięcy zł kasy i dwie ważne umiejętności. No i kasę na początek (3-4 miesiące kosztów życia, zanim interes ruszy).

Planując zostać „nizinnym bacą” powinienem dysponować:

  • owcami i owczarnią,
  • pomieszczeniem/budynkiem produkcyjnym,
  • uprawnieniami rolniczymi,
  • wiedzą weterynaryjno-spożywczą,
  • półciężarówką,
  • pomysłem na zbyt.

W sumie 2 lata nauki, kilkaset tysięcy złotych.

Teraz projekt „partnerka dokonała” może być też „partner doskonały”.

Załóżmy na chwilę, że masz dosyć swojej żony/swojego męża/partnera/partnerki. Co robisz? Klasyka – idziesz do prawnika, papiery rozwodowe (przy konkubinacie – zbędne) i jakoś będzie. Ale przecież trzeba:

  • mieć gdzie mieszkać,
  • wiedzieć jak podzielimy majątek,
  • stanąć finansowo na nogi (z założeniem, że prawdopodobnie przyjdzie płacić alimenty lub samotnie wychowywać dzieci).

Przy okazji (mental) musisz:

  • poradzić sobie z rozstaniem,
  • ułożyć dalsze życie.

A do tego trzeba sporego majątku, zdolności kredytowej, oraz całkowitego przestawienia. Znam ludzi, którzy z dnia na dzień wyszli i zmienili radykalnie swoje życie. Ale i takich, którzy po awanturnicy trafili na dobrze zamaskowaną alkoholiczkę, pijaną 3 razy w tygodniu po pracy, albo wariatkę wrzeszczącą im pod oknami, niszczącą rzeczy itp. Rozwód po 30-tce nie oznacza nastoletnich randek lecz „spotkania biznesowe”. Dlatego warto dobrze oszacować aktywa (pieniądze, umiejętności, kontakty) i pasywa (długi, negatywne cechy własne). A przede wszystkim zdolność do stworzenia nowej rutyny, bo kłótnie ze złą żoną, częściej niż egzotyczne wyjazdy, zastępują popołudnia z piwkiem przed telewizorem.

A na koniec o bilansie ekonomicznym.

Wracamy do typowego korpoluda. Mieszka w Warszawie, ma 40 lat i mieszkanie w 30% obciążone kredytem, auto za 80k, 15k pensji, żonę, dziecko i 100k oszczędności. Wkurza go szef a praca nudzi. Typowy kierat. Może zmienić pracę, może zmienić szefa (nie jako człowieka, ale na inną osobę), ale to… niewiele zmieni. Korpo wszędzie wygląda podobnie.

Marzy o wiejskiej sielance. Spacerach po rosie, kawie na tarasie, kawałku warsztatu, niższych składkach itp. Generalnie – typowe marzenia korposzczura, które jednym rozmywa się, innych napędza. Jeśli chce o nim myśleć realnie, potrzebuje analiz.

Aktywa finansowe. Spłacona część mieszkania (490k), oszczędności 100k, auto 80k.

Aktywa niefinansowe. Żona, która pragnie tego samego, szwagier na wsi pod Siedlcami, podstawowe umiejętności rolnicze.

Pasywa finansowe: kredyt (210k).

Pasywa niefinansowe: Dziecko i jego edukacja, brak wyksztalcenia rolniczego, brak gospodarstwa rolnego i maszyn, czarne myśli „z czego będziemy żyli”, rodzice opowiadający „tyle lat pakowaliśmy w Twoje wykształcenie, a Ty chcesz rzucić tę świetną pracę z pensją 15k dla kawałka ziemi, w jakiejś głuszy”.

Bilans finansowy: Ze spłaconej części mieszkania wystarczy na małe gospodarstwo. 100k oszczędności pozwoli przeżyć przez 1,5 roku (a może dłużej). Auto z prześwitem 12 cm do zmiany na coś praktycznego.

Bilans niefinansowy: Koniecznie trzeba zdobyć wykształcenie (bez tego trudno kupić ziemię), pokonać czarne myśli i opory rodziców, wreszcie – ustalić sposób życia i finansowania na wsi.

10 kroków do ucieczki z kieratu. Znajdź swoje „dlaczego chcę uciec”?

Postawienie sobie tego fundamentalnego pytania wiele zmieni. Jeszcze więcej odpowiedzenie na nie.

Podam przykładowe odpowiedzi:

  1. Chcę mieć więcej czasu dla siebie/dla rodziny.
  2. Mam zamiar odcisnąć ślad na świecie.
  3. Jestem leniem, nie lubię tyle pracować.
  4. To małżeństwo nic mi nie daje.
  5. Po co mieszkam w stolicy, skoro nie mam siły i czasu, aby pójść do opery (albo w ogóle nie lubię opery).
  6. Zawsze lubiłem przyrodę, w mieście jej nie mam.
  7. Z żoną lubimy i cenimy zupełnie inne rzeczy.
  8. Firma zmierza do bankructwa.
  9. Nie dogadam się z nowym szefem.
  10. Nie chcę być kopią tego 20 lat starszego zombie z biurka obok.
  11. Chcę zobaczyć świat.
  12. Zarabiam zbyt mało.

I jak widzimy tu nie ma wielkich tragedii i kwestii lecz często drobiazgi. Mój kumpel opisując korpoluda z pierwszego wpisu serii pokazał wyraźnie, jak wygląda świat statystycznego warszawiaka 50+. Zarobi „warszawską średnią”, może coś ponadto (8k/m-c-15k/m-c netto). Od 30-tki, prawie do emerytury spłaca kredyt. Kto zacznie dzisiaj, poświęci na to nie tylko 30-lecie, ale i 30-40% dochodów rodziny. Stanie się elementem bezwolnej masy (Bartek napisał, nieco przesadnie o 90% pracowników których łatwo wymienić i mają robić, co im każą). A wszystko da się zmienić. Tylko trzeba znać swoje „dlaczego”. Najlepiej samodzielnie udzielając odpowiedzi.

10 kroków do ucieczki z kieratu. Czym jest kierat?

Dzisiaj będzie o „kieracie”. Możesz nazwać go też „współczesnym niewolnictwem”, „sprzedawaniem siebie po kawałku” itp. Niektórzy powiedzą – synonim korpo. Nie, rzecz w tym, aby nie wpadać w koleiny łatwych wniosków.

Otóż kieratem może być zarówno: korporacja, budżetówka, januszex, a nawet własna firma, nieudane małżeństwo, czy związek nieformalny. Dlaczego?

Ponieważ kierat ma trzy cechy:

  1. Opiera się na nawykowych działaniach, idziemy w nim siłą inercji i przyzwyczajenia,
  2. Nie przynosi nam wielkich korzyści ani spełnienia.
  3. Trudno się z niego wyrwać.

Rozpatrzmy je po kolei.

Nawykowe działania

Prosta sprawa i wielokrotnie opisana. Jeżeli robimy coś przez 30 dni, wchodzi nam w nawyk. A przez 10 lat? 30 lat? Tym bardziej.

Przeciwstawiam temu refleksję. Widzicie ją od czasu do czasu na blogu. To odpowiedzi na pytania: Czy moje działania przynoszą efekty? Co mogę zrobić by poprawić wyniki?

W pracy to dość łatwe. Popatrz na średniaka: Zarabia 9000 zł z czego połowę pożerają podatki. Poświęca jej 170 godzin miesięcznie plus 30 godzin na dojście, 20 na zebranie się, 20 na dekompresję. Co da radę zmienić? Zawód? Pracodawcę?

W pozostałych obszarach – trudniejsze. Ile zyskuję oglądając seriale na Netflixie przez 20 godzin w tygodniu? Ile tracę jeżdżąc autem do pracy? Czy małżeństwo/związek jest dla mnie wartością dodaną czy obciążeniem? Tu już nie ma pytań wyłącznie ekonomicznych tylko filozoficzne. I często odpowiedź wypada niezbyt zgodna z oczekiwaniami.

Podam prosty przykład z dziedziny związków, wyczytany w prasie (Newsweek). Późne rozwody. Sześćdziesięciolatek opisuje swoje małżeństwo: „Wracam po robocie, zjadamy obiad, który muszę przygotować, potem ja siadam do książki, a żona słucha Radia Maryja. Nie zgadzamy się w większości kwestii. Chcę rozwodu.” I dla niego to małżeństwo jest kieratem. Nic nie zyskuje, poza złudną bliskością (złudną, bo faktycznie jej nie ma, każdy robi co uważa). Kiedy zostanie sam sporo się zmieni, ale czy zawsze na gorsze? Nawyk podpowiada, aby nie „szukać miodu”, „przecież nie jest tak źle”. Stąd ważne staje się rozpoznanie – czy ja tę żonę jeszcze kocham, czy jestem z nią siłą rozpędu? Jak wyglądałoby moje życie bez niej? Bo ten obiad, książka, Radio Maryja (jak śpiewał Kazik „Telewizor od rana, co by nie pokazywali”) w rzeczywistości niszczy nas.

Tak samo w pracy. Albo ją lubimy, albo nie. Albo coś nam daje, albo nie.

A kolejna sytuacja. Miejsce zamieszkania. Nawykowo trzymamy się go przez lata.

Brak korzyści i spełnienia

Trochę już o tym napisałem. Zrobiliśmy bilans, wiemy że idziemy siłą nawyku, ale co w ten sposób zyskujemy? Bo jeżeli sporo, nawyk opłaca się. Jeżeli niewiele – warto się z nim rozstać.

I patrzymy wielostronnie. Korzyść będzie materialna. Pensja. Wkład małżonka/partnera w dom. A spełnienie to nasze odczucia. Czy czujemy się tam dobrze (i dlaczego nie), czy możemy powiedzieć, że małżeństwo/etat są dla nas przyjemne.

Jeśli uzyskujemy wniosek – niewielkie korzyści, prawie zerowe spełnienie, czas na zmiany, bo tkwimy w kieracie.

Także miejsce zamieszkania, może być źródłem braku korzyści (duże miasto wysysa z nas siły, a pensje są na poziomie średnim) i spełnienia (nie korzystamy z oferty, bo jesteśmy zbyt zmęczeni.

Trudność w wyrwaniu się

Kierat ma charakter trwały. Im dłużej w nim chodzimy, tym trudniej się wyrwać. Najlepiej wiem po sobie. Ale też i odkrycia są ciekawe. Przepracowałem 25 lat i w ogóle mi tamtego etatu nie szkoda. Do wyrwania potrzebnych było kilka bardzo złych doświadczeń. Pomimo ich istnienia walczyłem z sobą przez 6 miesięcy. Tak silne są więzy kieratu, tak działają nawyki.

Trudno przeprowadzić się do innego miejsca. Wielu jednak udało się, a nawet robią to regularnie.

Analiza cech kieratu, uświadamia nas, czy w nim tkwimy.

10 kroków do ucieczki z kieratu. Wstęp.

Sponsorem cyklu jest mój kumpel z pracy, z którym rozmawialiśmy o perspektywach obecnych czterdziesto-pięćdziesięcio- latków, ale także generacji Z na rynku pracy i w życiu. Coś, co miało być jednym wpisem o wymianie myśli, rozrosło się, ponieważ chciałem potraktować temat maksymalnie praktycznie. Dzisiaj zapowiedź, a potem:

4 lipca – Czym jest kierat?

7 lipca – Znajdź swoje „dlaczego chcę uciec?”

10 lipca – Oszacuj aktywa/pasywa i zrób ich bilans.

13 lipca – Opisz wydatki i dochody,

16 lipca – Załóż firmę na boku,

19 lipca – Napisz „plan B”,

22 lipca – Zorganizuj „fundusz awaryjny”

25 lipca – Zaplanuj drogę powrotu,

28 lipca – Przeczytaj ten wpis – „Jeszcze o sensie wyboru „życia w wielkim mieście”.

30 lipca – Działaj.

I teraz przykład mojego kumpla – opowieść o Warszawie, główny bohater – przeciętny korpolud. Otóż taki pracownik biurowy dostaje 8 tys. zł netto tj. średnią krajową+25%. Codziennie przychodzi do tego samego miejsca, siada do komputera. Codziennie kołowrót: wstać, śniadanie, zebrać dzieci, zawieźć do szkoły, własna droga do pracy, praca, dzieci ze szkoły, powrót do domu, kolacja, spanie. Inaczej w weekendy, chyba że są nadgodziny. Nie życie „nine to five”, ale raczej „five to nine”. Co zrobiłby, gdyby wrócił do swojego miejsca pochodzenia. Pewnie miałby pomoc rodziny, jakieś zaplecze. Zarobiłby mniej (może o 2 tys. zł miesięcznie, ale prędzej o 1 tys. zł, jak dowodzi statystyka), ale i mniej wydałby (kredyt w wielkim mieście, oznacza ratę, która zredukuje różnicę w pensji do 0). Miałby szansę żyć wolniej. Może musiałby założyć firmę, może przekwalifikować się, wziąć coś mniej prestiżowego (kierowca śmieciarki w moim mieście – 8k zł do ręki, ale pracuje od 6 do 14). Po prostu wyjść z kieratu.