Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Oszczędzanie – Strona 6 – Oszczędny Milioner

Koza, kominek a może piec. Co wybrać, aby skutecznie ogrzewać dom drewnem?

Ten wpis jest efektem internetowej dyskusji wywołanej moją reakcją na reklamowy wpis zduna wykonującego „współczesne piece” akumulacyjne (palenisko odlewane, i cegła jako masa akumulacyjna) a dyskredytującego kozy, kominki itp.

Wiadomo, każda myszka swój ogonek chwali, ale ponieważ panowie zduni (a było ich trzech) używali argumentów „bajki”, „fizyki nie zmienisz” „piec ogrzeje cały dom”, przypomniała mi się nieśmiertelna „Elektroda”, postanowiłem zgłębić temat. I efektem moich poszukiwań, rozmów, przemyśleń podzielić się na blogu. Ponownie, ponieważ nie lubię twierdzeń bez dowodu, nie zabraknie liczb i obliczeń. Cierpliwości.

Jak to z tą fizyką i chemią bywało? Kto chodził do szkoły ten wie, spalanie to reakcja fizykochemiczna pomiędzy paliwem a utleniaczem z wydzieleniem ciepła i światła. Pojawia się jeszcze wzór na wartość opałową drewna, który sobie darujemy i podamy wynik (średni) – 15,6 MJ/kg czyli 4,4 KWh/kg. Pozostaje nam jeszcze przypomnieć sobie pojęcie sprawności czyli zdolności (wyrażanej w procentach) do wykorzystania energii pochodzącej z drewna do ogrzewania.

W czym spalać drewno w naszym domu? Generalnie dzisiaj mamy do wyboru kilka pomysłów na spalanie drewna:

  • kominek (z płaszczem wodnym lub nie, ale z zamykanym paleniskiem) – sprawność do 85%,
  • kozę (piec wolnostojący z żeliwa lub stali) – sprawność do 81 %,
  • piec akumulacyjny z kafli lub innego materiału dobrze trzymającego ciepło – sprawność od 20-85%,,
  • kocioł zgazowujący drewno sprawność do 90%.

Gdybyśmy mieli zatem wybierać kierując się jedynie sprawnością, to wygrywa kocioł zgazowujący drewno. Najskuteczniej zamienia on energię z drewna w ciepło. Ze 100 KWh (22, 72 kg) drewna uzyskamy 90 KWh energii cieplnej.

Dlaczego zatem panowie zduni, pomijając kwestię, że z tego żyją, wynoszą pod niebiosa piec akumulacyjny?

Ano dlatego, że patrzą na jego dwie pozytywne cechy: zdolność do stałopalności (czyli długiego spalania – raz załadujesz pali się przez kilka ładnych godzin, albo jak twierdzi zdun – kilkanaście), oraz oddawania ciepła jeszcze długo po wygaśnięciu paleniska (na zdjęciu – piec miał temperaturę 46 st. C, w 18 godzin po pełnym załadunku i podłożeniu ognia).

Czy są to cechy najważniejsze i decydujące, na tyle że trzeba wyrzucić na śmietnik kozy, kominki, piece zgazowujące?

Oczywiście nie, ponieważ piec akumulacyjny wykazuje również wady. Po pierwsze – nie ma róży bez kolców. wysoką zdolność do akumulacji osiągamy kosztem równie wysokiej bezwładności cieplnej. Tak, piec długo oddaje ciepło, ale i długo się nagrzewa. Czy to dobrze, czy źle? To zależy. W dyskusji zostałem przez jednego ze zdunów nazwany „korposzczurem”. Wiecie dlaczego? Ponieważ w przeciwieństwie do naszych babć-emerytek, których główną rolą było podtrzymywać domowe ognisko w kaflowej kuchni, chodzę do pracy. Wracam z biura po blisko 10 godzinach od wyjścia. I chcę czuć ciepło od razu. Podobnie, gdy wstanę w mroźny poranek. W piecu kaflowym/glinianym/ceglanym to niemożliwe. Dlaczego? Ponieważ piec nagrzewa się długo. Jak długo? Tym dłużej, im większa jest jego masa. A tę współczesny zdun tworzy ogromną. Słyszałem o piecach ważących kilka ton, ale taki jak na filmie nie przekraczał raczej 2 ton. Wiecie ile czasu trzeba aby spalając 4 kg drewna/h podgrzać tonę gliny o 20-30 st. C. Zapewniam Was, że sporo. Kilka godzin. W tym czasie macie zimno. Zmniejszając masę akumulacyjną musimy rozpalać częściej. Podobno są piece, w którym palimy krótko (kilka godzin) a intensywnie. Tu znowu rozbijamy się jednak o fizykę – takie źródło szybciej stygnie.

Zduńska bajka. Jeden ze zdunów umieścił w internecie film obrazujący funkcjonowanie „nowoczesnego kaflaka”, którego zbudował dla siebie w nowym domu. Widać na filmie, że to po prostu stały żeliwny/stalowy wkład obudowany ceramiką. Dość duży o wymiarach 45 x 60 x 50 cm. Mieści się w nim ca. 0,135 mp czyli ok. 0,1 m3. W trakcie trwania filmu wkład był załadowany w połowie (0,05m3). Oznacza to (bo znamy przelicznik kg/m3 i na stojaki widzimy brzozę) ok.32 kg drewna. Narrator – sam zdun – opowiada, że taka ilość wystarczy do ogrzania 140 m2 domu, ponieważ wszystko steruje się automatycznie. Drugie rozpalenie potrzebne jest podobno dopiero przy -9 st. C. Przez rok piec zużywa 6 m3 drewna, a utrzymuje temperaturę pokoju, w którym stoi na poziomie 24-25 st. C, a najdalszego pokoju (w domu 140 m2 świeżo wybudowanym) ok. 19 st. C. Nie ma mowy o żadnej wężownicy, grzejnikach, więc zakładam sam piec.

Jeśli znamy podstawy fizyki, jesteśmy w stanie zweryfikować oświadczeniem takie bajki. Zacznijmy od drewna. Jeżeli piec pochłania ledwo 30 kg drewna dziennie, wtedy przez sezon grzewczy (180 dni, nie wiemy gdzie dom stoi), będzie to 30 kg x 180 dni = 5.400 kg, a to oznacza 8,3 m3. Suma już się zgadza się, ale kto grzał dom, ten wie, że w zimnym listopadzie potrzebujemy 40% energii zużytej w styczniu. No i strzał w 10. Film został opublikowany w połowie listopada, więc nakręcono go nawet kilka dni wcześniej. Sprawdziłem dane historyczne – przy temperaturze kilka stopni powyżej zera. Skoro wtedy mamy 30 kg, to w styczniu lutym, będzie ich 75 kg dziennie. Czyli już nie 8,3 m3 a pewnie 10-12 m3 brzozy. Pierwsza bajeczka zdemaskowana.

Idziemy dalej. Dom 140 m3 powinien wg norm WT14 zużywać 120 KWh/m2/rok. Dom o powierzchni 140 m2 = 16.800 KWh. Jeżeli brzoza ma 650 kg/m3 i 4,4 KWh/kg podstawiamy do wzoru:

4.4 KWh/kg x 650 kg/m3 = 2860 KWh/m3

10m3 x 2860 KWh/m3 = 28600 KWh.

A zatem nie 16.800 KWh/rok jak chce norma a 28600 KWh/rok. O czym to świadczy? Prawdopodobnie o dwóch rzeczach jednocześnie. Najpierw o tym, że jeśli prawdę mówi pan zdun, opisując temperaturę w domu (średnia 22 st. C) , to prawdopodobnie zużywa o 20% więcej niż norma, bo ta jest liczona dla 20 st. C. Czyli dodajmy jeszcze 20% do 16800 kWh i mamy 20160 KWh/rok. Gdzie nam się podziało 8440 KWh? Ano tu cię bratku mamy. Słyszę opowieści zdunów, jak to piec doskonale sterowany (wiadomo, Panie, elektronika), sprawność bliska 90%, czyli lepiej niż moja koza (i budował dla siebie, czyli najlepiej jak potrafił). Tymczasem rzeczywistość skrzeczy. Jeżeli w komin uleciało 8440 KWh z 28600 KWh, sprawność wynosi ….71%. Nie tragicznie, ale i nie fantastycznie.

Przeliczmy jeszcze raz inną metodą dla kominka. Zgodnie z tym przewodnikiem http://tartakbiele.pl/z-zycia-tartaku/drewno-ogrzanie-domu/ domy wybudowane po 2010 r. potrzebują 9-11 kg drewna/rok/m3. W konsekwencji 140 m2 powierzchni x 3 m wysokości = 420 m3 x 10 kg/m3 – 4200 kg drewna czyli 6,5 m3. Tu wychodzi nam ponownie (przynajmniej teoretycznie) wyższość kominka. W przeciwieństwie do zduna, pan z tartaku nie miał interesu kłamać, bo chciałby sprzedać drewna jak najwięcej. Niemniej jednak opowieść o 6m3 w przypadku pieca, możemy włożyć między bajki.

Skupmy się na temperaturze. Opowieść, że piec kaflowy ogrzeje przy -6 st. C, 140 m2, czyli ok. 5 pokoi (albo 4 bardzo duże) plus pewnie 2 łazienki do temperatury 19 st. C, przez 24 h, przenosząc energię przez zamknięte przegrody murowane (minimum dwie) na odległość 8m, gdy temperatura powierzchni kafli wynosi 45 st. C (to już zaczerpnąłem z mojej dyskusji ze zdunami) – brzmi kompletnie nierealnie. Tu nawet nie trzeba żadnych obliczeń. Wystarczy popatrzeć na to jak projektowane są instalacje c.o. – w każdym pokoju przypada emiter lub dwa, a nie jeden choć największy na środku budynku. Zresztą, znowu fizyka. Jeżeli spalimy na dobę 132 KWh (30 kg drewna x 4,4 KWh/kg jak twierdzi nasz zdun ) i założymy równą emisję (co prawdą nie jest, ale przyjmijmy, bo dajemy wartość średnią) przez 24 h i sprawność 71% mamy ca. 4 KWh mocy emitera. Przy sprawności 85% ledwie 4,6 KWh. Teraz znowu odwołam się do Waszego doświadczenia. Czy sądzicie, że przy – 7 st. C, usytuowany punktowo w salonie, na środku budynku, grzejnik elektryczny o mocy 4,6 KWh (ten ma sprawność 100%) jest w stanie ogrzać dom 140 m2 o minimum 8 przecież zamkniętych pomieszczeniach (wiatrołap, przedpokój, wc, łazienka, salon z aneksem+ 3 sypialnie – kto trzyma otwarte drzwi do wiatrołapu lub klozetu), nawet gdy są na jednym poziomie? Przecież to wierutne brednie. Zrobiłem eksperyment – postawiłem u syna w mieszkaniu przy -7 st. C (nie 420 m3 lecz 176 m3 kubatury, 3 pokoje + łazienka, i nie 12 x 12 lecz 7×12) na środku – grzejnik o mocy 2 KWh (żeby zachować proporcje 420 ma się tak do 176 jak 4,6 do 1,93) stale włączony przez 12 h przy wyłączonych innych źródłach energii i zbadałem termometrem temperaturę w łazience (zamknięte drzwi odległość od grzejnika 4 m) oraz skrajnych punktach mieszkania. Wiecie co mi wyszło? Po kątach +15 st.C, w łazience +16 st. C, w sąsiedztwie grzejnika +24 st. C. Potem poprosiłem brata (ma dom z 2009 r. o powierzchni 170 m2 na dwóch kondygnacjach) żeby zostawił włączony stale trzy grzejniki 6 KWh w centralnym pomieszczeniu. Wyniki były podobne – na skraju 15-16 st. C, w centrum +24 st.C. Z opowieści zduna tylko jedno się zgadzało – temperatura przy piecu.

Dlaczego taka historia? Stary adwokat zapytałby „Qui prodest? – Komu to służy?”. Z pewnością zdunowi. Za postawienie pieca (materiał + robocizna) liczy sobie 32 tys. zł. Za samą robociznę (24 dniówki) 20 tys. zł. Tynkowanie gliną (bez materiału) m2 wycenia na 200 zł. Nieźle. Poczytałem, popytałem ile trwa tynkowanie m2 gliną. Wiecie ile? Pół godziny. To stawka lekarska (stąd napisałem Wam – porzućcie myśl o medycynie, idźcie w rzemiosło). Żarty, żartami, ale to są ceny horrendalne i bazujące na modzie. Źródło energii, niezbyt skomplikowane przyznacie, w porównaniu do pompy ciepła o mocy 10 KWh kosztuje 32 tys. zł, dobrą powietrzną japońską kupicie z montażem za 25 tys. zł (i jeszcze dostaniecie 30% zwrotu, jeśli nie zarabiacie za dużo). Piec na drewno i ekogroszek SAS-a, o którym pisałem w komentarzach (moc 30 KW) kosztował kumpla (po rabatach niecałe 10 tys. zł). Jaki jest sens budowania wielkiego pieca kaflowego za trzykrotność tej ceny – nie wiem. Zwłaszcza wobec uchwał smogowych (musiałby spełniać wymogi 5-tej klasy) za rok będzie nielegalny). Dlatego każdy zdun zapytany o certyfikat nabiera wody w usta.

Brykiet czy drewno – ceny listopad 2023 r.

W styczniu 2023 r. pokazałem wyliczenia dotyczące cen brykietu i drewna. Teraz czas na aktualizację. Z czego ona wynika? Ze zmienionych cen i bogatszych doświadczeń.

Zaczynam od ceny. Obecnie brykiet da się kupić w hurcie (tony nie kg) za 1200 zł, a w detalu (10 kg paczki) za 14-15 zł/kg. Drewno to ok. 400 zł/mp czyli ok. 600 zł za m3 i 800 zł za tonę. Jeśli przyjmiemy taką cenę musimy jeszcze wykonać dodatkowe czynności – pociąć z walca i porąbać.

Opłacalność. Brykiet ma ok. 5,23 KWh/kg. Czyli za 1 Kwh płacimy 0,22 zł. Drewno wychodzi inaczej. W przypadku buka 0,19 zł (2100 KWh/Mp). I tu zaczynają się schody. Dlaczego taka różnica? Brykiet może osiągnąć zupełnie inne parametry wilgotności – 10%. Drewno zazwyczaj ma ich raczej 15-20%. I co? No to, że jeśli będzie bliżej tej wartości, te 10% wody nie daje żadnej wartości opałowej, a wręcz ją zmniejsza, ponieważ energia zostanie zużyta na odparowanie. Różnica – nie 4,8 KWh lecz 4,2 KWh/kg. Prawie 15% mniej.

Kupując drewno uznawane za kominkowe (górna granica wilgotności 20%) zyskujemy 1800 KWh/mp, a nie 2100 KWh i wszystko zaczyna się sypać, ponieważ uzyskamy tylko 0,22 zł/KWh. Identycznie jak w brykiecie.

Kolejne niebezpieczeństwa – system miary.W przypadku brykietu, wszystko jest proste. 1 kg, 10 kg, czy tona. Łatwo zważyć i sprawdzić. Wilgotność- bez problemu – szczelnie zamknięte worki.

A drewno? Mamy m3, mp (metr przestrzenny) i mn (metr nasypowy). Pierwszy to idealny sześcian, nie do uzyskania (więc trzeba przeliczać z mp). Drugi – stos ciasno ułożonego drewna czyli 0,66 m3. Trzeci – luźno usypany stos – 0,48 m3. I trzeba przeliczyć cenę. 300 zł za mn nie jest żadną okazją, gdy ktoś proponuje 400 zł/mp – wychodzi nam podobny wynik gr/Kwh. Pamiętajmy o tym.

A jeśli drewno mamy swoje? Trzeba je suszyć pod zadaszeniem, wiatą, w drewutni minimum 15 miesięcy. Wtedy, płacąc tylko za paliwo, łańcuch do piły i rąbiąc siekierą zyskujemy 1 KWh za 3-4 gr.

Czy zawsze warto? No cóż. Palenie brykietem jest znacznie wygodniejsze, mniej brudzące, łatwiej z magazynowaniem. Gdybyśmy kupowali drewno – nie ma sensu. Korzystając z własnych zasobów – warte zachodu, jeśli możemy dobrze dosuszyć. W przeciwnym wypadku – nieopłacalne (zniszczony komin, dym, brud).

Nawet brykiet – 0,22 zł/KWh okaże się jednak bardziej ekonomiczny niż gaz – 0,36 zł/KWh.

Czy lepiej mieć własne ogrzewanie, czy korzystać z ciepła systemowego?

Tym razem zetrą się dwie filozofie. Pierwszą reprezentują miłośnicy spółdzielni i państwowej dostawy ciepła. Drugą, ci którzy liczą na siebie. Będzie i o ekonomice obu rozwiązań i o zagadnieniach praktycznych. Czytaj dalej Czy lepiej mieć własne ogrzewanie, czy korzystać z ciepła systemowego?

Życie samowystarczalne sprzed stu lat. Co kupowała chłopska rodzina?

Lektura „Chłopek” Joanny Kuciel-Frydryszak pokazuje nam dobitnie, może nawet zbyt mocno, jak samowystarczalne były w praktyce chłopskie gospodarstwa z Dwudziestolecia. Przyczyny tkwiły zarówno w ubóstwie (Wielki Kryzys, mało ziemi) jak i odwiecznych przyzwyczajeniach. Lista rocznych (sic!) zakupów przedstawiała się następująco:

  • 18 kg cukru,
  • 78 kg soli,
  • 10 sztuk cukierków,
  • herbata 200g (podano tylko wydatek, mnie udało się dotrzeć do cenników i przeliczyć),
  • przyprawy kuchenne za 4,5 zł (nie wiem jakie, ale orientacyjnie pewnie podobna ilość jak herbaty),
  • 15 sztuk śledzi,
  • pieczywo za 2,8 zł (ok. 8 bochenków po 1 kg chleba lub kilkanaście bułek, ponownie przeliczałem),
  • 300 g kawy (moje własne wyliczenia).

Za to wszystko zapłacono ok. 60 zł. Rodziny z dziećmi kupowały jeszcze przybory szkolne, a mężczyźni – tytoń i wódkę. Co jasne, przedstawiona lista wydatków, dotyczy rodziny ubogiej. Jak widać na tej liście nie ma ani tłuszczów ani mięsa, ani środków czystości. Najprawdopodobniej w ogóle ich nie używano lub dokonywano wymiany barterowej (np. jajka za mydło). Z kolei mydło, mąkę, masło, mleko albo produkowano albo unikano ich spożywania, przeznaczając na sprzedaż.

Spróbujmy przeliczyć te dane na dzisiejsze warunki:

  • cukier 120 zł,
  • sól 160 zł,
  • cukierki 8 zł,
  • herbata – 20 zł,
  • kawa – 30 zł,
  • śledzie 50 zł,
  • pieczywo 100 zł,
  • przyprawy 50 zł.

W sumie 538 zł, a więc ok. 45 zł/miesięcznie. Jasne, dzisiaj takie życie okazałoby się kompletnie niemożliwe. Sam, mając do dyspozycji taką sumę pieniędzy zupełnie inaczej rozłożyłbym wydatki. Uderza mnie spora ilość soli, ale z pewnością użyto jej do konserwacji mięsa, nie tylko do poprawy smaku. W tym celu moja rodzina potrzebuje może 8 kg/rok, a nie 10 razy więcej.

Warto jednak spojrzeć na te dane, aby zobaczyć, jak zmieniło się nasze życie. Nawet w wersji „wiejskiej”okazuje się znacznie bogatsze.

25+. Cykl wpisów dla pokolenia Z, pokazujący, jak sobie radzić w obecnej sytuacji. Część II -Jak się utrzymać w czasach inflacji.

Pierwsza część poświęcona inflacji miała charakter rad. Dzisiaj pokażę twarde wyliczenia – w czterech opcjach. Catering dietetyczny, kupowane jedzenie na dwa obiad, wszystkie „domowe”, oraz ostatni z własną produkcją. Ciekawi różnic?

Catering dietetyczny.

Przyjmuję cenniki z tej firmy – https://www.zdrowycatering.pl/tani-catering-dietetyczny/lublin/ jako pewne minimum. Dla wegan 41 zł dziennie (czyli ok. 1200 zł miesięcznie) z 3 posiłkami, np. takimi jak

Śniadanie

Śniadaniowa zapiekanka na słodko z twarogiem i owocami

Obiad

Tofu w sosie BBQ z ryżem brązowym i pieczonymi warzywami z sezamem

Kolacja

Zapiekanka makaronowa z warzywami

Generalnie nic wielkiego.

Kiedy przejdziemy do popularnej diety KETO ekonomicznej (za 49 zł dziennie czyli 1500 zł/miesięcznie) za 3 posiłki mamy:

KETO ŚNIADANIE

Sałatka jarzynowa z bułeczką migdałową

KETO OBIAD

Golonko z kapusta zasmażaną

KETO KOLACJA

Keto pizza góralska z serkiem górskim i boczkiem

Nie muszę Wam chyba tłumaczyć, że po takim jedzeniu, ja chodziłbym głodny, zwłaszcza pomiędzy śniadaniem a obiadem.

Ale nie marudźmy skupmy się na liczbach: VEGE 1200 zł, KETO 1500 zł. Za parę już, odpowiednio 2400 i 3000 zł.

Kupowanie posiłków na obiad

Teraz postaramy się te dania przeliczyć na kasę z założeniem, że obiad kupujemy.

Paradoksalnie wyjdzie jeszcze drożej, chyba że porcje są mikroskopijne. W ulubionej mojej golonkarni „Taurusie” lub „Gospodzie Nisko” zjadam porcję golonki za 40 zł. 9 zł z pewnością nie wystarczą na pizzę z boczkiem i oscypkiem oraz sałatkę jarzynową, ale policzmy. Oscypek 3 zł, boczek (10 dkg) 3 zł, reszta pizzy 3 zł, bułka migdałowa 2 zł, sałatka jarzynowa (0,3 kg jarzyn + majonez) – 2 zł. Razem 53 zł dziennie, czyli 1590 zł miesięcznie na osobę. Może wegetarianie mają lepiej?

Obiad niech kosztuje 20 zł (to chyba takie minimum). Do tego dwie zapiekanki – makaronowa i ryżowa. Niech będzie po 100 g ryżu i makaronu (2 zł), 0,2 kg warzyw (1 zł) , 0,2 kg owoców (1 zł) , twaróg (1,5 zł). Wyjadą nam solidne porcje za 5,5 zł. Razem mamy 25,5 zł. I tu okaże się taniej niż catering (765 zł/miesiąc/osoba).Przy dwóch 1330 zł.

Gotowanie w domu.

Już mamy pewne dane. Musimy tylko skalkulować obiady.

Keto-fan zje śniadanie i kolację za 13 zł. A golonkę z kapustą? Niech będzie 10 zł ( 400g golonki 8zł, kapusta 1 zł, jakieś przyprawy, 2 kromki chleba). Dzienny wydatek? 23 zł. Miesięcznie 690 zł. Na dwie osoby 1380 zł. Znacznie taniej niż kupując obiad czy korzystając z cateringu.

Wege potrzebuje na śniadanie i kolacje 5,5 zł. A obiad? Tofu w sosie BBQ z ryżem brązowym i pieczonymi warzywami z sezamem? Tu skorzystałem z wyszukiwarki i wyszło mi 10 zł (gotowca można kupić za 16 zł z serii „Kuchnie Świata”. Mamy więc 15,5 zł/dzień. Ok. 465 zł na osobę i 930 zł na dwie.

Gotowanie w domu z własnych produktów.

Tu mamy pewną zagwozdkę. Nie jestem ekspertem kulinarnym, a raczej analfabetą, ale soi, brązowego ryżu czy golonki w bloku nie wyhodujemy. W ogrodzie zresztą też nie. Stąd część produktów trzeba jednak kupić. Popatrzmy jak dużo.

Wegetarianin ma łatwiej. Na śniadanie i kolację dokupi tylko materiały na twaróg i ryż (1,5 zł), a na obiad: sezam, soję na tofu, brązowy ryż, jakieś składniki na bbq – mnie wyszło 6 zł. Czyli damy radę przeżyć za 7,5 zł dziennie. To 225 zł/miesiąc. Przypominam catering kosztował 1200 zł.

Dieta Keto oparta jest na mięsie i warzywach. Bułeczka migdałowa i sałatka jarzynowa mogą zostać zrobione w całości w domu. Wystarczy kupić migdały (30 g na dwie porcje) i jajka (3 szt), jakiś proszek do pieczenia itp. W sumie ok. 2 zł za osobę i mamy śniadanie. Warzywa, olej, orzechy zioła – swoje. Z obiadem i kolacją już nie pójdzie nam tak łatwo. Do tego pierwszego – możemy mieć własną kapustę, ale golonkę (8 zł) musimy kupić. Z pizzą góralską pójdzie nam łatwiej – własna mąka, olej, warzywa, zrobiony z mleka oscypek (niech będzie mleko krowie – 1,5 zł), ale boczek (3 zł) już trzeba kupić. Razem koszt diety – 14,5 zł dziennie czyli 435 zł/miesięcznie na osobę (870 zł (na dwie).

Napoje.

Ani catering, ani restauracja, ani nasza dieta nie zawiera napoi. Ja wybieram herbatę, kawę i mleko i staram się (ze 100% skutecznością) zmieścić w 2 litrach płynów dziennie (około 3 kawy z mlekiem i 4-5 herbat). Jeśli płacimy tylko za ziarna kawy (50 zl/kg – tj. 0,5 zł za kubek) i mleko (0,3 l dziennie 1 zł). Dodajemy do wyceny 1,5 zł/dzień/osobę tj. 45 zł/miesiąc. Jeśli dokupujemy herbatę musimy jeszcze doliczyć 0,75 zł/dziennie czyli 23 zł/miesięcznie. Razem 68 zł/osoba.

W knajpie będzie drożej (nawet jeden sok/kawa bezmleczna/herbata/piwo do obiadu kosztuje 8-10 zł). A resztę w domu i tak trzeba zrobić. Razem 78 zł/osoba.

Podsumowanie.

Poniżej w tabeli zestawiam wszystkie dane. Porównałem dane już z napojami (zakładając, że przy cateringu robimy je w domu).

Catering dietetycznyObiad kupowany w barzeWszystko robione w domuMaksymalnie dużo własnych produktówRóżnica (najdroższe - najtańsze)
Jedzenie 1 osoba (wege)126816985332931405
Jedzenie 1 osoba (keto)156819587585031455
Jedzenie 2 osoby (wege)2536339610665862810
Jedzenie 2 osoby (keto)31363916151610062910

25+. Cykl wpisów dla pokolenia Z, pokazujący, jak sobie radzić w obecnej sytuacji. Część II -Jak się utrzymać w czasach inflacji.

Dzisiaj kolejny z wpisów 25+. Generalnie skierowany do pokolenia 25-35 lat, ale może też okazać się przydatny dla starszych, ponieważ zawiera uniwersalne rady dotyczące radzenia sobie w dobie inflacji.

Najpierw – co rozumiem pod pojęciem „życia”. Generalnie wydatki na potrzeby takie jak: jedzenie, chemia, kosmetyki. Na każdym z nich (poza kosmetykami) nieźle się znam. Zaczynamy.

Pomysł 1 – Produkuj. Zasada wydaje się prosta i zrozumiała dla każdego – produkujesz, nie musisz kupować. Koszt produkcji pozostaje niewielki (poza ceną własnej pracy), a satysfakcja ogromna (wiem z własnego doświadczenia). Na blogu opisywałem wiele razy mój ogród warzywno-sadowniczy na wsi. Warto zaznaczyć, że stosuję w nim zasadę 100% bio (zero nawozów sztucznych, zero oprysków). Czyli jest nie tylko tanio, ale i zdrowo. Coś, co zetki lubią najbardziej.

No dobrze, ale ja mam 3000 m2 działki ogrodniczej, a Ty nie masz nic. Gdzie więc ta produkcja? Cofnijmy się do wpisu o mieszkaniu na wsi i w mieście. Na wsi, to chyba oczywiste, nawet działka 1200 m2, uprawiana intensywnie, da spore plony. Jeśli zaczniesz nawozić sztucznie – jeszcze większe. Jeszcze raz powtarzam – przeczytajcie sobie o eksperymencie Darvaesów – niecałe 400 m2 i prawie 3 tony żywności. W Kalifornii, ale nawet jeśli będziesz miał o 2/3 mniejsze zbiory…. Tona ma 1000 kg, a da się ją uzyskać z 400 m2.

Jeśli wybrałeś mieszkanie, do produkcji przeznacz balkon i parapety. Dobre i 10 m2 (30 kg).

Może masz babcię na wsi, pewnie chętnie wydzieli Wam ogródek. Moi rodzice byliby zachwyceni, gdybym ja w wieku 20 lat interesował się robotą w sadzie. Wtedy wcale o tym nie myślałem. Teraz powtarzam sobie zdanie znajomego ogrodnika – z wiekiem człowieka ciągnie do ziemi.

Ci, którzy zdecydują się na wieś, znajdą się w uprzywilejowanej sytuacji. Mogą poszaleć. Nie muszą wcale skupiać się na intensywności. Mają przestrzeń.

Produkuj znaczy też – zrób sto sam. Piecz chleb (zdrowszy i tańszy niż kupiony). Przygotowuj przetwory na zimę, nawet z kupionych owoców i warzyw. Zrób swoje wędliny a nawet … alkohol.

Pomysł 2 – kupuj na giełdzie ogrodniczej i od producenta. Miasto ma jedną paskudną cechę, dlatego żywność stała się w nim tak droga – nitkę pasożytów. Nic nie tworzą, a zabierają swoją cząstkę. Ci „jeźdźcy inflacyjnej Apokalipsy” to:

  • pośrednicy,
  • sieci sklepów,
  • państwo,
  • spółki energetyczne i paliwowe,
  • banki.

Każdy z nich urwie swój kawałek i z 1 zł u producenta, robi się 5 zł w sklepie. Pewnych elementów składowych ceny końcowej nie wyeliminujesz, chyba że podejdziesz poważnie do produkcji. Nawet rolnik płaci za prąd, podatki, KRUS, odsetki bankowe. Gros jednak zabierają pośrednicy i sieci sklepów.

Stąd moja propozycja jest prosta: zaprzyjaźnij się z rolnikami, wybierz na giełdę ogrodniczą (nie miejski ryneczek – takie giełdy są w większych miastach, a w mniejszych targi), do sklepu firmowego producenta. Tam żywność kupisz za znacznie niższe kwoty i lepszej jakości. Ja tak robię i potrafię oszczędzić połowę albo nawet 2/3 ceny sklepowej.

Teraz sklepy firmowe. W pewnym mieście istnieje mleczarnia. Robi dobry ser, który kupisz w sieciach handlowych za 36 zł/kg. Moja koleżanka mieszka w tym mieście i przywozi nam ser od producenta (wstępuje przed pracą i ładuje torbę). Wiesz za ile można kupić 800g tego samego sera co w sklepie? Za 12 zł czyli 15 zł/jkg. Dobrze czytasz – 15 zł zamiast 36, ten sam ser. Nie zawsze będzie tak różowo (sklep firmowy innej mleczarni, ulokowany w mieście musi: płacić wyższe pensje pracownikom, czynsze rentierom, nabijać kabzę Orlenu (transport) itp.itd. W efekcie ma ceny niższe o 20% niż w Biedronce. Dobre i 20%. Ale popatrz dalej.

Pomysł 3 – porównuj ceny. Kupujemy w marketach, bo wygodnie i tanio. G…. prawda. Owszem tanio, ale tylko w promocji. Nawet sieci sklepów drastycznie różnią się cenami (popatrz koszyk portalu dlahandlu.pl) pomiędzy sobą. No więc zostaje wygodnie. A nasze babcie, a Wasze prababcie? Po mięso szły „do rzeźnika”, po chleb „do piekarni”, po warzywa i owoce – na targ. Wielki handel i jego sprzymierzeniec Matrix powoli niszczą niewielkie biznesy. Bierzmy w tym jak najmniejszy udział. Porównujmy ceny. Jeśli na targu, giełdzie jest taniej – idźmy tam. Jeśli mięso damy radę kupić w ubojni czy jej sklepie firmowym, nie kupujmy go na tacce w markecie. Owoce -pojedźmy do sadu. Warzywa – na pole (co w Małopolsce ma zupełnie inne znaczenie).

Wykorzystujmy Matrixa. Jeśli będzie sprzedawał na poziomie kosztów – straci po kolei wszystkie macki (jak bankrut Tesco).

Nie stawiajmy na wygodę, kupujmy tam gdzie taniej.

Pomysł 4 – korzystajmy z kuponów. Duże sieci handlowe wiedzą jak przyciągnąć klientów. Oferują kupony. Kiedyś fizyczne (oddzierane z kartki) – dzisiaj w aplikacji. W Lidlu/Biedronce możesz upolować banany za 2/3 zł kilogram, zamiast normalnych 7 zł. W ten sposób sporo oszczędzisz, a i polskiego rolnika nie zubożysz.

Klasyką literatury oszczędzania była wydana w USA przez naszą rodaczkę Amy Dacyczyn (wyobrażasz sobie Amerykanina, który próbuje wymówić to nazwisko?) „The Complete Tightwad Gazette” czyli newsletter porad z zakresu oszczędzania nawołujący m.in. do korzystania z kuponów, bardzo w tym kraju popularnych.

Pomysł 5 – nie kupuj 2-gich śniadań od „Pana Kanapki”, w „Green Cafe Nero” (zobacz sobie, kto jest właścicielem), wstąp do piekarni a najlepiej zrób w domu. Ja, jako dinozaur i kucharska ciemna masa, wybieram kanapki. Chleb – własny lub z taniej piekarni (kromka – 15 groszy, co daje 30 gr na kanapkę), plaster sera, własne warzywo, smalec lub masło i masz II-gie śniadanie za 1 zł. Kanapka z gorszymi jakościowo składnikami w sklepie – minimum 5 zł.

Hotdog z Orlenu kosztuje 10 zł, w Żabce nieco taniej. A to bułka (2 zł) i jedna parówka (1 zł). W sumie 3 zł i trochę sosu. Podgrzejesz sobie sam.

Pan Kanapka też się ceni. Jedno danie (sałatka, kanapka itp.) 10-20 zł. Moi koledzy biorą te rzeczy. Gdybym chciał pojechać David’em Ramsey’em – działa czynnik Latte. Dlatego oni mają kredyty na mieszkanie/dom i auto, a ja „nieco” więcej (mieszkań, nie kredytów).

Bananowa latte w kawiarni za rogiem kosztuje 25 zł. Ja zapłacę 30gr za mleko, 1,20 gr za banana (albo 40 gr w promocji – w kawiarni jest syrop o smaku bananowym, a nie banan), do tego 1 zł za kawę i mam za 2,5 zł nawet lepszy napój. Pożywny, a bez cukru. No dobra, za 34 zł kupiłem blender w Lidlu, tyle mnie to kosztowało ekstra.

Moja żona z koleżankami (jedna pokolenie 25+) nie ograniczają się do kanapek. Robią owsianki, sałatki itp. Inni przynoszą smoothie.

Pomysł 6 – wybij sobie z głowy „catering dietetyczny”. Och ci miłośnicy gotowców. Podam przykład syna. Potrzebuje 5000 Kcal dziennie. Nagabywał mnie o dietę pudełkową. Wszystko na czas. Zbilansowane. A koszty – 1200 zł w 2020 r., czyli przed pandemią (3000 Kcal, dochodziło jeszcze jedzenie z internatu). Nieźle. Teraz to raczej 1800 zł, nie kalorii. Czy wiesz, ile wydaje obecnie na jedzenie (przykład – obiadokolacja dla dwóch osób – 1kg mięsa i 500g makaronu + sos) obecnie? 900 zł plus sporadycznie torba od mamy. Pudełka są diablo drogie. Modne, ale kosztowne. Nie mają sensu, chyba że pracujesz od 5 do 22. Znacznie lepiej przygotować coś własnego.

Pomysł 7. Korzystaj z aplikacji w stylu „uratuj jedzenie. Ja sam mam zainstalowane dwie. Obok mojej pracy znajduje się miejsce – tani hotel, który między 11 a 17 oddaje resztki ze śniadania. Bez obawy, nie zbierają ich z talerzy lecz półmisków. Klasyka posiłku kontynentalnego w wersji szwedzki stół. W paczce za 10 zł mam: 1 croissanta (cena w Lidlu 2,5 zł, w kraftowej piekarni pewnie 2 razy tyle), 2-3 kawałki ciasta (babka piaskowa, biszkopt), 2-3 kromki chleba, do tego cała styropianowa wytłoczka (pewnie 30 dkg) sera, lepszej wędliny (szynka, salami), pomidora, ogórka, całe jajko na twardo. Odbieram po pracy i mam kolację, a sporo zostaje na śniadanie i kanapkę do pracy (croissanta i ciasto zjadły dzieci). Wartość takiej paczki w cenie sklepowej – przypuszczam, że pewnie ze 20 zł (sama wędlina i ser to ok.8-9 zł). Przy okazji robimy coś dla planety, bo inaczej wszystko wylądowałoby w koszu (sieciowy hotel nie poda tego następnego dnia).

25+. Cykl wpisów dla pokolenia Z, pokazujący, jak sobie radzić w obecnej sytuacji. Część I – nieruchomości. Zupełnie pozasystemowe pomysły.

Było już o mieście, o wsi – czas na pomysły wyskakujące poza skalę „typowych” ludzi i często nielegalne. Ceną za skorzystanie z nich, będzie w najlepszym wypadku wzruszenie ramion, łatka freaka lub dziwaka. W najgorszym pogarda i wizyta pań z MOPS-u, jeśli mamy dzieci.

Pomysł 1. Zakup mieszkania i spłacanie kredytu w wynajmu pokoi. Wszelkie programy dopłat rządowych, co do zasady koncentrują się na „pierwszym mieszkaniu” stąd popyt na kawalerki i lokale dwupokojowe. Ceny za m2 w większych gniazdkach znacznie spadają. Stąd 450-600 tys. zł za 2 pokoje i możliwe 480 tys. zł za 3 pokoje w podobnej lokalizacji. Nawet czynsz nie musi się istotnie różnić. W takiej sytuacji można myśleć o wynajmie. Jeżeli stawka za pokój wynosi 1200 zł, czynsz 680 zł, a rata 1800 zł, zajmując jedną izbę i dzieląc kuchnię i łazienkę z dwójką studentów oraz wkładając 100 tys. zł de facto mieszkamy praktycznie za darmo.

Pomysł 2. Zamieszkanie w garażu. Skoro nie mieszkanie, to może … garaż. Słyszeliśmy takie przykłady z USA. Jeśli garaż stanowi część domu (jak u mnie) sprawa jest łatwa. Mamy do czynienia z budynkiem mieszkalnym i trzeba tylko ocieplić, zachować normy. Zakup może polegać na zbyciu udziałów lub wydzielenie drugiego lokalu. Trudniej dokonać zmian tzw. zespole garażowym lub pojedynczym budynku, zwłaszcza spółdzielczym. Da się to zrobić – nielegalnie. Zostawiamy bramę, za nią stawiamy ścianę i drzwi i mamy, po ociepleniu od wewnątrz 20 m2 – odpowiednik małej kawalerki w standardzie lat 70-tych XXw. . W środku wygospodarujemy łazienkę (nie wszystkie garaże dysponują instalacją wodną, więc być może wodę trzeba będzie zbierać z dachu i korzystać z butli kupowanych w sklepie). Prąd jest (bojler do wody), gazu brak. Popatrzmy na cenę. Na moim (drogim) osiedlu – garaże chodzą za 65 tys. zł. Dokładając remont wyrobimy się w 120 tys. zł. Jakie napotkamy problemy? Wścibskich sąsiadów, kanalizację oraz ogrzewanie. Odpada gazowe (brak gazu), wszelkie piecyki (katalityczny, koza) pozostaje elektryczne – de facto mała klimatyzacja. Kanalizacji nie możemy spuścić do burzówki – pozostaje toaleta chemiczna i recykling szarej wody w celu jej ponownego wykorzystania. Nadwyżka – do gruntu lub małe szambo wywożone od czasu do czasu (schowane w kanale). Alternatywa – korzystanie z wc na stacji benzynowej w sąsiedztwie a prysznica na siłowni. Z sąsiadami i spółdzielnią jeśli mamy odrobinę szczęścia i zostawimy starą bramę pewnie sobie poradzimy. Problemów tych unikniemy kupując garaż w domku. Tam są już sieci gazowa, elektryczna, wodna i kanalizacyjna.

Pomysł 3. Zamieszkanie w lokalu użytkowym. Dlaczego tak? Ponieważ zazwyczaj dysponuje on pełnymi mediami (w tym ogrzewaniem), choćby namiastką łazienki i jest tani, pomimo że ocieplony. Jak bardzo? W moim mieście znalazłem takie „cudo” za 99 tys. zł. Powierzchnia 16m2 (14 m2 pokoju i 2 m2 łazienki). W zasadzie zrobić mini-aneks kuchenny i się wprowadzić. Czynsz? Też śmiesznie niski (to nie reguła) – czyli 50 zł. Jedyna wada – brak ogrzewania, ale da się wstawić klimatyzator. Czyli za 100 tys. wchodzimy i mieszkamy. Nielegalnie, oczywiście. Znalazłem też powierzchni ok. 100 m2 za 210 tys. zł, jeśli ktoś potrzebuję przestrzeni. Dla porównania, najtańsza kawalerka w podobnym standardzie i lokalizacji 270 tys. zł za 18 m2 – prawie 3 razy drożej.

Pomysł 4. Dom w ogródkach działkowych. Gruba nielegalność. Tu oficjalnie mieszkać nie wolno, a zarządy wyłączają na zimę prąd i wodę. Tyle teorii. W praktyce bywa różnie. Większość sąsiadów będzie zadowolona z lokatora na działce obok, o ile pilnuje zamiast kraść, nie brudzi, nie bałagani. Po pandemii ceny drastycznie wzrosły i teraz trudno znaleźć coś sensownego za mniej niż 20-30 tys. zł. Trochę za miastem może być łatwiej i taniej. Z wodą na działce, w zasięgu autobusu miejskiego znalazłem małą drewnianą altanę za 12 tys. zł. Wielkość posesji gwarantuje luz – bo ma ona 600m2. Podobne powierzchniowo działki, ale budowlane, kosztują w tej okolicy 400 zł/m2. Nie ma już bloga Henryka, o którym wielokrotnie wspominałem, więc trzeba mieć na uwadze następujące ograniczenia. Domki zazwyczaj są małe (6-12 m2), a maksymalnie 35m2, nieocieplone i tylko parterowe. Brakuje mediów (w zimie się je wyłącza). Jedyna zaleta – własny ogród i cena.

Pomysł 5. Pustostan. Mocno nielegalne i niebezpieczne. Nie kosztuje nic, ale osobiście wybrałbym jednak garaż, lub lokal użytkowy. Dlaczego? Po pierwsze, większość pustostanów znajduje się w dzielnicach „latających noży”. Łatwo komuś podpaść i nie mieć do czego wracać (kradzieże, podpalenia). Takie lokale mają też odcięte media (może działać jedynie kanalizacja).

Pomysł 6. Biuro. Jeśli pracujemy w niewielkiej firmie, a nie korporacji – może się udać. Warto zapytać szefa. Wielu zgodzi się – zyska darmowego stróża 24 h/7 dni. Zostaną nam opłaty za media (gdzie ich nie ma), a na pewno będzie ciepło. I nic nie musimy płacić na początek.

Pomysł 7. Miejski nomada. A kto powiedział, że w ogóle musimy mieć mieszkanie/dom? Na noc znajdujemy sobie pracę (nocna zmiana w piekarni, stróżowanie, parkingowy) w dzień koczujemy – trochę na siłowni, trochę w galerii, w jakimś barze, aucie. W lecie rozbijamy namiot w miejskim lesie lub budujemy tam ziemiankę. Gdy nadchodzą chłody mamy się gdzie zatrzymać.

Pomysł 8. Kamperowiec. Nie jestem zwolennikiem takiej opcji. Dlaczego? Z kilku powodów. Kamper, a nawet przyczepa są relatywnie drogie. Wolałbym już mieszkać w ROD pod miastem, gdzie zyskałbym kawałek ziemi i możliwość uprawy. Ogrzewanie także kosztuje sporo, bo wykorzystujemy drogie media – gaz LPG z butli. Zyskujemy wprawdzie prawie (poza wielkością) normalną kuchnię, własny prysznic, ale musimy się bardzo kryć. To oznacza przemieszczanie i kolejne koszty – paliwa. Stare kampery (a na takie nas stać) palą 12-15 l/100 km w trasie i 20 l/km w mieście. Do przyczepy musimy utrzymywać auto. Lokal użytkowy za 100 tys. zł okaże się znacznie tańszy i bezproblemowy w eksploatacji, a niewiele droższy w zakupie.

Syrop z kwiatów bzu czarnego. Koszt produkcji.

W moim domu ogromną popularnością cieszą się syropy. Da się z nich zrobić lemoniadę, dodać do wody, trochę zagęścić herbatę, polać lody. Tygodniowo schodzi nam jedna butelka (pojemność ok. 0,3-0,5 l). Prym wiedzie czarny bez. Dlaczego?

Zalety produktów z czarnego bzu zaczynają się od walorów zdrowotnych. Stanowił on znany lek przeciw przeziębieniom w medycynie naturalnej. Pomaga na katar, kaszel itp. Nasi przodkowie przedchrześcijańscy uważali go za roślinę świętą i sadzili blisko domów. Posłuchajmy mądrości dziadów.

W dobie inflacji, nie mniejsze znaczenie ma cena. Na działce, bez czarny rośnie szybko i za darmo. Nie wymaga przycinania, nawożenia, w zasadzie rozrasta się jak chwast, bez naszego udziału. U mnie najwyższy osiągnął 6 metrów, a to oznacza możliwość zbierania ze zwykłej drabiny, w 80% z ziemi. Ponieważ nie nawożę – mam za darmo – z jednego krzewu zajmującego ok. 3-4 m2 zebrałem 3 skrzynki kwiatów i sporo jeszcze zostało na owoce. Nie musisz nawet mieć działki. Krzaki czarnego bzu rosną wszędzie, przy starych, opuszczonych gospodarstwach, w lesie, przy drogach, w mieście. Te ostatnie dwa miejsca to kiepski pomysł na zbiór, ale gatunek kumuluje mało zanieczyszczeń.

Drugą kwestię stanowi prostota. Zebrać kwiatostany (baldachy), oskubać (lub obciąć nożyczkami łodyżki), zalać wodą, dodać cukru, cytryn, pogotować, zlać i … gotowe. Nawet taka kucharska melepeta jak ja, daje radę.

W efekcie otrzymujemy syrop w cenie zupełnie niesklepowej. Policzmy. 1 kg cukru i 2 cytryny na 2 litry wody. Według aktualnych cen mamy litr syropu za 4 zł (musimy jeszcze doliczyć prąd, gaz). Cena sklepowa dziesięć razy wyższa – 44 zł za litr. Z racji naturalnej słodyczy kwiatów, półlitrowa butelka syropu wystarczy na ok. 100 szklanek niezbyt esencjonalnego napoju lub 50 szklanek mocnego. Cena szklanki to maksymalnie 0,08 zł (plus woda). Doskonale sprawdza się w drinku ze Sprite’m i wódką.

Czy czarny bez da się wykorzystać inaczej? Tak, kwiaty można smażyć w cieście naleśnikowym lub na racuchy. Po prostu maczamy je w tym cieście i na patelnię. Popularnością cieszą się owoce, trujące na surowo i jako niedojrzałe (czerwone). Z nich zrobimy dżemy oraz soki. Moim zdaniem, zdecydowanie mniej smaczne niż z kwiatów.

Jak, w dobie drogich mediów, obniżyć rachunki? Woda.

Dzisiaj trudny i mało letni temat – obniżanie rachunków. W moim przekonaniu, bez niskich wydatków „na dom” nie ma możliwości życia prosto i bez pracy etatowej/dg/poważnego freelansu. Co więc robić i gdzie leży granica?

Jeśli piszemy o mediach – myślę: woda, prąd, gaz, ogrzewanie, śmieci, ścieki, internet, telefon, TV. Zabieramy się za nie po kolei. Dzisiaj, ta pierwsza.

Własna studnia. Sporo zależy od miejsca zamieszkania. W domu, na wsi lub w małym miasteczku przejdzie bicie własnej studni (lub pobieranie wody ze źródła). Ma ona tym więcej zalet, im więcej wody potrzebujemy: do podlewania, celów gospodarczych itp. (zwierzęta). Za studnię płacimy raz, a potem już tylko za prąd (czyli nic, jeśli mamy FV) napędzający pompy.

Nie ma sensu dla osób z minimalnym zużyciem (tylko mycie, jedzenie), bo koszt startowy okaże się zbyt wielki. Nie damy też rady wykonać tego kroku, zajmując mieszkanie w bloku ani gdy warunki geologiczne są mega trudne. Zawsze trzeba patrzeć na stopę zwrotu.

Źródło to bijąca spod ziemi woda, zwłaszcza w górach. Tam nazywa się to często „woda pod własnym ciśnieniem” i doprowadza się ją rurą do budynku. Widziałem takie domy na sprzedaż. Wtedy zyskujemy sporo (żaden koszt), lecz cierpimy w suszy. No i warto wykonywać badania składu i zanieczyszczeń.

Zbieranie deszczówki. Kolejny sposób, żeby nie płacić za wodę gospodarczą. Deszczówka mniej nadaje się do picia (po uzdatnieniu, co nie ma wielkiego sensu), ale znacznie lepiej do mycia, do podlewania ogrodu, czyszczenia auta itd. Niemniej jednak ze sporej powierzchni dachu zbierzemy jej wystarczającą ilość. Gromadzimy w zamkniętych zbiornikach, od fantazyjnych niby-wazonów, ozdób za tysiące złotych, do zwykłych mauzerów.

Zużywanie mniej. W tym miejscu warto odróżnić oszczędność od zwykłego skąpstwa. Nie zaprzestaniemy przecież mycia się i innych czynności higienicznych. Dla mnie osobiście sprawdzoną granicę stanowi 50 l/dzień – tyle potrzebuję przebywając w górach. Trochę to prysznic, resztę toaleta, oraz minimalna ilość (kilkanaście litrów) do zmywania i picia. Podana wartość okaże się 2 razy niższa od obecnej normy (wynoszącej 3 m3/osobę/miesiąc czyli ok. 100 l/dziennie).

Miejmy przy tym na uwadze, że pisze o potrzebach rodziny. Ogród w czasie suszy wymaga kilkuset litrów dziennie, zwierzęta też swoje wypiją (dodajmy wodę do sprzątania) i zużycie rośnie. Tym razem łatwiej mamy w bloku – ale tam jest drożej za m3.

Pierwsza metoda – prysznic zamiast kąpieli. Ja spokojnie, idąc cyklem – spłukanie, zakręcenie kranu, namydlanie, spłukanie, jestem w stanie wziąć prysznic w 20 l wody (ok. 2 minuty).

Metoda druga – zmywarka zamiast zlewu. Zakładam, że skończyliśmy okres studencki i nie jemy już z jednego talerza śniadania, obiadu i kolacji. Zmywarka oszczędza wodę – w 10 l pozmywamy 8-12 kompletów talerzy, więc im więcej brudnych naczyń tym lepiej. Mało wody ma jednak pewną wadę (sam jej doświadczyłem) – wysokie stężenie tłuszczu zatyka kanalizację.

Metoda trzecia – sprzęt oszczędny. Nie tylko o prąd chodzi, ale o wodę. Piszę przy tym o zmywarce i pralce. Każda oszczędność 2 l na cykl, dają nam 4 l wody dziennie, czyli 1,5m3 rocznie.

Metoda czwarta – zastąp wodę ciepłą – zimną. Zimny prysznic – trochę hardcore. Ma jednak trzy zalety – zdrowszy, zimna woda jest tańsza niż ciepła i zużywamy jej mniej (kto chce stać długo pod lodowatym strumieniem?).

Własna mieszanka sałat. Lepsza niż sklepowa, a prawie za darmo.

W zeszłym tygodniu z butów wyrwała mnie cena mieszkanki sałat w Lidlu – 6,99 zł/150 g (widziałem w internecie bio – 8 zł/100g). Właściwie to powinienem się przyzwyczaić. Mamy inflację. W ramach gestu sprzeciwu korporacjom, postanowiłem podzielić się z Wami przepisem na miks sałat. Jak to może wyglądać?

Biologiem nie jestem, więc wybaczcie mi nieścisłość, dla mnie sałata to wszystko, co ma liście podobne do sałaty i … da się zjeść. Na potrzeby niniejszego wpisu robię więc sałatę z mniszka lekarskiego, rukoli itp. Skoro wg UE (dyrektywa „dżemowa”) – za owoce uważa się pomidory, jadalne części łodyg rabarbaru, marchew, słodkie ziemniaki, ogórki, dynie, melony i arbuzy, więc i jak mogę sałatę zrobić z mlecza, a co. Żeby zebrać te 150g potrzebujemy ok. 1-2 młodych sałat (jeszcze nie w formie główki, potrzebne nam drobne liście), 5 krzaczków rukoli i tyle samo mniszka lekarskiego. Koszt ziaren (o ile je kupujemy, bo możemy mieć swoje) – 30 groszy (ja z jednej paczki za 6 zł zasiałem ok. 100 szt nasion i jeszcze zostało). Tak więc za 0,3 zł mamy porcję ekologicznego warzywa dostępną w sklepie za 8 zł.

Na koniec protip. Liście sałaty szczelnie owijamy w wilgotny ręcznik papierowy (bez nadruku), umieszczamy w pudełeczku z przykrywką i wkładamy do lodówki. Zachowają świeżość przez ok. tydzień.