Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Oszczędzanie – Strona 57 – Oszczędny Milioner

Student w wielkim mieście. Mieszkanie kupować czy wynajmować?

W dzisiejszym wpisie przedstawię alternatywę, przed którą staje grupa zamożniejszych rodziców. Zastanawiają się oni czy dziecku jadącemu na studia do dużego miasta lepiej jest kupić mieszkanie, czy tylko je wynająć. Zobaczmy jak wyglądają twarde liczby, choć nie tylko one. Posłużę się przykładami z mojego miasta, a więc rynku, który znam najlepiej (duże miasto akademickie).

Najpierw zestaw danych. Mieszkanie w tzw. starym budownictwie (bloki z PRL) nadające się na początek dla studenta kosztuje ok. 120-150 tys. (kawalerka) lub ok. 180-200 tys. zł (2 pokoje). Z tego miejsca wszędzie jest blisko (centrum miasta z knajpkami, uczelnia,  dzielnica akademików). Staranny wybór gwarantuje, że nie trzeba korzystać z komunikacji miejskiej (10-15 minut piechotą), co pozwala zaoszczędzić na biletach.  Nowe mieszkanie na obrzeżach kupimy za podobne pieniądze, jeśli zaś chcemy zachować dogodną lokalizację, dopłacimy przynajmniej 10-20%.

Wynajem samodzielnego pokoju w mieszkaniu studenckim to koszt 400 zł (plus symboliczne opłaty za wodę, gaz, prąd i must have – internet z pakietem TV). Jeśli pokój będzie dzielony przez dwie osoby, da się wynająć za 350 zł. Kawalerkę wynajmiemy za 900 zł (nowa ok. 1000 zł), 2 pokoje za 1100-1200 zł (nowe za 1300-1500 zł).

Mając dane wyjściowe, przystępujemy do kalkulacji. Pomijam koszty opłat – zależą od zużycia, a więc będą się różnić tak jak ludzie, dodatkowo są identyczne we własnym i wynajętym. Wynajem, przy standardowym układzie studenckim 3-4 osoby w 2-pokojowym mieszkaniu to koszt 350-400 zł za osobę. Z kolei studenci-burżuje mieszkają w samodzielnych kawalerkach – 900-1000 zł. A alternatywa?

Zakup. Dla uproszczenia założyłem kupno w całości na kredyt (dzisiaj popularne, a od kapitału i tak trzeba naliczyć odsetki). Oczywiście kredyt biorą rodzice, bo student nie dysponuje zdolnością kredytową. Takie założenie czyni tytułowe pytanie teoretycznym dla wielu osób. Dzieje się tak z kilku powodów. Pierwszym jest brak zdolności kredytowej wśród czterdziestolatków (własne kredyty). Drugim  – niesamodzielność studenta (trudno mu zaufać). Trzecim  – posiadanie rodziny w mieście studenckim, która przechowa przyszłego magistra. Ale wracajmy do tych, którzy faktycznie o tym myślą. Koszt pieniądza (rata kredytu) wyniesie dla używanej kawalerki w „studenckiej” lokalizacji ok. 600-700 zł, dla dwóch pokoi już 900-1000 zł. Nowy lokal będzie odpowiednio droższy (10-20%).  Własne mieszkanie to i opłaty czynszowe. Trzeba się liczyć, że w kawalerce to ok. 150 zł (budownictwo „bezczynszowe” 100 zł), a w 2 pokojach 200-250 zł („bezczynszowe” 150 zł). Do czego dochodzimy? Dodając dwa składniki (czynsz, rata) otrzymujemy następujący koszt zakupu i utrzymania:

  • kawalerka- 750-850 zł (nowa podobnie),
  • 2 pokoje, jeśli używane to 900-1250 zł, nowe do 1350 zł.

Ceny wynajmu podobnego lokalu są praktycznie identyczne. Z jednym zastrzeżeniem. Aby osiągnąć porównywalność warunków i cen, student musi dobrać współlokatorów, lub w wersji „lux” pozostać samodzielnie w kawalerce. Po 5 latach (zakładam studia magisterskie skończone bez potknięć) dziecko ma za sobą 1/6 czasu spłaty standardowego kredytu i własny dach nad głową na początek. Dalej mieszkanie można wynajmować lub sprzedać. To argumenty za. A przeciw?

Wielu rodziców nie zna miasta. Kierując się ceną wpada w pułapkę taniej i  słabej lokalizacji. Takie mieszkania trudno sprzedać lub wynająć. Są to utopione pieniądze. Obawa przed takim scenariuszem skłania do wynajmu.

Nie wiadomo, czy przyszły magister znajdzie w tym mieście pracę. Nie mówimy o Warszawie (sporo wyższe koszty), ale bezrobocie wśród absolwentów jest niepokojąco wysokie. Do tego dochodzą bezpłatne staże i umowy śmieciowe. Jeśli trzeba się przenieść, to wynajęte mieszkanie po prostu opuszczamy, z własnym już nie będzie tak łatwo.

Kredyt oznacza konieczność stabilnej sytuacji. Nikt nie zdecyduje się na niego, mając niewielkie pieniądze, lub pracę, której w każdej chwili może nie być. Wtedy też  warto wynajmować.

I na koniec najbardziej oczywisty powód – brak (gotówki) pieniędzy na zakup lub zdolności kredytowej. W takiej sytuacji nie ma alternatyw. Wynajem to jedyna opcja.

Podsumowując, wynajem i zakup wychodzą podobnie finansowo. Po pięciu latach mamy spłaconą część kredytu (niewielką), a dziecko własne mieszkanie. Skoro jest tak pięknie, to dlaczego wielu rodziców wybiera wariant drugi – wynajem? Odpowiedź mieści się w jednym z przywołanych powodów (brak pracy dla absolwentów, stabilności sytuacji rodziców, zdolności kredytowej/gotówki).

 

 

 

Niepapierosowy milioner.

Dzisiaj chcę napisać o pewnym szczególnym sposobie na uzyskanie oszczędności, pozwalających w perspektywie czasu zostać milionerem. Metoda wydaje się banalnie prosta – rzucić palenie i zaoszczędzone środki inwestować.

Inspiracją dla mnie stał się mój zamożny znajomy. W wieku 30 lat postanowił zerwać z nałogiem. Co miesiąc notował znaczne oszczędności. Regularnie też, zamiast je wydawać kupował akcje wybranych spółek GPW.  Osiągał przy tym rozsądną stopę zysku. Obecnie już na emeryturze (wcześniejszej jak to nauczyciel), cieszy się owocami swoich działań – a jest to pakiet akcji o wartości przekraczającej milion złotych. Czy dzisiaj da się powtórzyć jego rezultaty?

Oczywiście. Poniżej przedstawiam stosowne wyliczenie. Paczka papierosów kosztuje ok. 14 zł. Ktoś, kto pali dziennie jedną paczkę wydaje miesięcznie 420 zł (znam też rodzinę, która na papierosy wydawała 2.000 zł miesięcznie, ale i dochody miała nieprzeciętne).  Taką kwotą do odłożenia dysponuje przeciętny już-nie-palacz. Do obliczenia drogi do miliona potrzebne są dwie zmienne – okres oszczędzania i oczekiwana stopa zwrotu.  Założyłem, że osoba inwestująca w akcje, jest w stanie osiągać zyski na poziomie 8% rocznie (średni zysk rynku akcji w długim okresie). Ponieważ posłużyłem się przykładem znajomego, to początek drogi milionera przypadnie na 30 rok życia, a koniec na moment przejścia na emeryturę. Oszczędzanie będzie więc trwało 37 lat.

Czas na wynik. Przez 37 lat, inwestując co miesiąc 420 zł, zarabiający 8% rocznie uzyska dokładnie …. 1.148.495 zł czyli ponad milion złotych wpłacając niespełna 200.000 zł. W dodatku w bonusie dostanie zdrowie.

A co z inflacją? No cóż, zawsze odkładamy aktualną cenę papierosów. A ta rośnie szybciej niż inflacja. Szczerze mówiąc, znacznie szybciej.

 

Tniemy koszty posiadania samochodu i… kupujemy mieszkanie nad morzem.

Wczoraj pisałem o rodzinie, która koniecznie postanowiła kupić samochód z salonu. Jego miesięczny koszt wynosi 1500 zł. Przy przeciętnych dochodach (ok. 6000 zł) jest to możliwe, ale wymaga rezygnacji z wielu innych przyjemności. Kompromisem wydawało się auto pięcioletnie. Utrzymanie to równy 1000 zł miesięcznie. Dzisiaj propozycje dla osób, które chcą oszczędzać więcej niż 10% dochodu i mogą przeznaczyć na auto znacznie mniejsze kwoty.

Skoro auto pięcioletnie będzie za drogie może warto szukać starszego? 10-letniego Opla Astrę kupimy już za 15 tys. zł. Na paliwo wydamy 10-15% więcej czyli ok. 350 zł. Ubezpieczenie (wyłącznie OC) uda nam się znaleźć (o ile mamy zniżki i nie mieszkamy w Warszawie) za 40 zł miesięcznie, przegląd będzie nas kosztował ok. 40 zł, a naprawy 100 zł miesięcznie. Jeśli dodamy do tego nieuzyskane odsetki ( 3% rocznie od ceny zakupu) 40 zł i utratę wartości 125 zł, miesięczny koszt utrzymania samochodu zamknie się w 700 zł. Nie prowadziłem rozważań dotyczących kredytu. Przyczyna jest prosta. Jeżeli nie umiemy zebrać 15 tys. oszczędności przy dochodach 6000 zł miesięcznie, to nie stać nas na taki samochód. W jaki sposób pokryjemy bowiem ewentualne rachunki za naprawę. W kilkunastoletnim aucie mogą wynieść nawet 2-3 tys. zł.

Jeśli te 15 tys. to dla nas za drogo, szukajmy dalej. Może nastoletnia Dacia Logan. Jej cena to równe 7,5 tys. zł (i trafiają się egzemplarze  z gazem). Tutaj koszty będą minimalne. Paliwo to 175 zł, OC 40 zł, przegląd 60 zł (dodajmy instalację gazową), naprawy 70 zł (i to pesymistycznie), nieuzyskane odsetki to dalsze 20 zł, a utrata wartości będzie symboliczna 65 zł. Razem miesięczny koszt utrzymania spadnie do 430 zł. Czy może być jeszcze taniej?

Rozejrzyjmy się za używanym Daewoo Lanosem. To prosta, chociaż już pełnoletnia konstrukcja. Kupimy go za 3 tys. zł. Ile wyniesie nas utrzymanie? Paliwo będzie podobne jak w Dacii – 175 zł, OC też – 40 zł, przegląd zrobimy za 50 zł (z gazem), naprawy nie będą droższe niż 60 zł, nieuzyskane odsetki to tylko 10 zł, a utrata wartości 30 zł (a czasami nawet nic jeśli potrafimy utrzymać wóz w dobrym stanie). Razem miesięcznie wydamy nie więcej niż 365 zł.

Na koniec propozycja dla całkiem małych rodzin (max. 3 osoby), pragnących utrzymać samochód za absolutne grosze – Fiat Seicento z gazem. Wystarczy na niego 1,5 tys. zł (czyli tyle ile na ubezpieczenie samochodu salonowego). Koszt gazu, ze względu na niewielkie spalanie obniży się do 120 zł, OC kosztuje 30 zł miesięcznie (pojemność silnika), przegląd – 50 zł, a na naprawy wystarczy 40 zł, nieuzyskane odsetki to symboliczne 5 zł, a utrata wartości kolejne 5 zł. Razem kosz miesięczny nie będzie wyższy niż  250 zł.

Co zrobić, żeby było jeszcze taniej? No cóż, wyjście jest tylko jedno – mało jeździć. Wszystkie wyliczenia robione są dla przebiegu 12 tys. km rocznie (1000 km miesięcznie). Obniżając tę wartość o połowę, utrzymamy Fiata Seicento za niespełna 200 zł (dokładnie 190 zł) miesięcznie. To mniej więcej tyle co dwa bilety miesięczne komunikacji miejskiej w moim mieście, a średni dzienny przebieg auta to możliwe 15-20  km.  A nie trzeba stać na przystankach.

Jaki wniosek płynie z ostatnich dwóch wpisów? Mamy dwie podobne rodziny, jedna decyduje się na auto z salonu, druga na stare Seicento. Obie jeżdżą tyle samo. Jedna wydaje rocznie 18000 zł na samochód (1500 zł miesięcznie), druga 3000 zł (miesięcznie 250 zł). Jedna nie oszczędza nic, a druga 15 tys. zł. Po 10 latach jedna nadal nie ma nic (bo tylko zmienia samochody na lepsze), a druga kupuje dwupokojowe mieszkanie nad morzem. Pierwsza bardzo się dziwi, jak to możliwe i  zaczyna przebąkiwać o tym, że pierwszy milion trzeba ukraść.

 

Ile wynoszą odsetki od lokat, a ile od kredytów?

Dzisiaj zajmę się źródłem problemu zakredytowania –  różnicą pomiędzy odsetkami od lokat i kredytów. Różnica ta, w dużym uproszczeniu, pozwala na ocenę, czy mamy do czynienia z systemem finansowym, który można nazwać „banksterskim” czy zdrową relacją biznesową (instytucje finansowe też muszą zarabiać).

Obecnie oficjalnie w Polsce ceny spadają – mamy więc do czynienia z deflacją. Nic zatem dziwnego, że odsetki od lokat bankowych nie będą imponujące.  Lokata roczna to szansa za zysk 3% (w banku mniej znanym), lub 1,8% (u lidera rynku PKO BP).

Teraz popatrzmy na kredyty. Kredyt hipoteczny w PKO BP kosztuje 2,77%, ale są banki proponujące i 4%.

Jeśli zwrócimy uwagę na kredyty samochodowe, jest już dużo gorzej.  PKO BP wymaga zapłaty 9% odsetek,  a rynkowe oferty oscylują pomiędzy 5 a 10%. Do tego doliczyć musimy kilkuprocentową prowizję.  W przypadku kredytów gotówkowych (na dowolny cel) jest jeszcze gorzej.

Jakie wnioski można wyciągnąć z takich danych? O ile kredyty hipoteczne są rekordowo tanie i zysk banku niewielki (ok. 1% ponad lokaty), o tyle pozostałe kredyty mieszczą się w pojęciu „banksterki”, bo zysk banku wynosi ok. 7% lub patrząc inaczej bank wymaga spłaty odsetek 5 razy większych niż sam oferuje.

Wyjaśnia to doskonale powiedzenie, że jeśli kogoś stać na kredyt inny niż hipoteczny, to zazwyczaj go nie bierze.  Dodatkowo, umówmy się, zysk na poziomie 2% nie wygląda imponująco. To żadna inwestycja.

Jaki procent zarobków można realnie zaoszczędzić?

We wczorajszym poście rozprawiłem się z utopią idei „emerytura w kilka lat” rozumianej jako oszczędzanie 95% własnych dochodów. Teraz czas na rozważania – ile realnie możemy odłożyć.

Jeszcze raz wrócę do punktu wyjścia. Rozmawiajmy o singlu (lub niewielkiej rodzinie) zarabiającym dwie średnie krajowe, oraz dorabiającym jeszcze po 20% pensji. Mamy więc dochody na poziomie ok. 3300 zł na głowę, albo 6600 zł na rodzinę.

Realny poziom wydatków na osobę, poniżej którego nie zejdziemy to 1000 zł (minimum socjalne) i tylko w przypadku, gdy mieszkamy z rodzicami (dokładając się do opłat), w małym wspólnym mieszkaniu, we własnym lokalu/domku. Da się tak żyć trzymając wydatki w ryzach (pytanie czy warto). Mamy więc punkt wyjścia – singiel lub para może oszczędzać na poziomie 70% dochodów.  Dla zarabiających 1500 zł miesięcznie, będzie to nadal niezłe 33%. Jeżeli para będzie miała dziecko, to dochody nie wzrosną, w przeciwieństwie do wydatków, które wyniosą 2.600 zł. Nadal są w stanie odłożyć (zarabiając przeciętnie) ok. 60% dochodów. To bardzo wysoki wynik. Pojawienie się drugiego dziecka, znowu zwiększa minimalne wydatki do 3400 zł, co przy założonych dochodach, pozwala uzyskać współczynnik oszczędności na poziomie 48%. Osobom zarabiającym mało (2 x 1500 zł miesięcznie) nie wystarcza na życie, a cały czas mówimy o minimum socjalnym czyli wydatkach (dla 4-osób):

  • jedzenie 1000 zł (250 zł na osobę),
  • mieszkanie 1000 zł (250 zł na osobę),
  • edukacja, kultura i rekreacja 450 zł (110 zł na osobę),
  • transport 350 zł (90 zł na osobę),
  • ubranie, higiena, zdrowie 430 zł (130 zł na osobę),
  • inne (telefony, kieszonkowe) 160 zł (40 zł na osobę).

Powiem szczerze, wiele osób tak żyje, ale nie jest to droga dla średnio zarabiających.  Każdy czasem potrzebuje odrobiny przyjemności, a ta najczęściej wiąże się z wydatkami (wakacje, hobby, wyjście ze znajomymi). Nawet przy średnich zarobkach, nie warto żyć na poziomie minimum socjalnego – to jest właśnie sknerstwo. Podzielę się osobistym doświadczeniem. Na mojej drodze do miliona zarabiałem raz gorzej, raz lepiej. Nigdy jednak nie odkładałem więcej niż  30-40 % dochodów. I dobrze czytasz, ZANIM zostałem milionerem. Teraz nadal mieszczę się w tym przedziale, chociaż dochody są wyższe niż przeciętna. Krótko mówiąc żyję na poziomie osób zarabiających 30-40% tego co ja.

Jakie są zatem dalsze wnioski?

Realny poziom oszczędności dla rodziny z dziećmi to 1/3 dochodów (2200 zł w przypadku założonych dochodów), single i bezdzietne pary mogą dojść do 50%.  To ciągle kilkadziesiąt procent więcej od nieoszczędzających wcale.

 

 

 

 

Czy da się odkładać 95% zarobków?

Jakiś czas temu jeden z blogerów umieścił wpis o sensacyjnie brzmiącym tytule, obiecującym przejście na emeryturę w ciągu kilku lat. Ponieważ  lubię dowiedzieć się czegoś nowego, zacząłem czytać. Szczerze mówiąc, spodziewałem się raczej historii wspaniałych inwestycji. Jakie było moje zdziwienie, gdy doczytałem, że wystarczą zupełnie zwyczajne stopy zwrotu (rząd kilku procent). Krótko mówiąc, wpis opierał się na jednej radzie – trzeba oszczędzać 95% zarobków. Czy to jest w ogóle wykonalne?

Od razu odpowiadam. W świecie oszczędnego milionera – nie. A dlaczego? Powody są dwa. Droga oszczędnego milionera opiera się o trzy filary:

  • przeciętne zarobki,
  • zakaz sknerstwa,
  • trójkąt zamożności.

Gdyby przyjąć przeciętne zarobki na poziomie proponowanym przeze mnie (średnia krajowa + 20% jako dorobienie), singiel o dochodach w okolicach 3000 zł, musiałby żyć za… 150 zł miesięcznie. DINKS-y za 300 zł na parę. To tak nie działa. Także kolejne filary zostają potrzaskane. Zakaz sknerstwa to m.in. niedopuszczanie myśli o żerowaniu na innych oraz oszczędzaniu na podstawowych potrzebach. Bez tego nie da się żyć za 150 zł/osobę. Samo jedzenie kosztuje więcej, a gdzie koszty dachu nad głową, ubrań itp. ? No właśnie, muszą być pobrane z kieszeni rodziny, współlokatora. Czyli sknerzymy. Także trójkąt zamożności tak nie działa. Jak pamiętacie ma on trzy boki: oszczędzanie, zarabianie, inwestowanie. Powinny być mniej więcej równe. Tymczasem żyłując oszczędności, przestajemy zwracać uwagę na pozostałe elementy.

Jako minimum kosztów życia na osobę przyjmuję tzw. minimum socjalne tj.  1077 zł (dane za grudzień 2015 r.). Jeszcze niżej jest minimum egzystencji (granica biologicznego wyniszczenia)  – 545 zł (dane za 2015 r.). Czyli, gdyby oszczędzać na wszystkim (np. wydatki na jedzenie 200 zł, na mieszkanie ok. 250 zł), aby osiągnąć poziom oszczędności wskazany przez tego blogera, musielibyśmy zarabiać ok. 10.000 zł. Zarabiać 10.000 zł (netto!) i żyć na poziomie minimum egzystencji. Jak mawiała moja babcia, trzeba mieć nie po kolei w domu. Zwróćmy uwagę, że cały czas mówimy o singlu. Rodzina 2+1 żyłaby za 1500 zł zarabiając 30.000 zł netto miesięcznie. Nie znam nikogo takiego i… całe szczęście.

Dlatego odkładanie 95% zarobków,  to rada czysto teoretyczna, dla osób, które zarabiają raczej w okolicach 100.000 zł miesięcznie.

Ja nadal będę koncentrował się na wspieraniu przejścia drogi do miliona przez osoby zarabiające przeciętnie.

 

 

Amerykański sen? Co robią nie tak za oceanem.

Amerykański sen to pojęcie mające oparcie w legendarnym bogactwie mieszkańców USA. Czy ma on potwierdzenie w faktach?

Nie.  Zgodnie z badaniami konsumenckimi Google.com, tylko 38%  Amerykanów posiada przynajmniej 1000 dolarów oszczędności. Ponieważ oszczędności są zależne od wieku (im starszy tym oszczędniejszy), kwoty 10.000 USD nie odłożyło 90% osób w wieku 35-54 lata.  A mówimy o najpotężniejszym mocarstwie świata i największej gospodarce globu.

Na czym polega błąd? Problem nie leży w zarobkach, lecz oszczędzaniu, których współczynnik stale spada (ok. 2,5% dochodów przeznaczanych jest na oszczędności). Bez oszczędności nie ma inwestycji, lub trzeba się zapożyczać.  Amerykanie, jako państwo i obywatele, są najbardziej zadłużeni w swojej historii.

Dlaczego tak się dzieje? Winne są ogromne wydatki. USA mają negatywny bilans handlowy (tzn. więcej sprowadzają niż sprzedają) z ponad 100 krajami. Ideą demokratów był od wielu dekad paradygmat keynesizmu – wydatki napędzają rozwój. W zasadzie to prawda, tylko, że dotyczy to kredytów na inwestycje. Długi na dobra konsumpcyjne  trzeba kiedyś spłacić. Gabinet Obamy o tym nie pamięta.

Czego można się nauczyć z tej lekcji ekonomii? Warto oszczędzać, a kredytem posiłkować się tylko jeśli zaciągamy go w rozsądnych rozmiarach, i wyłącznie na inwestycje (ewentualnie zakup nieruchomości).

 

W tym tygodniu nowy cykl – ile kosztuje podróż samochodem kempingowym.

Niedawno obiecałem Wam podzielenie się wrażeniami z pierwszej podróży samochodem kempingowym (kamperem), teraz pora spełnić przyrzeczenie. Nie byłbym jednak oszczędnym milionerem, gdybym nie starał się dokonać analizy pod względem finansowym. A zatem:

  • wtorek 17.05. – cena i zakup,
  • środa 18.05. – ubezpieczenie,
  • czwartek  19.05.- przeglądy,
  • piątek 20.05. – naprawy,
  • poniedziałek 23.05. – utrata wartości,
  • wtorek 24.05. – akcesoria,
  • środa 25.05. – koszt paliwa,
  • czwartek 26.05. – podsumowanie.

 

Jak kupować jedzenie, żeby się nie zmarnowało?

Wczoraj pisałem o szalonym pomyśle na pseudooszczędności, czyli o zjadaniu przeterminowanych produktów żywnościowych.

Dzisiaj będzie pozytywnie – jak nie marnować jedzenia. Najprostszą metodą jest zaproszenie do domu studentów;). Można też inaczej.

Słowem-kluczem jest tu planowanie: zakupów i posiłków. Zacznijmy od tego drugiego. Zamiast codziennie z obłędem w oczach zastanawiać się co będzie na śniadanie, obiad, kolację można planować posiłki minimum na 2-3 dni, a najlepiej na cały tydzień. Skoro w poniedziałek i wtorek będą schabowe, we środę i czwartek mielone, w piątek pierogi ruskie, w sobotę gulasz a w niedzielę pieczony kurczak to warto zaplanować ile i jakiego mięsa potrzebujemy. Podobnie jest ze śniadaniami (np. jajka, mleko, płatki), owocami, deserami, napojami, itp. Oczywiście niektóre zakupy robi się automatycznie (pieczywo, masło, herbata, mąka, sól, cukier) ponieważ zużywają się w miarę równomiernie. Jeśli wiemy ile i jakich produktów potrzebujemy wtedy możemy zrobić listę zakupów. U mnie w rodzinie sprawdza się następująca metoda.Duże zakupy raz w tygodniu (market) plus 2 razy w tygodniu mięso i wędlina, a pieczywo codziennie.  Ziemniaki kupujemy całymi workami, a jabłka w skrzynkach. Tym sposobem poza poranną wyprawą do piekarni (5 minut), wizytą w sklepie mięsnym po pracy i raz w tygodniu w markecie, problem zakupów mamy z głowy.  Poszczególne elementy listy są w miarę stałe, a ponieważ wszystkie mają swoje przeznaczenie nic się nie marnuje.

Następnie zwróćcie uwagę na terminy przydatności do spożycia i nie kupujcie w dużej ilości produktów, które muszą być zjedzone natychmiast. Dotyczy to zazwyczaj krojonej wędliny, nabiału i pieczywa. Jeśli plan posiłków zawiedzie, wylądują w koszu na śmieci, a to oznacza marnowanie.

Nie dajcie się zwariować promocjom. 10 kg cukru w domu u singla na pewno postoi w szafce. Podobnie opakowanie 10 jogurtów, 12 litrów mleka itp. Sprzedawcy często tworzą wielopaki aby pokazać niską cenę jednostkową. Korzystaj, jeśli możesz zużyć wszystko.

I na koniec – co jakiś czas (np. raz  w tygodniu) róbcie przegląd lodówki i szafek z jedzeniem. W ten sposób produkty o kończącym się terminie przydatności do spożycia zostaną wyciągnięte zza garnków, pudełek i butelek, a następnie zjedzone.  To ostateczny sposób na uporanie się z nadmiernymi zapasami.

 

Jak na pewno nie oszczędzać?

Do dzisiejszego wpisu zainspirowała mnie lektura poniższego artykułu:

http://ugotuj.to/przepisy_kulinarne/1,87978,20041942,polska-rodzina-co-miesiac-wyrzuca-do-kosza-50-zl-co-mozna-zjesc.html

Dla leniwych podaję główną myśl – autor skupia się na dawaniu rad, jak jeść przeterminowaną żywność m.in. podkreślając, że z chlebem jest problem, bo „nie zawsze jesteśmy w stanie gołym okiem wyłapać pleśń”.

Tego typu teksty czynią idei oszczędzania najwięcej szkód. Utożsamiają oszczędnego ze sknerą wcinającym 15-letnią kawę, 10-letnią fasolę czy cukier wyprodukowany „za Gierka”.

Jestem zdecydowanie na „nie”.  Lepiej kupować tyle, ile akurat potrzeba niż katować się dojadaniem tego, co dawno powinno znaleźć się w śmietniku.