Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Nieruchomości – Strona 3 – Oszczędny Milioner

Jak się żyje na dojazdach?

Kiedy na blogu rozważałem sensowność dojeżdżania do miejskiej pracy ze wsi, na odcinku 30 km dobrą drogą, zacząłem zauważać, że w moim otoczeniu znajduje się kilka osób, dla których taka odległość to pestka. I dzisiaj zaprezentuję Wam ich historię. Postanowiłem podawać wiek, albowiem z wiekiem zmęczenie bywa znacznie istotniejszym czynnikiem. Podane odległości – jeśli nie zaznaczyłem inaczej – w jedną stronę.

Opowieść 1. Korposzczurka 45 lat. Dojeżdża 70 km. Bohaterką została pracownica banku, pechowo urodzona i mieszkająca w dużej wsi (200 lat temu miasteczku) na pograniczu województw. 2-3 razy w tygodniu przemierza 140 km (70 km godzinę jazdy w jedną stronę), w pozostałe dni pracuje z domu. Nie ponosi kosztów – samochód dostała od firmy. Tutaj powód jest prosty, wolała zostać na miejscu z rodziną, a pracy za takie pieniądze nie dostałaby. Stąd dojazdy do byłego miasta wojewódzkiego i siedziby oddziału banku. Przywykła i nie skarży się.

Opowieść 2. Lekarka 70 lat. Jeszcze 4 lata temu codziennie dojeżdżała z rodzinnej wsi, kiepskimi powiatowymi drogami 50 km w jedną stronę. I znowu – tu był rodzinny dom, a tam ciekawa praca w szpitalu wojewódzkim. Zero transportu, więc własnym autem. Jedyny plus – mogła się spóźnić, lecz dojechać musiała. Pracoholiczka i inne pokolenie, nigdy nie narzekała.

Opowieść 3. Pracownik korpo 45 lat. Podobnie jak matka (opowieść 2) dojeżdża codziennie te 50 km. Nie jest zachwycony, ale stanął przed alternatywą – albo coś zarobi i mimo dojazdów starczy mu na życie, albo zacznie wegetować na granicy minimalnej u Janusza, albo wynajmie mieszkanie w mieście i odda 40% pensji. Woli tak.

Opowieść 4. Policyjny emeryt na wysokim stanowisku w administracji – wiek 50 lat. Dojeżdżał codziennie 100 km, bo na miejscu „nie było pracy dla człowieka z jego wykształceniem”. Męczące i drogie. Dlatego zorganizowali „spółdzielnię” do auta wsiadało kilku takich dojeżdżaczy i każdy z nich miał dyżur (swoim samochodem) raz w miesiącu przez tydzień. W ten sposób reszta mogła odespać i wysiąść mniej zmęczona. Niemniej jednak 100 km rano (pracowano na 7 lub 7.30) stanowiło problem. Droga częściowo słaba, przez lasy, więc w lecie 1,5 godziny (wyjazd 5.30, pobudka 4.45), a w zimie 2 godziny (budzik na 4.15). Potem powrót o 17.30. Ale czego się nie zrobi, gdy w domu trójka nastolatków i studentów. Wtedy nawet emerytura mundurowa (wysoki stopień) nie wystarcza.

Opowieść 5. Urzędnik lat 55. Codzienne przejazdy – 80 km, niby krajówką, a przez wsie (miasteczkom zbudowano obwodnicę). Czas z przejazdem przez miasto – 1,5 h. I podobna historia jak poprzednio: wspólne dojazdy i rodzina na utrzymaniu. Na miejscu tylko praca wychowawcy w internacie (nocami), czyli po dodatkowy dochód (momentami nawet dyrektorski) trzeba dojechać. Nie skarżył się, może dlatego, że w obu pracach luz. Natomiast fakt pozostaje faktem, ciężkie życie, czasami nawet nie kładł się spać (gdy chłopaki w internacie narozrabiali i nie mógł zdrzemnąć się w robocie, a o 6, zaraz po zmianie wsiadał do auta, by wrócić o 17).

Te pięć opowieści spowodowało, że zacząłem inaczej patrzeć na moją sytuację. 30 km to mało (z dobrym wjazdem do miasta, komunikacją publiczną, której nie mieli tamci bohaterowie). Dam radę.

Kogo stać na życie w wielkim mieście?

Jeden z ostatnich wpisów, Bartek skomentował trafnymi konkluzjami. Uznałem, że pociągnę temat i dodam 3 grosze od siebie. No i z komentarza zrobił się cały post.

Najpierw cytat ze słów Bartka: „Mieszka się fajnie w dużym mieście jak się odziedziczyło mieszkanie lub dobrze zarabia ( ja uważam, że min. 2x średniej ).
Albo zarabia się jeszcze relatywnie mało ale jest ogromny potencjał na duży wzrost dochodów w najbliższych miesiącach. W innym przypadku- tak jak napisałeś- zdecydowanie lepszym wyborem jest mniejsza miejscowość z dworcem kolejowym, szkołami, szpitalem, ofertą gastronomiczną i kulturalną.”

Istotnie w dużym mieście mieszka się fajnie, zwłaszcza w pobliżu ścisłego centrum. No tak, każdy chciałby być młody i bogaty. Natomiast zwracam uwagę, na dwa istotne fakty:

  1. nie wszyscy mieszkający w dużych miastach odziedziczyli (lub mają bez kredytu) sensowne lokale.
  2. nawet posiadając „czystą hipotekę” mamy wybór, a nawet – dopiero wtedy mamy. Przy czym nie jest to dylemat „kupić czy wynająć” lecz raczej obliczenie: Skoro trzypokojowe mieszkanie w Warszawie = 1.5 mln, to mieszkanie w Płocku+1 mln zł=mieszkanie w Warszawie, lub mieszkanie w Opolu+0,8 mln zł = mieszkanie w centrum Wrocławia.

Te założenia wydają się mieć ręce i nogi. I znowu, rozłóżmy je na czynniki pierwsze.

Fajnie się mieszka w dużym mieście (sensowność lokalu).

Wiemy doskonale (ja z autopsji), że mieszkanie w centrum, lub blisko centrum dużego miasta miewa też swoje wady, zwłaszcza dla 35-latków z dziećmi. Gentryfikacja, korki, najbliższe otoczenie, niefunkcjonalności potrafią uprzykrzyć życie codzienne. A filharmonię, teatry, knajpki – mamy od święta. Generalnie, nie bez przyczyny, centrum zdominowali bardzo młodzi, firmy, wynajem krótkoterminowy. Prowadzi to do zamykania szkół (czyli trzeba dowozić`), zaniku przestrzeni wspólnych (bo drogo i wszystko trzeba wykorzystać), miejsc parkingowych (coraz mniej ogólnodostępnych i płatne).

Doskonale pamiętam 14 lat w kamienicy, a teraz jest jeszcze gorzej. Kiedy synowie mieli po 10 lat, w zasadzie jedyną zaletą była bliskość pracy (do firmy schodziłem w kapciach, do biura szedłem 10 minut). Poza tym – głównie wady. Przenosząc się do domku na starym osiedlu – odetchnąłem. Bo takie rozwiązanie łączy zalety przedmieścia z centrum. Tyle, że jest drogie. Za wyremontowany dom w mojej okolicy krzyczą po 1,6 mln. Dokładnie tyle, że starczyłoby na ładny budynek w mieście powiatowym, oddalonym o 45 km (30 minut trasą szybkiego ruchu) i… zostałby 1000 tys. zł (milion). Niewątpliwie posiadanie takiego domu, daje możliwość wyboru.

Fajnie się mieszka w dużym mieście, gdy się dobrze zarabia.

Bo w ogóle lepiej mieć pieniądze, niż ich nie mieć. Dysponując kasą mamy szanse na sporo atrakcji. Przy czym, żeby w takiej Warszawie w pełni z nich korzystać, dobre zarobki nie wystarczą. Tłukę temat na blogu od dekady. W tej grze chodzi przede wszystkim o budowanie majątku i przychodu pasywnego (bez pracy etatowej), a nie zwiększanie pensji. Tymczasem stolica, jaka jest każdy widzi. Dominują w niej grupy pracowników, może i o ponadprzeciętnych pensjach (niech będzie i te 12k/m-c netto), ale o majątku znacznie niższym niż przeciętny gospodarz w mojej wsi. Jak to możliwe? Nie tylko możliwe, ale i prawdopodobne. Mówi o tym moje równanie zamożności. A w nim liczy się także poziom wydatków, a przede wszystkim – umiejętność uzyskiwania maksymalnie wysokiej stopy zwrotu.

I popatrzcie. Korposzczur ma 12k pensji, jego żona 10k. Razem dysponują 22k. Nieźle. Niby tak. Ale ich wydatki zwiększa 7k długu hipotecznego i 4k leasingów. I mają do dyspozycji 11k. Czyli tyle, ile para z Opola, zarabiająca 6+5 (czyli połowę), ale z mieszkaniem kupionym za gotówkę. No i „gotówkowy” mają majątek w postaci 2 aut, funduszu inwestycyjnego i mieszkania za 400k. A korposzczury 1 mln kredytu, 200k wkładu własnego. Na koniec znacznie większe wydatki, bo w stolicy wszystko jest droższe.

Rzecz jasna, Bartek zna prawdopodobnie w swojej bańce ludzi, dla których pensja 12k netto wywołuje pusty śmiech. W Warszawie sporo przypadków pracowników etatowych z 60k brutto miesięcznie (co przy obecnych podatkach oznacza 35k do ręki), a nawet 120k (czyli jakieś 70k netto). I chyba o nich mówi. Tylko, że nadal stanowią oni może 10-20% wszystkich.

Ba, mój brat, mający liczne przyjaciółki w świecie „warszawki” czyli „lewicy kawiorowej”, dostrzega też inną prawidłowość. Istnienie sporej grupy żyjących z tego co „sami odziedziczyli” (klasyczny przypadek na prawicy Janusz Korwin Mikke). Taka scenografka alternatywnego teatru, z pensją 5k do ręki na śmieciówce, jeździ po świecie, realizuje swoje pasje, ponieważ dodatkowe 10k wpada jej – singielce z wynajmu 3 mieszkań po dziadkach czy ciotkach, a 5k dokładają rodzice, wzięci lekarze. I z 5k robi się 20k. Na jedną osobę i z własnym mieszkaniem. Miło jest dobrze zarabiać, niekoniecznie własną pracą. I wtedy duże miasto faktycznie pozostaje fajne. Rano spać do 10, potem śniadanko w knajpce na rogu, 2 godziny twórczej pracy, obiadek z przyjaciółkami, wyjście na miasto: spektakl, opera, koncert. A w weekend melanż. Zero trosk, mnóstwo opcji.

Duże miasto z perspektywą na wysokie zarobki.

Przypomina mi się przedwojenny szmonces. Ojciec dziewczyny pyta starającego się o jej rękę o zajęcie. Młody nie pracuje, ale odpowiada „Mam widoki”. Na co doświadczony kupiec zaorał go słowami „To panu potrzebna jest lornetka, a nie moja córka”.

Perspektywy na wysoki dochód stanowią bowiem miraż, ściągający do wielkich miast całe pokolenia żądnych zmiany swojej sytuacji finansowej. Tak powstała Łódź, tak rosła Gdynia. Setki tysięcy młodszych i starszych z biednych regionów przyjeżdżało za pracą. Dobrze płatną pracą. Nagle okazywało się, że dobra pensja nie wystarczy, bo w rodzinnej chacie (dzisiaj domku) mieszkało się za darmo, a tu trzeba płacić. Do tego za niańkę, dojazdy, adekwatny do miejsca pracy strój, auto itp. I miasto wypluwa potem rozbitków. Ponownie klasyka „Ziemia obiecana”, ale i „Pokolenie IKEA” czyli melanże, długi i życie na pokaz. A zaczęło się od pracy z dobrą pensją. Dlatego ponownie przestrzegam. Policzcie to sobie dobrze. Nowym zawsze jest trudniej. Zwłaszcza, gdy zaczynają od zera (znam bowiem „nowych krakusów”, którym rodzice spod Radzynia, czy Limanowej kupili nowe mieszkanie w Łagiewnikach. Ale takich nie bierzemy pod uwagę, albowiem rozmawiamy o „widokach na dobrą pensję w najbliższym czasie”. Czasem pomysł z lornetką nie wydaje się taki głupi.

Wnioski.

Brutalnie szczere, albo nas stać, albo do końca życia zostaniemy dłużnikami banku. Albo rodzice kupią mieszkanie, albo nawet niezła (średnia x 2) pensja nie pomoże. Żeby zachować fason, pozostanie przywozić słoiki i prosić mamę, żeby wzięła wnuki na lato, bo opiekunka droga.

Małe/ średnie miasto kontra metropolia. Co bardziej opłacalne? Czy warto wyjechać?

Młodzi ludzie na całym świecie głosują nogami. Opuszczają wioski, małe i średnie miasta, jadąc do metropolii. Zjawisko znane opisał je m.in. Filip Springer w „Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast” oraz Marek Szymaniak w „Zapaść. Reportaże z mniejszych miast”. Obaj starają się wskazać przyczyny:

  • niskie pensje i mało pracy,
  • niewiele nowych mieszkań,
  • układy, układziki,
  • marazm i brak oferty kulturalno-rozrywkowej.

Ale ponieważ obaj autorzy są humanistami, popatrzmy na sprawę z innej strony.

Mieszkanie na Gajowicach we Wrocławiu (w miarę blisko centrum) , w stanie do remontu, 3 pokoje – 67 m2 kosztuje minimum 670 tys. zł.

68 m2 w kamienicy w Ostrowie Wielkopolskim (miasto 70 tys. mieszkańców) – 190 tys. zł. Także do remontu (nawet poważniejszego). Koszty utrzymania mogą okazać się podobne jeśli pogodzimy się z ogrzewaniem gazowym.

Jeszcze raz zestawmy. 10 tys. zł/m2 przeciwko niecałym 3000 zł/m2. A w wartościach bezwzględnych? 670 k zł vs. 190 k zł. W racie kredytu (wkład własny 100 tys. zł) – 4200 zł vs 700 zł. Czy faktycznie pensje w Ostrowie Wielkopolskim są aż tak złe, żeby móc plunąć na 3500 zł różnicy w racie?

Nie. W grudniu różnica mediany wynosiła ok. 1650 zł brutto (8621 zł m.Wrocław i 6367 zł powiat ostrowski) . A gdyby brać pod uwagę same miasta pewnie ok. 1100 zł brutto (widać różnicę pomiędzy m.Kalisz a powiatem kaliskim – na poziomie ok. 600 zł brutto), a więc ok. 800 zł netto.

Jeżeli nałożymy te dane – mediana +1600 zł/rodzinę, kontra 3500 zł raty, wybór ekonomiczny wydaje się prosty. Za „zbywające” 1900 zł damy radę:

  • sporo zaoszczędzić (co po 20-30 latach zrobi ogromną różnicę),
  • wyjechać raz w miesiącu na wydarzenie kulturalne do Poznania, Warszawy, Wrocławia, czy Łodzi,
  • pójść raz w tygodniu do knajpki (w Ostrowie Wlkp. będzie też taniej).

I powiedzmy sobie szczerze, to miasto nie jest żadną „zabitą dechami dziurą”. Liczy prawie 70 tys. mieszkańców Nie porównujmy go nawet ze Strzegomiem (15 tys.), ani Grójcem (niecałe 17 tys. ). Dysponuje szpitalem, wieloma instytucjami kultury, oraz takimi wydarzeniami jak festiwal filmowy, siedmioma liceami ogólnokształcącymi a nawet (kiepską) uczelnią. Działa w nim dworzec kolejowy, 23 linie autobusowe.

Kiedy spojrzymy na porównanie z Warszawą – słabo, ale nie beznadziejnie. Natomiast ekonomicznie (dostępnością) mniejsze miasto wygrywa.

Teraz sięgnijmy do tytułowego pytania: Czy warto wyjechać? No cóż. Zależy. Finansowo – tylko jeśli masz świetny zawód i chcesz pracować nad miarę. Średniakom – zupełnie się nie kalkuluje. A osobom na minimalnej – tym bardziej. Zwłaszcza, że wyjechać/zostać nie zawiera w sobie więzi rodzinnych, pomocy starszego pokolenia jak i późniejszej opieki. Znam takich, którzy wrócili do miasta powiatowego i po kilkunastu latach nie żałują. Zarabiają może 30% mniej niż w stolicy, ale żyją spokojniej, a co najważniejsze bardziej komfortowo. Za mieszkanie 53 m2 kwadratowe mają 150 m2 domu i… jeszcze, po dzisiejszych cenach, zostałoby im 300.000 zł. Wynik? Stratę pensji jednej osoby równoważy stopa zwrotu obligacji skarbowych (1500 zł/m-c), drugą – koszty opieki nad dziećmi.

Częściową odpowiedź daje też, przywoływana na wstępie książka Marka Szymaniaka. Wśród bohaterów jego reportaży Warszawa przegrała z Piszem, Kętrzynem, Sanokiem itp.

Co mogę dodać od siebie? Zostając na miejscu, nie liczmy na nowe bloki. Znajdziemy je głównie w satelitach-sypialniach stolicy: Garwolinie, Grójcu czy Ożarowie. W Ostrowcu Wielkopolskim stanowią śladową część oferty i są znacznie droższe (chociaż 4 pokoje nowe, wykończone pod klucz za 6500 zł/m2 nadal kosztuje 1/3 ceny analogicznego mieszkania we Wrocławiu). W Sanoku takich mieszkań nie ma wcale. Podobnie w Piszu.

Istnieją jeszcze inne małe miasta – kurorty. Stamtąd ludzie też uciekają, ponieważ rynek zdominowały drugie lokale (wakacyjne) i pod wynajem. W Giżycku mamy ofertę apartamentów za 10-27 tys. zł/m2 oraz sąsiadujące bloki za 5 tys. zł/m2. Oferta tych drugich pozostaje uboższa. Nie ma pracy (poza turystyką), a nie każdy chce być kelnerką, recepcjonistką, kucharzem. I dochodzi do ucieczki. Czasem tylko w okolice Warszawy (nowe mieszkania w Ząbkach za 10 tys. zł/m2 konkurują z lokalizacjami miejskimi – 17 tys. zł/m2).

Ale statystycznie? Jak napisałem na wstępie, młodzi wyjeżdżają z małych i średnich miast. To trend ogólnoeuropejski. Część dla kariery, część dla oferty kulturalnej, część by nie czuć się gorszym. I ten ostatni element, zostawiam sobie na inną opowieść.

Psychologia kredytu hipotecznego.

Posiadanie bądź nie mieszkania na kredyt stało się w pewnym momencie doświadczeniem pokoleniowym. Kiedy po raz pierwszy ok. 2004-2005 r. hipoteki okazały się dostępniejsze (czytaj: marże rozsądne, a stopy procentowe dość niskie) dzisiejsi sześćdziesięciolatkowie zaczęli kupować nieruchomości posiłkując się pieniędzmi z banku. Efekt?

No właśnie nie da się powiedzieć o jednym, ponieważ problem ma wiele wymiarów.

Teraz piszę o skutkach psychologicznych, zaczynając dodatkowo od siebie. Z żoną braliśmy kredyt hipoteczny aż 4 razy: na mieszkanie w górach (x2), na obecny dom, oraz na dom na wsi, wykupowany na szybko w rodzinie. Żadne z tych zobowiązań już na nas nie ciąży. Nasze doświadczenia okazały się wyłącznie pozytywne – każda nieruchomość zyskiwała na wartości, a przygoda z bankiem trwała od 0,5 roku do 10 lat, przy czym nawet w tym ostatnim przypadku po 3 latach mieliśmy spłacone 75% pożyczonej kwoty. Pamiętajmy, że nie każdy ma takie szczęście.

Popatrzmy na pokolenie millenalsów. W ich przypadku mówiono, że hipoteka to symbol dorosłości. Oczywiście kłamiąc, ale taka narracja panowała dość powszechnie. Co powinniśmy brać pod uwagę zastanawiając się nad celowością takiego zadłużenia?

  1. Czy dobrze zniesiemy stałe obciążenia?
  2. Jak przeżyjemy drastyczny wzrost raty?
  3. Z czego będziemy musieli zrezygnować?
  4. Czy oboje mamy podobne spojrzenie na każdy z tych aspektów?

Przeanalizujmy po kolei możliwe odpowiedzi.

Życie ze stałym obciążeniem

30 lat nie w kij dmuchał. Nawet 20 lat sporo. W tym czasie miesiąc w miesiąc musimy odprowadzić haracz do banku. I to wcale niemały. Średnia kwota kredytu hipotecznego w marcu 2025 wynosiła 460 tys. zł. Daje to ok. 3300 zł raty. Przy średniej pensji ok. 6000 zł netto oraz medianie ok. 5000 zł mamy do czynienia z:

  • 2/3 mediany singla,
  • 1/3 mediany w parze,
  • 55% średniego wynagrodzenia singla,
  • 27% średniego wynagrodzenia pary.

Obciążenie się koniecznością wydania miesiąc w miesiąc powyżej 30% poborów oceniam jako znaczące i wymagające przemyślenia, ponieważ nie każdy dobrze to znosi. Pamiętam, że i nas, pomimo współczynnika pensja/dochody na poziomie 20%, konieczność pozbywania się sporej sumy uwierała jak kamień w bucie. Najciężej tym, którzy „czyszczą się” z całych oszczędności, a ich margines błędu pozostaje niewielki, nawet praktycznie żaden. Utrata pracy przez jedną osobę, czasem tylko drobne zawirowania (np. brak rocznej premii), zmieniają 30% w zupełnie inne liczby.

Cała ta presja inaczej dotyka osoby, lubiące ją i myślące: biorę się do roboty, bo muszę zarobić, a inaczej osobowości z wysokim odczuwalnym lękiem.

No i świadomość 30 lat. Tutaj warto popatrzeć prawdzie w oczy. Pieniądz traci wartość. Kiedy w 2006 r. braliśmy 120 tys. zł kredytu, z ratą 700 zł, była to 1/2 pensji mojej żony i 1/5 mojej. Po 20 latach, ta sama rata stanowiłaby tylko odpowiednio: 1/7 i 1/17 (gdybym nadal pracował na dwóch etatach). Krótko mówiąc – odczuwalne obciążenie znacznie zmniejszyłoby się, gdybyśmy jeszcze trzymali się harmonogramu. Już po dekadzie (2016) zarabiałem ok. 100% więcej, a potem jeszcze prawie podwoiłem dochody.

Podsumowując. Są osoby, które stałe obciążenie znoszą źle. Jednak większość roboty z czasem zrobi inflacja i dług przestanie ciążyć. Przemyślmy to jednak.

Drastyczny wzrost raty

Pamiętacie lata 2021-2022. Wtedy w ciągu roku raty poszły do góry o 100%. Kto płacił 1700 zł, nagle miał 3400 zł, a ten z 3000 zł (znam taki przypadek) już 6000 zł. I to nie w ciągu dekady a jednego roku, co wyklucza praktycznie podwyżki inflacyjne jako sposób radzenia sobie z problemem. Co robić?

Strategie były trzy:

  1. dodatkowe zajęcie (praca, zlecenie), a więc i dochody, które pokryją wydatek,
  2. drastyczne zaciśnięcie pasa,
  3. likwidacja oszczędności/inwestycji i nadpłacenie sporej sumy.

Znam ludzi, którzy dokonali poszczególnych wyborów. I niestety, wszystkie pomysły oznaczać mogą problemy. Dodatkowa praca oznacza mniej czasu dla rodziny (w perspektywie – awantury i rozwód). Zaciśnięcie pasa pamiętamy później jak „siedem lat chudych”, a pozostanie bez oszczędności/inwestycji może się zemścić.

Warto popatrzeć inaczej, żeby nie zwariować. Jak to zrobić rozsądnie? O tym kiedyś napiszę. Natomiast osoby nieprzygotowane, które np. pożyczając sporo (znam przypadek – rata na poziomie 25% łącznych dochodów pary zmieniła się w 50% pensji) przy zerowej rezerwie, poczuły oddech banku na plecach i jego łapę w portfelu. I trzeba mieć to na uwadze. Doświadczenie lat 2021/2022 zaciąży jeszcze na dzieciach tych X-ów i Y-ów.

Rezygnacja

Reklama przedstawia życie na kredycie jako pasmo szczęścia. Nie musisz prosić rodziców, wuja, babci o pożyczkę. Jesteś samodzielny. Odbierasz klucze. Żyjesz na swoim. Tylko fakty pozostają inne. Kredyt=rezygnacja. Pytanie tylko z czego?

Niektórzy wycinają wszystkie przyjemności. Kupują tylko to, co potrzebne. Na jak długo? No cóż, czasem na 10 lat. Dzieci przestają jeździć na wakacje. Dorośli oczywiście też. Nastolatki idą do pracy. Nie zmieniamy samochodów. Nie kupujemy nowej kanapy. Włoski makaron zmieniamy na „made for Biedronka”. Oliwę zastępujemy smalcem. Nowe ubrania – tylko po zdarciu starych. Zero kina, teatru, koncertu. I to, jak wiele razy pisał Bartek – wegetacja. Chyba już wolałbym pójść do dodatkowej pracy.

Ale większość, wcześniej wynajmujących, nie dostrzega drastycznych zmian. Wydatki rosną (np. z 2500 zł do 3300 zł), lecz nie wywracają budżetu. Klucz – sensowna kalkulacja. Nie wybieramy „apartamentu”, na który nas nie stać. Patrzymy, gdzie leży złoty środek.

Podobne spojrzenie na te aspekty

Oj, wszelkie niezgodności to sygnał alarmowy. Bo jeśli jedno boi się długiej raty, a drugie olewa temat. Albo – w razie problemów, facet myśli – najwyżej wezmę nadgodziny, a kobieta chce drastycznie oszczędzać, o kłótnie nietrudno.

A pamiętajmy, niepowodzenia finansowe, obok zdrad, przyczyniają się do rozpadu nawet małżeństw z dłuższym stażem. Przed nami pół życia (30 lat). Wiele może się zdarzyć. Jedno pójdzie w kierunku „kryzysu wieku średniego”, drugie chce nadpłacać.

Siadajmy i rozmawiajmy. Jedno jest pewne – z czasem, przez inflację będzie prościej. Lecz nigdy idealnie. Bo kredyty nie ograniczają swojej roli do stania się wehikułem spełnionych marzeń lecz wpływają także na naszą psychikę. Nie zawsze korzystnie.

Klęska klasy średniej? O kapitale, neoliberalizmie i pracy.

Czasopisma skierowane programowo do klasy średniej zalewa ostatnio taka narracja: klasa średnia umiera, wygrywa kapitał, neoliberalizm się skompromitował, a o dobrą pracę coraz trudniej. Otóż ktoś, kto faktycznie nie wychyla nosa z bańki taki obraz może stać się dominującym. Ale czy pozostaje w zgodzie z rzeczywistością?

Moim zdaniem – częściowo. Zacznijmy od tezy o śmierci klasy średniej. Obserwacja USA, w których prezydentem został oligarcha, otoczył się innymi oligarchami, profesorów Harvardu nazywa głupkami, a jego doradcy publicznie obdarzają się epitetami „głupi jak worek cegieł”, faktycznie prowadzi do niepokojących wniosków. Trump dokonuje swoimi ruchami spektakularnej transformacji całego systemu socjo-ekonomicznego i jest to zmiana w złym kierunku. W efekcie pieniądz i wartość transferowane są od średniaków i biednych do bogatych. I nie mówimy tu o zamożnych (oni akurat przynależą do klasy średniej, a precyzyjnie do podklasy wyższej średniej) lecz o prawdziwych bogaczach, których majątek liczy się już w setkach miliardów dolarów. Jednocześnie „średniaków” pracujących dla rządu, w korporacjach itp. z dnia na dzień pozbawia się pracy, bez której nie mogą istnieć, j tych okruchów kapitału emerytalnego, zgromadzonych latami pracy. A przede wszystkim odziera się ich z szacunku. Zawsze obciążona wielkimi nierównościami społecznymi (współczynnik Giniego na poziomie krajów trzeciego świata) Ameryka staje się jeszcze bardziej spolaryzowana.

Ale my na szczęście żyjemy w Europie. Tutaj wprawdzie skrajne ideologie, co najlepiej widać w Niemczech, śmiało podnoszą głowę, ale nie zyskały jeszcze władzy. Ani oparta na pełnym neoliberalizmie gospodarczym i radykalnie konserwatywa obyczajowo Konfederacja, ani AfD, ani ich lewicowe lustra (w Polsce – Razem) nie próbują jeszcze przejąć władzy. W przypadku skrajnej prawicy stoją jednak u bram (15-20% poparcia w wyborach). Przypomnijmy, w społeczeństwie demokratycznym wystarczy nieco ponad 30% głosów, by rządzić (PO, PiS, NSDAP w 1933 r.). A skrajności zmierzają do wyeliminowania klasy średniej. Nie oszukujmy się jednak w PiSie, jak i PO również istnieją frakcje chętne do powtórzenia ruchu Trumpa – zwiększenia przewagi bogaczy nad średniakami.

Siły te, przynajmniej w Polsce, szczęśliwie nie działają konsekwentnie. W kraju, w którym pielęgniarka zaczęła zarabiać 15 tys. zł, a lekarz czasem nawet kilkaset tysięcy, gdzie nauczyciel dostaje pensję powyżej średniej krajowej, a glazurnik bierze do ręki 15 tys. zł za 2 tygodnie roboty nie możemy mówić o dramacie. Z drugiej strony, zwraca się uwagę na trudną sytuację młodych, pełzającą prywatyzację ochrony zdrowia, z czym wiążą się koszty dla jednych i pensje dla drugich (dentysta, który ma klientów z łatwością zarobi 600 zł za godzinę, a pozostali, w tym emeryci no cóż – muszą tę stawkę zapłacić albo przerzucić się na dietę półpłynną), dramat na rynku mieszkaniowym.

Temtu ostatniemu chciałbym poświęcić odrobinę uwagi. Wszystkie media i większość kandydatów w debatach zauważa problem winy upatrując raz w socjaliźmie a kiedy indziej w neoliberalizmie. Ale szukajmy prawdy. Otóż – średnia cena m2 w Warszawie przekroczyła 16.5 tys. zł/m2, podczas gdy średnia pensja wynosi ok. 11 tys. zł brutto. Czyli na 1 m2 przeciętny warszawiak pracuje 2 miesiące, jeżeli ma szczęście być nisko opodatkowany (13% ZUS, 9% NFZ, 12% podatek dochodowy). Ale znowu – nie mamy tak wszędzie. W „interiorze” – świecie w który powoli się przenoszę, mały dom do remontu kosztuje 150 tys. zł., co daje 2.5 tys. zł/m2. Nawet zarabiający minimalną (ok. 3.5 tys. zł/m-c netto) pracuje na metrowy kawałek podłogi przez nieco ponad 20 dni. W Warszawie przypomnijmy – 60 dni. A jak bywało? Przed boomem roku 2007 w stolicy dało się kupić m2 za 3 tys. zł, tyle że przeciętna pensja wynosiła wtedy 1,7 tys. zł netto/m-c. Nadal lepiej niż dziś, ale niewiele. Czego to dowodzi? Otóż nastąpiło charakterystyczne dla współczesnego świata rozwarstwienie cen, za którym nie nadąża wzrost dochodów. M2 mieszkania w Warszawie jest 6,5 razy droższy niż domu na głębokiej prowincji (choćby leżała 100 km od stolicy). Jednocześnie średnie pensje nie pozostają w takim stosunku (w istocie są 2 razy wyższe). Stąd, dzięki warszawocentryzmowi opiniotwóryczych gazet sytuacja wydaje się tragiczna. Jeżeli dziennikarz w prasie stołecznej zarabia średnią krajową b2b, czyli faktycznie 6 tys. zł netto i jest singlem, nie może marzyć o własnym dwupokojowym gniazdku w tym mieście. Rata z opłatami przekroczy 2/3 jego pensji. Ba, na wynajem również mu nie starczy (3500 zł + 1500 zł opłat). Narasta frustracja, a z nim produkcja alarmistycznych tez. Wyjście – zarabiać w Warszawie, wydawać na Podlasiu lub w Lubuskiem ew. na Opolszczyźnie.

Kosztami kredytów (ok. 800 zł raty za każde pożyczone 100 tys. zł, daje w przypadku wielkich miast 4000-10.000 zł za lokal dwupokojowy) kończymy temat klasy średniej, przechodząc płynnie do kapitału i neoliberalizmu. Wolny rynek w mieszkalnictwie i bankowości, z zanikiem funkcji społecznych (spółdzielnie, lokale komunalne) doprowadził do zwiększenia, zwłaszcza w większych ośrodkach niedostępności czterech kątów. Stąd popularność haseł „mieszkanie prawem, nie towarem”, podatku katastralnego itp. Natomiast, powiedzmy sobie szczerze – w pięciu wielkich ośrodkach (Warszawa, Trójmiasto, Kraków, Wrocław, Poznań) i ich najbliższej okolicy mieszka może 15% ludności Polski, może trochę więcej. I cały kraj nie kończy się na nich. Tymczasem w takiej Opolszczyźnie (godzina jazdy pociągiem do Wrocławia) nadal da się znaleźć domy do remontu za 150 tys. zł. Ba, w samej stolicy województwa (z pensjami prawie wrocławskimi), widywałem 2-pokojowe mieszkania za 300 tys. zł (we Wrocławiu średnio o 50% więcej). A Opole to miasto piękne i idealne do mieszkania, nie za duże, nie za małe – dobrze skomunikowane – rzekłbym w sam raz. I teraz wracamy do tematu kapitału. Otóż w Warszawie jest potrzebny, a nawet w obrębie jednej klasy wywołuje wielkie różnice. Wyobraźmy sobie dwóch modelowych „średniaków” – z pensją 8 tys. zł netto (średnia warszawska). Jeden płaci za wynajem 3.5 tys. zł (albo ratę 4,5 tys. zł). Drugi dysponuje mieszkaniem „po dziadku”. Pierwszemu zostaje na życie i oszczędności 3.5 tys. zł (kredyt) lub 4.5 tys. zł (wynajem). Drugiemu ok. 2 razy więcej (całe 8 tys. zł). Pensja daje mu zdolność kredytową na poziomie pozwalającym na zakup kolejnego mieszkania na wynajem i dopłacanie powyżej czynszu jeszcze ok. 1,5 tys. zł. Po tej operacji nadal dysponuje na wydatki sumą 6.5 tys. zł wobec 3.5 tys. zł „gołego” kredytobiorcy i 4,5 tys. zł najemcy. A gdyby odziedziczył (znam takie przypadki) – dwa mieszkania w stolicy. Bierze kredyt na trzecie i ma:

-własne lokum za 0 zł,

-pensję 8 tys. zł,

– zysk z najmu drugiego mieszkania 3 tys. zł (podatki!),

-stratę na trzecim 1,5 tys. zł (rata 4.5 tys.zł, koszty i podatek 500 zł, przychód z czynszu 3.5 tys. zł).

Razem jest na plusie 11.5 tys. zł. Najemca ma 4.5 tys. zł, a kredytobiorca 3.5 tys. zł. Przypominam – każdy dostaje taką samą pensję. Tak umiera neoliberalizm, zgodnie z którym „każdy ma równe szanse”, „każdy jest kowalem swego losu” itp. itd.

Majątek netto najemcy wynosi 0 zł (nie ma też długów), kredytobiorcy (150 tys. zł = 750 tys. zł – 600 tys. zł kredytu), właściciela dwóch lokali (900 tys. zł), a trzech (1,65 mln= 3 x 750 tys. zł – 600 tys. zł kredytu) . Zawsze podaję ten przykład własnym synom, ponieważ pokazuje pozorność równych szans.

Poza Warszawą te różnice okażą się nieco inne (niższe czynsze, raty, ale i pensje), jedynie na wsiach przestaną mieć takie znaczenie (dom za 150 tys. zł da się kupić na wiele sposobów, finansując gotówką).

Czyli teza o kapitale, a nie pracy jako źródle bogactwa zaczyna wygrywać. Bartek w jednym z komentarzy postawił ją tak: … Nie jestem tak radykalny w swoich sądach. Dlaczego? Otóż, jak wielokrotnie powtarzałem, aby osiągnąć zamożność potrzebny jest dochód na poziomie 120% średniej na osobę dorosłą (czyli 240% przy parze), o ile skorelujemy go z niewysokim poziomem wydatków.

Oznacza to ok. 20 tys. zł na trzy-, cztero- osobową rodzinę w Warszawie i ok. 15 tys. zł przeciętnie w Polsce. Tacy „średniacy” nie zamieszkają z pewnością (o ile nie odziedziczyli lub nie dostali mieszkania) w Śródmieściu, na Saskiej Kępie czy Żoliborzu. Będzie to raczej Białołęka, od której jednak wolałbym Mory (w najbliższym czasie „jedyna wieś ze stacją metra” czy powiatowe Siedlce (podobny czas dojazdu do centrum).

Dwukrotność średniej krajowej/osobę (w Polsce – 24 tys. zł netto na rodzinę) wydaje mi się przesadzonym miernikiem dolnej granicy drogi do zamożności. Napiszę więcej – w obecnych warunkach, w dużym mieście, moja rodzina nie spełniłaby tego warunku, a żona pracuje, ja też plus prowadzę dg. Kwestia optyki. Z Bartkiem zawsze przestawialiśmy inny pogląd na tzw. poziom życia, jeżeli chcemy korzystać z życia we współczesnym rozumieniu, faktyczne te 4 średnie na rodzinę wydają się konieczne. My z żoną nadal umiemy żyć (i utrzymać jednego syna „przy sobie”, a drugiego na studiach we Wrocławiu) za nieco ponad 2 średnie krajowe netto. Ktoś, komu pieniądze przychodzą łatwiej, może wydać więcej i utrzymać wyższy poziom wydatków, ja wolę się poobijać.

W ten sposób płynnie przechodzimy do pracy. Cóż, ta jest w Polsce najwyżej opodatkowana. W przedziale 10 tys. zł-20 tys. zł/os/m-c brutto mówimy o 13% składki ZUS, 9% NFZ i jeszcze 32% podatku, czyli w sumie ok. 50%. Na poziomie minimalnej krajowej jest to 13% ZUS, 9% NFZ i 4% podatku. A przedsiębiorca w spółce kapitałowej? 9% CIT (mały podatnik) + ew. 19 % od dywidendy (jeśli ją bierzemy). Razem – na poziomie pensji minimalnej. Znowu – średniak dostaje w skórę. Praca jest wyżej opodatkowana niż kapitał. Rentier – 19%, żyjący z nieruchomości 8,5-12,5%. Znacznie mniej niż biedak i pracujący.

I na tym polega klęska klasy średniej.

Czy mieszkanie w wielkim mieście ma sens ekonomiczny? Analiza na przykładzie domu w okolicach Wrocławia.

Dzisiaj dalszy ciąg analiz wieś-miasto. Tym razem skupię się na ekonomii okolic Wrocławia. Było o mieszkaniu w Strzegomiu, jest o domu w powiecie Świdnica.

Otóż, znalazłem taki dom – w sumie 200 m2 powierzchni oraz wielka stodoła, dwa garaże i 1,1 ha placu (uprawnienia rolnicze+zgoda KOWR), które można kupić za 450 tys. zł w odległości 51 km od Rynku we Wrocławiu, z czego 33 km autostradą, 11 km do węzła i 7 km po mieście. Ogółem ok. godziny jazdy.

W razie potrzeby istnieją też Koleje Dolnośląskie. Na dworzec 4.5 km, potem 40 minut do Wrocławia Głównego. Nieźle.

A pomysł na? Przyjrzyjcie się liczbom. Za równowartość 45 m2 w PRL-owskim bloku na Gajowicach, mamy 2 duże, dwupoziomowe mieszkania po 100 m2, rozdzielone schodami. A w gratisie pole i stodołę (nada się pod działalność) i 2 garaże. Za taki zespół (bez pola) we Wrocławiu zapłacilibyście 10 razy tyle.

A tu tylko godzinę drogi. Ekonomicznie – wybór dla kogoś, kto albo planuje prowadzić DG wymagające przestrzeni (szkolenia, magazyn, drobna produkcja, artystyczne) i chce mieć firmę pod bokiem, albo miłośnika natury, albo wreszcie rodziny dwupokoleniowej (od biedy zmieszczą się 4, ale wtedy dostaniemy lokale po 50-60 m2). Idealne również dla tradycjonalisty typu „żona w domu, mąż w pracy”. W pobliskim miasteczku (tam gdzie dworzec) działa kilka zakładów produkcyjnych, a na podorędziu Wrocław.

Dlaczego takie miejsca nie znajdują nabywcy i wsie/miasteczka ulegają wyludnieniu? Rodzice (np. moi rówieśnicy) mogliby sprzedać 2 pokoje w bloku i wraz z dziećmi wyprowadzić się, żyjąc bez kredytów. Albo dwójka rodzeństwa wydać po 225 tys. zł, zamiast kupować od dewelopera na Nowym Dworze za 2 x 700k. Nawet uwzględniając własnoręczny remont, wieś wyjdzie taniej. W zakupie – wiadomo, a w utrzymaniu? Podobnie.

Ogrzanie 200 m2 starego domu, po częściowym ociepleniu (jak mój) oznacza wydatek ok. 35 tys. KWh energii. Przy paleniu drewnem – samo ogrzewanie 13-15 m3 – co daje max. 6000 zł. Przy gospodarstwie dwurodzinnym (rodzice+dzieci) – 250 zł/mies/100m2. Ot tyle co 40 m2 w bloku. Albo i mniej. Reszta (woda, ścieki, śmieci, czynsz 0 zł, podatek rolny) – tańsza, lub (kanalizacja, prąd, gaz, internet, ) w podobnej cenie. A jeśli założymy przydomową oczyszczalnię (1,1 ha da się), fotowoltaikę (po prawie 100 m2 dachu w każdą stronę świata, bo budynek w kształcie litery „L”) – ogólnie wyjdzie mniej. Trzeba tylko samodzielnie uprawiać ogród i czasem wdrapać się na dach. No i zrobić uprawnienia rolnicze, bo inaczej KOWR nie udzieli zgody na zakup.

Jak więc spojrzeć na ten dom i wybory ludzi? Otóż czasy się zmieniły. Niewielu chce: remontu, sprzątania, ogrodu ponad 1 ha, dojazdów do pracy, kobiety w domu. Młodzi wolą (i zawsze woleli) dyskoteki, knajpy, możliwość powrotu na bombie, bez uruchamiania logistyki. Nawet, gdyby miało to oznaczać gigantyczny kredyt. Nie chcą też dzielić domu z rodzicami, dziadkami, rodzeństwem. Lubią wygodę, zwłaszcza że Wrocław, ze swoją komunikacją, ofertą gastronomiczno-turystyczną, hamakami w przestrzeni publicznej bije powiat świdnicki na głowę.

I ekonomia musi zamilknąć przed innymi argumentami. Nie pierwszy raz, nawiasem mówiąc. I pewnie nie ostatni.

Różnica w wyborze. Co robić?

W kwietniu rozmawiałem z moją koleżanką z pracy. Znamy się 25 lat, a ona dodatkowo widzi moje dochody. Stąd rozmowa – bez tajemnic. O dorosłych dzieciach i naszych wyborach.

Wybór 1. Liczba dzieci i co im zapewnimy.

Ona ma 1, ja 3. Już w tym punkcie wydawałoby się – dramatyczna różnica. Ale skupmy się na podobieństwach. Swoim najstarszym studentom (ona – jedynej córce) planowaliśmy kupić mieszkanie we Wrocławiu. Czyli oboje kupujemy 1 lokal wrocławski – za gotówkę, dodam.

Wybór 2. Dzielnica, typ, cena.

Ona wybrała skraj Wrocławia. 5,5 km od Rynku – 30 minut autem i komunikacją miejską w szczycie do rynku. Ja bliżej – 3.1 km od Rynku – 17-20 minut autem tramwajem w identycznych warunkach.

Ona – nowy budynek – 521 tys. zł za 37 m2. Ja PRL-owski blok 460 tys. zł za 45 m2. Ona – salon z aneksem i sypialnię. Ja dwie małe sypialnie, salon (przejściowy) i oddzielną kuchnię.

U niej trzeba jeszcze włożyć 70k w wykończenie, co da w sumie 591 tys. zł. W naszym „od biedy” da się mieszkać, a odświeżenie (podłogi, drzwi, łazienka, kuchnia) będą kosztować może 50 tys. zł. U niej – miejsce parkingowe+piwnica za 80k, u mnie parking wewnątrz bloku. Razem od 671 tys. zł kontra 460/510 tys. zł.

Różnica 1.Dojazd.

O czasie już była mowa. Ale jeszcze o kasie. 2.4 km (tyle wychodzi piechotą) da się od biedy pokonać (zwłaszcza, gdy mamy 20 lat) w 25 minut szybkiego marszu. Ale 5.3 km to już godzina i mało kto podejmie decyzję „idę”.

Różnica pomiędzy tramwajem a „piechotą” wynosi 110 zł/os/m-c.

Jeżeli pojedziemy autem, jeszcze więcej. Sam abonament parkingowy to 400 zł/m-c. Do tego paliwo – 100 zł. Do tego 150 zł za garaż. Razem 650 zł różnicy.

Jeżeli mamy w domu 2 auta, w nowym bloku potrzebujemy ok. 1300 zł (plus 160k na miejsca parkingowe). Dostrzegacie różnicę?

Różnica 2. Cena zakupu.

Jak widać wyżej będzie to 671 tys. zł kontra 510 tys. zł. Ile to jest?

  • 1200 zł raty kredytu miesięcznie przez 30 lat,
  • 1066zł odsetek (8%), gdy wybieramy gotówkę.

Różnica 3. Koszty utrzymania.

Te powinny wyjść na korzyść „apartamentowca”. Raz – 37 m2 kontra 45 m2. Dwa – tańsze ogrzewanie i opłaty. W sumie oceniam na 1200 zł kontra 1600 zł. Różnica 400 zł.

Różnica 4. Jakość życia.

Niewymierna. Tu mamy nowy dom, tam używany (chociaż odświeżony). Tu 37 m2 i dwa pokoje z aneksem, tam trzy plus kuchnia.

Nowy to też inni sąsiedzi, ale i niewielkie odległości od okien sąsiada i mikre balkony. W nowym nie ma też zieleni, całej infrastruktury itp.

Bilans. Finansowy? Prawie 2000 zł na korzyść starego (1066 zł odsetki, 1300 zł zaoszczędzone na dwóch autach, minus 400 zł opłat). Kupa forsy. Za to da się kupić kolejne mieszkanie pod wynajem i dokładając taką sumę mieć dwa. 2k da się też odłożyć na emeryturę. Stąd wybrałem używane. Natomiast wielu skusi się na „deweloperski beton” zamiast „PRL-owskiej cegły z lat 60-tych XXw. Zwłaszcza jeśli płacą rodzice.

Czy da się dzisiaj kupić dach nad głową za gotówkę?

Odpowiadając jednym słowem: tak. Teraz czas na rozwinięcie myśli.

Wiele lat temu, życie było prostsze. Młodzi nie mieli tylu pokus i siłą rzeczy cieszyli się z drobiazgów. Żeby nie było, nie tęsknię do starych czasów, opisuję rzeczywistość. Dla niektórych smutną. Radość, gdy w pierwszym mieszkaniu przyklejaliśmy tapetę na lamperię, gdy wymienialiśmy nieszczelne okna na „plastiki”, kupiliśmy pierwszy nowy telewizor, wielu może się wydać wręcz żenująco słaba. Bo z czego tu się było cieszyć? Dzisiaj, kiedy na nabywców czekają nowe lokale, w sklepie dekoratorzy wnętrz, tamte lata opiszemy często jako przaśne.

A jednak pozostaje pewien fakt. Po 5 latach wynajmu (czynsz równał się 50% pensji żony) kupiliśmy tamto mieszkanie – dwa pokoje (duże) w kamienicy za 90 tys. zł (moje ówczesne 40 pensji), poświęcając inwestycję za kasę na wesele i dokładając oszczędności z kasy mieszkaniowej. Dało się to zrobić bez zaciągania kredytu.

Czy teraz można powtórzyć tę drogę? Powiedzmy sobie uczciwie: nie 1 do 1. Dzisiaj takie mieszkanie kosztuje ok. 650 tys. zł. Gdyby odkładać nawet połowę (tyle dostaliśmy za działkę) musimy przeprowadzić rachunek:

325 tys. zł/5 lat = 65 tys. zł/rok. Para „młodziaków” zostałaby zmuszona do odkładania 5,5 tys. zł/m-c. Praktycznie nierealne. Co więc da się zrobić?

Otóż, zmienić wybór. Albo zmniejszyć powierzchnię, albo wybrać gorszą dzielnicę, albo całkiem wynieść się z miasta. Widziałem sporo siedlisk po 200 tys. zł, w odległości ok. 30-50 km od przyzwoitej pracy. A 200 tys. zł podzielone przez 5 lat, przy rezygnacji z wesela (dzisiaj 100 tys. zł, wtedy 10 razy mniej) oznacza 20 tys. zł/rok. Plus, jak w naszym przypadku, dalszych kilka lat z doprowadzaniem do porządku. I to już jest realne. Wymaga jednak niestandardowego wyboru i … przekonania najbliższych. Bo wesele, weselem, ale chyba lepiej mieć dach nad głową.

Timing. O datach kupowania nieruchomości.

Jeden z najbogatszych ludzi w historii miał powiedzieć „Moje słomkowe kapelusze kupuję w listopadzie”. Ta myśl sprowadza się do konstatacji, że nawet multimilionerzy sprzed 100 lat patrzyli na moment zakupu drobnych przedmiotów. Wyciągnijmy z tego lekcję, odnoszącą się do nieruchomości. Zaoszczędzimy minimum 5-10% ceny. Kupujących będzie mniej, a sprzedający znacznie bardziej skłonni do targowania.

Tym razem skupiam się na kilku segmentach i tak…..

Mieszkania w miastach akademickich, najtańsze będą w lutym. Proste, od czerwca zaczyna się podpisywanie umów najmu i trwa do września. W lutym zwalnia się trochę lokali (niezaliczone sesje). Ludzie po wystawnych świętach i feriach potrzebują kasy.

Mieszkania wakacyjne i działki turystyczne kupujemy w listopadzie. Znowu, lato i zima skłaniają do zakupów gości odwiedzających daną miejscowość. Wiosna – pozwala planować wakacje Listopad to martwy sezon. Sprzedają, Ci którzy „są na musiku”. Korzystajmy.

Działki rolne należy targować na wiosnę. To tradycyjny okres „przednówka” czyli czas, gdy rolnik ma najmniej pieniędzy. Potrzeba ich na zasiewy, opryski itp.

Oczywiście mówimy o stabilnym rynku. Na rozchwianym przez inflację i pomysły rządzących, wszystko wygląda inaczej. Mieszkania drożeją, gdy wchodzi w życie nowy projekt (np. kredyt 2%), a ziemia rolna, gdy wybucha wojna i skaczą ceny zboża.

Jeden poziom wyżej od bezdomnego – smutna refleksja o wynajmie.

Jakiś czas temu omawiałem na blogu ten „list do redakcji” https://kobieta.onet.pl/wiadomosci/od-dwunastu-lat-splacam-wasze-kredyty-list-do-redakcji/zfhle3g, skupiając się na wyliczeniach. Teraz, kiedy ponownie wyświetlił się jako „odgrzany kotlet” zwracam uwagę na coś innego.

Autorka pisze o sobie (wynajmującej) tak: „Wiele osób, kiedy mówię im, że wynajmuję mieszkanie, ma przed oczami wizję mnie jako osoby, która żyje na walizkach, biednego marginesu społecznego, który jest tylko o „jeden poziom wyżej” od bezdomnego. W praktyce mój dorobek nie różni się od tego osoby z własnym mieszkaniem — mam swoje meble, swoje sprzęty, swoje tekstylia, rośliny…”. Właśnie z tą myślą postanowiłem się rozprawić.

Pominę gorycz, z którą trzydziestolatka (całe życie przed nią), patrzy na świat, ale skoncentruje się na clou tzw. ekonomii nieposiadania/współdzielenia.

Otóż, porównując z Niemcami, gdzie wynajem jest dość popularny, zwłaszcza w dużym mieście (14% berlińczyków żyje we własnych mieszkaniach/domach), udział nieruchomości w majątku jest zdecydowanie większy. W Polsce – to 66%. a w Niemczech 34 %. Myśleliście, że w Polsce jest gorzej? To policzcie, że chodzi tu o wartość po odjęciu długów. Gdyby i je wziąć pod uwagę, wychodzi 72%. Źródło: https://serwisy.gazetaprawna.pl/nieruchomosci/artykuly/8245226,struktura-majatku-europejczykow-polacy-ufaja-nieruchomosciom-a-niemcy-oszczednosciom.html .

A wnioski? Otóż, skoro 72% majątku przeciętnego Polaka stanowią mieszkania, rodziny, które nie kupiły własnego M, mają faktycznie majątek znacznie mniejszy. I idąc tą drogą – Ile mogą być warte meble, tekstylia, sprzęty, rośliny, z listu do Onetu? 30 – 50 tys. zł? W praktyce równowartość 10% przeciętnego majątku Polaka. Teza „W praktyce mój dorobek nie różni się od tego osoby z własnym mieszkaniem” okazuje się fałszywa bo 10% nie równa się 100%. Ponownie kłania się matematyka.

 Druga część myśli – refleksja czy wynajmujący jest o jeden poziom wyżej od bezdomnego – również nie wypada wesoło. Otóż, skoro 72% majątku stanowią nieruchomości, a 10% drobne ruchomości, co dzieje się z pozostałymi 18%? Otóż są w nich: oszczędności, lokaty, samochody, fundusze inwestycyjne, akcje itp, a ich autorka też nie posiada. Właściciele mieszkań – przeciętnie – tak. Stąd różnica nie sprowadza się do posiadania mieszkania, ale do konkluzji (popartej badaniami), że właściciele mieszkań są generalnie bogatsi od najemców. I gdybyśmy stawiali piramidę majątkową (nie po to żeby kogoś dołować, tylko uświadomić trzydziestolatkom), najniżej byliby bezdomni, potem wynajmujący, następnie posiadacze jednej nieruchomości, potem wielu, a na szczycie właściciele firm zatrudniających pracowników, przy czym przedsiębiorcy raczej mieszkają na własnym. I faktycznie, obiektywnie nasza trzydziestolatka majątkowo jest o poziom wyżej od bezdomnego. Intelektualnie może przewyższać każdego z nas, ale pod względem majątku – znajduje się bliżej dna. Przy czym nikt nie mówi, że zostanie na nim do emerytury – ma szansę się odbić.