Magia procentu składanego po raz 3.

Dzisiaj skupię się na wyliczeniach magii procentu składanego. Pokażę go na dwóch przykładach.

Przykład 1. Zakup nieruchomości na kredyt. Wyobraźmy sobie taki scenariusz – ktoś oferuje nam małe trzypokojowe mieszkanie we Wrocławiu za 400k. Niby nic wielkiego, ale dla studenta idealne. I teraz tzw. montaż finansowy:

  • wkład własny i na remont 110 tys.
  • koszty transakcyjne 12 tys. zł.
  • potrzebna gotówka 122 tys. zł.
  • kredyt 320k, rata 1900 zł.
  • możliwy do uzyskania czynsz 2600 zł netto (uśredniony, zakłada 10% pustostanu).

Kiedy popatrzymy na te wartości, możemy sobie uświadomić, że:

  1. aby zebrać 122 tys. zł gotówki potrzebujemy przez 3 lata odkładać po ok. 40 tys. zł/rok. Może już mamy te środki.
  2. co miesiąc przez 30 lat (o ile nie zmienią się stopy procentowe) nie dołożymy nic poza sumą początkową.

Gdzie jest błąd? Otóż rata najprawdopodobniej (o ile nie dojdzie do wojny, katastrofy ekonomicznej) utrzyma się na podobnym poziomie. Czynsz najmu zaś wzrośnie (podobnie jak wartość nieruchomości w długim czasie). Co to oznacza? Że czynsz i rata kształtują się korzystnie.

Co się zdarzy za 10 lat? Mieszkanie generować będzie nadwyżki na poziomie kilkuset złotych, pozwalające składać na remont. Za 15 lat nasze mieszkanie będzie warte więcej niż dziś (dajmy na to 600k), a spłacimy (o ile nie będziemy nadpłacać) ok. 140 tys. kredytu (zostanie 140k). Wartość netto: 460k, zainwestowana kwota 122k. Zysk 338k plus nadwyżka z rosnącego czynszu. Po 30 latach mamy czystą wartość – wolne od obciążeń mieszkanie.

Przykład 2. Zakup nieruchomości za gotówkę. Ponownie posługujemy się kwotą 442k (400k cena plus 42k koszty). Dochód z najmu 2600 zł netto/m-c czyli 31.200 zł netto/rok. Wzrost wartości – 200k. Zysk 668k z 442 k. Stopa zwrotu „marne” 151% netto. Licząc „po góralsku” za 15 lat kupimy drugie mieszkanie „za darmo”.

Problemy? No cóż, kilka ich znajdę. Najpierw gotówka. Nikt, kto żyje z dnia na dzień nie posiada oszczędności 122-442k. I tu widać przewagę oszczędzających i inwestujących. Kwestia druga – koszty i ryzyka (remonty, pustostany), nie wzięliśmy ich pod uwagę, ale zakładam, że pokryjemy je ze wzrostu czynszów (te zabezpieczy inflacja).

A potem, gdy śniegowa kula już się rozpędzi, kupujemy kolejną nieruchomość.

Marzenie o własnym mieszkaniu. Jak spowodować, by się spełniło.

Krzyczące nagłówki portali, starają się nam wmówić, że posiadanie własnego mieszkania/domu stanowi niedościgniony cel. Trochę wbrew takim malkontentom, każdego roku, tysiące ludzi spełnia to marzenie. Jak?

Powód 1. Schodzą na ziemię. Krótko mówiąc – porzucają mrzonki na rzecz konkretów. Zamiast kawalerki w Alejach Ujazdowskich, małe dwa pokoje na Białołęce. Zamiast apartamentowca na Powiślu, stary blok w Grójcu. Bo takie są możliwości. I nagle z 1 mln robi się suma 4 razy mniejsza. Już realna. Kiedy spojrzymy na ten punkt, zaczynamy kręcić nosem. Po co? Dlaczego mam rezygnować z marzeń? Zawsze chciałem tego Powiśla, nie kupię nic starego. Otóż, powiedzmy sobie brutalnie – możesz mieć albo ten nieszczęsny Grójec, albo do śmierci wynajmować (i to nie apartamenty w wybranej lokalizacji). Co wybierasz w takiej sytuacji? Takie postawienie sprawy wcale nie jest łatwe. Znam takich, którzy nadal, dobrze po 40-tce gonią za mirażem, który coraz bardziej im ucieka. Już tylko majaczy na horyzoncie. Dlaczego? Ponieważ nożyce ceny/możliwości stale się rozwierają. 10 lat temu Powiśle kosztowało 10-12k/m2, a teraz 30k, a pensje nie wzrosły trzykrotnie. Nie wiemy, co wydarzy się jutro, ale zawsze warto myśleć realnie. Grójec, Białołęka za dają nam pewien kompromis. Tu wystarczy mieć „tylko” 100k gotówką, a resztę pożyczyć (1400-3000 zł raty). Nadal mniej niż wynajem.

Powód 2. Rezygnują z czegoś innego. Bolesna konstatacja. Ale realia są następujące – nie można mieć wszystkiego, zwłaszcza natychmiast. Dlatego żeby zebrać na wkład własny, rezygnujemy z zagranicznych lub nadmorskich wakacji, jedziemy do dziadków pod Łomżę. Odpuszczamy nowy samochód. I często warto. Zwłaszcza jeśli składamy ofiarę z rzeczy mniej istotnych: wizyt w restauracji, nałogów, wygód (jeżdżenie Boltem zamiast tramwajem).

Powód 3. Dorabiają. Znam urzędnika, który rozwoził jedzenie. Zacisnął zęby, schował ambicję do kieszeni. I wiecie co, szanuję taką postawę. Jak to leciało? „Wstyd to kraść i …”. Dodatkowe dwie i pół stówy za wieczór, to 4k/m-c. Rocznie 48k. 4 lata i spłacimy kredyt na mieszkanie w Grójcu.

Powód 4. Wybierają dom poza miastem. Ta droga, która często wydaje się najbardziej racjonalna. Wymaga jednak całkowitej zmiany paradygmatu. Otóż, w rozsądnej odległości od miasta (piszę o realiach mojego), tak 20-30 km da się za 300k (na poziomie ceny kawalerki) kupić 3-4 pokojowy dom z działką. Albo, alternatywnie, zapłacić 150k za działkę i za 150-200k wybudować dwupokojowy domek na zgłoszenie. Pomijam stare drewniane budynki pośrodku niczego za 100k. Mamy więc ponownie magiczną sumę 300k. Z tego miejsca, jeśli ktoś się uprze (wiem, bo sam mam taki dom), da się: dojechać do dużego miasta. Jak? Pisałem o tym wielokrotnie, ale ponownie powtórzę – przejazd autem na dystansie „dom na wsi- centrum miasta” zajmuje mi 40 minut. W mieście 3 km przejeżdżałem z reguły w 20 minut. Do centrum Warszawy jadę pociągiem w 1 godzinę 40 minut. Żeby być na 8.20 na Centralnym, musiałbym wyjść z domu 6.45. Powrót o 19.40. I teraz trzeba ocenić, co lepsze (dla przeciętnego człowieka): szukać pracy na miejscu za 5k netto, dojeżdżać do Lubina przez 1,5h dziennie i zarobić te 7k, czy poświecić prawie 3 godziny dziennie na dojazd, żeby. zarobić 10k. Alternatywa? Wyższy kredyt i rata. 3-pokoje w Lublinie – 500k (czyli +2100 zł), a w Warszawie (oba miasta rozsądna dzielnica) – 900k (czyli +5600 zł). Osobiście wybrałbym pracę na miejscu, o ile nie byłbym fizykiem kwantowym. A dom na wsi ma jeszcze jedną zaletę – jest tańszy w utrzymaniu.

Powód 5. Dostają od rodziny. Ten punkt musiałem zostawić na koniec. Nie mogłem go pominąć, ponieważ stanowi główną oś medialnego sporu. W Newsweeku wręcz twierdzą, że istnieją dwie klasy średnie „Ci co dostali mieszkanie” i „Ci co nie dostali mieszkania”. No cóż, takie są realia. Staram się nie być hipokrytą – sam kupiłem mieszkania dla moich synów (jeden już dostał, drugi też, trzeci dostanie po podjęciu stałej pracy). Jednak budowanie narracji wokół „dostałem/nie dostałem” wydaje mi się błędne. Istnieją bowiem 4 rozwiązania tego problemu, dostępne nawet dla „średniaka”.

Oszczędny milioner rozszyfrowuje „rachunki grozy” za gaz. Czy 1218 zł w styczniu za 90 m2 to dużo czy mało?

„Fakt” na przełomie stycznia i lutego opublikował dwa artykuły. W pierwszym – czytelniczka chwaliła się „tylko 1218 zł, w drugim emerytka płakała „wyć mi się chce” bo za podgrzanie wody i ogrzewanie w samotnie zamieszkiwanym domu 150 m2 dostała za okres listopad-styczeń 5000 zł. W rzeczywistości, ani jedna, ani druga nie jest jakimś wyjątkiem.

Rachunek emerytki przypadał na powierzchnię o 66% większą, i za okres 3 razy dłuższy, więc nic dziwnego, że wyszedł pokaźniejszy. Do tego, wiem z autopsji (bo taką sytuację miała nasza poprzedniczka), że domek dla emerytki z niskim świadczeniem to pocałunek śmierci głodowej. Nie da się go przeżyć, jeśli wybieramy płatność raz na kwartał. Dwa – letnio-wiosenne wyjdą niskie, ale jesienno-zimowe, przyprawią o dreszcze. A duży dom jednej osobie jest zbędny. Z drugiej strony nowy domek, mała powierzchnia, duża rodzina – tu musi być taniej. I jest.

A teraz oceńmy, czy faktycznie mówimy o „rachunku grozy”. Padają dwie liczby – 1363 m3 (za 3m) i 15808 KWh. Daje to ok. 100 KWh/m2 za połowę zimy. Niemało, ale to akturat nie wina pieca, tylko braku ocieplenia. Cena za KWh wypada nieźle – 0,32 zł ze wszystkimi opłatami i stratami na sprawności. U mnie, na mniejszej powierzchni wyszło 859 m3, co daje tylko trochę lepsze parametry – 85 KWh/m2. Ale u mnie ciepłą wodę podgrzewa prąd.

Teraz ekstrapoluję ten wynik na sytuację „szczęśliwej czytelniczki”. W styczniu zużyła ok. 370 m3 gazu. Przypominam – za 90 m2. Znowu – bez zaskoczeń. U mnie wyszło 389 m3, a mam tych metrów 100.

Najlepsze jest to, że „Fakt” dwa normalne, porównywalne rachunki (15% różnicy na każdy m2 nie dziwi) przedstawia jak dwie skrajności. Jak to możliwe?

Najpierw – porównano jeden miesiąc z trzema.

Potem 150 m2 z 90 m2.

Ale najlepsze zostawiam na koniec. Właścicielka 90m2 twierdzi, że 1200 zł to tak tanio, bo 1500 zł „dopłacała” na koniec sezonu w trzech pokojach. Znowu – blok i dom, rachunek za miesiąc oraz dopłata roczna (nie wiemy jakie były zaliczki – być może dotyczy to sezonu, w którym ciepłownie znacznie podniosły ceny w trakcie, a zaliczek nie zmieniano). Roczne zużycie energii na ogrzewanie mieszkania mojego syna to 140KWh/m2/rok, jak pokazuje świadectwo energetyczne. Przy 90 m2, 12.600 KWh/rok, z czego ok. 1/4 przypada na styczeń. Nie ma się czym nakręcać – zwyczajny wynik, na docieploną PRL-owski budynek, a nie cud architektury.

Zakup drugiego mieszkania na kredyt. Czy taka opcja ma sens?

Kiedy czytam oświadczenia majątkowe przedstawicieli wyższej klasy średniej widzę pewną zależność. Majątek wygląda zwykle tak: dom, mieszkanie, gotówka, jakiś fundusz, auto i kredyt (w przypadku sędziów specjalna pożyczka). Wielu przedstawicieli klasy średniej stara się nadążyć za tym wzorcem. Kupują drugie mieszkanie na kredyt. I teraz o sensie rozwiązania. Przeprowadźmy obliczenia.

Weźmy np. trzypokojowe małe mieszkanie blisko centrum Wrocławia. Cena 500k. Z opłatami 525k. Wkład własny 100k ( z opłatami realnie 125k). Pożyczamy 400k, co daje ratę 2400-2800 zł/m-c. Zysk z najmu 3000 zł. Czyli zyskujemy 200 zł/m-c.

W tym momencie ścierają się dwie drogi. Pierwsza optymistyczna – mam mieszkanie i 200 zł miesięcznej dopłaty – super interes. Druga pesymistyczna – a co jak będzie przestój w najmie, co zrobię, gdy ktoś nie zapłaci na czas? Bank przecież nie poczeka. A remonty, ryzyka, no i brak zysku ze 125k.

Prawda leży pośrodku. Taki zakup ma sens przy spełnieniu dwóch warunków:

  • ceny mieszkań rosną (zawsze mogę sprzedać i zaksięgować zysk),
  • rata 2800 zł nie rozwali mojego budżetu.

Ja dałbym radę – kupować, o ile mówimy o dobrej cenie w Big Five. A Ty?

Nowe pomysły na opodatkowanie nieruchomości. Nad czym pracuje Instytut Miast i Regionów.

W tym wywiadzie https://wyborcza.biz/biznes/7,147758,32394999,przestanmy-budowac-jakiekolwiek-kawalerki-miedzy-mikrokawalerka.html?_gl=1*zugidk*_gcl_au*MTc3ODQxMTYxNC4xNzYzOTg1Nzgx*_ga*Njg3NjM3NzM5LjE3NjM5ODU3ODI.*_ga_6R71ZMJ3KN*czE3NjM5ODU3ODEkbzEkZzAkdDE3NjM5ODU3ODEkajYwJGwwJGgw#s=S.editors_pick_hp-K.P-B.1-L.1.zw pracująca w Instytucie Miast i Regionów Hanna Milewska-Wilk, opowiada o pomysłach na zapobieganie kryzysowi mieszkaniowemu. Głównie przez nowe podatki. A oto szczegóły.

Podatek od wzrostu wartości mieszkania. Bardzo niebezpieczny, słabo uzasadniony i głupi pomysł, likwidacja ulgi podatkowej. Generalnie dzisiaj jest tak, gdy sprzedajesz po upływie 5 lat (od końca roku podatkowego) – nie płacisz podatku od dochodu ze zbycia nieruchomości. Doskonale. Co się stanie, gdy tę ulgę zlikwidujemy?

Otóż każdy, ale to każdy nabywca nieruchomości (czy to kupionej, czy darowanej), ma prawo dokonać sprzedaży. Obecnie wystarczy trzymać nieruchomość przez niecałe 6 lat. W wyniku propozycji, nabywca zapłaci podatek od zysku. Ile? 19%.

Popatrzmy na przykład: W 2017 r. dostałeś (darowizna) mieszkanie w Warszawie. Koszt nabycia to notariusz i podatek – w sumie 15k. Zysk: 900k – 15k=885k. 885k x 0,19= 168.150 zł.

W przypadku wzrostu wartości o 500k – 92.150 zł. (bo koszty nabycia).

Przecież to jakieś szaleństwo. Dodatkowo obniża mobilność. Skoro sprzedając spadek po babci np. mieszkanie w Koszalinie masz zapłacić 80k podatku, mniej zostanie Ci na zakup większego w Szczecinie. Nie kupisz go zatem. Państwo nie zarobi na podatku od transakcji, od Twojej większej pensji w dużym mieście. Ktoś o tym myślał?

Podatek od pustostanów. Podatek od nieruchomości w których nikt nie jest zameldowany. Pomijając łatwość ominięcia (zameldowanie dorosłego dziecka), niejasne kryteria (czy dom wakacyjny jest pustostanem?), ponownie ogranicza korzystanie z własności. Mój dom letni oficjalnie jest pustostanem.

Zakaz budowy kawalerek. Serio. Argumenty zespołu? Bo senior nie zmieści się w niej z opiekunką. A kawalerowie lat 30? Panny? Bezdzietne pary? Mają iść pod most, żeby nie zniszczyć marzenia urzędnika o mieszkaniu dwupokojowym.

Kto jest dobrym duchem rynku mieszkaniowego? Deweloperzy i fliperzy. Nie żartuję. Deweloperzy „zarabiają tylko 30%”, a mieszkania po fliperach „są w lepszym stanie technicznym”. W przeciwieństwie do kogoś, kto kupił, mieszkał i sprzedał po 10 latach z zyskiem. Przecież to jakieś kryptoreklamowe brednie.

Najlepsze zostawiłem sobie na koniec – „Powinno być tak, że gmina mogłaby zyskać prawo do przejęcia nieruchomości, jeśli po 10 latach nikt nie złoży sprawy spadkowej”. Przecież to czysty Dekret Bieruta, chociaż nawet on nie szedł tak daleko! Gdzie jest nakaz załatwiania spraw spadkowych przez 10 lat? Przecież wiadomo, część ludzi nawet nie wie, że ich daleka ciotka zmarła w USA, albo co wchodzi w skład spadku. Inni nie chcą tego załatwić, czekając na przedawnienie długów spadkowych. Zresztą niezałatwienie spadku wcale nie znaczy, że nikt z nieruchomości nie korzysta. Może ktoś ją wynajmuje (umowa najmu nadal trwa), może korzysta bezumownie (i zasiedzi).

Cały wywiad (poza propozycją zachęcania do oszczędności) to jest jakiś bolszewicki kosmos plus liberalna pieśń o wspaniałych deweloperach i fliperach, a nie państwo prawa. Całość propozycji referuje pracownik państwowego instytutu. Przerażające.

Trzy dostępne dla klasy średniej sposoby na dostatnią emeryturę lub mieszkanie dla dziecka.

Dzisiaj opiszę Wam fenomen różnicy pomiędzy dwoma kolegami – pracującymi razem, za podobną pensję – środek przedziału klasy średniej (czyli ca. 250% średniej krajowej ze współmałżonkiem w proporcji 2,5:1). Różnice między nimi były niewielkie, a dokładnie trzy:

  1. Oszczędzanie na podatkach.
  2. Inwestowanie w akcje oraz PPK zamiast tylko oszczędzania.
  3. Zakup mieszkania dla dziecka (finansowana kredytem).

Pozornie niewiele. Wręcz niezauważalnie. A skutki na przestrzeni życia ogromne.

Obaj odkładali miesięcznie 10% zarobków. Jeden żyje z dnia na dzień z poduszką finansową 100k, drugi ma 1,6 mln oszczędności i mieszkanie dla dziecka. Jak to możliwe? Otóż możliwe i do przewidzenia. Czysta matematyka.

  1. Oszczędzanie na podatkach. Kiedyś to były czasy, dzisiaj nie ma czasów. Mieliśmy: ulgi mieszkaniowe, ulgi na kasy mieszkaniowe, ulgi remontowe i cały szereg innych. Odliczało się składki zdrowotne. No i dało żyć na karcie podatkowej. Ale jesteśmy dzisiaj i popatrzmy. 250% średniej krajowej to ok. 23.5k/m-c brutto (290k/rok). Przy takich poborach – 10% stopy oszczędności da ok. 1.6k/m-c. 19,2k/rok.

Pamiętacie ile wyliczyłem oszczędności podatkowych tylko trzema działaniami dla statystycznej rodziny? I co? Zaraz, zaraz – prawie podwajamy oszczędności.

2. Inwestowanie w akcje oraz PPK zamiast tylko oszczędzania. Przyjmuję optymistycznie dla ciułacza – oszczędzający ma 4%/rok netto, a inwestor 8% (i podobnie będzie w PPK, jeśli uwzględnimy dopłaty). Co się dzieje? Oszczędzający ma realnie zachowaną wartość. Inwestor zarabia 4% ponad inflację.

1600 zł/m-c po 30 latach pracy daje 576 tys. zł (dzisiejszych).

3140 zł/m-c na 4% po 30 latach pracy daje 2,186 mln zł (dzisiejszych).

Drodzy czytelnicy – mówimy o prawie 4 razy większej kwocie. Ale to nie wszystko. Ten oszczędzający, w rzeczywistości pieniądze te praktycznie wyda. Zmieni auto, zrobi dziecku wesele, wyremontuje mieszkanie. I zostanie ze 100 tys. zł oszczędności na „czarną godzinę”. Dobre i to, ale inwestującemu zostanie 1,5 mln więcej czyli 1.6 mln przy dokładnie takich samych wydatkach.

3. Zakup mieszkania dla dziecka.

Nasz oszczędzający boi się kredytu, bo tak go nauczono. 100k z 10 rocznych premii wsadził w skarpetę lub na konto. Inwestor zaryzykował, miał kasę na start i wziął kredyt na małe mieszkanie w dużym mieście (300k). Przeanalizujmy, co działo się przez 30 lat (biorę warunki dzisiejsze, a prognozy zmiany cen, odpowiadające krajom nieco bogatszym).

Pierwsze 10 lat. Mieszkanie rośnie na wartości o stopę inflacji, podobnie jak oszczędności. Dziecko ma 10 lat. Rata wynosi 2100 zł czyli do czynszu netto (dane wziąłem od człowieka, który wynajmuje kawalerki we Wrocławiu) dokładamy 300 zł/m-c. Przez 10 lat spłaciliśmy 40k. Mało ale to prawie dokładnie równowartość dołożonej kasy (300 zł x 12=3600, 3600 zł x 10 lat = 36k). Różnica niewielka.

Pierwsze 20 lat. Analogiczne wzrosty. Niewielkie. Dziecko ma 20 lat. Rata to dalej dzisiejsze 2100 zł. Po 20 latach spłaciliśmy 124k. Mamy mieszkanie warte (realnie) 400k, a kredyt 176k. Dysponujemy majątkiem netto 224k. A co z naszym oszczędzającym? On nadal ma 100k.

Upływa 30 lat. Nadal lokaty rosną na poziomie inflacji (czyli nie zyskują realnie, a nominalnie). Podobnie czynsze i ceny mieszkań. Mieszkanie jest spłacone, można je przekazać dziecku, warte realne (dzisiejsze) 400k. Oszczędzający ma tylko (realnie) 100k, daje dziecku na pierwszą wpłatę.

Pełna różnica. Wykonując tylko te 3 ruchy: oszczędzając na podatkach, inwestując zamiast oszczędzać i kupując mieszkanie na kredyt, w miejscu gdzie nie potanieje – dochodzimy do różnicy. Mamy 1,5 mln więcej kapitału niż oszczędzający, a nasze dziecko – mieszkanie. I co Wy na to? Oszczędzający darowuje dziecku 100k na pierwszą wpłatę, a my cały lokal. Oszczędzający posiada 100k zaskórniaków (lepiej tyle niż nic), a my 1.6 mln. Realnie, wg ich dzisiejszej wartości.

Teoria a życie. Fragment dla malkontentów, którzy powiedzą „teoretycznie tak, ale faktycznie nie”. No cóż, gwarancji nie dam. Niemniej jednak patrzę wstecz na 26 lat pracy zawodowej i moich kolegów/koleżanki. Kto zrobił, jak opisuję, kupił mieszkania, akcje. Kto tylko oszczędza – ma dzisiaj faktycznie kasę na pierwszą wpłatę i 50-100k na koncie. Dobre i to. Bo nieoszczędzający kumpel, z którym ostatnio rozmawiałem (w dodatku 5 lat starszy) ostatnio opowiadał mi o wielkim szaleństwie na 50-tkę żony: 25 róż i obiad w restauracji na 3 osoby. Zamilkłem, bo ci inwestujący (w tym ja) bez problemu sięgnęliśmy z takiej okazji do kieszeni kilkadziesiąt razy głębiej i nasze budżety nawet tego nie odczuły.

Ekonomia współdzielenia. Kolejne absurdy inżynierii społecznej.

Mieszkanie można wynająć. Podobnie auta. Tego byłem świadomy? Ale, że telefon? Jakie ma to długofalowe skutki?

Jesienią wpadłem do marketu elektronicznego po kabel HDMI do nowego komputera (Mac mini za 2500 zł). Węsząc upselling sprzedawca zaproponował mi … wynajem telefonu. W wielkim uproszczeniu – biorę flagowy model, płacę 1/35 ceny miesięcznie. Czyli dysponuję ciągle nowym flagowcem, nigdy go nie mając. Jak to wygląda ekonomicznie?

Wynajem. Wybieram flagowca od Samsunga (S25+). Cena początkowa 4700 zł. Rata 136 zł przez rok. Potem biorę nowy. Zero problemów. No cóż, nie do końca. Trzeba przenosić dane i … wychodzi drożej. Albowiem zakup:

Zakup. 4700 zł. Telefon starcza mi na 6 lat (po pięciu latach wymieniłem baterię za 350 zł). Ile to miesięcznie? 65 zł, ca. 50% mniej. Wady? Jedna. Sześć lat z jednym aparatem. Dla zwolenników wiecznej nowości – zbrodnia.

Teraz czas na inne dobra. Mieszkanie. Warunki Wrocławia. 550 tys. zł na kupno, 3000 zł wynajem, 3500 zł rata (plus 110 tys. zł wkładu własnego). Co jest lepsze?

Część nie ma żadnego wyboru – ponieważ nie posiada zdolności kredytowej na taką sumę. Można się przeprowadzić do Strzegomia, ale nie o to tym razem chodzi. Wróćmy do tych, którzy wybierają:

  • rata 3500 zł (plus nazbierać na wkład własny),
  • wynajem 3000 zł, a 110.000 zł niech sobie pracuje.

Zwolennicy „ekonomii współdzielenia” powiedzą – najem jest tańszy, wygodniejszy, elastyczniejszy. Inni policzą.

Zalety wynajmu. 6% od 110.000 zł wynosi 6600 zł/rok czyli 550 zł miesięcznie. Dobrze mieć taki dodatkowy dochód i poduszkę w jednym. Do tego jesteśmy 500 zł do przodu miesięcznie. Razem 1050 zł/m-c. Nie do pogardzenia. Nikt nie trzyma nas na miejscu, możemy sobie zmieniać, dostosować do warunków.

Tak powiedzą krótkodystansowcy (i Ci, którzy pragną sprzedać nam najem). Powoli przekonują się o tym ludzie młodsi ode mnie o 5-9 lat. Oni wierzyli takim opowieściom. Gdzie dzisiaj są po 15 latach płacenia za najem? Dokładnie w punkcie wyjścia. Czy na pewno? Nie. Są 15 lat do tyłu. Dlatego rozważmy 3 scenariusze.

Scenariusz 1. Historyczny. W ciągu 15 lat inflacja skumulowana ok. 75%, wzrost cen mieszkań o 100%, wzrost cen najmu 75%. A więc, gdyby się powtórzył, w 2040 r. mielibyśmy wynajmując: 227 tys. zł gotówki (procent składany) – to nasz majątek netto, cenę mieszkania 1,1 mln, ratę kredytu nowego 6000 zł, ratę najmu 5250 zł. A gdybyśmy dzisiaj kupili? No cóż, mamy mieszkanie obciążone kredytem w 25 % (czyli spłaciliśmy ok. 1/3 kapitału kredytu i włożyliśmy 20% na start), majątek netto ca.825 tys. zł, miesięczne koszty 3500 zł (z przejściowymi zawirowaniami od 2000 – 4000 zł, ale nadal sporo mniej niż 5250 zł). Ten scenariusz pokazuje dokładnie to, czego doświadczyli millenalsi słuchając pokątnych doradców w 2010 r. Gdyby wtedy kupili, dzisiaj zamiast 120 tys. zł gotówki, mieliby 410 tys. zł majątku netto w wartości mieszkania. I ratę na poziomie z 2010 r. czyli 1500 zł, a nie 3000 zł za najem.

Scenariusz 2. Pesymistyczny. Wszystko stoi, spadło oprocentowanie lokat i skumulowana inflacja do 20% przez 15 lat. W takim przypadku, rok 2040 przyniósł dzisiejszym młodym:

  • wariant wynajmu – majątek 160 tys. zł (zrobione ze 110 tys. zł), wysokość czynszu – stałe 3000 zł,
  • wariant zakupu – majątek 260 tys. zł (20% wkładu i 1/3 spłaconego kredytu), wysokość raty 3000 zł (przy tak niewielkiej inflacji, raty najprawdopodobniej spadną).

Scenariusz 3. Pośredni. Inflacja skumulowana 50%. Wzrost wartości mieszkań – 50%. Wzrost czynszów 50%. Ponownie przeliczmy.

  • wynajem – majątek 190 tys. zł (ze 110 tys. zł), czynsz 4500 zł.
  • zakup – majątek 535 tys. zł (260 tys. zł jak w wariancie 2 + 275 tys. zł wzrostu wartości), rata 3500 zł.

Patrząc nawet na scenariusz pesymistyczny (stagnacji), widzimy przewagę zakupu na przestrzeni 15 lat. Może na bieżąco będzie taniej z najmem, ale majątek gromadzimy kupując. A opisuję najgorsze 15 lat. Ponieważ „sprzedawcy wynajmu” nie pokazują Wam innych danych – tych dotyczących dochodów i emerytury. Otóż patrząc na dochody w grupach wiekowych widzimy dwie prawidłowości – ostre wyhamowanie po 45 r.ż. (krótko mówiąc 50-latek zarabia z pracy mniej niż 45-latek), oraz planowaną emeryturę na poziomie 30% ostatniej pensji. Co się dzieje w tych 3 scenariuszach na emeryturze? Mamy rok 2055 – proszę bardzo:

Scenariusz historyczny. Kredyt spłacony – koszty kredytu wynoszą 0 zł. Koszty najmu? 10.000 zł (nominalnie, realnie to ok. 3000 zł dzisiejszych). Wysokość emerytury 10.000 zł (znowu nominalnie ok.3000 zł obecnych). Krótko mówiąc – 100% emerytury przeznaczamy na wynajem we Wrocławiu. Czas na przeprowadzkę na wieś.

Scenariusz pesymistyczny. Kredyt już spłacony – koszty kredytobiorcy 0 zł. Koszty najmu. 3000 zł, a więc dzisiejsze 1600 zł. Emerytura 3000 zł. Już lepiej, ale nadal właściciel ma przewagę.

Scenariusz pośredni. Także w tym wariancie, kredytobiorca zakończył płatności. Najemca płaci 6700 zł (dzisiejsze 3000 zł). Emerytury dostanie ok. 6700 zł. Znowu – zapraszamy na wieś.

Czy nie przesadzam? Nie. Co więcej obserwuję ten proces w rodzinie. Mam już emerytów z grona boomerów, którzy w pewnym momencie (rozwody) zostali bez mieszkania i rozpoczęli wynajem, zamiast kupić. Wiecie co się stało? Pracują, dopóki mogą, na razie mogą. Potem przyjdzie im przenieść się w tańsze regiony. A oni jeszcze mieli przyzwoitą stopę zastąpienia (czyli ich emerytura przekracza o 20-30% czynsz najmu w mieście z TOP 5, na razie są też w parach). 45-latkowie obudzili się z przysłowiową „ręką w nocniku”. Oni przynajmniej liczą na spadek. Prawdopodobnie przed 65 r.ż odziedziczą wystarczająco dużo, aby kupić coś małego na skraju metropolii.

Na koniec, nasuwa się jedno pytanie, czy istnieje jakikolwiek scenariusz, który zapewniłby wygraną najemcom? No cóż, gdyby państwo zabrało się ostro za mieszkalnictwo komunalne (czyli budowało po 1,5 mln mieszkań na wynajem rocznie), czynsze realnie spadną, wtedy spadną i ceny. Szansa na realizację? 2%. Ale nawet wtedy na emeryturze płacenie czynszu w wysokości dzisiejszych 1500 zł może się okazać zabójcze. Bo kredytobiorcy zapłacą równe 0. I coś zostawią następnemu pokoleniu.

Weźmy jeszcze pod uwagę scenariusze demograficzne. Obecnie rysują się tak: liczba ludności PL spada o 20-30% w ciągu 40 lat. Wieś i małe miasta, zwłaszcza na kresach wyludnia się, a realne ceny nieruchomości spadają drastycznie. Pojawiają się miliony pustostanów i „domy za 1 zł”. Tam też da się tanio wynająć (nawet ostatnio rozmawiałem o ofercie „wynajmu domu murowanego trzypokojowego za 500 zł” w wiejskiej okolicy 60 km na północny wschód od Lublina). Wtedy na emeryturze dostajesz alternatywę.

Jeśli nie będzie Cię stać na zakup/wynajem we Wrocławiu (Warszawie, Krakowie, Łodzi, Poznaniu) jest dla Ciebie jakiś ratunek. Wybierasz mniejsze miasto/wieś i mniejszą ratę. Wtedy Twoje możliwości wzrosną.

Stary dom po 12 latach od zakupu. Porównanie z nowymi technologiami.

Piotr, właściciel nowego, dobrze ocieplonego – 90-metrowego domu podał nam ważną informację – szacowane zużycie prądu przy pompie ciepła wynosi 1800 KWh/rok. Szybko przeliczyłem i wyszło ok. 2000-2200 zł za rok, przy dzisiejszych cenach energii. W przypadku własnej FV na starych zasadach (lub z magazynem energii) równe 0 zł. Dla stojących przed wyborem „stary czy nowy” ważna informacja.

Jednocześnie ponieważ największym powodzeniem cieszy się wpis o starym domu po 7 latach https://oszczednymilioner.pl/2021/04/04/czy-warto-kupowac-stary-dom-refleksje-po-7-latach/ warto dokonać porównań.

Koszty ogrzewania. Piotr płaci 0 zł/rok. Ja w mieście ok. 8000 zł. Na wsi (140 m2) szacowałem zużycie na ok. 2000-3000 zł/rok, gdybym palił w kominku z płaszczem. Spora różnica. Tutaj nowy dom zdecydowanie i bezapelacyjnie wygrywa. Albo jest dużo tańszy (8k kontra 0k), albo niewiele (2k), ale trzeba codziennej pracy przez pół roku. Do tego bezobsługowość pompy ciepła łatwo połączyć z pracą zawodową.

Koszty zakupu. Tutaj trzeba przyjąć kilka założeń, i ja to robię (powierzchnia nadal 100 m2.

  1. Nowy dom w miejscu starego w mieście. W moim przypadku – niemożliwe, nie ma działek. Tzn. trzeba kupić stary dom (1 mln zł), wyburzyć go (50k), postawić nowy i wykończyć 800k. W sumie 1.85 mln zł. Nieźle.
  2. Nowy dom przy granicy miasta. Tutaj już istnieją oferty. U mnie 1.1 mln z wykończeniem i zamianą gazu na pompę ciepła + FV.
  3. Nowy dom na wsi. Realnie ok. 800k.
  4. Stary dom w stanie porównywalnym do mojego (prawie centrum) – 1 mln zł.
  5. Stary dom na przedmieściu – 600k.
  6. Stary dom na wsi – ok. 400k.

Odrzuciłem tu koncepcje samodzielnej budowy. Wpadamy przy tym w pewną pułapkę. Większości obywateli mojego miasta (średnia pensja ok. 9k brutto) nie stać na dom za 1.85 mln. Realnie porównuję warianty: 2-6.

A koszty zakupu, oznaczają w większości przypadków kredyt. Tym samym –

  • wariant 6 – sama gotówka, 0 kredytu,
  • wariant 5 – rata 1400 zł,
  • wariant 4 – rata 4200 zł,
  • wariant 3 – rata 2800 zł,
  • wariant 2 – rata 4900 zł.

Patrząc na ten punkt, widzimy jedno – wieś wychodzi na duży plus, zarówno w nowym jak i używanym.

Na koniec „kosztów zakupu” jeszcze jedna uwaga. Są ludzie, którzy mają ten 1 mln żywej gotówki, ale wydając ją na dom, nie osiągną zysków kapitałowych. 0.6 mln x 8% = 48.000 zł/rok tj. 4000 zł/m-c różnicy. Trochę mniej niż 4200 zł, ale nadal sporo. Tu kłania się tzw. teoria kosztów/zysków alternatywnych.

Koszty dojazdu. Ważny punkt, gdy planujemy mieszkać na wsi, a dojeżdżać do miasta. O ile koszty zakupu i ogrzewania poniosą wszyscy, o tyle koszty dojazdu to sprawa mocno indywidualna, zależna od:

  • sposobu i trybu pracy (niepracujący rentier/emeryt/rencista, dg w mieście, dg na miejscu, dg w drodze, praca stacjonarna zdalna i hybrydowa, na cały lub część etatu),
  • liczby dzieci i ich aktywności (dojazdy, dowozy, zajęcia dodatkowe),
  • sposobu dojazdu, a zwłaszcza kosztów utrzymania samochodów.

I tutaj realnie zaczyna się problem, ponieważ każdy musi policzyć sam. Ja mogę tylko podać pewne przykłady i widełki.

Dla „typowej większości” czyli posiadających 1 dziecko pracowników etatowych mieszkanie w centrum lub blisko centrum miasta, pozwala na użytkowanie jednego auta na rodzinę. Szkoła, przedszkole albo znajdują się wystarczająco blisko (u mnie: przedszkole 100m, szkoła podstawowa – 10 minut spacerem na sąsiednim osiedlu, liceum (ogólnokształcące, plastyczne) oraz 4 szkoły wyższe (2 uniwersytety wieloprofilowe, politechnika, kierunki rolniczo-przyrodnicze) w podobnej odległości. Ani dziecko (student) ani rodzice nie potrzebują zatem auta. Do pracy w centrum wiezie mnie kilka autobusów i trolejbusów, albo mam 20 minut spaceru. Miejscowy „Mordor” – siedziba oddziałów korporacji – 10-20 minut na nogach. Tak jak napisałem, jedno auto wystarczy. Zupełnie nie powiedziałbym tego ani na przedmieściu, ani na wsi, przynajmniej dopóki oboje pracujemy. Wtedy trzeba doliczyć drugi samochód. My go akurat mamy, ale nie jest to konieczne, a przyczyna leży w mojej dg.

Dlatego przyjmuję założenia minimalne:

Miasto – koszt dojazdu 200 zł.

Przedmieścia (2 auta) – 600 zł.

Wieś (2 auta) – 1000 zł.

A maksimum? Sky is the limit. Można sobie kupić, jak moi znajomi, dwa auta po 200k i płacić za same ubezpieczenia 1000 zł/m-c. Albo ujeżdżać np. paliwożernego hot hatcha – spalanie 10l/100 km co daje przy 30 km dojazdu 10 razy w tygodniu 1500 zł na paliwo, a razem (bez przeglądów i napraw tylko paliwo + ubezpieczenie) 2500 zł. Gdy doliczymy leasingi – 6500 zł/m-c. Tego nie przebije nawet 4900 zł raty. Ja jednak przyjmuje te 1000 zł (spalanie 30 zł x 1500 km = 450 zł benzyna i 150 zł ubezpieczenie plus 400 zł remonty/przeglądy i drugie auto awaryjnie) – jako „wiejską miarę”.

Koszty remontów. Nowy dom = 0 zł, stary dom – 250 zł/m-c tzw. funduszu remontowego (ja w wiejski dom 140 m2 włożyłem niecałe 20 tys. zł przez 17 lat, ale inne były ceny i sporo robię sam).

Suma kosztów. Teraz porównajmy warianty.

Wariant 2. Nowy dom na przedmieściu. 4900 zł raty, 600 zł koszt dojazdu, 0 zł ogrzewanie, 0 zł remonty. Suma 5500 zł.

Wariant 3. Nowy dom na wsi. 2800 zł raty, 1000 zł koszt dojazdu, 0 zł ogrzewanie, 0 zł remonty. Suma 3800 zł.

Wariant 4. Stary dom blisko centrum miasta. Rata 4200 zł. 200 zł dojazd. 650 zł ogrzewanie, 250 zł na remonty. Suma 5300 zł.

Wariant 5. Stary dom na przedmieściach. Rata 1400 zł, dojazd 600 zł, ogrzewanie 650 zł, 250 zł remont. Suma 2900 zł.

Wariant 6. Stary dom na wsi. Rata 0 zł, dojazd 1000 zł, ogrzewanie 650 zł, 250 zł na remont. Suma 1900 zł.

Porównujmy zatem w kategoriach. Przedmieście: stary 2900 zł, nowy 5500 zł. Wieś: stary – 1900 zł, nowy 3800 zł. Widać, że w starym mamy jeszcze spory zapas. To jednak tylko część prawdy. Musimy brać pod uwagę jeszcze dwie rzeczy.

Współczynnik niepewności. Co z tego, że dzisiaj płacimy ratę 4900 zł (nowy dom na przedmieściu), skoro jutro może to być zarówno 9800 zł jak i 3000 zł? Podobnie z remontami – standard 250 zł nie u każdego się sprawdzi, gdy zaczną pękać ściany, albo padnie kocioł/kominek itp. zapłacimy krocie. Stąd warunek starego domu (wszędzie) – dobry stan techniczny. Pisałem o tym 5 lat temu. Moje naprawy awaryjne przez 12 lat (nie liczę ocieplenia, ani upiększeń) wyniosły razem może 5 tys. zł plus 20-30 k czekającej mnie renowacji tarasu (zrobię ją w końcu sam, nie mam cierpliwości do majstrów). Mówimy wprost – 3 tys. zł/rok, 250 zł/m-c. Tyle ile wyliczyłem na wstępie. Zarówno na wsi, na przedmieściu, jak i w mieście znajdziemy ruiny do wyburzenia, jak i domy w doskonałej kondycji.

Kwestie niematerialne. Nie chcę kłamać – zwykle one decydują. Wielkość ogrodu, liczba dowożonych dzieci, rodzice w pobliżu, albo dobra praca. Miłość do prac ogrodniczo-remontowych, albo dwie lewe ręce. Leń albo pracuś. Miłośnik Netflixa, psów. Takie czy inne hobby (opera albo wędkarstwo). Jeden pracuje z domu, drugi pragnie uniknąć dojazdów. Ile rodzin, tyle historii. Tu nie ma jednego, mądrego wyboru. Nawet dom w mieście, ma szereg wad – np. większe narażenie na ostrzał w czasie wojny. Stąd każdy musi, po przeczytaniu tego tekstu i analizie swojej sytuacji podjąć decyzję: nowy czy stary oraz gdzie położony. Niektórych po prostu nie będzie stać na nic innego niż stary dom na wsi. Nie dla nich 0 zł na ogrzewanie pompą ciepła, bo te 1,1 mln pozostaje poza ich zasięgiem.

Czy kredyt hipoteczny na 0,5 mln zł uważam za rozsądny?

Jeśli czytaliście wpis o wywiadzie z wyborcza.biz, pewnie wiecie, do czego nawiązuję. Tak – jeden z blogerów finansowych, zgrabnie połączył „oszczędzanie 70% dochodów” z kredytem na 0,5 mln zł.

W „zwykłym świecie”, poza bańką IT, menedżerów itp. oba te założenia kompletnie się nie spotkają. 0,5 mln kredytu hipotecznego daje nam ratę w okolicach 3.5 tys. zł/m-c. Z czego 90% początkowo stanowić będą odsetki. Gdzie tu oszczędność?

Natomiast da się taki projekt spiąć pod pewnymi warunkami.

Warunek 1. Odpowiednie, czyli b.wysokie dochody. Jeżeli przyjmiemy amerykańskie założenie – rata nie więcej niż 20 % dochodów, mówimy o ludziach zarabiających 17.5 tys. zł netto. Bez znaczenia singiel czy rodzina. Ale mamy jeszcze jeden punkt – oszczędzanie 70% dochodów. I tu nie da się żyć za 10% dochodów (100% – 70% oszczędności – 20% raty = 10%), chyba że zarabiamy (rodzina 2+2 podana przez blogera inwestycyjnego), już nie 17.5k netto , ale 70k netto/m-c (zwłaszcza w dużym mieście). Ile znacie par z dochodem 70k/m-c? Ja, dwie. Żadna z nich nie bierze kredytu na mieszkanie.

Warunek 2. Żadnych innych kredytów/leasingów. Tutaj idziemy prosto, skoro raty nie mogą przekroczyć 20% dochodu, hipotekę musimy połączyć z brakiem innych zobowiązań kredytowo-leasingowych.

Patrząc na liczby (zwłaszcza ten dochód 70k/m-c), osiągamy prostą konkluzję – obu warunków, kredytu 0,5 mln i oszczędności 70% dochodu, przeważająca większość z nas nie osiągnie, albowiem mówimy o 840 tys. zł netto/rok, czyli ponad 1 mln zł brutto. Daninę solidarnościową, liczoną od dochodu 1 mln zł/rok, płaci w Polsce 40.000 osób (dane z 2024 r.). Jak pisałem, wąska bańka.

A gdyby zostać przy samym kredycie 0,5 mln, braku innych zobowiązań i warunku dochodów 17.5k netto? No cóż, wtedy ma to sens, ale znowu, liczba osób/rodzin zarabiających tę sumę (na umowie o pracę ok. 25k brutto). I nadal, pragnąc oszczędzać, muszą pozostać w kręgu ludzi oszczędnych.

Jest jeszcze jedna możliwość. Kredyt będzie brany na nieruchomość inwestycyjną (nie tę w której mieszkamy). Wtedy, przy dochodzie z niej, pokrywającym 80-90% raty, obliczenia wyglądają inaczej. Dokładamy ok. 20%. I mamy spory luz. Ponieważ da się wykonać taki ruch, zarabiając sporo mniej, a nawet całkiem przeciętnie. Tylko trzeba mieć pierwszą nieruchomość. Ale to już temat na zupełnie inną opowieść.

W przypadku „przeciętnych” znacznie lepiej sprawdzi się kredyt na kwotę maksymalną ok. 300 tys. zł. Wtedy rata wyniesie 2.100 zł i będzie mogła być pokryta przez dwie osoby o średnich dochodach (ok. 10.500 zł przy zachowaniu proporcji – rata=max.20% dochodu). Singiel, z zarobkami na poziomie 120% średniej krajowej (8000 zł netto) pożyczyć może tylko 200 tys. zł. Wystarczy na mieszkanie/dom w miasteczku powiatowym. Na Warszawę to za mało. Stąd, dla większości ludzi kredyt na 0,5 mln nie stanowi rozsądnej opcji.

Jak to jest, że w tej dwudziestej gospodarce na świecie młodym ludziom, takim jak my, nie starcza do pierwszego? Odpowiadam za premiera Tuska.

W tym tygodniu na spotkaniu premiera Donalda Tuska, młode aktywistki zrobiły dym, ale przy okazji zadały tytułowe pytanie. Premier wyraził przekonanie, że będzie lepiej, a przez dwa lata nic się nie pogorszyło. Wiadomo, wiec rządzi się swoimi prawami. Czas jednak odpowiedzieć konkretnie na bolączki młodych, bo problem jest realny.

Pełne pytanie.

„Mam 30 lat i minimalne szanse na własne mieszkanie. Być może nie będę mieć męża, z którym będę mogła dzielić kredyt. Nie wiem, czy będę mogła mieć dziecko, bo nie wiem, czy będzie mnie na nie stać. 

– Wiele razy powtórzył pan, że Polska jest dwudziestą gospodarką na świecie. To chcę zapytać, jak to jest, że w tej dwudziestej gospodarce na świecie młodym ludziom, takim jak my, nie starcza do pierwszego? – pytała.”

Kto pytał? Aktywistki klimatyczne – w wieku od 24 lat (Dominika Lasota, ona akurat ma stronę w Wikipedii) do ok. 30 lat.

Pełna odpowiedź oszczędnego milionera:

Powody są trzy: matematyka, polityka prezesa NBP – „leśnego dziadka” Glapińskiego, brak edukacji finansowej. Zacznijmy od pierwszego.

Matematyka czyli dlaczego 30-latka nie ma własnego mieszkania. Odpowiedź znajduje się w tekstach bloga (którego p. Lasota i jej koleżanki z pewnością nie czytały) oraz na lekcji matematyki. Już tłumaczę. Nie znam pytającej, ale odnosząc się do młodego pokolenia (oraz dostępnych informacji o pani Lasocie) zakładam, że:

  1. Miejscem zamieszkania jest pewnie Warszawa lub inne duże miasto (p. Lasota pochodzi z Bydgoszczy a urzęduje w stolicy).
  2. Rodzice nie wyciągną ze słoika 500k.

Krótko mówiąc, sytuacja wielu znajomych moich dzieci (p. Lasota rocznik 2001 jest rówieśniczką najstarszego syna). I teraz, znając te założenia, mogę powiedzieć, że:

  1. Cena mieszkania 500-600k (plus coś na koszty), w przypadku kawalerki może 400-450k.
  2. Skończone studia w wieku 22-24 lata.
  3. Ilość lat pracy do 30-tki – 6-8.
  4. Zarobki młodego pracownika – 4.5k netto.
  5. Obecne koszty życia z wynajmem mieszkania we trójkę – 3k.
  6. Możliwe oszczędności 1,5k/m-c i 18k/rok.

I teraz czas na matematykę. Odkładając 18k/rok uzyskujemy przez 6 lat ok. 108k, a przez 8 lat ok. 144k. Załóżmy, że oszczędności profitują 6%, a mieszkania podrożały za rządów PiS 2-krotnie (też pisałem wiele razy), więc ze zbieraniem może być trudno, ale zostawmy tę zmienną na boku.

Nasza aktywistka musiałaby pożyczyć ok. 450k na mieszkanie 2-pokojowe, przeznaczając część gotówki na meble, opłaty notarialne itp. (110 k wkład własny, 34 k pozostałe opłaty i umeblowanie).

Rata, w takim układzie, wyniosłaby ok. 3100 zł.

Pojawia się więc pytanie, który bank pożyczy, osobie samotnej, przy założeniu: kredyt 450k, singiel, pensja 4500 zł, rata 3100 zł? Żaden.

Maksymalna zdolność kredytowa takiej osoby wynosi ok. 300k. A przypomnijmy, nie jest w stanie więcej odłożyć (max 144k), ani kupić mieszkania za 400k, chyba że będzie to mikokawalerka (czyli lokal użytkowy). Matematyka nie kłamie. Dwie strony równania nie mogą się spotkać. I tu dochodzimy do punktu 2.

Glapa et consortes. Generalnie polityka finansowo-pieniężna PiS. Przypomnijmy – doprowadziła do 100% wzrostu cen mieszkań, na przestrzeni 8 lat, ogromnej inflacji. Obecnie Glapa sztucznie utrzymuje wysokie stopy procentowe, przez co kredyty są praktycznie najdroższe w UE (wyprzedzają nas tylko Węgry). Pozwala się bankom na harce. Dane macie tutaj: https://www.money.pl/gospodarka/polskie-kredyty-hipoteczne-wsrod-najdrozszych-w-ue-polak-nie-ma-wyboru-7206583535151872a.html Skutek? Niższa zdolność kredytowa i wyższe raty. Młodzi – podziękujcie Glapie i jego mocodawcom. Gdyby nie oni, rata nie wynosiłaby 3100 zł lecz 1500 zł (niższe ceny i oprocentowanie jednocześnie).

Gdyby utrzymała się tendencja europejska (i wejście do strefy EURO), nasz młody singiel miałby zdolność kredytową na 450k (+50%). Forowanie różnych programów „Deweloper na swoim” dało gigantyczny wzrost cen, no i właśnie rozjechanie się zdolności oraz cen.

To NBP, bankster Morawiecki doprowadzili do pompowania marży przez banki, drogich obligacji (które opłacają się rentierom, a nie młodym singlom). Projekty rozdawnictwa pieniędzy podniosły inflację, a teraz Glapa planowo sypie piasek w tryby. To nie wina Tuska, on za bardzo nie ma pola manewru.

Glapa zarżnął też program „Mieszkanie+”. Teraz, te budowane na kredyt, lokale uzyskały (w związku z oprocentowaniem) czynsz bliski rynkowemu. No i ludzie znaleźli się w kropce, zwłaszcza jeśli, jak donosiły media płacą 3k w Radomiu i 4k w Krakowie.

Brak edukacji finansowej. Gdyby szkoła, zamiast wymagać wzorów skróconego mnożenia, uczyła rzeczy potrzebnych, całe dwa powyższe punkty nie byłyby potrzebne, a „uzdrowiciele” i „geniusze finansowi” nie mieliby poparcia pow. 50% ludzi (i sporego wśród młodych).

Co jeszcze pokazałaby taka edukacja? Że całe pytanie jest źle postawione. Ponieważ praktycznie w żadnym kraju z 20-tki najbogatszych przeciętny 20-30 latek nie jest w stanie kupić sobie mieszkania w stolicy. Słowami-kluczami są tu „przeciętny” i „stolica”.

Dlatego pretensje do premiera błędnie zaadresowano. Edukacja finansowa, pokazałaby jednocześnie wszystkim 20-30-latkom (a nie tylko tym najgłośniej krzyczącym), że istnieje szereg sposobów, aby ten własny kąt jednak zdobyć:

  1. Odsunięcie się od stolicy. Łuków z ceną 250k za 2-3 pokoje, pozwala zarabiającej i oszczędzającej 30-latce na kredyt. Potrzebuje 130k kredytu, a zdolności ma na więcej.
  2. Pomoc rodziców. Nie mówię tu o zakupie mieszkania w centrum Warszawy, ale wkładzie na poziomie 150k. Co da edukacja? Moje pokolenie nie wiedziało jak i po co zbierać na mieszkanie dla dziecka i większość nie zbierała. Teraz mamy efekty zachłyśnięcia się konsumpcją. Rodzicie mogliby też „podzielić się zdolnością”, no ale już nie każdy chce (albo sam ma jeszcze niespłacony kredyt). Trzeba trąbić – ile kosztuje 30-letnia spłata versus nadpłata i skrócenie okresu do 15 lat (a wtedy 50-latkowie mają czyste hipoteki).
  3. Kasy mieszkaniowe. Dzięki kasie mieszkaniowej kupiłem pierwsze mieszkanie. Preferencja podatkowa, niezłe oprocentowanie, premia, niskie oprocentowanie kredytu. Uczy i zachęca młodych do oszczędności. Teraz mało popularne, mimo że przepisy nadal istnieje. Poświęcę im odrębny wpis.
  4. Szukanie okazji. Pisałem o tym kilka razy. Zakup starego domu i podział go na mieszkania, przebudowa lokali użytkowych, remont starych kamienic, adaptacja poddaszy. Tu trzeba trochę pracy własnej i kombinacji. Nie wystarczy krzyczeć „premierze daj”.

Na koniec problem „nie starcza do pierwszego”. To kłamstwo i piszę o tym z całą odpowiedzialnością. Mój syn, nauczony oszczędności w domu, za mniejszą kwotę we Wrocławiu:

  1. Wynajmuje z dziewczyną mieszkanie (2.4 k + opłaty – w sumie 3k, po 1.5k na głowę).
  2. Utrzymuje się (od mam młodzi dostaną słoiki).
  3. Jeździ małym autem.

Pisałem wielokrotnie – przy cenie w dużym mieście 1.5k za pokój, da się spokojnie żyć z pensji ok. 4-4.5k. Takie dochody uzyskuje większość pracujących dwudziestolatków. Kumple moich synów dostają od rodziców po 1000 zł, resztę muszą dorobić. I dorabiają: Bolt, gastro, sklepy, stypendia naukowe, jakieś prace przy social mediach.

Dlaczego więc aktywistki nie dają rady? Może nie pracują (bo aktywizm to nie praca), albo tylko na pół etatu? To już nie jest problem premiera. Natomiast, gdyby nie działał w trybie wiecowym, zadałby proste pytanie: Gdzie Pani pracuje? Ile zarabia? A potem wytłumaczył jej zależność: pieniądze/praca i jak konstruować budżet. Bo nie każdy ma zamożnych rodziców i odebrał odpowiednią edukację.

Warto te prawdy uświadamiać rządzącym i młodym.