Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
kiepski interes – Strona 8 – Oszczędny Milioner

Auto na CNG. Czy może się opłacać?

Mój kumpel i dostawca samochodów zaoferował mi niedawno zamianę Kony Electric na Audi A4 z silnikiem 2.0 TFSI z fabryczną instalacją CNG (gazu ziemnego) zwany G-tron. Miał on stanowić alternatywę dla LPG, ale nie do końca wyszło. O ile pomysł chwycił we Włoszech i Niemczech, o tyle w Polsce powstało niespełna 30 stacji, firmowanych przez PGNiG. Jedna w moim mieście.

Z zasady pomysł pojazdu, który spala, przy dobrych osiągach (170 KM) – 5 l CNG miał sens. Audi miało naprawdę atrakcyjną cenę (99 tys. zł za 2019 r. i przebieg niespełna 39 tys. km). Wóz przez rok stał, bo nikt nie chciał go wziąć. Po przyjrzeniu się sprawie, wiem dlaczego.

Zasięg nie wydawał się problemem. Łączny benzyna i CNG wynosił ok. 900 km (samo CNG prawie 500 km). Nie ma co porównywać z elektrykiem. Tu jest lepiej.

Wersja wyposażeniowa nie najlepsza, ale i nie najgorsza. Wprawdzie brak skóry, elektronicznego kokpitu, są wygodne fotele (odpowiednik ergoComfort w Passacie), DSG (mokre), nawigacja, tempomat, dwustrefowa klima, czujniki parkowania i parę bajerów (w tym elektryczna klapa bagażnika). Cena atrakcyjna – za 99 tys. zł mogłem kupić co najwyżej „amerykana” z benzyną.

O ile gaz ziemny w kuchenkach kosztuje ok. 3-4 zł za m3, o tyle ten do zasilania aut kosztuje …. 10 zł za m3 (czyli ok. 0,8 kg). Jeśli trzymać się danych fabrycznych, spalanie 4,1 kg/100 km kosztowałoby mnie ok. 50 zł. Byłby to odpowiednik:

  • 8 litrów benzyny lub diesla,
  • 16 litrów LPG,
  • 20 KWh prądu z komercyjnej ładowarki.

Do tego butle zmniejszały bagażnik do 425 litrów. No cóż, za tę cenę wolałbym kupić używaną Camry w hybrydzie i mieć większą wygodę (kufer też) przy koszcie 100 km na poziomie 21 zł. Ale warto było sprawdzić temat.

Jak nas łupi PGNiG. Porównanie cen gazu sprzed dwóch lat, roku i obecnie.

Właśnie dostałem pierwszą, powakacyjną fakturę za gaz. Przypomnę – używam go do podgrzewania wody, gotowania i ogrzewania. Z racji montażu kozy i ciepłej jesieni zużycie drastycznie spadło. A rachunki? Te już nie. Popatrzcie. Przypominam – początek okresu przypada przed wojną.

Rok 2021.

Na październikowej fakturze 2264 KWh (przeliczone z m3 współczynnik konwersji bez zmian) za 459 zł. Cena? 0,2 zł/ KWh. Cena gazu na rynku spot w Holandii ok. 5 E/MWh. Kurs Euro 4,6 zł. Cena gazu w Holandii – 0,023 zł/KWh.

Rok 2022.

Faktura z października – 1798 KWh za 494 zł. Cena? 0,27 zł. Podwyżka 35%. Cena na giełdzie 6E/MWh. Kurs Euro 4,7 zł. Cena gazu w Holandii – 0,0282 zł/KWh. Tu jeszcze podwyżka miała uzasadnienie.

Rok 2023

Teraz zużyłem -1367 KWh za 487 zł. Cena? 0,35 zł. Podwyżka roczna 20%. Podwyżka przez 2 lata 75%.

Obecnie gaz ziemny na giełdzie w Holandii da się kupić za 3,60 E/MWh. Kurs Euro 4,45. Cena gazu w Holandii za KWh 0,01602 zł.

Wnioski

Pomimo iż cena gazu na rynku w Holandii przez spadła o 33%, po dostarczeniu do odbiorcy w Polsce cena z oferty taryfowej PGNiG wzrosła o 75%. Czyli powinniśmy płacić 0,13 zł/KWh (gdyby dostosować się do rynków) a płacimy 0,35 zł/KWh (czyli 3 razy drożej). Albo kompletni nieudacznicy albo zwyczajnie nas okradali na kampanię wyborczą, albo dostali znacznie więcej podatków do zapłaty albo … i jedno, i drugie, i trzecie. W obu przypadkach – powinni siedzieć. Opowieści o tarczach – bajki. A jedna trzecia Narodu chwaliła takiego dobrego pana. Tu cisną się słowa Zbigniewa Stonogi „Będzie was PiS…….. w….., jak Was Platforma nie ……”.

Przejrzę ich bilans po 3 kwartałach to coś Wam powiem o marży.

O drodze w góry i dlaczego nie kupię akcji Orlenu.

W poprzednim tygodniu wyjeżdżałem po raz kolejny w góry. Załadowałem elektryka i hajda. Trochę poza połową drogi mam ładowarkę ORLEN-u akurat na MOP-ie z dużą stacją benzynową i tam się dobijam, żeby z drobnym zapasem na jazdy lokalne, dotrzeć do wakacyjnego mieszkania.

Ponieważ wyjechałem bezpośrednio po pracy, akurat wypadała pora na obiad, pomyślałem – spróbuję oferty nowego produktu ORLEN-u czyli Stop Cafe. Mam przecież sporo czasu – postój potrwa 25 minut (ładowanie od 15 do 60%). Dość już hot-doga na szybko, czas zamówić obiad. Padło na flaki, które funkcjonowały jako danie dnia, więc powinno być szybko i pod korek – spora miska a w środku mięso. No i rozczarowałem się.

Najpierw czekaniem. Dobrze, że istnieje aplikacja do ładowarek i mogłem zakończyć proces zdalnie, ponieważ miskę flaków w barze szybkiej obsługi naszego narodowego koncernu podano mi po…. 20 minutach (+5 minut w kolejce i zamawianie). Pierwszy raz ładowanie trwało krócej niż jedzenie (kamyczek do ogródka tych, którzy twierdzą, że spalinowca tankują w 5 minut, a zapominają o przerwach konsumpcyjnych). Wraz ze mną przestępowała z nogi na nogę grupa takich samych jak ja naiwniaków liczących na szybkie danie i klnących, że trzeba było jednak wybrać hot-doga.

Przystąpiłem do jedzenia. I kolejne rozczarowanie. Flaki wprawdzie były tanie (10 zł) i nawet z opcjonalną bułką (1,69 zł) prezentowały cenę całkiem-całkiem (8 zł kosztuje tej samej wielkości słoik w LIDL-u na promocji, a bułka w sklepie 1,5 zł), ale jakość…. . Pierwszy raz widziałem takie flaki – 80% wody, 15-20% „wkładki”, może nawet mniej (dosłownie 10 kawałków na prawie pół litra). Gdy gotuję w górach flaki z „plastikowej kiszki” (lokalny producent 18 zł za 900 ml), mam pół na pół mięsa i rosołu. Nawet w marketowych nie muszę poszukiwać ochłapa na dnie talerza. Pożałowałem wyboru.

A o co chodzi z akcjami? Jeden ze znanych inwestorów kupił akcje McDonalds’a zanim stały się modne. Powód – nastoletni syn lubił tam jadać z kumplami, czyli klient zadowolony – firma się rozwija. A tymczasem u nas… Nikt rozsądny nie skorzysta więcej z oferty spółki, która nie dość, że łupi klienta (o czym niżej) to jeszcze rozwadnia potrawy. Powtórzę jeszcze raz, w żadnym najgorszym marketowym wydaniu, nie znalazłem tak wodnistych flaków. Co z tego, że były tanie (jak na stację benzynową, oczywiście), skoro 50 km dalej istnieje sobie Taurus (bez ładowarki, niestety) z wyśmienitymi golonkami i podaje je szybciej, niż ORLEN wodę z kotła.

Wróćmy do łupienia. Na początku wakacji wprowadzono szumnie akcję (z gigantyczną promocją w TVP) obniżki 30 groszy na litrze paliwa. Trzeba tylko spełnić kilka warunków (m.in. mieć aplikację i pamiętać o prośbie o rabat). Cena ze słupka 1 lipca – 6,5 zł/l ON i 6.18 zł/ l PB95 – tak było na mojej stacji. Minął miesiąc- cena regularna (też bez obniżki) 6,7 i 6,48 zł/l. Czyli podnieśli, o tyle, co wcześniej obniżyli. Oczywiście wytłumaczenie – wzrost cen ropy. Tylko, gdy spadała, nie opuszczali ceny. Co innego teraz – przed wyborami. Cena spadła do 6,12 zł/l PB95 i 6,08 zł/l ON. Co jasne, bez ekonomicznego uzasadnienia.

Każdemu, kto przez chwilę prowadził firmę, wydaje się oczywiste, że taki model biznesowy, oparty na długofalowej nierównowadze kosztów-korzyści dla klienta, nie ma szans na utrzymanie. W dziedzinie, w której ORLEN stał się liderem (szybkie posiłki na stacji benzynowej) i twórcą pewnej mody, eliminując w dużej części dwa przeciwstawne zwyczaje: zatrzymywania się w przydrożnych knajpkach oraz zabierania „wałówki” na drogę, pozostanie bez szans oferując długie oczekiwanie połączone ze słabą jakością. Konkurenci uderzą mocno i zwiną zyskowną wisienkę na torcie. Sama sprzedaż paliwa nie wystarczy by utrzymać wskaźniki a dotychczasowym poziomie, tym bardziej z motywacją polityczną. Nie pomoże nawet efekt synergii (paliwo+jedzenie) ponieważ zatrzymanie się w celu napełnienia baku trwa 5 minut i mało kto poczeka 25 minut na posiłek. Rynek elektryków pozostaje jeszcze niewielki i nie utrzyma „kuchni Obajtka”, a zresztą dwie niedalekie stacje Greenway’a znajdują się przy dużych obiektach: jeden przy karczmie, drugi w galerii handlowej.

Rower jako alternatywa dla auta. Koszty.

Grupa zwolenników ekologii próbuje przekonać wszystkich (a innych zmusić) do swojego twierdzenia, że rower jest najlepszym środkiem transportu. Pozwalam sobie spojrzeć na to z nieco innej strony.

Szybkość roweru i samochodu

Wiadomo – podobno rowerem szybciej. Zrobiłem test. Do pracy 3,5 km jadę rowerem przez 20 minut. Średnia prędkość 10,5 km/h, rano (gdy pusto) i po południu. Ile pokaże samochód? 22 km/h, bez korków 1,5 raza więcej, poza miastem – 40-100 km/h. Poniżej 20 km/h miałem w mieście może kilka razy. A mówimy o średnim odcinku, i ścieżce rowerowej na 70% trasy. Plus – za rower nie muszę płacić, gdy go parkuje. Za to łatwiej ukraść. A w deszczu?

Zakupy

Wiem, istnieją rowery transportowe, ale czy to oznacza, że mam mieć dwa? Jeden do codziennej jazdy, drugi do sklepu? Ja akurat dysponuje garażem, ale w bloku? Z bagażnikiem i sakwami podróż po weekendowe sprawunki okaże się trudna dla 60-latka. Dla każdego zaś, jeśli trzeba odwiedzić kilka sklepów (zostawisz zakupy w pudle?). Znowu wygrywa auto.

Koszty.

W aucie, jasne. Tankowanie, ubezpieczenie, przeglądy, jakaś naprawa plus paliwo. Koną na dystansie 10.000 km wydałem 1000 zł na „paliwo”, 350 zł za ubezpieczenie, 650 zł za przegląd. Razem: 2000 zł, czyli 0,2 zł/km. Gdybym ograniczył się do miasta i jazdy na wieś i połowy dystansu (1150 zł/5000 km), średni koszt byłby podobny.

Rowerem jeżdżę mniej. Zakładam przebieg 2000 km/rok. I tu niespodzianka – przegląd kosztował 250 zł, wymienili oponę, jakąś linkę i dwie i pół stówy….poszło. Koszt – 0,12 zł/km.

Teoretycznie lepiej wypada rower – jest 2 razy tańszy w przeliczeniu na km, ale….znacznie mniej uniwersalny. Nie pojadę nim w góry. Niewiele przewiozę. Moknę na deszczu. Marznę w zimie. Stąd pozbycie się auta to w moim przypadku kiepski interes.

Nieruchomości nie mogą potanieć. Mit, który obala historia.

W lipcu wziąłem się ostro do czytania i przeszedłem całe „Pamiętniki chłopów”. Pomijając kwestie bytowe, w oczy rzuca się jeden fakt – nieruchomości w latach Wielkiego Kryzysu ogromnie potaniały.

Jeden z opowiadających wspomina cenę ziemi w swojej okolicy z 1600 zł/morga w 1926 r. do 600 zł w 1931 r. Dodatkowo nikt nie chciał kupować. Te 1000 zł stanowiło 62,5%. Nieźle, spadek wyniósł prawie 2/3 początkowej wartości w ciągu kilku lat. Nawet za tę cenę nie było chętnych. Dlaczego?

Deflacja, deflacja. W tym samym pamiętniku podane są obniżki cen produktów rolnych – jajko kosztowało 25% ceny przedkryzysowej, mięso, słonina, masło, ok. 1/3. Gigantyczna zniżka. Nic dziwnego, że i ziemia proporcjonalnie tańsza.

Z pamiętników wyłania się też jeszcze jeden nieciekawy wniosek. W trakcie zniżki cen, kryzysu (bezrobocie) ten, kogo dług dusi, tego i zadusi. Odsetki w szczycie szaleństwa zakupowego wynosiły 5% miesięcznie, za ulgowe uważano przy deflacji 12% rocznie. Wszystko zabezpieczone na wekslu i wydzierane z gardła (nikt nie procesował się po 5-6 lat).

Gdyby dzisiaj nadeszła taka bieda, strach pomyśleć. Spadek cen nieruchomości o 2/3 oznaczały bankructwo zadłużonych. Oczywiście, teraz cierpimy z powodu inflacji, więc spadek będzie pewnie realny, a nie nominalny. I taki już jest (chociaż nie tak znaczący). Jeśli pieniądz traci na wartości 20% rocznie (12 oficjalnie), a nieruchomości nie podrożały (lub wzrost 2-3% czyli pomijalny), w rzeczywistości właściciel notuje stratę 20%, a jeszcze płaci prawie 10% odsetek jeśli ma kredyt. Trzy lata takiego stanu i znajduje się w położeniu chłopa w środku kryzysu. Różni ich jeden szczegół – chłop nie miał dochodu.

Tarcza antykryzysowa a ceny prądu. Bujda na resorach.

Właśnie dostałem rachunek z PGE, już z nowymi cenami. Na początku dwie kartki, jako to Rządowa Tarcza Solidarnościowa spowodowała, że płacę mniej. Jak jest naprawdę? Inaczej.

Wg wyliczeń dostawcy energii, dzięki Tarczy przeciętne gospodarstwo ma zaoszczędzić w 2023 r. równe 2000 zł. W stosunku do roku poprzedniego? Nie, do teoretycznych cen energii po ubiegłorocznych wzrostach (tzw. taryf) i przy założeniu, że zużyję rocznie energii dokładnie tyle ile wynosi limit (tj. 2000 KWh). Już ten szacunek wydaje mi się naciągany, ale idźmy dalej.

Cena za KWh bez ulg wynosiła jeszcze niedawno ok. 60-66 gr za KWh. Teraz, dzięki Tarczy od marca 2023 r. zapłacę „tylko” 0,78 zł plus 2 x większy „abonament” (różne opłaty należne nawet przy stojącym liczniku) teraz w podstawowej taryfie 20 zł.

Przy moim zużyciu ok. 200 KWh miesięcznie rachunek będzie wyższy o ok. 20%. Tak właśnie wygląda „brak podwyżek” jeśli pominie się propagandę. A podobno jestem „odbiorcą chronionym.

Czy da się coś z tym zrobić (z rachunkiem, nie propagandą)? Tak. Zużywać mniej lub odpiąć się od sieci. Albo zamontuję niezłą instalację FV z akumulatorem, albo muszę radykalnie oszczędzać.

Jak po raz kolejny `zrobiono ludzi na szaro. Mieszkanie+

Założenia programu były szczytne. Rodziny o niskich dochodach, ale nie zakwalifikowane do lokali socjalnych, dostaną możliwość stabilnego, instytucjonalnego najmu mieszkania od państwowej lub samorządowej spółki. W bonusie: niskie czynsze, spokój i możliwość wbicia przysłowiowego gwoździa bez pytania właścicieli.

Coś, co miało naśladować wiedeńskie lub skandynawskie budownictwo komunalne, okazało się jednak kopią TBS-ów, czyli kompletnym fiaskiem. Dlaczego?

Najpierw wprowadzono ambitne założenia – 100 tys. nowych mieszkań w ciągu kilku lat.

Następnie utworzono spółki, obsadzając na stanowiskach prezesów polityków zamiast fachowców. Potem następne spółki (domy drewniane).

Wreszcie na końcu, wszystko zabiła bylejakość, szalbierstwo i chciwość. Ale po kolei.

Miało być 100 tys. mieszkań w 3 lata. To już wiecie. Powstało 15 tys. w 5 lat czyli 15%. Także poza dużymi miastami (Biała Podlaska, Świdnik, Radom) i tu spory plus. Do wielu powiatów deweloperzy nie zaglądają, a proszę, da się budować. Obiecywano czynsz na poziomie 10-20 zł/m2, sam o tym pisałem, z uwagą, że jak na Warszawę – świetnie, jak na średnie miasto – bez rewelacji. Długość całego procesu (deweloper buduje 2-3 lata, a im wyszło 2 razy dłużej) obnażyła dyletanctwo i bylejakość. Wzięli się za to ludzie bez przygotowania. W międzyczasie przyszedł kryzys, wzrost cen materiałów i robocizny i całe założenia finansowe diabli wzięli . Gdyby wybudowano do 2019 r., problemu nie byłoby wcale.

Potem doszło szalbierstwo i chciwość- przygotowanie jednostronnych umów, zgodnie z którymi czynsz niby gwarantowany, ale …. waloryzowany inflacją. Tak, dobrze czytacie. Nie rzeczywistymi kosztami finansowania czy ani utrzymania (bo jakie remonty … przed odbiorem). Nadszedł Glapa ze swoją alternatywną ekonomią i pozamiatał. Ludzie, którzy mieli za 60 m2 płacić (obietnice z 2016 r.) 600-1200 zł + media, dowiedzieli się – wstępnie będzie 2400 zł, a od stycznia 2023 r. – 3600 zł (przykład z Krakowa, podobne pieniądze w Radomiu). Dlaczego tak dużo? Rzecznik prasowy spółki odpowie – umowa pozwala. No i tu panie rzeczniku, wchodzi pan na grząski grunt. Polskie prawo przejęło z unijnego koncepcję naruszenia interesów konsumenta, klauzuli abuzywnej. A za taką jest uznawane postanowienia umowy zawieranej z konsumentem, na którego brzmienie nie miał on wpływu, a które rażąco narusza jego interesy oraz kształtuje jego prawa i obowiązki w sposób sprzeczny z dobrymi obyczajami. Zaczyna prawnicza draka. Na tym bazują kancelarie rozjeżdżające banki w sprawach frankowiczów. Klauzula o waloryzacji stopą inflacji niewątpliwie nie została z najemcami negocjowana (bo niby jak – mamy 5 na twoje miejsce, takie było dictum). Moim zdaniem, także rażąco narusza interesy konsumenta, bo odrywa wysokość czynszu od rzeczywistych kosztów (bo te jak wskazano nie wzrosły o 16% w ciągu…. miesiąca, a przed odbiorem są zasadniczo nieznane). Taka praktyka jest sprzeczna z dobrymi obyczajami kupieckimi, chyba że mówimy o standardzie faktora z XIX-wiecznej karczmy, albowiem bazuje na niewiedzy konsumenta i przenosi na niego całe ryzyko gospodarcze (a nawet więcej). Dlaczego tak twierdzę? Pomimo dopłat gminnych, czynsz w wielu lokalizacjach Mieszkania + (Kraków) zbliżył się do rynkowego, albo nawet go przeskoczył (3000 zł za 60 m2 w Radomiu, 2400 zł + opłaty Mińsk Mazowiecki – 48m2, 2900 zł za 70 m2 w Katowicach). I nie zmienia postaci rzeczy, że czynsze ustalają samorządy. A nie można inaczej?

Można. Przykładem Wrocław, który od wielu lat prowadzi politykę tanich mieszkań komunalnych (TBS). Nie ma ich wiele, ale dla za biednych na kredyt, lepsze 100 takich lokali niż 0. Drugi przykład – TBS Ustka. To, że niektórym wyszło jeszcze gorzej, nie cieszy (lubelska spółka Kamienice Miasta, która wyzionęła ducha zanim jeszcze na dobre powstała, zdążyła wypłacić pensje swoim, zmieniła nazwę, administruje teraz 8 budynkami, szaletami, odpadami,..cmentarzami – doskonała metafora). I byłoby śmieszno, gdyby nie straszno. Młodzi ludzie, patrząc na warunki życia, uciekną w popłochu na mityczny zachód. Bo nikt przy zdrowych zmysłach, nie zapłaci 75% „średniej radomskiej” za „tanie mieszkania komunalne”.

Robert Kiyosaki mówi: inwestuj w złoto, srebro, bitcoiny, redukuj akcje.

Przeczytałem kilka książek Roberta Kiyosakiego i nie zachwyciły mnie. W przeciwieństwie do Allena, Hansena, Buffeta, a nawet Ekera czy Shemina, uznaję go bardziej za filozofa niż praktyka. Nigdy nie słyszałem (a może to moja niewiedza?) o jego jakichkolwiek spektakularnych sukcesach inwestycyjnych lub innowacyjnych na miarę Muska albo Jobsa. Teraz ten pan proponuje – sprzedaj akcje, kup złoto, srebro i bitcoiny.

Podaje też przyczynę – idzie czas luzowania, dużych wydatków i inflacji. Dolar nie chroni nas przed niczym, potrzebny kruszec. No i stoję na rozdrożu. Z kilku powodów. Najpierw, tezę o spodziewanej inflacji, uważam za słuszną. Wiele razy o tym pisałem. Z drugiej jednak strony, dzisiaj złoto jest po prostu drogie. I to nie tylko nominalnie, ale i relatywnie. W szczycie kryzysu dotcomów kosztowało niecałe 300 USD, teraz 6 razy tyle. I powiedzmy sobie, dolar nie osłabił się tak bardzo. Jeśli przeliczymy na złotówki, mamy jeszcze większą dysproporcję. W 1999 r., gdy zaczynałem pracę dolar kosztował 4 zł, a uncja złota niespełna 1200 zł. Ja zarabiałem 985 zł brutto, czyli ok. 80% uncji złota w dolarze. Można taką ilość złota można było kupić 1000 l mleka w sklepie. Tanie auto (Fiat Uno) kosztowało 25 tys. zł czyli 20 uncji. Dzisiaj mamy zupełnie inną sytuację. Dolar jest po 4,42 zł (niewiele drożej), ale złoto po 8500 zł/uncję. Dzisiaj pensja minimalna wynosi 3490 zł. Czyli kupimy za nią tylko 41% uncji złota (połowę tego co przed ćwierćwieczem). Mleka za złoto kupimy już 2000 l. Nowe, tanie auto (Dacia Sandero) kosztuje 62 tys. zł. Trzeba mieć ok. 7 uncji na taki pojazd. Pod każdym względem złoto jest drogie. Jakie sens ma zatem kupowanie „na górce” nawet jeśli oznacza to „przed szczytem”? Moim zdaniem niewielki. Być może jestem niedouczony, być może zbyt konserwatywny (lubię nabyć z dyskontem). I o ile rozumiem używanie złota jako zabezpieczenia (10-20% portfela), ale jako główna lokata? Podziękuję.

Podobne uwagi mogę snuć o srebrze, z zaznaczeniem, że jest obecnie w średnioterminowym trendzie spadkowym, co jeszcze bardziej zniechęca.

A bitcoin? Krypto uważam za wielki przekręt. Jeśli zarzucamy USD, że ma coraz mniejsze pokrycie w towarze i dobrach zgromadzonych w USA, to cóż powiemy o bitcoinie? Bądźmy dorośli i konsekwentni.

Co więc sądzę o opinii Kiyosakiego? Że o ile właściwie stawia diagnozę (idzie inflacja), o tyle receptę wypisuje kiepską. Może dlatego, że chce się „skeszować” ze złota i krypto, a tanio kupić akcje? Nie wiem. Mnie to wygląda na strzyżenie baranów. Ja skłaniam się ku czekaniu (w obligacjach?) na okazje inwestycyjne. Przyjdą. W złoto, i tylko w nie, mogę zaangażować 10-20%, nie więcej.

Rozporządzenie wykonawcze 6102. Prezydent USA jak Bierut. Oddaj nam swoje złoto.

Dzisiaj po raz kolejny przyznam się do niewiedzy. Szukając informacji o złocie, trafiłem na stronę jednej z firm handlujących tym kruszcem w postaci fizycznej i przyznam, że doznałem szoku. W 1933 r., pod koniec Wielkiego Kryzysu, w majestacie prawa, rząd USA wywłaszczył własnych obywateli z posiadanego złota.Kto nie sprzedał po zniżonej cenie, ten narażał się na konfiskatę.

Nie zrobił tego afrykański kacyk, ani żaden nasz umiłowany przywódca, lecz Wuj Sam. Szczegóły, jak zwykle, pod linkiem. https://goldenmark.com/pl/mysaver/0290-rabunek-w-majestacie-prawa-2/ . Wcześniej o tym nie słyszałem. I teraz, jakie to ma konsekwencje dla inwestujących w złoto, i oszczędzających w ogóle?

Skoro taki kraj jak USA, gdzie nawet żeby wprowadzić podatek, zmieniano Konstytucję, w czasie niewojennym, bez zagrożenia bezpieczeństwa państwa, de facto wywłaszcza za pół ceny (20 USD za uncję, za chwilę było 35 USD za uncję,) swoich obywateli, jakie prawa mamy my obywatele skromnego kraiku wschodniej Europy? Ano, żadne. Jeśli miłościwie panujący prezes zarządzi, sejm wykona, TK klepnie i będziemy chować cenny kruszec, jak w czasie II WŚ. A nawet nie kruszec, ale jakiekolwiek aktywa. Bo skoro można odkupić tanio, żeby sprzedać drogo, złoto, to tym bardziej obligacje, akcje, PPK, PPE, OFE, TFI , Finaxy, nieruchomości itp. Jak ktoś ma pieniądze, to skądś je ma, pamiętacie? W efekcie, Sławku, moje kilkanaście tysięcy w PPK nie są mniej bezpieczne niż Twoje lokaty. I, żeby nie było, to wcale nie jest miła konkluzja. Wręcz przerażająca. Tu już nie chodzi o podatki od dobrze zarabiających (zwane dla niepoznaki Daninami Solidarnościowymi), podatki od głupoty (aktywów dobrze zarabiających, głosujących na socjalistów), ale wprost wywłaszczenie, prokuratorskie najazdy itp. A pamiętajmy, dzisiaj wiedzą o nas znacznie więcej niż Wuj Sam w 1933 r. Wtedy jeszcze dało się niepostrzeżenie kupić. Dzisiaj wszystkie transakcje (poza tymi na czarnym rynku, ale ryzyko spore) podlegają rejestracji. Stąd faktycznie, może warto chować się w mysią dziurę i robić swoje?

Czy warto kurczowo trzymać się etatu?

Inspiracją do dzisiejszego wpisu są pospołu Jan oraz nauczyciele. Ten pierwszy rzucił temat „klatki” w komentarzu i wielokrotnie go rozwijał, grupa belfrów, narzekających na swój marny los i płacę minimalną, zainspirowała mnie do pokazania, że da się żyć inaczej. Inaczej, czyli jak?

W Polsce dość modny stał się model – praca etatowa, 8 godzin dziennie (ew. 12 godzin, ale nie we wszystkie dni), 26 dni urlopu w roku (średnio 2 tygodnie na raz i po 1 dzień w miesiącu). W przypadku nauczycieli, nieco odbiega on od standardu, bo przy tablicy spędzają 18-20 godzin lekcyjnych (czyli 15 godzin zegarowych), ale trzeba dojść, dojechać, obskoczyć kilka szkół, wreszcie poświęcić w domu czas na przygotowanie do zajęć. Niemniej jednak za „dniówkę szkoleniową” – 6 godzin lekcyjnych (12 dniówek miesięcznie z wyjątkiem wakacji), młody nauczyciel zarabia ok. 300 zł brutto (250 zł netto). Stale, za pośrednictwem swoich związków zawodowych narzeka, jak słabo płatna jest ta praca (tu, racja) oraz… nic nie zmienia. A da się? Skoro głównym pracodawcą pozostaje budżetówka, przykręcająca stale śrubę? Da się.

Kiedy moi starsi synowie byli w wieku szkolnym, przychodził do nich nauczyciel. Tzn. były nauczyciel, bo nie pracował w żadnej szkole. Jednocześnie człowiek renesansu, uczył kilku języków, a poza tym przygotowywał do matury z WOS-u i historii. Jego stawka godzinowa wynosi obecnie 60 zł/45 minut – w blokach 2-godzinnych – 120 zł. Jak to w przypadku korepetycji – bez podatku. Czyli za 6 godzin lekcyjnych zarabiał 360 zł – o 50% więcej niż w szkole. Ponieważ miał renomę i wyniki, robił dziennie tych godzin 12 (9 godzin zegarowych), co daje 720 zł/dzień, 3600 zł/tydzień, 14.400 zł/miesiąc netto. Poruszał się starym autem, nie wiem, czy dlatego żeby nie zwracać uwagi fiskusa (formalnie pozostawał bez pracy), czy nie przywiązywał do samochodów jakiejkolwiek wagi. Tak więc, da się . Sytuację w mojej branży opisałem w jednym z komentarzy – 100 zł/godzinę szybkiego zlecenia (bez podatku) tj. 800 zł/dzień, 4 tys. zł/tydzień, 16 tys. zł/miesiąc. Nawet sprzątaczka ma lepiej niż dziobacz na prostym etacie – 150 zł/3 godziny/mieszkanie tj. 450 zł dziennie (9 godzin), 2,25 tys. zł/tydzień, 9 tys./miesiąc. Tyle netto nie zarabia niejeden korposzczur na szeregowym stanowisku, a w budżetówce 1/3 tej stawki.

Możemy wyjechać za granicę i wyciągnąć spokojnie 10E/h przy szparagach. Pracujemy kwartał (w dwóch rzutach i po 60 h/tydzień) – przywozimy 36 tys. zł wg aktualnego kursu.

Przy takich obliczeniach nie warto kurczowo trzymać się (słabego) etatu. Skoro bowiem w rok zarabiamy na nim netto 36 tys. zł, lepiej (moim zdaniem) pracować kwartał i uzyskać:

  • 27 tys. zł przy sprzątaniu,
  • 36 tys. zł w szparagach,
  • 43 tys. udzielając korepetycji,
  • 48 tys. łapiąc szybkie zlecenia w mojej branży.

Przez pozostały czas – relaksować się. Istnieje oczywiście inna opcja, robimy freelance przez cały rok (szparagi odpadają) za sumę 3-4 krotności etatu. Ewentualnie wybieramy opcję pracy:

  • dwie godziny dziennie,
  • jeden dzień w tygodniu,
  • jeden tydzień w miesiącu,
  • jeden miesiąc w kwartale,
  • jeden kwartał w roku.

Jest jeszcze jedna ważna kwestia. Czy za 3 tys. miesięcznie da się wyżyć? I tu przychodzi nam z pomocą model funkcjonowania budżetowego. Jeśli chcemy żyć na kredyt w wielkim mieście – z pewnością nie da się (nawet we dwoje). Gdy jednak obniżymy standardy, sytuacja ulega zmianie.

To co stanowi biedowanie w stolicy, oznacza przeciętność na niewielkiej wsi (tu jednak trudno o zlecenia, korepetycje, sprzątanie, chyba że zdecydujemy się dojeżdżać). Chodząc do roboty tydzień miesięcznie, otwieramy sobie mnóstwo opcji, bo:

  • możemy produkować żywność,
  • sami wyrabiamy opał i palimy w piecu,
  • płacimy minimalne podatki (rolny) i składki (KRUS), a nasza emerytura będzie i tak na poziomie 70% pracujących,
  • mamy czas szukać pomocy lekarza,
  • dostajemy wszystkie dofinansowania (oficjalnie zero dochodu),
  • nie płacimy kolosalnych kwot ekipom remontowym,
  • możemy się rozwijać (czas!).
  • mamy spokój i znacznie mniej stresów.

A niedługo przedstawię model finansowy życia za 3 tys. zł w wersji singiel, para i rodzina 3-osobowa, pokazujący że nawet utrata jednej pensji – niestraszna.