Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Bez kategorii – Strona 14 – Oszczędny Milioner

Walden. Przemyślenia o podróżach i cenie pracy.

W jednym z akapitów Waldena, Thoreau stawia przed nami pewien paradoks. Podróż na dystansie 30 mil (ok. 50 km) odbyta pociągiem kosztuje dniówkę pracy. Skoro sprawy piechur pokona tę odległość w ciągu 10 godzin, nogi okażą się szybsze niż pociąg, na który trzeba zarobić, zanim wyruszy się w podróż. Wprawdzie relacje płacy minimalnej i ceny biletu kolejowego uległy drastycznej zmianie (a i sama podróż znacznie się skrócił), ale takie patrzenie na świat daje do myślenia.

Dzisiaj większość wybiera samochód. Dojazd na do stolicy samochodem (ok. 170 km) potrzebuję ok. 2 godzin. Paliwo do auta będzie mnie kosztować 70 zł (diesel), co oznacza 4 godziny pracy wg stawki minimalnej. Żeby zatem dotrzeć do Warszawy, potrzebuje 6 godzin, dwóch na drogę i czterech na pracę. W rzeczywistości nawet 8 (dwie na drogę, dwie na pracę, 2 na dojście do pracy, powrót z niej, przebranie się umycie itp.). W 8 godzin rowerem także dojadę do stolicy.

Mogę, to jasne wprowadzić pewne modyfikacje. Droga autem kosztuje 70 zł i 8 godzin pracy. Podróż pociągiem 30 zł (mam zniżki) czyli 4 godziny (dojście do pracy, powrót, mycie, przebranie – 2h i 2 h pracy),ale jeśli doliczę jeszcze podróż na dworzec w moim mieście i do celu w Warszawie (2 x 40 minut), oczekiwanie na pociąg (10 minut), powoli dochodzę do 5,5 godziny. Rowerem przejechałem w tym czasie nawet 120 km. Gdybym chciał jechać wygodnie (Bolt-em z dworca i na dworzec) doliczam przynajmniej 20 zł czyli …. podobny wydatek czasowy (tym razem na zarabianie).

Zostawmy syreni gród w spokoju. Popatrzmy na naszą aktywność zawodową. Utrzymujemy samochód, po to… aby dojechać do pracy.

Jeszcze długo można by się tak bawić. Jedno pozostaje niezmienne – każda podróż kosztuje czas i pieniądze, czyli ponownie… czas. tym razem poświęcony na zarabianie.

Rozważanie o samochodzie elektrycznym po przejechanych 10 tys. km.

Mam swoją Konę Electric od września zeszłego roku, przejechałem już prawie 12.000 km, mogę więc wyciągać pewne wnioski, także porównując z innymi autami tego typu. Niektóre będą zaskakujące.

Lato wcale nie jest porą najbardziej ekonomicznej eksploatacji. Zaskoczeni? Optymalna temperatura dla elektryka to +15 – +20 st. C. W niższych temperaturach musimy włączać odbiorniki energii, a system wymusza podgrzanie baterii. W wysokich działa klima, która skraca zasięg ( o 10%). Stąd, ani lato, ani zima, lecz późna wiosna i wczesna jesień (czerwiec i wrzesień).

Zużycie energii w zimie drastycznie rośnie, podobnie jak przy wzroście prędkości jazdy. Jazda w zimie, nawet na dłuższych odcinkach, oznacza zużycie większe o 20%. W mieście, na krótkich jest jeszcze gorzej (+40%). Dlaczego? Podgrzewanie: baterii, wnętrza auta i mojego tyłka (grzane fotele – super gadżet). Znaczne pompowanie stałej prędkości wysusza akumulator. Jadąc na wieś schodzę do 9-10 KWh/100 km, przy stałej 90 Km/h potrzebuję 10-12 KWh/100 km, a gdybym jechał 130 km/h już 25 KWh/100 km.

Rekordy pokazują potencjał auta. Mój rekord spalania na dłuższej trasie (miasto-wieś 30 km) zbliża mnie do niewyobrażalnego – 8,1 KWh/100 km. Trasa w góry (375 km), w znacznej części (240 km) po dwupasmówce, a częściowo (25 km) w miastach, dała rezultat 10.4 KWh/100 km. W wykręceniu tego rekordu pomogła mi zarówno niska prędkość (90 km na tempomacie), jak i doświadczenie rowerowe (jazda w tzw. wachlarzu minimalizuje zużycie siły napędowej).

Technika jazdy ma znaczenie. Oj, ma. Generalnie preferuję dwa style jazdy – emerycki i dynamiczny. Skrajności. Robiłem takie porównanie jadąc na wieś, te same pory, warunki, kolejne dni. Najpierw po emerycku – zużycie w okolicach 8-9 KWh/100 km. Czas jazdy – 45 minut/30 km. Potem +10 km/h.. Wyszło 10,5 KWh/100km i 40 minut/30 km. I wreszcie dynamiczna jazda +20 km/h. Zmieściłem się w 11,5 KWh/100 km i 32 minuty/100 km. Kluczem okazało się korzystanie z rekuperacji,zamiast hamulca, bo sporo na trasie zakrętów, skrzyżowań, zmian prędkości, górek i dołków. Czy warto oszczędzić 2,5 KWh/100 km (w cenie rynkowej prądu 3 zł, jak darmowo, to nic), a stracić 13 minut i frajdę z jazdy. Na dłuższą metę, nie sądzę. Rekordzista na zamkniętym torze osiągnął 5.5 KWh/100 km (ponad tysiąc km, autem z baterią 64 KWh). Co za przypadek, był to …. Hyundai Kona.

Technikę jazdy pokazuje różnica między kierowcami. Moja żona, jeżdżąca jak benzyną (z niewielkim udziałem rekuperacji) zużywała we wtorek-piątek 12,5 KWh w trasie na wieś (3 przyjazdy, więc nie ma mowy o przypadku), podczas gdy ja w poniedziałek i sobotę łatwością mieściłem się poniżej 9.5 KWh (a schodziłem i do 8.1 KWh/100 km).

Kluczem jest auto i dostosowanie do potrzeb. Czytam sporo testów i rozmawiam na ładowarkach. Moja Kona, eksploatowana przez różnych ludzi (mój pracodawca ma drugą i jeszcze E-Soula z tym samym napędem – obie prowadzą zawodowi kierowcy), wydaje się najoszczędniejszym autem, a na pewno złotym środkiem, gdyby miała większą baterię. Bo tak, średnia z 10000 km (wtedy zresetował się komputer), wynosi …. 12,4 KWh/100 km, a spory dystans pokonałem w zimie i na drogach szybkiego ruchu (choć rzadko przekraczając licznikową setkę, poza jednym wypadkiem szaleńczej jazdy na dworzec przez 50 km). Katalogowo winno być ok. 14 KWh/100 km. Reset licznika w marcu (czyli wiosna) dał średnią 10.4 KWh. Teraz przy baterii 39 KWh komputer pokazuje mi zasięg przewidywany od 350 do 370 km (w praktyce 62% baterii znika po 200 km na dwupasmówce). Nieźle. Bo są auta teoretycznie oszczędne, ale w praktyce nieużyteczne. Albo przeciwnie – duża bateria, lecz ogromne zużycie. Ot, weźmy takiego Hyundaia Ioniqa I w wersji 28 KWh, jeszcze oszczędniejszego niż Kona. Przejeżdżą katalogowo i realnie 260 km. Tak samo jak BMW iX z baterią 80 KWh, lecz za to spalaniem na poziomie 28-30 KWh (w mieście!). Po co mi duży SUV z zasięgiem 260 km? Bez sensu.

Podobnie fatalne wyniki notuje Volkswagen ID.3. Bateria ok. 58 KWh (są i większe), ale spalanie miejskie 17-18 KWh. Z Koną 64 KWh ma podobną pojemność, lecz znacznie niższy zasięg (330 km kontra 550 km). Z moim 39 KWh także ciężko mu się równać, bo wprawdzie zasięg pozostaje taki sam, ale koszty eksploatacji są 1,5 razy większe. Litościwie pomijam Leafa I z baterią 24 KWh a spalaniem 18 KWh, bo to dramat. Patrzmy więc na realny zasięg na baterii i koszt, a nie samą pojemność.

I jeszcze sposób eksploatacji. Kona oszczędniejsza dla oszczędnych, okazuje się przy 130 km/h (autostradowo), porównywalna z Porsche Taycanem (prawie 600 KM).

Szybkość ładowania ma znaczenie. Teraz widuję w trasie sporo ładowarek 100 KWh, co oznacza, że nowsze auta załadują się na 300 km w krótszym czasie ( nawet jeśli palą 24 KWh/h) niż moja Kona, która realnie przyjmuje średnio 30-45 KWh/h a spala prawie 12 KWh/h (średniorocznie). Coś za coś. Bateria ładowana wolniej, wolniej też się degraduje. Do tego dochodzi fakt, ze np. darmowe ładowarki Lidl/Kaufland mają moc ograniczoną do 20 KWh (sztucznie), co oznacza że 20 KWh będziemy ładowali w godzinę. I wtedy Kona z małym zużyciem paliwa wygra, jeżeli priorytetem jest oszczędność. Z drugiej strony czekanie na stacji 1 godzinę, żeby dobić prądu za 16 zł (wg cen domowych) lub 52 zł (wg cennika Orlenu) uważam za benzsens, zwłaszcza, że po obniżeniu mocy ładowania na darmowych stacjach powstały ogromne kolejki. Takie ładowarki powstały po to, aby korzystać z nich przy okazji zakupów (tak też robię) a nie w trasie.

O dziwo, ostatnio wyniki ładowania na Orlenie i Greenwayu sporo się poprawiły. Wcześniej krzywa wyglądała tak, że 50 KW auto przyjmowało w krótkim (pomiędzy 45 a 52 %) interwale baterii, potem spadało to wszystko do 7 KWh (DC pow. 80%), a przed 45% wahało się ok. 33 KWh. Ładowanie 10 KWh trwało więc ok. 20 minut (średnia 30 KW/h).

Ostatnia, rekordowa jazda w góry pokazała istotną zmianę. Podjechałem, po 200 km, mając jeszcze 17% (a startowałem z 75%) i w ciągu 12 minut przyjąłem 10 KWh (średnia 50 KWh) oraz teoretyczne 80 km zasięgu. Następny postój na kolejne 11 KWh trwał 15 minut (średnia 44 KWh). Na miejsce dojechałem mając jeszcze 27% baterii. Ładowanie przyspieszyło o 50%. Z takimi wynikami można już jeździć spokojnie. 12 minut postoju, to akurat tyle, żeby wejść do budynku stacji, zamówić hotdoga, dostać go, zrobić sobie kawę i na spokojnie zjeść go w aucie. Oczywiście jeśli nie ma kolejki do kasy. Koszt dojazdu 375 km wynosi 71 zł na płatnych ładowarkach oraz z gniazdka (19 zł/100 km). Czas podróży (z ładowaniem) wydłużył się z 4:42 (4 i pół godzin jazdy plus 12 minut hottdog w przypadku spalinowca), do 5:42 (w tym 5:18 samej jazdy). Może gdybym gonił po dwupasmówce po 140-150 km/h (średnia prędkość 120 km/h zamiast 85 km/h elektrykiem), na 240 km zyskałbym w spalinowcu jeszcze pół godziny. A tak różnica wyniosła godzinę (w tym 48 minut na samym czasie przejazdu).

Koszty. I tu dochodzimy do sedna. Na chwilę zapomnijmy o przepisach, wymogach, restrykcjach, zerowej emisji do 2035 i strefach czystego transportu. Niech zostanie czysta ekonomia. Jeśli wziąć pod uwagę, że Koną zrobiłem w ciągu 7 miesięcy aż 10 tys. km (część pomijalną jeździł mój syn), płacąc za abonament niecałe 250 zł i za prąd 700 zł, to za wychodzi mi średnia 10,5 zł/100 km. Zauważcie, że z tych 10 tys. km sporo pokonałem w długiej trasie (6200 km), a tylko ok. 1/3 miejsko i podmiejsko. Nie było to typowe zużycie auta elektrycznego (drastyczna przewaga trasy). Żaden inny samochód nie ma szansy zbliżyć się do tego wyniku, bo to 3,5 litra gazu i niecałe 1,7 litra „zwykłego” diesla czy etyliny.

Ba, podróż w góry uświadomiła mi potencjał kosztów w trasie. Te 19 zł/100km wyrywają z butów. Jadąc Passatem TDI mój syn miał 4.6 l/100 km czyli 28 zł/100 km przy średniej prędkości (znaczna przewaga autostrad) 84 km/h (ja miałem, przy zupełnie innej strukturze – dwa miasta + 100 km drogi lokalnej – równe 75 km/h). Taki wynik diesla to przyjazd szybszy o ok. 12%, przy wzroście kosztów o 50%. A autostrada to matecznik diesla. W mieście czasy będą na korzyść elektryka (buspasy), a koszty drastycznie niższe.

Jeśli koszty rozbudujemy o utrzymanie, to poza pakietem startowym nie wydałem nic. A i ten był tani – przegląd 650 zł tzw. średni (z filtrem kabinowym i rozszerzoną diagnostyką baterii), oraz 1000 zł naprawa uszkodzonego zaworu. Tyle. Startowy pakiet Fiata 500c (oszczędny silnik) kosztował mnie 2200 zł, a Passata w TDi – 2400 zł, plus różne rzeczy jeszcze wychodziły, przy czym miały one większy przebieg.

Tylko w jednej pozycji elektryk przegrywa – utrata wartości. Akurat mnie to nie dotyczy, bo po roku sprzedam wóz za cenę zakupu (99 tys. zł), ale co będzie potem? Policzmy zresztą, zakładając, że auta używane będą kosztowały tyle samo co dziś. Kona w wersji podstawowej kosztuje obecnie ok. 167 tys. zł. Jeżeli dodam 27 tys. zł obniżki z racji Karty Dużej Rodziny mam 140 tys. zł. Egzemplarz 4-letni wart jest 107 tys. zł (mój cenię niżej z racji lekkiej stłuczki), więc stracono 33 tys. zł/4 lata, co daje 8,25 tys. zł rocznie. A gdyby wybrać Konę w benzynie? Jej cena obecna to 89 tys. (mój model) i 109 tys. zł (nowy). Ja wybieram stary, 20 tys. na ulicy nie leży. Cena 4 latka, wynosi około 65 tys. zł. Utrata wartości – 24 tys. zł. Mniej o 9 tys. zł w tym samym czasie. Daje to roczną różnicę 2,25 tys. zł. Czy da się to odrobić na paliwie?

Benzynowa Kona pali średnio 6,5 l/100 km czyli 42,5 zł/100 km. Przy spalaniu elektryka 10,5 zł/100 km mamy różnicę 32 zł na każdych 100 km. Już po 7000 km rocznie zarabiamy na elektryku. Ja tyle robię w pół roku, sporo jeżdżąc w trasie (przez 7 miesięcy 8 wyjazdów po ok. 800 km). Nie biegnijcie od razu do salonu Hyundaia. Dlaczego? Ponieważ moje warunki eksploatacji są wyjątkowe. Najpierw – mam FV na wsi, na trasie „górskiej” darmową ładowarkę, na „synowskiej” tak sam (na mecie), teraz też otworzyli darmowy punkt ładowania w moim mieście (LIDL). Gdyby przyjąć cenę z komercyjnej ładowarki – 2,3 zł/100 km, to prawie 30 zł/100 km. Nawet przy miejskiej eksploatacji (więcej benzyny), różnicę 23 zł/100 km elektryk odrabiać będzie 10 tys. km. mając znaczne ograniczenia (czas przejazdu). Jeszcze inaczej, gdy musicie kupować bilet parkingowy (w moim mieście 2400 zł rocznie), co samo w sobie spowoduje, że elektryk zarobi na swoją wyższą utratę wartości, ponieważ parkowanie kosztuje nas równe 0 zł.

Liczcie dostosowując do swoich warunków i sposobu eksploatacji. W długich trasach opłaci się diesel, mieście i pod nim oraz przy darmowym ładowaniu – elektryk, zwłaszcza jeśli pracujecie w strefie płatnego parkowania i dojeżdżacie autem.

Na koniec historia pod tytułem „góral i dutki”. W moim miejscu w górach jest sobie właściciel sporego pensjonatu. Kupił KIĘ EV6 z baterią ok. 80 KWh. Założył darmowe ładowanie, bo auto za 250 tys. zł ma się zwrócić. Do tej pory problem miał mniejszy – działała szybka ładowarka DC (50 KWh) przy elektrowni wodnej. Wystarczyło raz w tygodniu podjechać te 20 km, pójść na kawę (tam jest bistro), przeczytać gazetę i załatwione. Ale z uwagi na natężenie ruchu przy „prądopoju” (zjeżdżało się całe Podhale) PGE postanowiło ograniczyć moc (formalnie remont) . Teraz działa tam wolna ładowarka AC o mocy 11 KW. Uzupełnienie prądu w Kii (nawet przy założeniu, że przyjeżdżamy mając te 15%) trwa godzinami (6-7 godzin). Co więc robi góral? Wysyła żonę. Ta podłącza auto. Idzie 10 minut na przystanek. Wsiada w busa. Jedzie do koleżanki 10 km. Pije kawę u niej (kolejna oszczędność), siedząc tam 5 godzin. Wraca po busem. Odpina auto. I hajda do domu. Pomijając fakt, że blokuje ładowarkę innym na pół dnia, wyda 15 zł na busa, a zaoszczędzi (wg cen domowych) = 60 zł. Jemu rocznie zostaje w kieszeni 2300 zł, ale jaka uciążliwość dla żony (z tym się raczej nikt nie liczy). Zwłaszcza, że mówimy o człowieku, który zarabia tę kwotę z wynajmu pokoi w jeden letni dzień.

Jem jak popańszczyźniany chłop. Wnioski.

Kończy się miesiąc, wyzwanie dobiega końca. Czas na podsumowania, częściowo już dokonane. Jakie mam wnioski?

Nie trzeba mieszkać na wsi, żeby żyć jak chłop. Sporą część miesiąca spędziłem w mieście. Nadal tam pracuję, formalnie 5 dni w tygodniu (są oczywiście urlopy, więc w praktyce mniej), prowadzę działalność gospodarczą. Z racji pory roku i braku zwierząt, tylko część produktów pochodziła z mojej własnej działki (owoce, część warzyw). Mleko, ziemniaki, słoninę, składniki na chleb i kluski, dokupowałem. Ten wniosek stanowi istotne wsparcie dla wszystkich stopniowo uciekających z systemu. Nawet w dużym mieście, da się jeść jak popańszczyźniany chłop.

Jest tanio. Nawet kupując większość produktów, żyjemy taniej niż większość współczesnych. Dlaczego? W przeliczeniu na kg/kcal taka dieta jest najtańsza. Kilogram ziemniaków kosztuje 2 zł za 730 kcal. Kilogram mąki 4,5 zł za 3640 kcal, chleba domowego 3 zł za 2600 kcal, mleka 3,5 zł za 650 kcal, smalec (własny) 9 zł za 9000 kcal, a mięso wieprzowe 15 zł za 2700 kcal. Wynik łatwo sobie porównać. Chleb jest 5 razy tańszy w przeliczeniu kcal/1 zł. Oczywiście, brak mięsa w dłuższym czasie (bo już nie tłuszczu zwierzęcego) może się odbić na zdrowiu. Czy zastąpi go białko roślinne (ze strączkowych) – nie wiem. Miesiąc takiej diety kosztował mnie 182 zł, a i tak żyję lepiej niż chłopi w czasie Wielkiego Kryzysu.

Mało czasu poświęcamy na gotowanie. Ponieważ rolnicy 150 lat temu przeznaczali mnóstwo czasu na pracę na roli, nie mieli czasu gotować (a w zasadzie nie miały, bo panowie do kuchni nie wchodzili). Zsiadłe mleko robi się samo. Chleb piecze maszyna (nakład pracy minimalny), wtedy potrzebny był człowiek, ale pieczono raz na kilka dni. Zagnieść kluski to moment. Inaczej było z barszczem, ale szybko zastąpiłem go mlekiem. Ziemniaki obrać i ugotować – 10 minut roboty. Odsmażyć – jeszcze mniej. Prostota pozwala nam odzyskać sporo czasu i być w kontrze do dzisiejszego trendu.

Większość możemy wyprodukować sami. Gdybym się uparł i kupił kozę i 2 kury, większość dań wyprodukuję sam z własnych produktów. Kupowałbym tylko przyprawy i słoninę na smalec. Groszowe kwoty w skali miesiąca. Bez zwierząt – kupiłbym smalec, jajka, mleko. Koszt 1kg słoniny, 5 jajek i 10 litrów mleka, trochę soli – 50-60 zł.

To najłatwiejszy aspekt prostego życia. Jeśli chcielibyśmy wrócić do prostoty, to akurat w obszarze jedzenia powrót wydaje się najłatwiejszy. Zamiana samochodu na konika, żarówki LED na lampę naftową, wodociągu i prysznica na kołowrót studni i miskę, wreszcie kortykosteroidów na ziółka (mój przypadek), wydaje się zdecydowanie trudniejsze. Do dobrego człowiek przyzwyczaja się szybciej. Moje dziecko nie musi chodzić na pastwisko co rano i wracać wieczorem (nawet psa wyprowadzamy na zmianę). Nawet postanawiając żyć tanio – mamy znacznie lepiej niż chłop sprzed 150 lat.

O debacie „liberałów”. Mentzen i Petru.

Już zapowiedź RMF FM, że odbędzie się „debata liberałów” wzbudziła mój śmiech. Mentzen nie jest żadnym liberałem, lecz prawicowym populistą, a Petru to korporacjonista. Dlaczego? Klasyczni liberałowie koncentrują się na wartościach takich jak wolny rynek, własność prywatna i prawa obywatelskie. W przypadku doktora z Torunia nie ma mowy o tych ostatnich, jest wyłącznie XIX-wieczny kapitalizm darwinistyczny. Petru szanuje własność prywatną, dopóki należy do korporacji.

Jak można się domyśleć, nie było mowy o żadnej debacie, tylko o pyskówce politycznej. Da się z niej jednak wyłowić pewne znamienne poglądy, które otwierają oczy na nie-liberalizm Mentzena w kwestiach gospodarczych, albo są zupełnymi herezjami. Oto przykłady.

Obecny poziom deficytu i zadłużenia państwa jest bezpieczny.

Podobno to temat jego doktoratu, ale większej bzdury dawno nie słyszałem.

Po pierwsze, jak tłumaczy nam pan Banaś z NIK, oficjalny deficyt to kropla w morzu faktycznego zadłużenia – przeniesionego poza budżet (słynny fundusz COVID-owy). Więc mówiąc o zadłużeniu i deficycie trzeba pamiętać o czym mówimy. Dane z ustawy budżetowej są niewiarygodne. Gdyby dodać te pozabudżetowe, przekraczamy limity konstytucyjne. I nie, to nie jest bezpieczne.

Po drugie, w dobie wysokich stóp procentowych, dług państwowy oznacza gigantyczne koszty jego obsługi. Dane szacunkowe Ministerstwa Finansów (z pewnością zaniżone) mówią o 66 mld rocznie. Jeszcze rok temu były to 33 mld, a dwa lata temu 26 mld. Dalej mówimy o bezpieczeństwie? Minister Błaszczak pożyczył w Korei kolejne 76 mld (obsługa przy 6% odsetek, to kolejne kilka miliardów zł). Gdyby nie rozdawnictwo i marnotrawstwo (500+, wille plus, Fundusz Sprawiedliwości, bezsensowne tarcze) kupowalibyśmy tę broń za gotówkę. Śniegowa kula dopiero się rozkręca. I nie wiadomo czy nie zaprowadzi nas do Grecji, Wenezueli czy Argentyny.

Należy zlikwidować ZUS.

To hasło typowo populistyczne. Nie jest problemem sama instytucja, lecz kształt systemu emerytalnego. Pomimo odciągania na emeryturę 20% pensji (pracodawca + pracownik), pieniędzy nie ma, wydaje się je na wypłatę obecnym emerytom, są tylko zapisy na koncie. I tu widzę zagrożenie, a nie w samym fakcie powszechności systemu.

Inną kwestią pozostają składki, bo ZUS to nie tylko emerytura. Płacenie rentowej przez emeryta uważam za wyciąganie kasy, podobnie jak wysokość tej składki. Rentę dostają alkoholicy, a ludzie faktycznie chorzy – już nie, bo cudownie ozdrowi ich lekarz orzecznik. Sprawy w sądzie ciągną się latami. Właśnie jeden z moich klientów wywalczył rentę za rok 2016.

W przypadku emerytur powstaje pytanie czy składka powinna być równa, czy proporcjonalna do dochodu. Podobnie jak emerytura. Za chwilę 60% ludzi dostanie emeryturę minimalną za którą nie sposób wyżyć, mimo że przez lata płacili ok. 1000 zł składek emerytalnych i lat pracy mieli także dobrze powyżej 30. Wszyscy przedsiębiorcy znajdą się w takiej sytuacji.

Należy zlikwidować składki ZUS od pracujących emerytów.

Takie zdanie, utwierdza mnie w przekonaniu, że można mieć doktorat z ekonomii i pozostać zwyczajnie ślepym na zasady rynku.

Nie znosi on próżni i przenosi kasę w najbardziej optymalne miejsce. Kiedy zlikwidowano składki i podatki dla uczących się do 26 r.ż., firmy zaczęły zatrudniać młodzież. Gdy zlikwiduje się je dla emerytów, opłaci się trzymać emerytów. W naszym kraju, gdzie o 25-latkach mówi się „roszczeniowi” „dające w szyję” itp. zapewni to dalsze starzenie się społeczeństwa. Młodzi (już po studiach, więc składki pełne) wyjadą, bo nie chcą utrzymywać znacznie większej rzeszy emerytów. W efekcie straci i państwo i emeryci (ich świadczenia finansują pracujący). Doktor ekonomii tego nie rozumie?

Zupełnie inną kwestią pozostają składki rentowe, bo tych na emeryturze nie potrzeba i są zwyczajnym łupieniem społeczeństwa, podobnie jak tzw. zdrowotne, płacone po kilka razy i od sprzedanego w firmie samochodu. Z tym trzeba walczyć.

Gwoli sprawiedliwości. Petru też błysnął, pomysłami w stylu powszechnego wieku emerytalnego 62 lata. Obaj panowie chcą geograficznie różnicować wysokość płacy minimalnej, co spowoduje …. dalsze wyludnianie okolic granicy z Rosją, Białorusią, Ukrainą i Niemcami (lubuskie). Dla mnie to głupie i niebezpieczne. Dogmatyczne pompowanie wielkich ośrodków skończy się problemami, takimi jak powstanie megalopolis warszawskiej. Pomijam już fakt, czy ustalając minimalną, mówimy o regionie czy mieście. Bo w takim mazowieckim, znajdziemy bogatą Warszawę z przyległościami i biedny Łuków czy Szydłowiec. Ustalenie dla nich równej stawki nie ma sensu, a „powiatowa płaca minimalna” doprowadzi do ogromnego skomplikowania systemu oraz błędów zawyżania wskaźnika w wyludnionych powiatach, zdominowanych przez jeden zakład np. Puławy (ZAP) i Łęczna (Bogdanka), miałyby ją wyższą niż Lublin – stolica województwa.

Jem jak popańszczyźniany chłop. Koszt życia.

Proste jedzenie ma swoje zalety. Po pierwsze nie muszę zastanawiać się co przygotować, skoro wybieram z 2-3 opcji (ziemniaki z omastą, kluski na mleku, barszcz) problem z gotowaniem ograniczyłem do minimum.

Drugi istotny plus – ceny. Moje tygodniowe menu to 3-3,5 lita zwykłego mleka, 2 litry zsiadłego, 2-3 chleby,

Jeżeli? Skromne życie na wsi.

Lipiec w tym roku może być szczególnym miesiącem. Rzucenie „pierwszej” pracy, zostawienie sobie tylko firmy i „drugiej” pracę – 2 dni w tygodniu. Ponieważ zgromadziłem sporo urlopu już lipiec może być pierwszym miesiącem na wsi (pracodawca nie chce wypłacać ekwiwalentu). Na bieżąco planuję notować, jakie mam potrzeby finansowe i jak mija mi czas. Nic nie jest wieczne, a program „Czyste powietrze” kusi. Stąd obliczenia zakładają także, co by się stało gdybyśmy z żoną całkiem rzucili etaty. Do tego odnosi się pytanie w tytule – Co jeżeli stracimy pracę?

Problem 1. Utrata pewnego, comiesięcznego dochodu. Trzy etaty, nawet słabo/przeciętnie płatne dają ponadprzeciętne zabezpieczenie. Razem mamy ponad 3 średnie krajowe czyli ok. 15 tys. zł/miesięcznie, a bez mojej, rzucanej właśnie roboty 9 tys. zł (netto). Całkiem bez pracy musimy sobie ten ubytek wyrównać, przynajmniej do poziomu wydatków.

Problem 2. Co zrobić z czasem? Siadać przed TV? Poświęcić się zarabianiu? Podróżować? Czy … zamieszkać na wsi?

Problem 3. Czy warto utrzymywać dotychczasowy styl życia i czy będzie to możliwe?

Rozwiązanie pierwszego problemu tkwi w rezerwach. Z dwoma pensjami poradzimy sobie swobodnie nawet w mieście (przecież dg też coś zarobi). Z jedną (moją) też, choć wymagać to może kombinowania. A całkiem bez poborów, chyba tylko na wsi. Uwolnimy wtedy nasz dotychczasowy dom, uzyskując dochód z najmu w wysokości jednej pensji. Do tego, mieszkanie w górach zamienimy na podobne w Gdańsku, wynajmiemy. Działka w górach pójdzie w dzierżawę. Tym sposobem uzyskamy w sumie ok. 9 tys. zł tj. równowartość dwóch średnich pensji.

Jednocześnie koszty znacząco spadną. Na wsi kształtują się następująco.

Opłaty. Prąd – 22 zł miesięcznego abonamentu. Bieżąca produkcja będzie zużyta, a jeśli nie 80% wraca potem z sieci. Oszczędzając, damy radę (2400 KWh/rok). Woda – 40 zł. Ścieki – przydomowa oczyszczalnia wymagać może wyciągnięcia „gęstego” raz w roku – 15 zł/miesiąc. Gaz – pójdzie z butli – wynik 30 zł/miesiąc. Ogrzewanie – własne drewno z własnego pieca, może trzeba będzie dokupić brykietu – 100 zł. Śmieci – 84 zł oraz internet 85 zł, kosztują podobnie jak w mieście. Na koniec jeszcze telefony komórkowe 80 zł i podatek 80 zł. W sumie – 536 zł.

Transport. Nawet mieszkając na wsi, przez połowę roku (180 dni) musimy być w mieście, uwarunkowani szkołą najmłodszego syna. W takim położeniu potrzebne nam auto. Minimum jedno np. Fiat 500c. Przebieg ok. 65 km dziennie, pomnożony przez 180 dni da ok. 12.000 km czyli:

  • 340 zł ubezpieczenia OC,
  • 400 zł na przeglądy (OT zrobię sam, gazowy obowiązkowy i państwowy),
  • 1000 zł na naprawy (wolę przeszacować),
  • 2800 zł paliwo,
  • razem rocznie: 4540 zł (miesięcznie 378 zł).

Gdybyśmy chcieli drugie auto (zimowo-zapasowe), potrzebujemy ok. 150 zł/miesiąc na jego utrzymanie, spali też więcej, więc dwa kosztować nas będą 650 zł (bez utraty wartości).

Jem jak popańszczyźniany chłop. Założenia.

Na początku tego roku przeczytałem kapitalną książkę „Pamiętnik włościanina” Jana Słomki. Opowiada on o życiu na polskiej (galicyjskiej) wsi pomiędzy uwłaszczeniem (czyli rokiem 1848) a dwudziestoleciem międzywojennym. Jednym z aspektów, który udało mi się wyłowić, było odniesienie do warunków żywienia na wsi na przełomie XIX i XX wieku. Przeczytałem też parę rozdziałów z innych książek wspomnieniowych. Spróbuję to powtórzyć, z analizą, ile kosztuje taki tryb życia. Przez cały czerwiec planuję jeść prawie dokładnie to co popańszczyźniany chłop. Oto menu .

Śniadanie. Barszcz z chlebem razowym (ew. kluski na mleku) i ziemniaki ze skwarkami jedzone jako dwa śniadaniowe dania. W mniej pracowite dni poprzestanę na jednym.

Podśniadek. Dostawali go tylko pracujący od czerwca do września. Pracujący, czyli ja. Kieliszek wódki (w pracy, pominę – widzę minę moich współpracowników, jak w pomieszczeniu socjalnym nalewam sobie pięćdziesiątkę), kromka chleba (odpowiednik naszych 2-3 kromek) słonina lub masło, ser lub twaróg. W praktyce, kanapki.

Obiad. Kapusta z kaszą jako pierwsze ew. kasza z mlekiem. Drugie kluski/paluchy żytnie z mlekiem lub maszczone, lub pierogi z serem. W mojej wersji – kluski ze skwarkami + kasza jaglana z mlekiem.

Podwieczorek. Jak podśniadek.

Kolacja. Jak śniadanie.

Widzicie, niezbyt skomplikowane dania. W sam raz, żeby zrobić na szybko. Nie potrzebuję też specjalnie obszernej spiżarni.Mąka na chleb, kluski, pierogi. Ziemniaki. Ser (do chleba i pierogów), kapusta, omasta (u mnie smalczyk), kasze, słonina.

Trochę przeszkadzać może monotonia, zobaczymy. Na pewno jednak wyjdzie prosto.

Moje roczne rozliczenie podatkowe. Jak nas łupi fiskus i co wyszło z Polskiego Ładu.

Cały zeszły rok zaczynał się od nieśmiesznego, ale gigantycznego zamieszania z Polskim Ładem. Miało być tanio, a wyszło drogo. Grupy najbardziej poszkodowane (zarabiający niewiele na zleceniu) dostały mocno w skórę. Oberwali też przedstawiciele części klasy średniej – wielodochodowcy, tacy jak ja (ponad 1000 zł miesięcznie na potrąceniach). Potem próbowano to łatać, zostawiając nieodliczalną składkę zdrowotną. A jak wyszło? Pokazuje to moje rozliczenie PIT.

Najpierw – rozliczam się z żoną, co umożliwiło mi zostanie beneficjentem wyższych progów. Na samodzielnym rozliczeniu, straciłbym 10 tys. zł. Gdyby nie podniesiono progów, pomimo wspólnego rozliczenia, byłbym w plecy podobnie. Obniżenie stawki podatku o kilka procent dało nam dodatkowo 10 tys. zysku. Powinniśmy zyskać ok. 20 tys. zł. Czyli Polski Ład opłacił mi się? Nie.

Samej składki zdrowotnej, zapłaciliśmy oboje ok. 25 tys. zł, co przy współczynniku odliczenia 87% dawało nam, według poprzednich zasad 22 tys. zł mniej. Ogółem dostaliśmy w plecy ok. 2 tys. zł. Niby niewiele, a jednak. Bo tegoroczny PIT uświadomił mi, ile faktycznie płacimy podatków i parapodatków (składek). Na każde zarobione 50 tys. zł (niedługo to pensja minimalna) przypada:

5 tys. składek emerytalnych (pracownik),

2.5tys. składek rentowych,

4.2 tys. składek zdrowotnych,

1,2 tys. zł składek chorobowych,

0,5 tys. składek zakładowych,

2,5 tys. zaliczek na podatek.

Łącznie: 13.4 tys. zł potrąceń parapodatkowych + 2.5 zł podatku. Daje to obraz rzeczywistości, w której, osoba stosunkowo mało zarabiająca, ma efektywne obciążenia pensji na poziomie ponad 30%, a jeśli dodamy składki pracodawcy prawie 40%.

Akurat nas wspomagają odliczenia. Bo kasujemy ulgę na dzieci, 2 x IKZE (na emeryturę trzeba oszczędzać). Mnie ratuje niska pensja żony, więc w efekcie będzie spory zwrot. Oznaczający, że państwo „pożyczyło” sobie z naszych dochodów 8 tys. zł bez procentu na ładnych kilka miesięcy.

Ile dodatkowo kosztuje nas praca?

Joe Dominguez i Vicky Robin w książce „Your money or your live” zachęca do przeprowadzenia prostej kalkulacji – ile faktycznie zarabiamy i ile kosztuje nas praca. Oto wyniki.

Dojazdy. W moim „miejskim” przypadku prawie nic. Przy czym jestem mocno nietypowy. Do roboty idę piechotą (moja żona też). Ale już większość moich współpracowników, z racji odległości, dojeżdża. Weźmy zatem przeciętną odległość 5 km. To taka granica, poza którą ludzie wybierają auto. 10 km dziennie, w moim mieście (średnie tempo 20 km/h), oznacza 30 minut jazdy, bez większych korków rzecz jasna (mój rekord w Poznaniu – 1 km/10 minut = 6 km/h) . Średni samochód spali na takim dystansie 0,8 litra ropy – co przy dzisiejszych cenach daje 6 zł (120 zł miesięcznie). Ale jeszcze koszty utrzymania auta – 200 zł. Razem 320 zł.

Niektórzy mają jednak 8km w jedną stronę (16 km dziennie), co daje 10 zł (200 zł miesięcznie), a z kosztami utrzymania najgorszego gruza – 400 zł.

Gdybym przeniósł się na wieś muszę dojeżdżać 70 km dziennie (w obie strony, od drzwi do drzwi). Koszty utrzymania -wzrosną (300 zł zamiast 200 zł), a paliwo podrożeje do 400 zł (gaz i mały wóz). Razem 700 zł miesięcznie.

Strój, makijaż, fryzura. Moja praca wymaga pewnego stroju. Raz w roku garnitur (500 zł), buty – (250 zł), od czasu do czasu (raz na 4 lata) – płaszcz (600 zł), do tego koszule (200 zł/rok). W sumie liczę ok. 1100 zł/rok tj. ok. 80 zł miesięcznie. Za fryzjera płacę 40 zł. Makijażu nie stosuję.

W przypadku kobiety zarówno ceny ubrań, jak i fryzjera/makijażu, spokojnie mogę mnożyć x 2 i to w wersji ekonomicznej. A więc 160 zł.

Lunche, brunche, 2-gie śniadania. Ponownie liczę koszty w wersji ekonomicznej i typowej. Ekonomiczna, wydaje się mi najbliższa, 2-gie śniadanie pakuję do pracy. W niej dorzucam się tylko do kawy (56 zł wraz z mlekiem). Czyli ta kawa (1,5 zł za kubek), to cały koszt.

Ale już moi współpracownicy robią inaczej. 20 zł wydają dziennie na różne przekąski. Plus jasne, że opłacają kawę. Miesięcznie rachunek rośnie do 450 zł. Są też tacy, którym 20 zł idzie na kawę, a łączny rachunek wynosi … 1000 zł (50 x 20).

Drobne biurowe prezenty. Niby drobne, ale zbiórka po 5 zł 2 razy w miesiącu, daje 10 zł. A nie mówimy o miejscu, w którym regularnie obchodzimy imieniny, albo odwiedzamy knajpy.

Razem koszty stroju, jedzenia, dojazdu prezentów zaczynają się od 500 zł (170 zł gdy chodzimy do roboty), a bez wysiłku dobijają do 1000 zł.

Gdybym dojeżdżał ze wsi – 850 zł.

O takie kwoty musimy pomniejszyć swoje pobory. Dla mnie 170 zł to niecałe 2% pensji. Dla mojej żony 250 zł to już 8% (a dalej piszę o osobie, która na transport wydaje…0zł).

Teraz policzmy wakacje. Kto nie pracuje, nie potrzebuje wakacji – takie założenie postawili autorzy YMYL. Obserwując znanych mi rentierów – zaprzeczam, ale niewątpliwie te wakacje mogą być tańsze. I znowu, wiele zależy od rodziny. Ja będąc raz w miesiącu na kilka dni w górach, płacę tyle co za paliwo, plus atrakcje, plus letni wyjazd nad wodę – razem pewnie w 1000 zł pobyt się zmieszczę.

Wielu moich znajomych liczy inaczej. Lato – tydzień all inclusive (15.000 zł), potem weekend majowy i listopadowy po 4000 zł (8000 zł), następnie wyjazd z dziećmi na narty 6000 zł, własny wyjazd w gronie dorosłych na lodowiec 6000 zł. I już mamy 35.000 zł/rok. Na każde z dwóch pracujących daje to prawie po 1500 zł/miesięcznie.

W sumie praca kosztuje nas czasem 1/3 pensji.

Oszczędzanie energii elektrycznej. Ile kosztuje użytkowanie ekspresu do kawy?

W moim miejscu pracy gorączka. Trzeba oszczędzać energię. Nie byłbym sobą, gdybym pod płaszczykiem „Wujka Dobra Rada” nie przemycił trochę draki. Tak było i  tym razem.  Podczas rozmowy z osobą odpowiedzialną za wdrożenie programu ograniczenia zużycia prądu usłyszałem tekst o energożerności ekspresu do kawy. Odpowiadam: trzeba założyć w gniazdku watomierz. Przychodzę następnym razem i jest. Przy okazji znalazłem takie urządzenie w domu (z czasów, gdy grzaliśmy prądem) i podłączyłem do domowego ekspresu. Jakie były wyniki? Czytaj dalej Oszczędzanie energii elektrycznej. Ile kosztuje użytkowanie ekspresu do kawy?