W moim miejscu pracy gorączka. Trzeba oszczędzać energię. Nie byłbym sobą, gdybym pod płaszczykiem „Wujka Dobra Rada” nie przemycił trochę draki. Tak było i tym razem. Podczas rozmowy z osobą odpowiedzialną za wdrożenie programu ograniczenia zużycia prądu usłyszałem tekst o energożerności ekspresu do kawy. Odpowiadam: trzeba założyć w gniazdku watomierz. Przychodzę następnym razem i jest. Przy okazji znalazłem takie urządzenie w domu (z czasów, gdy grzaliśmy prądem) i podłączyłem do domowego ekspresu. Jakie były wyniki?
Robiąc sobie jaja w pracy, podejrzewałem, że to akurat ślepy zaułek oszczędzania. I tak się okazało. W moim domu głównym kawoszem jest żona. Pije 3 filiżanki dziennie, wybierając lungo (tzw. duża czarna). Ja z kolei zadowolę się espresso (2x). Wpadają jeszcze mój teść i syn, aby załapać się na swoje lungo. Chwilowe zużycie robi wrażenie, podczas parzenia espresso watomierz pokazał prawie 1500 W, ale przez całe 10 sekund. W przypadku lungo, trwa to 4 razy dłużej.
Łączne zużycie z 3 dni wyniosło… 200 Wh. Gdyby przeliczyć to na cały rok mamy ok. 24 KWh. Śmiesznie mało. Zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę następujące fakty:
- Ludzie w biurze kawę piją i pić będą. Czyli albo przyniosą własne ekspresy do pokoju, albo skorzystają z czajnika.
- Czajnik to dużo gorsze urządzenie, bo trudno dokładnie odmierzyć wodę. Na espresso potrzeba np. 50 ml, nie znam urządzenia, które pozwoli ugotować taką ilość, minimum to ćwierć litra (szklanka).
- W efekcie zużycie prądu będzie znacznie wyższe (np. 100 W/czajnik), więc rezygnacja z ekspresu nic nie da, a wręcz zwiększy koszty.