Ile dodatkowo kosztuje nas praca?

Joe Dominguez i Vicky Robin w książce „Your money or your live” zachęca do przeprowadzenia prostej kalkulacji – ile faktycznie zarabiamy i ile kosztuje nas praca. Oto wyniki.

Dojazdy. W moim „miejskim” przypadku prawie nic. Przy czym jestem mocno nietypowy. Do roboty idę piechotą (moja żona też). Ale już większość moich współpracowników, z racji odległości, dojeżdża. Weźmy zatem przeciętną odległość 5 km. To taka granica, poza którą ludzie wybierają auto. 10 km dziennie, w moim mieście (średnie tempo 20 km/h), oznacza 30 minut jazdy, bez większych korków rzecz jasna (mój rekord w Poznaniu – 1 km/10 minut = 6 km/h) . Średni samochód spali na takim dystansie 0,8 litra ropy – co przy dzisiejszych cenach daje 6 zł (120 zł miesięcznie). Ale jeszcze koszty utrzymania auta – 200 zł. Razem 320 zł.

Niektórzy mają jednak 8km w jedną stronę (16 km dziennie), co daje 10 zł (200 zł miesięcznie), a z kosztami utrzymania najgorszego gruza – 400 zł.

Gdybym przeniósł się na wieś muszę dojeżdżać 70 km dziennie (w obie strony, od drzwi do drzwi). Koszty utrzymania -wzrosną (300 zł zamiast 200 zł), a paliwo podrożeje do 400 zł (gaz i mały wóz). Razem 700 zł miesięcznie.

Strój, makijaż, fryzura. Moja praca wymaga pewnego stroju. Raz w roku garnitur (500 zł), buty – (250 zł), od czasu do czasu (raz na 4 lata) – płaszcz (600 zł), do tego koszule (200 zł/rok). W sumie liczę ok. 1100 zł/rok tj. ok. 80 zł miesięcznie. Za fryzjera płacę 40 zł. Makijażu nie stosuję.

W przypadku kobiety zarówno ceny ubrań, jak i fryzjera/makijażu, spokojnie mogę mnożyć x 2 i to w wersji ekonomicznej. A więc 160 zł.

Lunche, brunche, 2-gie śniadania. Ponownie liczę koszty w wersji ekonomicznej i typowej. Ekonomiczna, wydaje się mi najbliższa, 2-gie śniadanie pakuję do pracy. W niej dorzucam się tylko do kawy (56 zł wraz z mlekiem). Czyli ta kawa (1,5 zł za kubek), to cały koszt.

Ale już moi współpracownicy robią inaczej. 20 zł wydają dziennie na różne przekąski. Plus jasne, że opłacają kawę. Miesięcznie rachunek rośnie do 450 zł. Są też tacy, którym 20 zł idzie na kawę, a łączny rachunek wynosi … 1000 zł (50 x 20).

Drobne biurowe prezenty. Niby drobne, ale zbiórka po 5 zł 2 razy w miesiącu, daje 10 zł. A nie mówimy o miejscu, w którym regularnie obchodzimy imieniny, albo odwiedzamy knajpy.

Razem koszty stroju, jedzenia, dojazdu prezentów zaczynają się od 500 zł (170 zł gdy chodzimy do roboty), a bez wysiłku dobijają do 1000 zł.

Gdybym dojeżdżał ze wsi – 850 zł.

O takie kwoty musimy pomniejszyć swoje pobory. Dla mnie 170 zł to niecałe 2% pensji. Dla mojej żony 250 zł to już 8% (a dalej piszę o osobie, która na transport wydaje…0zł).

Teraz policzmy wakacje. Kto nie pracuje, nie potrzebuje wakacji – takie założenie postawili autorzy YMYL. Obserwując znanych mi rentierów – zaprzeczam, ale niewątpliwie te wakacje mogą być tańsze. I znowu, wiele zależy od rodziny. Ja będąc raz w miesiącu na kilka dni w górach, płacę tyle co za paliwo, plus atrakcje, plus letni wyjazd nad wodę – razem pewnie w 1000 zł pobyt się zmieszczę.

Wielu moich znajomych liczy inaczej. Lato – tydzień all inclusive (15.000 zł), potem weekend majowy i listopadowy po 4000 zł (8000 zł), następnie wyjazd z dziećmi na narty 6000 zł, własny wyjazd w gronie dorosłych na lodowiec 6000 zł. I już mamy 35.000 zł/rok. Na każde z dwóch pracujących daje to prawie po 1500 zł/miesięcznie.

W sumie praca kosztuje nas czasem 1/3 pensji.

34 komentarze do “Ile dodatkowo kosztuje nas praca?”

  1. Interesujace, nigdy w ten sposob nie liczylem, ale tez w pracy najemnej w zyciu bylem moze ze 4 lata.Co ma blaski i cienie,przy czym ostatnio cienie sa wieksze, haha 🙂

    1. Jako pracownik i przedsiębiorca, powtórzę truizm – stabilność pracy najemnej to mit. Mam kumpla – na wysokim stanowisku w korpo. Tam zwolnienie może przyjść w najbardziej nieprzewidzianym momencie: spółki się połączą i nie chcą dublować ekipy, jakiś szef coś przeskrobał, albo zwyczajnie wypadł z łask i zwalniają go razem z całym działem, firma zmienia profil działalności, albo likwiduje oddział, bo ktoś w Londynie wymyślił, że tak będzie lepiej. Nic nie zrobisz, nie przewidzisz, tak po prostu jest i dotyczy każdego od góry do dołu. Warto przeczytać książkę (Fat, forty and fired) jak to wyglądało w przypadku tytułowego czterdziestolatka, kierującego oddziałem wielkiej agencji reklamowej w Australii. Tam skasowali oddział lokalny i wyprawa do centrali nic nie dała, robotę stracili wszyscy.
      A od strony kosztów – przedsiębiorca ma jeszcze gorzej – do dojazdów, ubrania etc. musi dołożyć jeszcze środki produkcji i… nie jest pewien czy mu zapłacą.

      1. Akurat historię „Lalka”, albo „Lalusia”, bo pojawiają się te dwa pseudonimy, znam całkiem nieźle. Ukrywał się tak długo, ponieważ działał na znanym sobie, słabo zaludnionym obszarze, sam i miał wolę przeżycia. Brak korzystania z amnestii, nie jest żadnym dowodem na cokolwiek, po prostu AK-owcy po Procesie Szesnastu, Akcji „Burza”, komunie już nie wierzyli i uważali ujawnienie za bezcelowe. Często nie mieli innej opcji ani pomysłu na siebie (znali tylko wojaczkę, byli kawalerami), więc walczyli z rozpędu, bez szans na zwycięstwo i z pewną świadomością, że pewnego dnia zginą z bronią w ręku. Tu wcale nie musiało chodzić o morderstwo Żydów. Zresztą, na wojnie i po wojnie, sprawa była płynna. Żydzi stanowili trzon partii komunistycznej i aparatu represji, witali z kwiatami wchodzących Sowietów w 1939, denuncjowali polskich przedwojennych oficerów (to nie mit, moja babcia widziała w Chełmie). Zlikwidowanie kapusia, może zostać dzisiaj potraktowane jako antysemityzm, a chodziło po prostu o wykonanie rozkazu.
        Oczywiście są udokumentowane zbrodnie takich tzw. wyklętych jak „Ogień” na Podhalu. Tak jak i on, na Lubelszczyźnie bywali tacy, którzy działali w MO czy UB przez pewien czas. Ale mimo wszystko, ci ludzie walczyli każdego dnia o życie, więc dokonywali trudnych wyborów. Tak jak i „Lalek”, gdzieś przekraczali „Rubikon” (np. likwidowali nie tylko kapusia, ale i jego rodzinę, żeby nie zostawiać żywych świadków) i zamykali sobie drogę odwrotu. Walczyli do końca, bo ten od 1948 r., raczej został przesądzony.

        1. Akowcy czasem dostawali nie ks a np. 10 czy 25 lat, ale czlonkowie NSZ z automatu kula w leb. Dla ruskich to byl najgorszy wrog i z wzajemnoscia.

          1. AK-owcom jeszcze darowywano przeszłość.
            O ile nikogo nie zastrzelili i nie kontynuowali walki w WiNie. Dla wszelkich partyzantów powojennych – kula w walce, więzieniu lub szubienica, ew. zastrzelony podczas próby ucieczki. Nie oszukujmy się jednak, gdyby wróciła Sanacja, też by się nie patyczkowała z partyzantką radziecką. Zobacz, co teraz robią Ukraińcy i Ruscy ze szpiegami.

        2. Do 12.19: sanacja na pewno by sie nie patyczkowala z ruskimi, ale w koncu to byl wrog.Na naszej ziemi. A nasi partyzanci bronili domu.

    1. Ależ represje za wystąpienia polityczne z bronią w ręku, były i później, przez całe lata 70-te i 80-te. Ludzie siedzieli i za Gierka, i za Jaruzelskiego. Siedzieli oczywiście i w II RP i w I RP. W tamtych czasach nawet płacili głową. Siedzą i teraz, tylko KS-u już nikt nie orzeka.
      W żadnym ustroju i państwie, władza nie pozwoli sobie na jawny bunt. Trudno zatem na podstawie zwalczania buntów, oceniać ustrój. A partyzanci, to właśnie buntownicy. Idący do lasu z pełną świadomością skutków.
      PRL, jak każde państwo, miał blaski i cienie. Cały czas podkreślam – cieni było sporo, tak wiele, że przeważyły wreszcie i komuna upadła.

      1. Wiem, chodzilo mi, zeby pamietac, ze wzgledny dobrobyt epoki Gierka i jakis tam jednak rozwoj kraju mial swoja cene.
        Niepotrzebnie to napisalem.
        Bez urazy.

        1. Ależ żadnej urazy nie żywię.Każdy ma prawo do własnego zdania. Dobrobyt Gierka oczywiście miał cenę, także ekonomiczną – kredyty.

  2. Ropa zjechala okolo 15%. Jak tam Obajtek? dzwonimy do niego? 🙂 Zapewne bedzie na waznej konferencji i nie odbierze 😀

  3. Warto wiedzieć. Każdy przypadek jest jednak inny. Zauważyłem, ze brakuje kosztów telefonu, czasem kilku (warto mieć służbowy i osobisty, ten pierwszy można wyłączyć w czasie urlopu), kosztu internetu (dziś trudno sobie wyobrazić pracę bez internetu i pracę wyłącznie w miejscu pracy). Brakuje kosztów ubezpieczenia, choćby tego grupowego, kosztów literatury branżowej i pewnie jeszcze innych, w zależności od charakteru pracy. Ktoś kto mam małe dzieci, spory odsetek pensji wydaje na nianię, żłobek, przedszkole, opiekunkę nad dzieckiem po lekcjach, obiady na stołówce dla dziecka itd. Kilkanaście lat temu zrobiłem takie podsumowanie i ostatecznie zrezygnowałem z bardzo dobrze płatnej pracy. Popłatna praca prawie wszystkie zarobione pieniądze, niewiele mi zostawało, musiałem płacić dosłownie za wszystko, nawet za koszenie trawy. Najgorsze było to, że powoli rujnowała moją rodzinę. Moi koledzy z ówczesnej pracy (wszyscy z wyjątkiem jednego, który wżenił się w bogatą rodzinę i w ogóle lubił spijać miodek) byli już po drugim lub trzecim rozwodzie, a ja, młodszy o dekadę naiwnie wierzyłem wtedy, że mnie to ominie. Opamiętanie przyszło, kiedy odebrałem dziecko od niani, a ono się rozpłakało, kiedy żona miała operację, a ja z trudem znalazłem chwilę, aby ją jeden raz odwiedzić w szpitalu. Wybór nie był, aż tak bardzo trudny. Wprawdzie nikt mi nie dał dyplomu, ani premii, a jednak dziś zrobiłbym to samo. Choć dochody spadły 2-3 krotnie z początku nie zauważyłem wielkiej różnicy, wiele spraw domowych przypilnowałem sam. Okazało się, że materiały budowlane były znacznie tańsze, kiedy je sam kupowałem, remont był zrobiony solidniej i trwał krócej. Żona, która po długim leczeniu, dostała jakiś ochłap z PZU, dostała dodatkowo kilkadziesiąt tysięcy w drodze ugody z OC, bo miałem czas przypilnować sprawy. Wcześniej straciłem też okazje na zakup kilku korzystnie zlokalizowanych, tanich działek. Zarobił na nich ktoś inny, bo ja nie mogłem stawiać się co tydzień na licytacji w poniedziałki o 9:00. Ostatecznie, przez kilka pierwszych lat przy niższych dochodach, żyłem na niezmienionym poziomie, bez stresu i pośpiechu, mając trochę czasu na skromne hobby. Dziecko nie wymaga już cotygodniowych wyjazdów do psychologa i zna wiele czułych gestów oraz miłych dla nas, rodziców. Trudno to wszystko policzyć, mnie wydaje się jednak, że w poprzedniej pracy więcej traciłem niż zarabiałem.

    1. Slawek – tak to jest w korpo (sam nie pracowalem, ale slysze opowiadania, moj brat pracuje dla jakiegos banku).
      reklama OLX z Mannem bardzo trafna : „ja o pracy wiem jedno-jak ci nie pasuje, to ja zmien”.
      Przy okazji napisze, ze prowadzenie firmy tez powoduje podobne skutki matrymonialne 🙂 Za mna jeden rozwod bez dzieci, ale rozstan po dlugoletnich zwiazkach (dzialajacych jak malzenstwa, tylko na karte rowerowa) jeszcze mialem dwa. Czyli mozna napisac, ze 3 rozwody.

      1. …wiesz – mysle, ze te rozwody nie sa przez robote (no, moze troche), ale przez dzisiejszy styl zycia. Teraz sie rozumuje tak: a co ja sie bede z baba/chlopem uzeral/a, w sieci pelno chetnych, zmienie na lepszy model. Tylko ten model okazuje sie potem gorszy i tak w kolo Macieju. Nasze prababki i pradziadkowie czesto tez nie mieli latwego zycia, ale jakos rozwodow bylo mniej. Pewnie dlatego, ze wychowanie bylo inne.I nie bylo stron randkowych 🙂

        1. Rozwody są przez odmienne oczekiwania, niejeden mój kumpel powiedziałby, przez nierealne babskie oczekiwania, ale mówimy też o oczekiwaniach społecznych.
          Sto lat temu, normalne było, że chłop pracuje od rana do nocy, bo tak trzeba. Żona oczekiwała przyniesionej wypłaty i… niewiele więcej. Od czasu do czasu miał jeszcze ustawić dzieci do pionu. Męskie zdrady były powszechnie tolerowane, kobiety marudziły, ale co miały robić – przypomnij sobie romans Bogumiła z „Nocy i dni”. Istniały grupy wsparcia w podobnej sytuacji: przyjaciółki, siostry, matkę. Teraz facet ma spełniać sprzeczne oczekiwania. Jednemu idzie to lepiej, drugiemu gorzej. A kobita, jak nie jesteś na 100%, to spadaj. Faceci często myślą podobnie, a wokół młodych, ładnych, chętnych nie brakuje. Kiedy sprawy zabrną za daleko – pozew.
          Oczekiwania społeczne? Rozwód uchodził za koniec świata, córki miały problem ze znalezieniem męża, synowie też tracili szansę na lepszą partię. Więc się separowano, ludzie żyli obok siebie, wyjeżdżali na pół roku „do wód”, mieli pół-oficjalnych kochanków/kochanki, ale decyzji o rozwodzie nie podejmowano. Taka dulszczyzna. Obecnie nikt normalny nie wyrzuca rozwodnika poza krąg towarzyski. Ba,często doskonale odnajduje się on w nowej sytuacji i dopiero łapie wiatr w żagle.
          I firma, praca, ma tu niewiele do rzeczy, chyb że ktoś faktycznie przegina (robota po 16 godzin dziennie). Może wysoki dochód pewne rzeczy ułatwia, bo ich posiadacz zniesie koszty rozwodu (trzeba spłacić ex, kupić 2 mieszkania, utrzymać 2 rodziny), a i na rynku związkowym zwiększa swoje szanse.

    2. W punkt. Mało, kto liczy te tzw. koszty alternatywne. Dolar zaoszczędzony, to dolar zarobiony – jak mówi angielskie przysłowie. Teraz tzw. proste usługi stają się coraz droższe, bo rosną oczekiwania, pensje, koszty, podatki, a rachunek potrafi wyjść 150 zł/h „0% VAT”, więc bez gwarancji. Tylko trzeba mieć narzędzia, umiejętności i … właśnie czas, żeby pewne rzeczy zrobić samodzielnie.
      Obserwuję Wracając od klienta z Warszawy, w pociągu policzyłem – ile przez ostatnie 10 lat zarobiłem na wzroście wartości nieruchomości i pracy (dwa etaty + mała dg). Wyszło mi, że podobnie, z lekką przewagą nieruchomości. Niemniej jednak, na ich zakup musiałem zarobić pracą. Na razie, z uwagi na sporą ilość urlopu i dowolną możliwość żonglowania nim, ciągnę kierat. Pewnych kosztów nie ponoszę (do pracy idę na piechotę), przed poważnymi dylematami na razie nie staję (czy żona w szpitalu, czy praca), mam czas i na weekend w górach, i mecz syna na drugim końcu Polski, nikt mnie nie rozlicza ściśle z 8 dupogodzin. Z czasem, potrzebuję coraz mniej kasy (pewne rzeczy już kupiłem, z innych rezygnuję), planuję istotne zwolnienie tempa do granicy bólu. Albo przełożony wytrzyma mój luz, albo mnie zwolni.

  4. Nie miałbym siły zaczynać wszystkiego od początku, tzn. wychowywać baby. Zresztą, im starsze tym bardziej uparte.

    1. Rozne sa, czasem taka starsza moze lepiej pasowac niz mlodsza. Starsze wiecej pamietaja z komuny, mlode przewrocone w glowie.
      Slyszalem powiedzenie: roznice przyciagaja, ale tylko podobienstwa daja stabilny dlugi zwiazek.

      1. Chociaż znam takich, którzy zmienili na młodsze i sobie chwalą (więcej chęci do życia, skłonność do kompromisów u kobiet spada z wiekiem), sam pozostaję przy żonie. Ale taki Kazio Marcinkiewicz się przejechał, więc reguły nie ma.
        W wychowanie, nie wierzę. Albo jest normalna, albo nic nie poradzisz. Jak stuknięta i jeszcze ktoś jej głupio podpowiada (słynne: Jesteś jak twoja matka i … siostrunia pierdolnięta) – przepadłeś. Szkoda czasu na takie egzemplarze.
        Reklamowali „kobiety wschodu” np. Białorusinki. Miały być niezmanierowane, naturalne, podobno świetny materiał na żonę. Wczoraj właśnie rozmawiałem z klientem, wynajmuje takiej pokój i niedawno usłyszał jak rozmawiała z koleżanką, że szukają sponsora. Tu nie ma żadnej reguły, trzeba mieć oczy szeroko otwarte.

      1. Ciekawe ile kosztowałaby nowa żona 😉 Restauracje, obiady, brylanty, wakacje w tropikach. Znamienne, że przy wszystkich tych skrupulatnych wyliczeniach, żon nie księgujemy po stronie wydatków.

        1. Były kiedyś takie próby. Przy czym liczono nie tylko „nowszy model”, ale żonę w ogóle. Korzystanie z knajp, sprzątania i innych profesjonalnych usług wychodziło zdecydowanie taniej. Lecz nie wszystko przeliczymy na pieniądze.
          Działkowy Minimalista Henryk udowadniał to liczbami. Nawet biorąc pod uwagę wzrost cen. Bo parę lat temu żył za 1000 zł rocznie.

        2. Slawek-zalezy. Akurat moja obecna nic mnie nie kosztowala. Pobralismy sie zmilosci 3 lata temu. Dziwne, nie? W tych skretynialych skomercjalizowanych czasach. Ale to rzadki przypadek.Mimo problemow z firma, z robota,z kasa jest dalej ze mna.
          Ale dwie poprzednie,a szczegolnie ta pierwsza, sporo mnie kosztowala. A miedzy zonami byly rozne na krotko i one tez kosztowaly.

          1. Sławek chyba pisał o sytuacji: Pan w naszym wieku, pani 25. Coś jak Wojciechowski. I znowu, znam związki, które w takiej sytuacji trwają już n-lat, a mężczyzna wcale nie jest bogaty, ale oceniajmy prawdopodobieństwo.
            Z drugiej strony, każdy poważny związek kosztuje. W normalnych warunkach – i kobietę, i mężczyznę. Ktoś się zaangażuje czasowo, traci na rynku pracy, a ktoś inny musi na to wszystko zarobić.

    1. Nikt sie nie rozmaezyl, po prostu rozmawiamy na podstawie wlasnych doswiadczen 🙂 Z obecnej zony jestem zadowolony i ani mi w glowie zmiana.A pani ma 57 lat jak ja.Chyba to swiadczy dobrze, prawda?

    2. Auć, myślałem, że teoretyzujemy wyłącznie w męskim gronie. Chodziło o to aby się utwierdzić w dokonanym wyborze- jak to ujął gospodarz bloga: dolar zaoszczędzony, to dolar zarobiony. Chciałem aby ktoś bystrzejszy ode mnie wyliczył ile w ten sposób zyskałem, pani Iwono, aby jeszcze bardziej się umocnić w zamiarze dochowania przysięgi małżeńskiej.

      1. Dokładnie tak jest. Trafienie na „swoją połówkę” to dzisiaj połowa sukcesu. Stąd rozważania, czysto teoretyczne. Jako miłośnicy matematyki, wiemy, że nikt nie kupi losu za tysiąc złotych jeśli prawdopodobieństwo wygranej mamy takie jak w Lotto.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *