Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Bez kategorii – Strona 13 – Oszczędny Milioner

Różnica między Polską A, B i C. Cena takiego samego posiłku.

Z racji zawodu trochę jeżdżę po Polsce. Często odwiedzam Kraków, Szczecin – czyli miasta tzw. Polski A. Sam mieszkam w dużym mieście Polski B. Ostatnio prowadziłem szkolenie w Białej Podlaskiej i Chełmie, czyli Polsce C. Nie jestem Filipem Springerem, ale postaram się opisać swój własny archipelag. Tym razem wyłącznie cenowo.

Różnic w średnich dochodach pomiędzy Krakowem, Lublinem a Chełmem nie trzeba opisywać. Wystarczy raz odwiedzić każde z tych miast i porozglądać się po ulicach. Kraków, w niczym nie ustępuje miastom zachodu, a często bije je na głowę, Lublin w porównaniu z podobnym Bari, wypada na plus. A Chełm? No cóż, zatrzymał się w latach 90-tych, jeśli nie w PRL-u. Od razu widać, że ludzie żyją tam ubożej, zarabiając niewiele i ledwie potrafią dotrwać do końca miesiąca. Dzisiaj napiszę jednak nie o architekturze, ale o jedzeniu, a konkretnie – cenach obiadu.

Chcąc w Krakowie spożyć sycący obiad – zupa+drugie, bez oszczędzania na wielkości porcji, musiałbym wydać ponad 100 zł/osobę. Stąd, o ile tam jestem, wybieram raczej bar niż knajpkę, ale nigdy nie schodzę poniżej 50 zł.

W Lublinie, idąc do karczmy na zestaw: zupa+kotlet+ziemniaki+surówka, w tradycyjnym (do pełna) wydaniu, zostawiam ok. 60-70 zł.

Ile zapłaciłem w Chełmie ? 23 zł. Tak. 1/4 ceny z Polski A i 1/3 z Polski B. Za 20 zł kupiłbym kawę i hot-doga na Orlenie. A tam za + 15% dostałem miskę (a więc 2 razy więcej niż talerz) gęstej szczawiowej z pokrojonymi ziemniakami i jajkiem (nie liczyłem, ale minimum 2 jajka pływały sobie w środku), kotlet siekany z cebulką, dwie spore łyżki ziemniaków i surówkę. Właściciel tej knajpy poszedł w obrót, rezygnując ze znacznej części marży, zmniejszając granicę błędu. Bo jak inaczej patrzeć na jego sytuację, gdy ceny gazu, prądu, składki ZUS pozostają identyczne w całej Polsce. Może trochę oszczędził na pensji (pracując sam z rodziną), z pewnością mniej płaci za lokal. Prawdopodobni produkty kupuje od producenta, a więc sporo taniej. Ale nie ma siły, marża i zysk, muszą być sporo niższe. I to pokazuje różnicę między Polską A, B i C. Drobny przedsiębiorca nie planuje gigantycznych zysków, stara się przetrwać, zapewnić sobie i rodzinie utrzymanie. Bo i jaki ten zysk mógłby być? Sam wsad do kotła, po najniższych, producenckich cenach kosztował nie mniej niż 10 zł, a trzeba jeszcze doliczyć pensję kucharki (przygotowanie 10 minut = 6 zł z najniższej krajowej), ZUS właściciela, czynsz (jeden stolik z 10 zajmowany przez 20 minut) , gaz, prąd i dochodzimy do 18 zł. Marża brutto 5 zł. Jeśli odliczymy z niej podatki, zdrowotną, zostaje 4 zł. I tyle zarabiał ten właściciel, jeśli nie pomyliłem się w zgrubnych rachunkach. Sprzedając dziennie (tłoku nie było) 60 obiadów (a niektórzy brali tylko zupę za 8 zł, albo tylko drugie za 17 zł) zarabia trochę ponad 4000 zł (tu liczymy już na czysto 4 x 60 x 26 dni = 6240 zł). I musi z tego opłacić jeszcze amortyzację kotłów, stolików, kasy fiskalnej, księgową, jakieś usługi. W rzeczywistości może wychodzi na minimalną, może ma 4000 zł do ręki. Właściciel knajpy w Lublinie zyska 10-20 tys. zł (wyższa marża, większy ruch), a w Krakowie 20-30 tys. zł. To pokazuje, dlaczego kamieniczki w ostatnim z tych miast wyglądają lepiej niż zaraz po wybudowaniu, a w Chełmie trzymają się na tynku.

Poseł Ryszard Wilk o motoryzacji. Następny artysta, który nie wie o czym nagrywa film.

Niedawno na Fejsie wyświetlił mi wpis z oficjalnego profilu Konfederacji. Poseł Wilk jedzie sobie Skodą Fabią i opowiada o motoryzacji porównując wersję benzynową, LPG oraz auta elektryczne. Niestety, po raz kolejny, polityk nie ma pojęcia o czym mówi, mieszając prawdę z absolutnymi bredniami. Oto one:

Skoda Fabia jest autem kompaktowym. Gdyby poseł przeczytał chociaż jeden blog motoryzacyjny lub gazetę, wiedziałby że Fabia należy do klasy miejskiej b, a nie kompaktowej – c. Stąd bierze się kolejna bzdura.

Elektryk porównywalny z Fabią pali średnio 20 KWh na 100 km. A przecież primo nie ma wielu elektryków klasy B poza Peugotem e-208 i jego pochodnymi. Wreszcie, spalają one 12-15 KWh na 100 km. No i Fabia LPG ma 80 KM a e-208 136 KM. Uśmiałem się też, gdy usłyszałem o jeździe 200km/h. Fabią 1.0 MPI (bo taka najlepsza do gazu)? Przecież ona zupełnie nie nadaje się na trasy dla dynamicznego kierowcy (coś jak mój I30 100 KM). Nie wykluczam, że Ryszard Wilk jechał wersją 1.0 TSI. Tylko wtedy instalacja kosztuje 7500 zł, tracimy gwarancję i spalamy dodatkowo litr benzyny na 100 km, co czyni całą operację nieopłacalną. Wiem, bo miałem Kamiqa 1.0 TSI.

Tym samym poseł porównuje jabłka (podstawową Fabię za 69 tys. zł, przyspieszającą do 100 km w 15,5 s) z gruszkami (Fabia LPG za 74 tys. zł w podstawie i z jeszcze gorszymi osiągami) oraz ziemniakami (Peugeot e-208 na wypasie, z przyspieszeniem 9s/100 km za 158 tys. zł).

Fabia pali 6 l/100 km benzyny, a Fabia LPG 6 l gazu. Kolejna herezja. Każdy, kto jeździł autem z LPG wie, że spalanie LPG to plus 20%, może nawet 30%. Przy okazji wychodzą kolejne kwiatki. Średnia prędkość na komputerze pokładowym widocznym na ekranie wynosi 63 km/h, tymczasem poseł jedzie ekspresówką. W takich warunkach Fabia może i pali 6.1 l/100 km, ale gdy przyspieszymy do 120 km/h będzie to już, podobnie jak w mieście 7,5 l/100 km benzyny, a gazu 9 l/100 km. Przy 140 km/h Fabia 1.0 MPI może palić 10 l/100 km benzyny i 12 l/100 km gazu. Jeśli zaś zostaniemy przy tych 63 km/h to e-208 spali 12 KWh/100 km.

Koszt jazdy na każdym paliwie poseł zaokrągla inaczej, stąd niska wiarygodność wyników. Według niego: benzyna 40 zł/100 km, gaz 20 zł/100 km, elektryk 60/0 zł/100 km przy cenach 6,95, 3,08 i 2,7 zł za jednostkę, bo gaz zaokrągla w dół, benzynę z niewielkim błędem a do elektryka dolicza 10%. Powinno być zatem:

  • benzyna 43 zł,
  • gaz 27 zł (7,5 litra LPG, oraz 0,5 l/benzyny),
  • elektryk – 33/0.

Jak widzicie, prawidłowo podany wynik zupełnie się zmienia. Elektryk tankowany na płatnej ładowarce wychodzi nieco drożej niż gaz, a taniej niż benzyna (wg Ryszarda Wilka miał być 3 razy droższy od gazu i o 50% od benzyny). Dzisiaj wyniki byłyby inne, bo benzyna staniała o 70 groszy, a gaz o 10.

Ale na koniec poseł bije sam siebie.

Instalacja fotowoltaiczna kosztuje 40.000 zł, a zwróci się po 100.000 km. To ma być clou. Oczywiście, znowu poseł coś źle poczytał. Jeżeli auto pali 12 Kwh na 100 km, a przeciętny Polak przejeżdża rocznie 10 tys. km, potrzebuje 1200 KWh/rok. Instalacja 3 KWp (3000 KWh/rok) kosztuje 15 tys. zł, a z rządowym dofinansowaniem możemy ją mieć za 10 tys. zł, a nawet za 0 zł (gdy mało zarabiamy). Ja z gminną dopłatą płaciłem 7 tys. zł. No i wyprodukujemy jeszcze prąd o wartości 600 zł/rok, który możemy sprzedać. Tu mamy wynik następujący przy przebiegu 10 tys. km rok. Koszt instalacji 10 tys. zł, zysk z elektryka do benzyny 4300 zł (ponieważ 43 zł/100 km), dodajemy sprzedany (niekupiony) prąd za 600 zł. Czas zwrotu ca. 2 lata i 21 tys. km. Opowieści o żywotności paneli litościwie pominę. Nawet przy spalaniu 20 KWh/100 km wyjdziemy niewiele gorzej (różnica to te 600 zł/rok).

Wiecie jednak co jest najśmieszniejsze. Poseł nie powiedział o faktycznych wadach elektryka – czasie ładowania, utracie wartości, wyższej masie, mniejszym bagażniku (moja Kona -30 litrów), a to właśnie one powinny skłaniać do przemyśleń. Nie cena paliwa. Tu elektryki z własną FV są bezkonkurencyjne. Mają szansę przegrać tylko z hybrydami LPG, ale o nich w filmiku nie wspomniano.

Opłacalność produkcji prądu z… drewna.

Cały czas myślę, o ograniczeniu kosztów funkcjonowania mojej rodziny, w zmienionych warunkach ekonomicznych. Jednym z ciężko znoszonych i nieprzewidywalnych czynników pozostają ceny prądu. Wprawdzie obecnie zarówno zużycie miejskie, jak i możliwość korzystania kilku limitów tzw. tarczy ochronnej nie pozbawiają mnie jeszcze środków na życie, ale ceny po 1.5 zł/KWh powoli stoją za progiem. Czy alternatywą dla nich, zwłaszcza w mieście, gdzie opłacalność montażu instalacji FV bez dużej autokonsumpcji ew. magazynowania, przy obecnych zasadach rozliczenia, wydaje się niemożliwa, może stać się gaz drzewny? Widziałem agregaty na takie paliwo, widziałem tez generatory ze zrębków drewna.

Jak to wygląda w liczbach. Różne źródła podają odmienne dane. Sprzedawcy twierdzą, że należy zastosować przelicznik 1 kg drewna – 1 KWh prądu, ale ja ufam raczej tym, którzy piszą o 1.5 kg na 1 KWh. Nie powtarzając obliczeń zwracam uwagę na: wilgotność drewna (nie 0 a 15%), straty na korę, straty masy przy suszeniu (w nadleśnictwie kupujemy świeżo ścięte z wilgotnością nawet pow. 50%, podobnie pozyskujemy we własnym ogrodzie), instalacja ma straty itp. Trzymajmy się więc 1.5 kg/ KWh.

Jaki będzie koszt paliwa? No cóż. Tutaj znowu nie ma tajemnic. Jeśli dokonujemy wycinki na własnej działce (a ja mam taką możliwość) – koszt paliwa do piły, oleju, łańcucha, amortyzacji, rozdrobnienia – coś ok. 50 zł/m3 czyli 750 kg drewna świeżego (650 kg wysuszonego). W takim stanie rzeczy to 7gr za kg i 11 gr/KWh . Znacznie taniej niż w elektrowni.

Gdybyśmy jednak musieli dokonywać zakupu. Licząc nawet po 100 zł (ze zwiezieniem i przygotowaniem, tzw. gałęziówki (lepszej nie trzeba – i tak robimy zrębki), suma podnosi się dwukrotnie – do 14 i 22 gr/KWh.

Do tego musimy dodać koszt instalacji i tu robi się problem. Sam gazyfikator kosztuje 60 tys. zł. Do tego jeszcze agregat prądotwórczy większej mocy i stabilny – 10.000 zł. Razem 70.000 zł. Rozkładając użyteczność na 20 lat (optymistyczne), uzyskujemy przy 5% wartości odsetek ok. 7000 zł rocznie (3500 zł amortyzacja, 3500 zł/odsetki). Nawet zakładając wytwarzanie ok. 12.000 KWh rocznie (dużo za dużo na domowe potrzeby, chyba że mamy pompę ciepła). dochodzimy do 0,8 zł/ KWh energii elektrycznej. Jak na razie mało opłacalne. A w warunkach domowych – nieopłacalne.

Pomysły niemieckiej lewicy na porządek we własnym kraju.

Ostatnio przeczytałem dwie książki „Buddenbrooków” Tomasza Manna i „Wir Erben” Julii Friedrichs. Zbiegiem okoliczności obie traktują o tym samym – niemieckiej rodzinie i porządku dziedziczenia.

O ile przyszły noblista, dwudziestopięcioletni Mann pisze z ogromną wrażliwością, bazując na doświadczeniach własnej rodziny, o tyle Friedrichs, mimo że sporo starsza (o dekadę w dacie wydania książki) omawia rzeczywistość z pozycji niemieckiej lewicy. Pomijając różnicę gatunków, „Buddenbrooków” czyta się po prostu lepiej, ponieważ bohaterowie nie zostali narysowani w tak strasznej czarno-białej konwencji. Mann skłania nas do refleksji nad nieszczęśliwym życiem Tony i Hanno, oraz powodzeniem Jana i Jeana. Bracia Christian i Tom, mimo iż wybierają zupełnie inną drogę, kończą równie tragicznie. Czyli mamy piękny język, trudne dylematy i tytułowy upadek rodziny.

Wracam jednak do „Wir Erben”. Już sam tytuł „My, spadkobiercy” (książka nie doczekała się polskiego tłumaczenia) brzmi pretensjonalnie i każda opowieść taka jest – ma udowodnić tezę – spadki są niesprawiedliwe społecznie, a dodatkowo przynoszą nieszczęście samym spadkobiercom więc należy je opodatkować. Argumenty na tę tezę – no cóż logicznie słabe. Nie pomaga podparcie się Mannem czy Piketty’m, ponieważ autorce zwyczajnie brakuje zdolności myślenia przyczynowo-skutkowego. Brnie więc ślepą uliczkę schematu rodem z „Faktu” a w zasadzie „Bilda”.

Opowieść pierwsza.

Tylko dziedziczące i obdarowywane dzieci klasy zamożnej mogą sobie pozwolić na własne mieszkanie. Reszta będzie wynajmować. W tym miejscu człowiek myślący wieloaspektowo zapyta : Jaki jest związek pomiędzy cenami mieszkań w modnych dzielnicach Berlina (pada nazwa Kreuzbergu – odpowiednik warszawskiego „Zbawixa”), a darowizną od tatusia? Czy w ogóle da się wskazać powiązanie tych dwóch zjawisk – wzrostu cen nieruchomości i opodatkowaniem spadków? Przecież nie, one dzieją się niezależnie. Autorka w ogóle tego nie dostrzega.

Opowieść druga.

Alternatywka dostała od dziadka na 18-tkę, pół miliona Euro, ale żeby nie wyróżniać się wśród znajomych, nadal wynajmuję. I znowu, jaki z tego wniosek? No żaden. Pół miliona leży sobie w banku i od dwudziestu lat prawie nie pracuje. Czy właścicielka ma z tego jakiś zysk? Niewielki (nawet w sensie przenośni). Czy społeczeństwo korzysta? Też nie. Więc kto? Przecież banki. Friedrichs rozpływa się jednak nad szlachetnością gestu.

Obie historie łączy jedno – darczyńcy są typowymi przedstawicielami klasy średniej. Dobrze zarabiali, żyli oszczędni i teraz mogą wspomóc swoje dzieci/wnuki. Nie ma mowy o żadnych krezusach. Czy to ich wina, że Niemcy w 70% mieszkają „na wynajmie”? Oni tylko wykonywali swoje obowiązki, leczyli ludzi, byli inżynierami, bankierami, prawnikami, nauczycielami.

Opowieść trzecia.

Zapnijcie pasy, bo teraz zaczyna się ciekawie. Dochodzimy do grubych ryb. Dziedziców fortun. Pokazane jest krzywe zwierciadło procesów o majątek, gorszących wybryków, czarnych owiec itp. Wszyscy skłóceni, nieszczęśliwi i do tego irytująco (lewicę) bogaci. Czy ich spadkodawcy kasę ukradli albo robili interesy po znajomości i pod osłoną służb (jak nasz dr JK, tym razem nie mam na myśli „tego Prezesa”), wzbogacili się przez konszachty z NSDAP? Nie, podobnie jak Jean Buddenbrook ciężko pracowali, startując z poziomu klasy średniej czy drobnomieszczaństwa.

Teza – wszyscy bogacze to dranie (trzy żony, siedmioro dzieci, skaczących sobie z wnukami do oczu), a spadkobiercy albo lenie albo melepety bez jaj, albo ofiary albo przestępcy. Zarobią prawnicy, opiekunki (które przez łóżko awansują na pozycje ostatnich żon starca).

Opowieść czwarta.

Zawiera historię rodem z brukowca. Tu siostrzeniec zabija bogatą ciotkę, tam pasierb ojczyma i przyrodnią siostrę. Wszystko podlane analogią do Kaina i Abla. W domyśle, jeśli rodzice dranie, to dzieci nie lepsze. Naprawdę. Tej jednostronnej narracji nie da się czytać. Tu zero statystyk. Ilu spadkobierców popełnia taką zbrodnię? Czy klasa niższa nie morduje się dla spadku? Czy istnieje jakikolwiek (i jaki) związek pomiędzy przestępczością a poziomem dziedziczonego majątku?

Wniosek

Dochodzimy do finału. Pojawiają się Rockefellerowi i teza – spadki są złe. Trzeba je wysoko opodatkować (czy wtedy staną się lepsze?) podobnie jak darowizny. Niech rządzi merytokracja, każdy musi sam na siebie zarobić. Zero logiki. Skoro bohater pierwszej opowieści opowiada wyraźnie – wybrałem zawód muzyka, bo rodzice sypnęli kasą i nie musiałem się sprzedać i miałem „złotą siatkę ochronną”, to czy lepiej żeby zdolny muzyk komponował, czy ma siedzieć w banku, bo lepiej płacą?

Co społeczeństwo zyska, jeśli opodatkuje spadki? Tu nie ma odpowiedzi poza „będzie sprawiedliwiej”. My wiemy. Bo żyliśmy w komunie. Ludziom stopniowo przestanie się chcieć. A czy spadki są źródłem nierówności? Nie są. Nie trzeba być wyjątkowo przenikliwym – wystarczy przeczytać wspomnianych na początku „Buddenbrooków”. Dwa pokolenia pięły się w górę i korzystały z firmy. Jedno schodziło w dół. Ostatnie skończyło w biedzie.

Jeszcze raz o PPK. Dlaczego podtrzymuje swoje stanowisko i co mówią inni.

W zeszłym roku napisałem o korzyściach z przystąpienia do PPK. Sam przystąpiłem do programu i jestem bardzo zadowolony. Jednak ostatnio, na fali proponowanych zmian (nowa koalicja) temat wrócił. Swoimi spostrzeżeniami podzielili się i Michał Szafrański i Piotr Kuczyński. Oba teksty tutaj: https://www.money.pl/emerytury/cwany-manewr-rzadu-z-ppk-flagowy-program-do-zmiany-opinia-6963743844485824a.html i tutaj: https://jakoszczedzacpieniadze.pl/ppk-pracownicze-plany-kapitalowe-swietne-i-fatalne .

Nie byłym sobą, gdybym ze wszystkimi tezami się zgadzał.

Bliżej mi nie ukrywam do Piotra Kuczyńskiego. Kwestionuje on quasi-przymusowy charakter programu (trzeba się wypisywać), co też uważam za pomyłkę wreszcie – ocenia program pozytywnie. Z drugiej strony popiera nadreprezentację spółek z WIG20 (z uwagi na ryzyko) z czym się nie zgadzam. Za nieistotny uważam spór semantyczny czy PPK to oszczędności czy może inwestycje. Jasne, autor ma rację – inwestycje, ale praktyczne znaczenie tych słów pozostaje niewielkie. Zupełnie inaczej niż twierdzenie, że nie można mówić o programie emerytalnym przy wypłatach 10-letnich, ponieważ winny być dożywotnie Tych. niedopowiedzeń, doskonałego skądinąd ekonomisty, nie pominę. Możemy ustawić sobie wypłaty 10-letnie i dłuższe, więc założenie przeżycia 100 lat (wypłaty 10 lat), spowoduje w rzeczywistości dożywotnie wypłaty dla 99% z nas, a nie 10-letnie. Zresztą, w istocie „emerytury” nie leży wcale wypłata aż do śmierci lecz, jak podaje Wikipedia „świadczenia te przyjmują zazwyczaj formę dożywotnich wypłat”. Zazwyczaj nie oznacza zawsze.

Podobnie Michał Szafrański – widzi wady, zalety, ale nie wszystkie jego argumenty do mnie trafiają. Wadą ma być to, że rzekomo PPK to „czarna skrzynka”. W przypadku PPK doskonale znamy strategię inwestycyjną, dywersyfikację pomiędzy klasy aktywów, regularnie publikowane są aktywa (np. jakie obligacje znalazły się w portfelu). Nie, nie nazwałbym tego programu czarną skrzynką.

Drugi zarzut dotyczy konserwatyzmu (przewaga obligacji i ścieżka schodzenia z akcji). Dla przeciętnego Kowalskiego uważam to za zaletę, nie problem. Kowalski ryzyka nie lubi i boi się go, więc po co go straszyć. Czytałem NOMADLAND i wiem jak wygląda strata 70% planowanej emerytury na 5 lat przed jej rozpoczęciem. Nikomu tego nie życzę. Mogę sobie wyobrazić, że w sytuacji p. Szafrańskiego, nie ma problemu, ale dla większości, mówimy o jedynych pieniądzach, poza ZUS-em.

Szczegółowa analiza opłat, to taki znak firmowy blogera. Wygląda fenomenalnie, ale wnioski są już moim zdaniem błędne. Nie ma co straszyć nierynkowymi średniki stawkami za zarządzanie itp., skoro wysoki TER (suma opłat) mają 3-4 zupełnie niszowe fundusze i one zawyżają średnią. Rynkowi liderzy, w tym najpopularniejszy PKO – pobierają 0,5% dla mojego wieku, co uważam za akceptowalne.

Kolejny , który chciałby się cofnąć do czasów pańszcyzny. Maciej Panek, prezes firmy Panek S.A.

Co jakiś czas przecieram oczy słuchając „złotych myśli” naszych biznesmenów i polityków. Tym razem zaskoczył mnie Maciej Panek, udzielający wywiadu w podcaście Money.pl „Biznes Klasa” . Oto co powiedział na temat relacji pracownik-pracodawca:

„Przy okazji mogę powiedzieć, że jest żal do pracowników, którzy na przykład pracując szukają sobie w międzyczasie pracy. Nie pójdą i nie powiedzą, że jest im źle, że chcą, żeby to i to poprawić, że nie podoba im się to i tamto. Po prostu tego nie robią, nie wiadomo dlaczego. Boją się, czy co. Bo często tak jest, że pracownik mówi, że się teraz zwalnia. I praktycznie w większości wypadków on już ma nową pracę – mówił Maciej Panek.

Kiedy prowadzący Łukasz Kijek zwrócił uwagę, że pracownicy najczęściej nie informują, że chcą odejść, bo czas pomiędzy podjęciem decyzji o odejściu a poinformowaniem pracodawcy wykorzystują, by znaleźć nową pracę, usłyszał:

„Przez ten czas, kiedy ten pracownik szuka pracy, on nie pracuje już z taką motywacją, jak wtedy, gdy został zatrudniony. Na początku, jak ludzie przychodzą do pracy, obiecują bardzo dużo. Później, jak już ich motywacja spadnie – mówię o tych, którym spada – to o tym nie mówią. Nie mówią, bo może sami czują się z tym źle? Bo przecież jeśli nie dają tego co kiedyś, to może ich wynagrodzenie powinno ulec zmniejszeniu. A mimo wszystko pobierają to wynagrodzenie w tej samej wysokości .”

Przyznacie, że szalona koncepcja. Otóż, Mr Panek – pańszczyzna w Polsce skończyła się ponad 150 lat wstecz. Mamy Kodeks pracy i on określa obowiązki pracownika, a nie przemyślenia „Janusza biznesu”. Pracownikowi płaci się za pracę, a nie za motywację, więc nie ma powodu żeby zmniejszać wynagrodzenie po spadku tej ostatniej. Cały czas pracownika, nie należy do pracodawcy, on płaci umówione wynagrodzenie za konkretny czas – 170 godzin w miesiącu. Po godzinach, na urlopie, pracownik może sobie spać na kanapie, biegać albo szukać pracy i właścicielowi firmy nic do tego. Pracownik ma świadczyć pracę do upływu terminu wypowiedzenia. Gdyby prezes Panek S.A. przeczytał publikacje dotyczące zarządzania personelem dowiedziałby się przyczyny niskiej motywacji i „wykorzystywania czasu na szukanie pracy” leżą w kiepskich przełożonych. Gdyby chodził twardo po ziemi, a nie tkwił w bańce, miałby świadomość, że większość Polaków nie może sobie pozwolić nawet na chwilę przerwy bez dochodu, a współcześni karbowi na korporacyjnym folwarku, komuś, kto powie, że odchodzi utrudniają życie i blokują karty dostępu.

Zresztą, umowa to umowa. Czy prezes Panek wyobraża sobie, że ktoś odmawia zapłaty za wypożyczone na minuty auto, bo pracownik infolinii nie wykazał się motywacją? Albo czy sam uprzedza kontrahentów o zamiarze wypowiedzenia umowy z rocznym wyprzedzeniem i proponuje obniżkę wynagrodzenia za ten czas, ponieważ nie będzie się starał jak dotychczas? Czy płaci mniej w Biedronce, jeśli kasjerka nie uśmiechnęła się wystarczająco szeroko? Raczej nie, ponieważ sam pomysł by tak robić jest nie tylko bezprawny, ale i bezsensowny.

Teraz trochę moich doświadczeń. Mam dwóch pracodawców, z których jeden boryka się z ogromną rotacją pracowników. W roku potrafi zmienić się 10% ekipy. U drugiego z własnej woli przez 20 lat odeszło może 5 osób. Dlaczego? Różnica tkwi w szefach, ich zarządzaniu, oraz warunkach pracy i pensji. Proste. Dziwne, że Maciej Panek tego nie wie.

25+. Cykl wpisów dla pokolenia Z, pokazujący, jak sobie radzić w obecnej sytuacji. Wprowadzenie.

Październik (w końcu miesiąc oszczędzania) poświęciłem na stworzenie cyklu, przeznaczonego dla obecnych dwudziesto – trzydziestolatków, czyli pokolenia skazywanego przez media na pożarcie przez kapitalizm i obecne warunki. Nazywani są często (idiotycznie) „pokoleniem płatków śniegu”, jako rzekomo chowani pod kloszem i nieodporni na przeciwności losu. O moim pokoleniu, startującym w post-studencką dorosłość, pisano i mówiono dokładnie to samo. Mieliśmy być rozpuszczonymi przez „bezstresowe wychowanie” delikatnymi przedstawicielami pokolenia „dwie lewe ręce”, ponieważ większość moich rówieśników w wieku 20 lat nie wykonywała na co dzień tzw. prac domowych czyli nie naprawiała aut, nie brała się za remonty, a uciekała jak najszybciej od pracy na wsi do zawodów biurowych. Jak wielokrotnie pisałem, historia, z identycznymi zarzutami powtarza się od początku cywilizacji.

Nie wierzę zatem (podpierając się obserwacją), że 25-35-latkowi są bardziej wrażliwi, lub mówiąc brutalniej „pizdowaci” niż my byliśmy w ich wieku. Dowody w postaci braku dzieci i podróży po świecie oraz oglądania Netflixa uważam za bezwartościowe – po prostu teraz są inne szanse i możliwość wyboru. My nie mieliśmy takiej opcji podróży (różnica poziomów zamożności), ciąża oznaczała ślub, małżeństwa zawierano wcześniej. Co więcej, w moim otoczeniu, pracuje sporo więcej 20-latków, niż gdy ja studiowałem. Nie przypominam sobie wielu studentów w taksówkach, sklepach, firmach, a teraz widzę ich na każdym kroku. 70% kolegów moich synów pracuje zawodowo, co najmniej na pół etatu, łącząc to ze studiami, córka moich „górskich” przyjaciół, gdy tylko skończyła 16 lat poszła kelnerować w lecie i w weekendy, przynosząc do domu 1600-2000 zł miesięcznie.

Tak samo nie wierzę, że młodzi są bardziej rozrzutni. Zbyt wiele dostrzegam przykładów we własnym otoczeniu. Dziewczyna mojego syna, mając na wszystko poza akademikiem 1500 zł/miesięcznie (Warszawa) potrafiła jeszcze odłożyć na zagraniczne wakacje 4500 zł. Drugi syn, mieszkając z dziewczyną i prowadząc z nią wspólne gospodarstwo, dają radę za 3000 zł, a mają jeszcze kota, odwiedzają knajpki i płacą 600 zł opłat.

Wyzwania dla pokolenia 25+ są jednak zupełnie inne. I o tych wyzwaniach chcę napisać.

Pierwsze – jak zapewnić sobie dach nad głową w dobie wysokich cen mieszkań.

Drugie – jak utrzymać się w czasach inflacji, jedząc zdrowo oraz tanio zarazem.

Trzecie – w jakim kierunku popchnąć karierę zawodową, żeby przyzwoicie zarabiać za 10-15 lat.

Czwarte – dzieci. Koszty utrzymania bąbelków wzrosły, podobnie jak presja społeczna na określony standard.

Piąte – styl życia. Jak żyć tanio, a bogato wyglądać na Instagramie.

Szóste – oszczędności emerytalne, gdy wiemy że państwowe świadczenie wyniesie max. 30% ostatniej pensji.

Wynajem samochodu zamiast zakupu. Czy to może mieć sens?

Jedna z moich ulubionych blogerek finansowych rzuciła taki tekst: czy potrzebujemy dwóch samochodów, a może nie potrzebujemy wcale, bo korzystamy z niego tylko przy dużych zakupach i na wakacje więc może lepiej opłaca się wynajem samochodu?

Temat ciekawy, warto go policzyć. Najpierw zagadnienia metodologiczne. Jakie auto? Jaki przebieg? Jakie zakupy? Wyobraźmy sobie parę z dwójką dzieci, która raz w tygodniu udaje się 3 km do marketu, mamy przebieg:

52 x 3 x 2 (bo i powrót)= 312 km

Do tego 1200 km wakacji. Łącznie 1512 km/rok. Policzmy koszty utrzymania auta na takim dystansie. Wystarczy model „klasy Golfa” z niewielkim silnikiem, może być wiekowy. Co powiecie na Opla Astrę II? Liczymy.

  • przegląd roczny – 500 zł,
  • ubezpieczenie – 400 zł,
  • naprawy – 300 zł (niewiele, bo i przebieg minimalny, ale akumulator/opony trzeba zmieniać),
  • paliwo – 790 zł.

Łącznie: 1990 zł (taki wóz już nie traci na wartości).

Teraz koszt wynajmu i paliwa. Żeby pojechać po zakupy nie będziemy wynajmować auta, bo to bez sensu. Weźmiemy taksówkę 20 zł x 2 x 52 = 2080 zł i już przekroczyliśmy koszt utrzymania auta, a zostały jeszcze wakacje. Niech trwają 7 dni, trzeba do tego doliczyć jeszcze dwa (nie oddamy auta w środku nocy, ani go nie odbierzemy), w sumie 9. Koszt w moim mieście 1431 zł. Zostało nam „tylko” paliwo na 1200 km – 500 zł. W sumie 4011 zł. Ponad dwa razy więcej niż posiadanie. Same tygodniowe wakacje zrównują się w cenie z posiadaniem auta.

Nie opłaca się nawet w takich warunkach. I wiecie co? Otóż nie znam nikogo, kto z auta korzysta tylko przy dużych zakupach i na wakacje. Nawet moi teściowie, para siedemdziesięciolatków regularnie jeździ na działkę, teść dojeżdża do dorywczej pracy.

Klimat dla biznesu, czyli dlaczego coraz więcej firm ulega zamknięciu.

Od pewnego czasu, przechadzając się ulicami mojego miasta, obserwuję pewne niepokojące zjawisko – coraz więcej pustych lokali użytkowych z napisem „na sprzedaż” lub „do wynajęcia”. Jeszcze niedawno były tam drobne zakłady usługowe, niewielkie sklepiki, teraz wystawy świecą pustkami, nie ma wcale chętnych na wynajem.

Czy to problem jednego miejsca, czy ogólnopolski? W samym tylko 2022 r. czasie zlikwidowano (wykreślono z CEIDG): 157 tys. jednoosobowych działalności gospodarczych i spółek cywilnych. O 30% wzrosła liczba niewypłacalności i bankructw. Jeżeli pod uwagę weźmiemy pierwsze półroczne tego roku, to wskaźnik urósł o kolejne 48 %. To oznacza, że w ciągu pół roku 2023 r. upadło sporo więcej firm niż w całym 2021 r. (pomimo ograniczeń covidowych). W zasadzie jedna branża ma się lepiej – medyczna.

W tej sytuacji musimy zapytać o przyczynę? Widzę ich wiele.

Przedsiębiorcy narzekają, że władza traktuje ich jak „bankomaty”, mają płacić coraz większe podatki i daniny. Przykręcanie śruby widać na kilku płaszczyznach. Najpierw wprowadza się nowe podatki (cukrowy, deszczowy itp.). Potem modyfikuje istniejące, w taki sposób by oznaczały straty dla biznesu. Tu prym wiedzie sławetny „Polski Ład” i nieodliczalna składka zdrowotna. Przeciętny mały przedsiębiorca, który do tej pory, przy dochodzie 100 tys. zł rocznie, płacił jej kilkaset złotych (resztę odliczał), teraz musi odprowadzić 9.000 zł, czyli kilkanaście razy tyle. Uniemożliwia się korzystanie z ryczałtu i karty podatkowej albo wręcz przeciwnie zmusza do rozliczeń ryczałtem (najem), tam gdzie jest to niekorzystne. Dla małej firmy może to oznaczać kolejne kilka procent „w plecy”. Pompuje się składki ZUS bez istotnego powodu. Kolejna strata na przestrzeni 8 lat – ok. 10.000 zł/rocznie. Rosną wynagrodzenia minimalne, czyli koszty pracy. Nawet zatrudniając jednego pracownika, wzrost z 1800 zł do 4300 zł (przyszły rok) mamy o 45 tys. zł rocznie więcej. Przy trzech osobach (mały zakład fryzjerski) prawie 150 tys. zł. Nic dziwnego, że ceny usług rosną.

Wreszcie zwiększa się obciążenia parafiskalne. Wymusza zmiany oprogramowania, dokupowanie nowych urządzeń (e-kasy fiskalne, e-faktury), robi bzdurne kontrole (kara za paragon położony na kontuarze). To wszystko kosztuje.

Sejm próbuje dokonać rewolucji w Ordynacji Podatkowej poprzez praktyczne uniemożliwienie przedawnienia zobowiązania podatkowego (i kilkunastu innych świadczeń i kar, do których OP ma zastosowanie). Ogranicza uprawnienia w kontroli.

Na koniec, rzecz nie mniej ważna. Fala upadłości wywoływana jest zatorami płatniczymi. A te powstają, bo sądy nie działają efektywnie. Za obecnego Ministra Sprawiedliwości czas rozpoznania sprawy znacznie się wydłużył (o kilkadziesiąt procent). Miało być szybko jak w USA, a zbliżamy się do standardów wschodnich – lepiej wziąć windykatora niż iść do sądu.

Na to nakładają się efekty błędnej polityki gospodarczej: inflacja, podnoszenie cen nośników energii, ogrzewania, towarów, środków trwałych, no praktycznie wszystkiego. W efekcie, ktoś kto zarabiał rocznie 100 tys. zł w jednoosobowej firmie, dzisiaj cieszy się, jeśli zostanie mu równowartość pensji minimalnej. Zatrudniając pracownika, ponosiłby już straty. A nikt nie prowadzi biznesu, aby do niego dokładać. Stąd likwidacje, upadłości, bankructwa. Ludzie wolą iść na etat. Taki ciąg zdarzeń doprowadzi do gigantycznych problemów w przyszłości. W końcu gros PKB tworzą małe firmy, nie korporacje, nie budżetówka, nie rolnictwo. Masowe zamknięcia zatrą obracające się koła: spadną wpływy podatkowe, wzrośnie bezrobocie. Wróćmy do niewynajętego lokalu. Państwo ma 8,5% z każdej złotówki czynszu, do tego podatki (VAT, akcyzę, dochodowy od prądu, gazu, węgla – zużytych do oświetlenia i ogrzewania). Trzeba jeszcze doliczyć składki właściciela i ewentualnych pracowników. Per saldo na każdym niewynajętym lokalu (zlikwidowanej małej firmie) państwo traci kilkadziesiąt tysięcy rocznie. Tracą też zwykli ludzie. Wzrost podatków to wzrost cen. W jakiej skali? W 2017 r. przeciętna stawka naprawy samochodu w ASO wynosiła 150 zł (marki popularne). Teraz to ponad 300 zł. Nowe samochody podrożały za obecnych rządów o 100% (głównie w ostatnich 3-4 latach).

Do czego to prowadzi? Już tracą wszyscy. Konsumenci – przez wyższe ceny, przedsiębiorcy – bo muszą zamykać biznes, a właściciele lokali dokładają do nich, zamiast osiągać przychód (spada też wartość). Za 4-5 lat obudzimy się w korporzeczywistości, gdzie zostaną tylko sklepy sieciowe, duże warsztaty naprawcze, banki, firmy ubezpieczeniowe, fryzjerzy itp. Padną knajpki, a sporo podmiotów przeniesie się do szarej strefy – z czegoś w końcu musi żyć.

Czy elektryk może się opłacać? Spadek wartości.

Kona jest wdzięcznym obiektem do porównań. Występowała w wersji benzyna/diesel/hybryda/elektryk. Do tego produkowano ją dosyć długo (debiut 2017 -do dziś). Porównajmy.

W 2019 r. Kona electric podstawowa kosztowała ok. 155 tys. zł. Obecnie nieco lepiej wyposażony egzemplarz (4 lata) da się kupić za 95 tys. zł .Utrata wartości wynosi więc 60 tys. zł żywej gotówki i 38%.

Diesel był do wyrwania za 80 tys. zł . Teraz biorę go za 70 tys. zł. Czyli stracono 10 tys. zł i 12%.

Benzyna kosztowała 73 tys. zł . Teraz znalazłem za 65 tys. zł. Strata 8 tys. i 11%.

Hybryda ze 100 tys. zł …. zeszła do ok. 88 tys. zł. (najmniej używanych egzemplarzy). Deprecjacja wyniosła 12% i 12 tys. zł.

Różnice są tak znaczące, że elektryka nie uratuje nawet lepsze wyposażenie. Nawet gdyby je wyrównać, straty wyglądają druzgocąco dla elektryka:

Elektryk 60 tys. i 38%. Diesel 12 tys. i 15%. Benzyna 15 tys. i 20%. Hybryda 19 tys. i 19%. Próbujemy jeszcze ratować elektryka dopłatą „państwową” – 18/27 tys. zł (więcej firmy i duże rodziny – przyjąłem dzisiejsze zasady). Utrata wartości wyniesie wtedy 42/33 tys. zł . Nawet po dopłacie nowy elektryk nie zaczyna być konkurencyjny.

A może warto kupić egzemplarz używany? No cóż, tu na dopłaty liczyć nie możemy, niewielkie są także różnicę przy wyposażeniu. Dodatkowo elektryk i hybryda nie występowały jako wersje 4×4. Różnice w cenie nadal występują, bo 4-latek kosztuje: elektryk 95 tys. zł, hybryda 88 tys. zł, diesel 75 tys. zł, benzyna 65 tys. zł.

A co jeśli weźmiemy pod uwagę ceny paliwa na dystansie 60 tys. km (planowany przebieg przez 4 lata)? Elektryk, eksploatowany oszczędnie potrzebuje 13 KWh/100 km (mój rekord 6.8 Kwh/100 km na odcinku 40 km „z góry”), w lecie będzie to bliżej 12 KWh/100 km w zimie raczej 14-15 KWh/100 km. Hybryda spali 5.5 l/100 km. Diesel zadowoli się 6.5 l/100 km, a mała benzyna potrzebuje 7 l/100 km. 4-letnie koszty paliwa wynoszą:

  • elektryk (same ładowarki – 20 tys. zł, połowa z gniazdka domowego – ok. 13 tys. zł, 3/4 z gniazdka – 10 tys. zł, połowa z FV – 10 tys. zł, 3/4 z FV – 5 tys. zł, wszystko z gniazdka – ok. 6 tys. zł, wszystko z FV -0 zł).
  • hybryda – ok. 21.000 zł,
  • benzyna – ok. 27.000 zł,
  • diesel – ok. 24.000 zł.

Przyjmując podobne koszty pozostałych elementów (przegląd, naprawa, ubezpieczenie) ok. 10 tys.zł/4 lata nowy samochód elektryczny wypada gorzej. Przy moim sposobie eksploatacji (ok. 1/4 pochodzi z płatnych ładowarek, a 1/4 z gniazdka a połowa z FV) – ok. 7 tys. zł. Dlaczego? Ponieważ przeważa utrata wartości. Mamy bowiem:

-elektryk (7 tys. „paliwo”, 10 tys. eksploatacja, 60/42/33 utrata wartości w zależności od poziomu pomocy państwa) – 77/59/50 tys. zł,

-hybryda (21 tys. paliwo, 10 tys. eksploatacja, 12 tys. utrata wartości) – 43 tys. zł,

-benzyna (27 tys. paliwo, 10 tys. eksploatacja, 8 tys. utrata wartości)- 45 tys. zł,

-diesel (24 tys. paliwo, 10 tys. eksploatacja, 5 tys. utrata wartości)- 39 tys. zł.

W takiej sytuacji, nowy elektryk broni się wyłącznie, gdy weźmiemy pod uwagę spore dopłaty państwowe i ładowanie darmowe (koszt 43 tys. zł) ew. zakup używki. Dlaczego więc wybrałem (przynajmniej czasowo) wersję elektryczną, a nie diesla wychodzącego najtaniej? Proste – w moim przypadku utrata wartości po roku/dwóch latach będzie minimalna, ponieważ kupiłem 10 tys. zł poniżej ceny rynkowej. W tym czasie (1 rok) benzyna (na wolnym rynku) straciłaby 5 tys. zł, a pozostałe wersje proporcjonalnie). Inne były ceny paliw (benzyna i diesel droższe o ponad 1 zł/litrze, a prąd 0,6-1,7 zl/KWh – obecnie 0,8-2,9 zł/KWh). W przypadku aut używanych koszty eksploatacji przesuwają się na niekorzyść diesla i turbobenzyny (więcej skomplikowanych elementów).

Tylko w takim wariancie elektryk ma ekonomiczny sens.