Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Bez kategorii – Strona 12 – Oszczędny Milioner

Jak działa kredyt – historia dziewczyny z HR.

Obiecałem tydzień temu rozwinięcie tematu „Kredyt jako źródło szkodliwych kompromisów”, no i proszę, jest wpis. Z życia wzięty.

W moim miejscu pracy zmienił się szefujący HR. Jak to bywa miał całkiem nową koncepcję działania. Zlikwidować jeden dział. Pracowników rozparcelował pomiędzy inne komórki, a kierowniczkę (żeby nie siała fermentu) przeniósł do innego budynku. Oczywiście zmiana pozorna, nic nie wnosząca, ot pański kaprys. Rozmowa podobno nie wyglądała ciekawie, dziewczyna (piszę „dziewczyna”, a to 45-latka) usłyszała „Proszę nie przychodzić do głównej siedziby, nie rzucać się w oczy”. No ewidentna groźba, jak się pojawisz, spróbujesz walczyć, wywalimy cię całkiem.

Co robi w takiej sytuacji racjonalny człowiek? Piszę odwołanie od wypowiedzenia zmieniającego warunki pracy. Udowadnia pozorność zmiany, nierówne traktowanie (młodsze pracownice zostawili), naruszenie przepisów (pracuje w HR prawie 20 lat, a nagle przydzielają jej zupełnie inne zadania + zamaskowana groźba). W polskim sądzie pracy – spore szanse na zwycięstwo. Nie ma nic do stracenia, bo nowe obowiązki oznaczają znaczną redukcję wynagrodzenia (ok. 30% mniej), a inną robotę też przecież gdzieś znajdzie.

Co robi zakredytowana dziewczyna z HR? Płacze po kątach a na fejsie udostępnia post o pokonanym wilku-przywódcy, dla którego opuszczenie stada nie oznacza porażki, lecz zwycięstwo, nad samym sobą i instynktami. Tak działa tresura. Tak działa kredyt. Pracownik biurowy, jeszcze-wczoraj-kierowniczka, nie pójdzie przecież pracować do sklepu, sprzedawać biletów w kinie, woli przełknąć upokorzenie. Raty kredytu trzeba płacić co miesiąc ,a tu brak oszczędności i nie można mieć przerwy w dochodzie. Dlatego warto szukać alternatyw dla „pewnej pracy”, „kredytu z małą ratką” i „segmentu na przedmieściach”.

Dlaczego porzucam drugi etat?

Decyzja zapadła – 30 czerwca 2024 r. będzie moim ostatnim dniem pracy na drugim etacie. Co skłoniło mnie do takiego kroku. Powody mogę pogrupować następująco:

  1. leżące po stronie pracodawcy,
  2. wzrost obciążeń podatkowych, co czyni drugą prace nieopłacalną,
  3. własne przemyślenia, ujawnione na tym blogu.

Kwestie relacji pracownik-pracodawca pogorszyły się wraz ze zmiana zarządzających. Funkcję szefa objęła osoba bez kwalifikacji za to z mocnymi plecami, rzucająca co chwila kompletnie bezsensownymi pomysłami, dezorganizującymi pracę i negatywnie wpływającymi na wyniki. W efekcie miałem 3 razy tyle pracy, bez wzrostu pensji.

Wzrost obciążeń podatkowych. Temu powodowi poświęcę sporo więcej uwagi, ponieważ dotyczy on wszystkich. Przepisy podatkowe skonstruowane są następująco. Jako pracownik i przedsiębiorca płacę:

  • w firmie – podatek dochodowy wg skali czyli 12%, z zachowaniem 30 tys. kwoty wolnej od podatku (ma pierwszeństwo odliczenia przed etatami), i 9% składkę zdrowotną plus 19% VAT (liczony od góry, nie od dołu),
  • w pierwszym miejscu zatrudnienia. Podatek dochodowy 12% +9% składki zdrowotnej + 20% składek społecznych od stycznia do listopada. W grudniu – 32% podatku, 9% zdrowotnej + 20% składek społecznych
  • w drugim miejscu zatrudnienia – podatek dochodowy 32% od pierwszej złotówki +9% składki zdrowotnej +20% składki społecznej,
  • inwestycje kapitałowe – 19% podatku Belki,
  • inwestycje w nieruchomości – bez podatku od wzrostu wartości lub 8,5% ryczałtu od przychodów z najmu.

Łatwo policzyć, że realna stawka podatkowo-składkowa wynosi (w pewnym uproszczeniu bo bywają różne podstawy składek i podatków):

  • w firmie (gdzie mam koszty, w tym VATowskie) – ok. 20%,
  • w pierwszym miejscu zatrudnienia – 42%,
  • w drugim miejscu zatrudnienia – 61%,
  • inwestycje kapitałowe – 19%,
  • inwestycje w nieruchomości – 2% (w długim okresie wzrost wartości był znacznie wyższy niż przychody z najmu)

W tej sytuacji logiczne, że skoro do mojej kieszeni wpada, albo 81-98% przychodu (nieruchomości i inwestycje kapitałowe), albo 39% (drugie miejsce zatrudnienia), zacznę przeważać dochód optymalny podatkowo. Także w firmie mam daleko idące możliwości korekt: zmiana profilu (niektóre usługi szkoleniowe zw. z VAT), dostosowanie poziomu kosztów itp. Już teraz sporo odliczam stąd tak niska efektywna stawka podatkowa. Co więcej, łączny dochód z pierwszej pracy i firmy wraz żoną (przy pewnych wpłatach IKZE), pozwala mi zachować 12% stawki podatku dochodowego w rocznym rozliczeniu. Druga praca idzie w całości na 32% (plus 9% zdrowotnej plus 20% społecznych). Dlatego podatkowo, wszystko przestało się kalkulować. Dostawałem „na pasku” sporo kasy brutto (nieco powyżej średniej krajowej), a faktycznie netto ok. 40%.

Własne przemyślenia. Dotyczą tzw. krzywej zadowolenia, czasu wolnego, własnej śmiertelności, work-life balance i przewartościowania wielu spraw.

W pierwszej kolejności wyjaśniam o co chodzi z krzywą zadowolenia. Powstała ona na podstawie badań, niezależnie w różnych krajach. Generalnie powyżej pewnego poziomu dochodu i majątku, dodatkowa kasa niewiele podnosi poziom satysfakcji. W USA to chyba 75k USD. I tak, zarabiający tę sumę, okazuje się statystycznie podobnie zadowolony z życia jak gość z pensją 150k USD. Przekładając na warunki polskie, suma będzie inna, ale niewątpliwie punkt ten przekroczyłem. Dodatkowe 4k miesięcznie z jednej strony i podwyższenie obciążenia pracą o 40%, a stresu o 50% wydaje się bezsensowne. Nie warto.

To samo dotyczy czasu wolnego. Biorąc pod uwagę dopłacane podatki, czyli pensję netto, wspomniane 4k, miałem dwa wyjścia. Albo spędzać 1/4 roku na urlopach i zwolnieniach, markując pracę i utrudniając sobie prowadzenie firmy, albo pracować jak oczekuje nowy szef (czyli dużo więcej niż dotychczas), z efektywną stawką godzinową 40 zł/godzinę netto. Kompletnie nie miałem ochoty. Zwłaszcza, że stawką było 110 godzin luzu miesięcznie (26 godzin tygodniowo). Pomysłów na zagospodarowanie tego czasu posiadam mnóstwo, począwszy od wsparcia rodziny do odpalenia projektu samowystarczalności żywieniowej, mini-muzeum itp. 26 godzin tygodniowo oznacza możliwość napisania i wydania książki o finansach osobistych (100 stron miesięcznie), zaczęcia weekendu w czwartkowe popołudnie i zakończenia go we wtorek rano. Mogę być na praktycznie każdym meczu moich obu synów, dojechać tam taniej (pociągiem, bo się nie spieszę), czy porobić remonty. Zastosowanie znajdę.

Własna śmiertelność. Nie wiem, ile mi zostało. Ostatnio jeden z moich szefów dostał drugiego zawału, podobnie kierująca HR. Przypadków nowotworu we własnym otoczeniu nie zliczę (na szczęście większość kończy się pozytywnie). Patrząc dookoła, w wariancie optymistycznym, zostało mi 25 lat względnej sprawności, w pesymistycznym, mogę umrzeć jutro. I nie chciałbym skrócić sobie tego czasu pracując nad miarę. A jeśli pracując, to nie w biurze, lecz na wolnym wybiegu.

Work-life balance. Jestem antyprzykładem tej tezy. Od 24 r. ż. pracuję umysłowo bardzo intensywnie – dorabiając poza głównym etatem. Work już było, teraz czas na life. Przy odrobinie szczęścia, za 5 -6 lat pojawią się na świecie moje wnuki, muszę być sprawny i zdolny do pomocy przy ich wychowaniu. Za 3 (jeśli pójdzie w sport) lub 10 (jeśli postawi na naukę) mój najmłodszy syn opuści dom. Zwyczajnie nie mam już czasu na przedłużanie pracy w takim wymiarze. Rezygnacja z jednego etatu doprowadzi do przesunięcia suwaka „życie-praca” dokładnie w połowę skali. Pierwszy pracodawca pochłonie 2 dni, firma- 1,5 dnia, a resztę przeznaczę na życie.

Przewartościowanie. Rozmawiałem z wieloma osobami 75+. W ostatecznym rozrachunku, przed jakim stanęli, widzą ostro dwie prawdy. Pierwsza – nawet na życie, wybory, osiągnięcia własnych dzieci człowiek ma ograniczony wpływ. Można robić wiele rzeczy źle, a odnieść sukces wychowawczy, albo postępując według słusznych zasad, otrzymać nieszczęśliwe, niedostosowane dziecko. Nie ma sensu spalać się, lepiej cieszyć się drobiazgami. Druga – trzeba dążyć do „wystarczy”, które wprawdzie u każdego znajduje się gdzie indziej, ale przekroczenie granicy, prowadzi tylko do szybszego kręcenia się w kołowrotku. Podobnie spoglądam na pracę. Nie wierzę w żadne „Żeby zarobić, trzeba się narobić”ani „Firma jest jak rodzina”. Służą one do utrzymywania w Mariksie rzeszy zombie-niewolników, pracujących na wąską grupę z przywilejami. Skoro pierwotny człowiek mógł przeznaczać na pracę średnio 3 godziny dziennie (łącznie 21 godzin w tygodniu), to ja też potrafię. Znacznie lepiej wyjdę na zwiększaniu stopy zwrotu z posiadanego majątku niż na dodatkowym etacie.

Ile kosztuje utrzymanie małego auta miejskiego – Fiat 500C po roku i 6000 km.

W styczniu 2023 r. kupiłem żonie używanego Fiata 500c. Zawsze chciała mieć taki wóz – ok. Mój „prywatny importer” i kumpel dał radę ogarnąć. Wóz pochodził z 2010 r. miał na budziku 150 tys. km i uszkodzenia po gradzie. Razem z pakietem startowym, kosztował mnie 14 tys. zł.

Przez rok i 2 miesiące żona (i ja) przejechaliśmy 6 tys. km. Dlaczego tak mało? Powodów widzę kilka. Zasadniczy – zawsze w domu stały 2-3 samochody do wyboru (maksymalnie mieliśmy ich 4: elektryk, świniowóz, Porsche, 500c), więc czasami mały, miejski kabriolet przegrywał. Czym?

Na pewno osiągami. 1.2 69KM za demona prędkości robić nie może. Ot, toczy się spokojnie. Za to pali (średnia z całego dystansu) 6.1 l/100 km. Pewien procent stanowiły trasy (jedna 850 km w obie strony, 2 x po 750 km). Parę razy pojechałem na wieś. Reszta to jazda miejska. W mieście i zimie palił 8 l/100 km, w lecie już tylko 7 l/100 km. Trasa i podmiejsko – spokojnie 5 l/100km. Stąd średnia.

Wielkością wnętrza. Fiat 500c jest mały, ciasny, zwłaszcza na tylnym siedzeniu. Idealne auto dla dwojga, może z jednym dzieckiem 5-12 lat. Trójka, czwórka dorosłych – męka. Bagażnik śmieszny i z tragicznym dostępem (otwiera się tylko wąska klapa).

Dodatkowo Kona wygrywała tanią jazdą. Stąd tylko 6000 km. Przy czym 3500 km zrobiłem w dwa miesiące (kwiecień i maj 2023), kiedy wiosna zachęcała do zrzucenia dachu i wykonałem 3 długie trasy. Potem było już 50-300 km miesięcznie.

Ale przecież to auto ma zalety. Pali niewiele (ok. 40 zł/100 km przy cenie 6.5 zł/litr), dałoby się włożyć gaz (wtedy 24 zł/100km). Przeglądy OT da się je zrobić pod domem (odessanie oleju, wymiana filtrów) – 300 zł, państwowy przechodzi bez problemu, za OC płacę 330 zł, za opony 150 zł/rok. I da się zrobić (na gazie) 6000 km rocznie płacąc za wszystko 2200 zł tj. niecałe 37 zł/100 km. Nieźle. Czy znajdziecie tańsze i jezdne auto?

Nie sądzę. Bez strachu jechałem nim na drugi koniec Polski. Niestety, normy zużycia spalin zabiły ten silnik. Teraz jego rozwinięcie ma już instalację mikrohybbrydową 48V i potencjalnie drogie awarie. No i kosztuje jako nowe (wersja podstawowa) – 68 tys. zł, a nie 14k. Mój kumpel obiecał mi tanią naprawę uszkodzeń po gradzie, więc pewnie sympatyczna Włoszka zostanie z nami jakiś czas.

Czy prywatne zawsze jest lepsze? O akademikach.

Środowiska ultraliberalne promują pogląd, że „prywatne, zawsze lepsze niż państwowe.” Bardziej umiarkowane stanowisko prezentuje tzw. środek. Nie ma sensu tworzyć państwowej kopalni, no ale pewne branże, niech zostaną pod kontrolą państwa.

W przypadku akademików widać tę mądrość, jak na dłoni. Nie da się studiować, nie mając gdzie mieszkać. Wielu zdolnych studentów pochodzi ze wsi. Z odcinka 30 km, może nawet 50 km, da się dojeżdżać, miałem takich kolegów na roku. Ale 100 km, 200 km, odległa wioska – lokum w mieście akademickim musi być. W PRL-u wybudowano licznie tzw. domy studenckie czyli akademiki, ale epoka ta się skończyła, liczba studentów wzrosła i weszło prywatne. Zacznijmy porównanie.

Bierzemy na tapet Warszawę. Miasto niezmierni drogie do wynajmu. Kawalerka ok. 3000 zł miesięcznie plus opłaty. Co robić, gdy rodziców nie stać? Państwowe akademiki kosztują od 390 zł do 1100 zł za miejsce, w zależności od uczelni i standardu. Najtańsze są pokoje trzyosobowe bez łazienek na Politechnice (390 zł), najdroższe pojedyncze z łazienkami (SGH – 1100 zł). A prywatne? Właśnie powstał taki na Powiślu. Lokalizacja doskonała. A ceny? Od 1500 zł (miejsce w dwójce ze wspólną łazienką) do 2380 zł (jedynka z własną łazienką). Pokoje od 10 m2 (jedynka) do 15-18m2 (dwójka). Czyli typowy standard późnego PRL-u. Widać wyraźnie – prywatne wcale nie jest lepsze. Państwowe wychodzi taniej? Dlaczego? Przyczyn jest kilka.

Po pierwsze – wybudowany 40-50 lat temu budynek uczelni już dawno się zamortyzował. Nikt nie płacił za niego cen rynkowych, grunt darowano.

Po drugie – do studenta się dopłaca. Na państwowym, prywatnym właścicielom mieszkań czy akademików – nie.

Po trzecie – w uniwersytecie decydują koszty, u prywatnego potencjalny zysk czyli wycisnąć, ile się da, w końcu akcjonariusze/udziałowcy chcą zarobić.

Po czwarte – akademik prywatny, jest nim tylko z nazwy. Wynajmą każdemu młodemu, nie trzeba legitymacji studenckiej – dzięki temu znacznie większy popyt.

Dlatego akademiki państwowe muszą istnieć. Regulują dostępność studiów, dla zdolnych i niezamożnych. Kryterium udostępnienia miejsca w domu studenckim stanowi dochód rodziców. I nie, nie jestem tym osobiście zainteresowany. Obydwaj moi synowie-studenci mieszkają już we własnych lokalach. W przypadku młodszego – nawet formalnie – zakup został dokonany na jego nazwisko, ponieważ pracuje. Takie szanse ma jednak znikoma część młodego pokolenia – im trzeba pomóc.

Nowy sposób zarabiania. Czy bankobranie ma sens?

W ramach reklamy kontekstowej wyświetlił mi się odnośnik do strony bankobranie.pl. Reklamowano ją jako nowy sposób zarabiania na bankach praktycznie bez wysiłku.

Nie wiem czy też trafiliście na tego bloga. Generalnie chodzi o to, że nie banki wykorzystują nas, lecz my je. Korzystamy z promocji, pobieramy bonusy i znikamy. Wygląda nieźle, ale sprawdzam.

Główny autor bloga – Mr Złotówa zarobił w ciągu roku …. 8915 zł. Dla człowieka pracującego te 750 zł miesięcznie , nie majątek, dla studenta efekt równy 17 godzinom korepetycji, więc już warty uwagi. Zwłaszcza jeśli pomnożymy przez 2 (dwie dorosłe osoby w gospodarstwie domowym) – wychodzi emerytura minimalna.

A jak było w lutym? Jedna promocja dotyczyła banku Santander. Trzeba założyć konto (żaden problem), ale potem wykonywać transakcję kartą (po 5 miesięcznie), zapewnić wpływy. Od marca do lipca zarobisz… 700 zł (w tym 100 zł bonu Biedronki). Coś tam jeszcze dobijesz, jeśli polecisz konto innej osobie lub 1% zwrotu za rachunki. Generalnie, poświęcisz na to wszystko godzinę miesięcznie, a zarobisz 140 zł/miesiąc.

Nawet gorzej wyglądała sytuacja przedsiębiorcy. Ten mógł założyć konto w Aliorze. Zarabiasz 400 zł na start i po 125 zł przez 12 miesięcy. Tylko żeby dostać te 125 zł musisz spełnić warunki. A te są skomplikowane. 20 zł dostaniesz za przelew do ZUS (ok.), 10 za przelew SEPA (zagraniczny, na co najmniej 100 E), 25 zł jeśli wydasz kartą 2000 zł, 10 zł za kasy fiskalne 25 zł za zakup walut, 15 zł za przelewy zagraniczne (minimum 3 miesięcznie), 20 zł za saldo. Moja ocena: bez wysiłku dostałbym ….45 zł, a nie żadne 125 zł. Nie załapałbym się też na wielki moneyback do karty (10% z płatności kartą za paliwo, nie więcej niż po 200 zł przez 5 miesięcy), bo jeżdżę elektrykiem, a żona niewiele. W moim przypadku z 2900 zł zrobiłoby się 990 zł (400+540+50) przez 12 miesięcy. Kolejne 82,5 zł/miesięcznie. Czas poświęcony ok. godziny. Już lepszy jest rachunek firmowy w Santanderze – 500 zł w dwa miesiące (założenie konta 250 zł, kolejne 250 – po 1 transakcji kartowej, do ZUS, blik na konto lub w sklepie).

Zastanawiałem się też nad kontem w PEKAO S.A. Oni oferują 200 zł za założenie i 7% na rachunku oszczędnościowym przez 5 miesięcy do 100 tys. zł. Ponieważ inne banki proponują 5% zarobiłbym różnicę 1,6% netto czyli z bonusem startowym 870 zł przez 5 miesięcy. To 170 zł miesięcznie, a czas poświęcony 0 minut plus wypełnienie wniosku i podpisanie umowy (pewnie z godzinę). Widzę sens.

Podsumowanie. Z tych trzech banków mógłbym zarobić ok. 390 zł, poświęcając 2 godziny miesięcznie. Z dwóch najlepszych i dostępnych dla nie-przedsiębiorców – 310 zł za godzinę przez kilka miesięcy. Może być. Przedsiębiorca w Santanderze dołoży jeszcze 250 zł miesięcznie za kolejną godzinę i mamy 560 zł (rachunek firmowy, osobisty x 2, 3 karty). Będzie na ZUS i księgową.

Ta struktura pokazuje, że nie ma sensu na siłę pompować wyniku, bo zyskiwanie po 82,5 zł miesięcznie za godzinę roboty (plus założenie i zamknięcie) uważam za stratę czasu.

Alternatywa dla nart zjazdowych – biegówki.

Tym razem porzucamy narty zjazdowe, a przerzucamy się na biegówki. Jedziemy w okolice Nowego Targu (blisko Kluszkowców), gdzie leży miejscowość Obidowa, mekka biegaczy narciarskich z Małopolski. A oto ceny:

Dojazd. Ponownie 360 zł.

Nocleg. 1700 zł. Tę cenę za pokój trzyosobowy wziąłem z bookingu, w wysokim sezonie (połowa stycznia).

Jedzenie. Biegacze zjadają porządny obiad i nie przesiadują w karczmach. Liczę 1500 zł/tydzień.

Karnety i sprzęt. Wstęp na trasę biegową, z wypożyczeniem – 60 zł/os/dzień tj. ok. 1260 zł (tyle, co sam sprzęt zjazdowców, a gdzie do karnetu).

Atrakcje. Także w tym punkcie, biegacze nie szaleją. Aczkolwiek jedna wycieczka do bani czy term – ma sens. 600 zł.

Suma: 5420 zł. Zupełnie inny styl życia i ceny oznaczają spadek kosztów o połowę. To dobry wynik. Jeszcze lepszy, gdy wybierzemy się bliżej domu. W takim Tomaszowie Lubelskim zapłaciłbym: dojazd – 100zł, nocleg 1260 zł, jedzenie 1200 zł, karnety i sprzęt 840 zł, atrakcje 600 zł – razem: 4000 zł.

Ile kosztuje tygodniowy wyjazd narciarski w polskie góry?

W grudniu dyskutowaliśmy z Bartkiem o wyjeździe narciarskim. Dzisiaj koszt – w wersji budżetowej – polskie góry, a konkretnie Kluszkowce Ski.

Dojazd. Sporo zależy od miejsca zamieszkania. Ode mnie mam ok. 800 km w obie strony. Krakowiakom wyjdzie taniej (240 km), a mieszkańcom Gdańska – drożej. Przyjmuję jednak swoje wartości – 800 km x 7 l/100 km x 6,5 zł = 360 zł.

Sprzęt narciarski i ubrania. Liczę amortyzację 5-letnią (starsi mogą wymienić rzadziej, młodsi – co roku) – 1200 zł/sezon/3-osoby.

Nocleg. 2100 zł/tydzień. Przyjąłem cenę z pokoju trzyosobowego lub małego studia.

Jedzenie. Obiady w knajpce. Kawa, ciastko, grzaniec przy stoku. 400 zł/dzień czyli 2800 zł/tydzień.

Karnet. Z dziećmi jedziemy w ferie – karnet 7-dniowy kosztuje 2800 zł.

Suma kosztów tygodniowego pobytu: 9260 zł.

Jeżeli doliczymy okoliczne atrakcje, np. regenerację w bani, na termach, wycieczki, spokojnie zbliżymy się do 12-15 tys. zł. I teraz musimy sobie odpowiedzieć, czy taki wydatek to optymalne zrealizowanie współczynnika radość/cena i wypoczynek/cena. Moim zdaniem, dla przedstawicieli typowej klasy średniej – nie. Aczkolwiek zdania mogą być różne.

Przydomowy kurnik. Jaki ma sens?

Wracamy do tematów rolniczych. Jeszcze niedawno wszyscy uciekali ze wsi, teraz trend się odwrócił. Dlaczego? Uciekamy na wieś przed stresem. Ok, ale czy ma to sens ekonomiczny?

W moim miejscu pracy mam koleżankę, która raz w tygodniu przynosi na sprzedaż kilkadziesiąt wytłoczek z jajkami. Wszystkie rozchodzą się w mgnieniu oka, wśród stałych odbiorców. Jak magnes działa hasło – od wiejskich kur przy cenie porównywalnej ze sklepową 15 zł/10 szt. Czas więc na wyliczenia.

Jedna kura znosi dziennie jedno jajko. W warunkach przydomowych, da się mieć tych kur kilkadziesiąt, dajmy na to 50. Dochodzimy do 350 jaj tygodniowo tj. 35 wytłoczek. Skoro jedna wytłoczka kosztuje 15 zł to osiągamy 525 zł przychodu tygodniowego. Całkiem nieźle – 2275 zł za 7-14 godzin pracy w tygodniu. I to niezbyt ciężkiej pracy. Mamy jednak kilka „ale”. Po pierwsze, przychód to jeszcze nie zysk. Mamy jakieś koszty (karma, weterynarz, wymiana stada, kurnik) – niech będzie to 25% ceny jajek (optymistycznie). Trzeba je dowieźć i sprzedać, znowu: benzyna (30 zł tygodniowo), akurat w przypadku mojej koleżanki odpada, bo sprzedaje w miejscu pracy. Wreszcie, charakter wykonywanych czynności – człowiek zostaje uwiązany do miejsca. Ze zwierzętami nie ma urlopu. Trudno znaleźć kogoś odpowiedzialnego, kto przypilnuje 50 kur. Nie ma szans na urlop. Zdecydowanie wolę pomysł na maliny, o który już pisałem.

Planowanie życia w kryzysie. Wydatki sztywne czy elastyczne?

Tego kryzysu, podobnie jak wielu poprzednich, chyba nikt nie planował. Nie znaczy to jednak, że przyczyny obecnej (inflacyjnej) i przyszłej (recesyjnej) zapaści pozostają nieznane. Ekonomiści i dziennikarze już o nich piszą. Co jednak w tej sytuacji ma zrobić przeciętny obywatel? Czytaj dalej Planowanie życia w kryzysie. Wydatki sztywne czy elastyczne?

Realizacja moich planów na rok 2023 r. i plany na 2024 r.

Jestem gorącym zwolennikiem myśli gen. Eisenhowera „Plany są niczym, planowanie wszystkim”. Od kiedy w okolicach 1995 r. przeczytałem książkę Joe Carbo „Jak zrobić pieniądze, będąc leniwym”, przykładam ogromną wagę do planowania i wyznaczania celów. Robię to w okresie rocznym i taki plan sporządziłem też w grudniu 2022 r. (na rok 2023) oraz w 2023 r. na 2024 r. Czy udało mi się zrealizować cele finansowe? Nie wszystkie, dlatego wciąż wierzę Eisenhowerowi.

Wykonanie planu na 2023 r.

Osiągnąłem wszystkie cele dochodowe tj. zarobić x zł w roku oraz kwotę x z działalności gospodarczej. Tak samo było z oszczędnościami, planowałem odkładać 30% dochodów, wyszło mi nawet lepiej. Powiększyłem majątek (kwotowo) o więcej niż planowałem.

Problemy miałem z celami poza finansowymi. Nie nauczyłem się 1000 francuskich słówek, nie ćwiczyłem regularnie 3 razy w tygodniu. Nie wykonałem wszystkich prac na działce i w domu. Niestety.

Plan na 2024 r .

Częściowa porażka nie zniechęca mnie do planowania. Wdrożyłem system, zaprezentowany w książce „12-tygodniowy rok”, łącząc go z ideami dra Roberta Maurera o filozofii kaizen. Rozbiłem wielkie cele na małe części i staram się codziennie przybliżyć do celu.

A zatem, co chcę osiągnąć?

  1. Zarobić w ciągu roku 20% więcej niż w roku ubiegłym.
  2. Odkładać miesięcznie 10 tys. zł (inwestycje to też oszczędności).
  3. Zarobić na akcjach minimum 10%.
  4. Wybudować domek w górach.
  5. Nie zmieniać samochodu (czyli opanować swoją słabość).
  6. Ćwiczyć 3 razy w tygodniu, biegać w sumie przez godzinę tygodniowo, przejechać na rowerze 1000 km (nie na raz, a łącznie).
  7. Nauczyć się 1000 włoskich słów.
  8. Wstawać codziennie najpóźniej o 5.30.
  9. Poświęcać na dg minimum 1 godzinę każdego dnia.
  10. Nie przekraczać 2500 KCal/dziennie i zapisywać posiłki w aplikacji.
  11. Spędzać z każdym członkiem najbliższej rodziny (dzieci, żona) minimum 1 godzinę tygodniowo sam na sam (synowie po wyprowadzce, dopuszczam telefon).
  12. Cele od 7 do 12 realizować cotygodniowo, przynajmniej w 85%.

Metoda małych kroków ma mi w tym pomóc. Czy się uda? Zobaczymy.