Ile kosztują wakacje? Wyrwać się z korkociągu oczekiwań socjoekonomicznych.

W komentarzu o wiejskim życiu za niewielkie pieniądze, Bartek podniósł temat wakacji, wyjazdów, nart jako warunku dobrostanu dzieci. Obiecałem wtedy wpis o tanich, alternatywnych urlopach i … wypełniam zobowiązanie.

Ile kosztują wakacje 3-osobowej rodziny? Moje ubiegłoroczne w Chorwacji – 7 dni, ok. 12 tys. zł. Tydzień w szczycie sezonu na all inclusive, w Egipcie, Turcji itp. – 7000 zł. Plus doliczmy wydatki na miejscu, jakieś wycieczki i wyjdzie pewnie 9000-10.000 zł. Czy da się taniej? Oczywiście. Aczkolwiek trzeba zrezygnować ze standardu. Ceny dotyczą tygodnia.

Opcja I. Jak u babci na wsi. Nie każdy ma babcię na wsi, ale każdy może skorzystać z wynajmu wiejskiego domku. Cena (w mojej wsi):

  • 1500 zł/tydzień – wynajem wyremontowanej chaty z noclegami dla 8 osób,
  • 100 zł – dojazd własnym autem (tylko paliwo na dystansie 125 km w jedną stronę),
  • 1000 zł – jedzenie (raz w restauracji, reszta samodzielnie przygotowana),
  • 1000 zł atrakcje – lody, basen, wstępy i zwiedzanie.
  • Razem: 3600 zł.

Opcja II. Kemping w górach, blisko jeziora. Bierzemy auto, namiot i jedziemy.

  • 900 zł – miejsce pod namiot z prądem plus auto i 3 osoby,
  • 300 zł – dojazd własnym autem (bo jednak zwyczajnie – dalej),
  • 1500 zł – jedzenie (dodajemy zakupy na plaży),
  • 1000 zł atrakcje – (rejs statkiem, wypożyczenie rowerka wodnego, zwiedzanie),
  • Razem: 3700 zł.

Opcja III. Kemping w lesie, blisko jeziora.

  • 900 zł -miejsce pod namiot z prądem plus auto i 3 osoby,
  • 100 zł – dojazd własnym autem,
  • 1000 zł – jedzenie (raz w restauracji, reszta samodzielnie przygotowana),
  • 1000 zł – atrakcje (wypożyczenie kajaka, rowerka, barek na plaży).
  • Razem: 3000 zł.

Opcja IV. Agroturystyka. Podaję ceny ze sprawdzonej „Chaty nad Ponikiem” koło Bystrzycy Kłodzkiej:

  • 2900 zł – nocleg i wyżywienie (nawet kawa i herbata wliczone w cenę),
  • 500 zł – dojazd własnym autem i jazdy na miejscu (w moim przypadku nawet 700 zł),
  • 300 zł – dokupienie jedzenia na lunch (dla mnie obiadokolacja o 17 trochę za późno),
  • 1000 zł – atrakcje (wstępy),
  • rozmowy z właścicielem panem Waldkiem – gratis,
  • Razem: 4700 zł.

Opcja V. Własny domek na działce. Tutaj koszty przeliczyłem z całego roku (obliczenia moje) i podzieliłem przez 52 tygodnie.

  • 100 zł – nocleg,
  • 100 zł – dojazd własnym autem
  • 1000 zł jedzenie (raz w restauracji, reszta samodzielnie przygotowana),
  • 1000 zł – atrakcje – (zwiedzanie, basen),
  • Razem: 2200 zł.

Opcja VI. Własnym kamperem na dziko. Ponownie przeliczono z całego roku i podzielono przez 52 tygodnie.

  • 100 zł – kamper,
  • 900 zł – paliwo,
  • 1000 zł – jedzenie (raz w restauracji, reszta samodzielnie przygotowana),
  • 1000 zł – atrakcje – (zwiedzanie, basen),
  • Razem: 3000 zł.

Opcja VII. Pole biwakowe, przy schronisku w górach.

  • 600 zł – nocleg,
  • 300 zł – dojazd,
  • 1000 zł – jedzenie,
  • 1000 zł – atrakcje (basen, zrzutka na koncert, zamówienie szarlotki z lodami),
  • Razem: 2900 zł.

Opcja VIII. Górami ok. 100 km od schroniska do schroniska.

  • 1200 zł – nocleg,
  • 300 zł – dojazd,
  • 2000 zł atrakcje i jedzenie (tym razem w jednej kategorii),
  • Razem: 3500 zł.

Jak widać przedział 2200 zł – 4700 zł – znacznie niżej niż Chorwacja czy all inclusive w Turcji/Egipcie. Wcale nie trzeba siedzieć w domu. Koszt – przeliczeniu na miesiąc od ok. 183 zł (61 zł/os.) do blisko 400 zł/m-c. Czyli, w zwykłej statystycznej rodzinie – da się. Natomiast wrażenia (zwłaszcza w ostatnim punkcie – przejściu górami 100 km) – bezcenne.

Łańcuch lenia. Czyli jak zacząłem systematycznie pracować.

Pewnego dnia przeczytałem o metodzie twórczej Jerry’ego Seinfelda -komika, który chciał mieć pod dostatkiem żartów do swoich publicznych występów. Postanowił pisać jeden skecz każdego dnia, a postępy zaznaczać w ściennym kalendarzu znakiem „x”, gdy tylko wykonał zadanie. Powstawał w ten sposób „łańcuch żartów” nazwany też „łańcuchem Seinfelda”.

Taki pomysł od razu wzbudził moje zainteresowanie, tym większe, że akurat miałem wyjątkowego lenia. Postanowiłem więc rozpocząć działanie nazwane „łańcuchem lenia”, aby zwiększyć firmową wydajność.

Dlaczego? Ponieważ straszny ze mnie leń. Nie nazywam sytuacji odkładania mądrze, naukowo i nowocześnie „prokrastynacją” – szukając na siłę wytłumaczenia, lecz po prostu – lenistwem. W moim zawodzie, polegającym na twórczej pracy, taki styl działania „na ostatnią chwilę”, „pod toporem” itp. niesie same wady i… jedną zaletę. Każdy leń Wam to powie, że jego chęć do odkładania zmusza go do twórczej i wydajnej pracy przed deadlinem. Jeszcze nigdy nie zdarzyło się, abym zawalił coś terminowego. Ale ten medal ma dwie strony. Umiejąc pracować szybko i sprawnie nakręcamy spirale, bo po co się spieszyć, skoro można poleżeć. Krótko mówiąc przekleństwo „sprawnego lenia”.

Wracając do wpływu na firmę. Moi koledzy mają sztywny czas wyznaczony na pracę. Nawet 10 godzin dziennie. Ja potrafię się spiąć na 5-6 godzin i to takich, które wypadają często w chwili, gdy akurat pracuję etatowo (i trzeba robić wiele rzeczy „od ręki”). Do tego w międzyczasie poziom energii spada, bo a to ktoś zadzwoni, a to wydarzy się coś nagłego. No i klops.

Dlatego wdrożyłem system „łańcuch lenia”. W lipcu, gdy sporo czasu spędzałem na wsi, postanowiłem jak Pliniusz Starszy – Ani dnia bez kreski. Oczywiście nie chodziło o jedną literę, ani zdanie, lecz godzinę systematycznego pisania. I każdy dzień z taką godziną miałem zaznaczać w kalendarzu, stosując przestrogę Seinfelda – „Don’t break the chain”. I wiecie co? Udało się. Moja firmowa produktywność wzrosła, a wydajność poszybowała w kosmos. Jednego dnia poświęcam na wykonanie zadań sześć godzin, innego dnia tylko jedną i od lipca trzymam ten poziom. W pierwszym miesiącu nadgoniłem wszystkie „tyły” czyli prace nie na termin. A teraz działam na czas.

Demitologizacja Balcerowicza. Echa ciekawej dyskusji, na którą trafiłem.

Całkiem niedawno przeczytałem internetową wymianę argumentów na temat: banki, inflacja, „kto mądry kupował na kredyt i spłacał za jedną pensję”. Motyw przewodni – Leszek Balcerowicz jako minister finansów.

Zaczęła tym wywiadem https://weekend.gazeta.pl/weekend/7,177333,31806578,przyszli-po-lodowke-za-1-5-tys-zl-ale-okazalo-sie-ze-maja.html Anna Kalita. Jej rozmówca (psycholog i specjalista od zadłużenia) głosił takie „mądrości”:

  1. „Mój ojciec, urodzony przed II wojną księgowy, totalny wróg zadłużania się, budował dom przez ponad 30 lat. Z tego, co zdołał odłożyć. Małymi krokami. Budowy nie ukończył nigdy.”
  2. „Od ręki przyznano nam 1,5 mln zł pożyczki. Na 30 albo 40 lat, już dokładnie nie pamiętam. To był 1988 rok. W 1990 stery Ministerstwa Finansów przejął Leszek Balcerowicz, za którego co wieczór powinniśmy odmawiać zdrowaśki, ponieważ stał się cud – nasze zarobki nagle bardzo wzrosły, bo pojawiały się przy nich kolejne zera. Te miliony były warte diametralnie mniej niż przed zmianą ustrojową – siła nabywcza pieniądza się zmieniła – ale na naszej umowie kredytowej wciąż widniała ta sama kwota. Kilka ówczesnych wypłat, moich i żony, starczyło na spłacenie całości zadłużenia od ręki. Wygraliśmy los na loterii historii. Pożyczone miliony dały mi coś, czego nie miał mój ojciec – możliwości. Ojciec nie wybudował domu w 30 lat. Ja nasz wybudowałem w trzy. Mieszkamy z żoną w tym domu do dziś.”

Psycholog może tego nie wiedzieć, obie podstawy mają oparcie nie w obiektywnych prawach ekonomii, a pokoleniowym doświadczeniu gospodarczym. Otóż, „przedwojenni” wychowali się w opowieściach o „złym kredycie”, które wybrzmiały w cytowanych na moim blogu chłopskich pamiętnikach z Wielkiego Kryzysu. Z tego powodu nie zadłużali się. Dodatkowo, w swoich młodych latach (PRL przed Gierkiem), takich opcji nie mieli.

Co innego człowiek wchodzący w dorosłość w latach 80-tych XX w. Przy czym apoteoza Leszka Balcerowicza bardzo łatwo mogła zmienić się w przekleństwo. I ta historia wybrzmiewa w komentarzach do wywiadu.

Postaram się zatem pewne rzeczy usystematyzować. Otóż Leszek Balcerowicz, jako wicepremier od gospodarki, zrobił rzeczy wielkie a zarazem straszne, tragiczne i okrutne. Stał się symbolem afer (zamrożenie kursu dolara, alkoholowa itp.), likwidacji polskiego przemysłu, a nawet całych miast i wsi. Wyhodował mit założycielski PiS i Samoobrony. Doprowadził do wzrostu gospodarczego, połączonego z 20% ogólnokrajowym bezrobociem, a w niektórych miejscach nawet 80%. Gigantyczna zapaść to jego dzieło, budowanie z gruzów zaczęli inni.

Ale wróćmy do kredytów. Otóż na początku faktycznie szalała inflacja a raty bywały stałe, co powodowało zmniejszenie obciążeń. Jednocześnie zdewaluowano oszczędności. A potem… nagle przeliczono zobowiązania wobec banków. No i zaczęło się. Ludzie z miesiąca na miesiąc (tak!) mieli do spłaty 40% więcej niż pożyczyli. Ich pensje nie mogły rosnąć w tym tempie (sławetne dzieło Balcerowicza „popiwek” – podatek od wzrostu wynagrodzeń w firmie), więc albo natychmiast spłacali, albo bankrutowali. Kryzys inflacyjny (raty +100% na przestrzeni roku) to przy tamtych czasach (+600%) małe piwo. I o tym warto pamiętać, gdy chwali się Balcerowicza.

Czego jednak z tej lekcji możemy się nauczyć? Warto myśleć samodzielnie. Bank nie jest naszym przyjacielem. Kredyt mieszkaniowy opłaca się wtedy, gdy pozostanie tani. Dzisiejsze raty (ok. 800 zł przez 30 lat od każdych pożyczonych 100 tys. zł), wymagają minimalizowania zobowiązań. Niby proste, a młodych dalej próbuje się wychowywać paradygmatem sprzed dekady – czasów taniego pieniądza.

Dzisiaj, samodzielna budowa niewielkiego domu, albo próba remontu istniejącego, może okazać się tańsza niż zakup mieszkania od dewelopera. Minimalizujemy pożyczane kwoty, a tym samym i obciążenie. Czy ta prawda zostanie aktualna jutro? Pewnie nie.

Niska składka zdrowotna dla przedsiębiorcy. Niesprawiedliwość czy przywrócenie równowagi?

Prezydent Andrzej Duda zawetował nowelizacją ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych, obniżającą składkę zdrowotną dla przedsiębiorców. Argument zabrzmiał jeden – brak konsultacji. Mamy szansę się zastanowić nad sprawiedliwością rozwiązania.

Pracownik płaci tę akurat składkę (przy obecnej dostępności – raczej podatek, bo nie gwarantuje usługi) w wysokości 9% dochodu. Zatrudniony na zleceniu – podobnie. Na umowie o dzieło – 0. Rolnik – 0 zł przy gospodarstwie do 6 ha i 1 zł/ha/osobę jeśli ma gospodarstwo rolne większe (pominąłem działy specjalne, bo tam zasady są jeszcze bardziej skomplikowane. Jak widzicie, spore różnice (0 zł – 9%).

Przedsiębiorcom rozliczającym się podatkiem liniowym i według skali dedykowano system następujący (ten właśnie zawetował Prezydent RP):

  • do 1,5 krotności miesięcznego wynagrodzenia 9% ale od 75% minimalnego wynagrodzenia za pracę,
  • pow. 1.5 krotności jeszcze 4.9% od nadwyżki.

Ryczałtowcy:

  • 9% ale od 75% minimalnego wynagrodzenia za pracę do 3-krotności przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia, ale tu liczymy przychody, a nie dochody.
  • od nadwyżki przychodów powyżej 3-krotności przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia (stawka dodatkowa- 3,5 proc.).

Niedobitki na karcie podatkowej – 9 proc. z 75 proc. minimalnego wynagrodzenia

W przypadku zaś przedsiębiorców rozliczających się ryczałtem druga część składki miała być naliczana od nadwyżki przychodów powyżej 3-krotności przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia (stawka – 3,5 proc.).

Weźmy dwóch „przeciętniaków” – dochód/przychód roczny ok. 120 tys. zł (zarobek 10 tys. zł brutto). I co zobaczymy (stawki miesięczne)?

  1. Twórca, rzemieślnik itp. na umowie o dzieło, prezes spółki żyjący z dywidendy – 0 zł,
  2. Rolnik (ma załóżmy 15 ha) – 15 zł.
  3. Pracownik/zleceniobiorca – 777 zł,
  4. Przedsiębiorca na liniowym lub wg skali – 315 zł,
  5. Przedsiębiorca na ryczałcie – 315 zł.

A teraz oceńmy osoby o dochodzie/przychodzie rocznym równym 30 tys. zł (2500 zł miesięcznie).

  1. Twórca, rzemieślnik itp. na umowie o dzieło, prezes spółki żyjący z dywidendy – 0 zł,
  2. Rolnik (ma załóżmy 5 ha) – 0 zł.
  3. Pracownik/zleceniobiorca – 225 zł,
  4. Przedsiębiorca na liniowym lub wg skali – 315 zł,
  5. Przedsiębiorca na ryczałcie – 315 zł.

I dla równowagi 240 tys. zł/rok (20 tys. zł miesięcznie).

  1. Twórca, rzemieślnik itp. na umowie o dzieło, prezes spółki żyjący z dywidendy – 0 zł,
  2. Rolnik (ma załóżmy 30 ha) – 30 zł.
  3. Pracownik/zleceniobiorca – 1800 zł,
  4. Przedsiębiorca na liniowym lub wg skali – 855 zł,
  5. Przedsiębiorca na ryczałcie – 315 zł.

A wnioski? Wcale niejednoznaczne. Nie jest prawdą, że przedsiębiorcy, nawet po zmianach mieliby być szczególnie uprzywilejowani. Przy niskich dochodach – płacą więcej niż wszystkie inne grupy. Przy średnich – zyskują przewagę, ale tylko nad pracownikami/zleceniobiorcami, nadal uiszczając składkę znacznie większą niż rolnicy, czy rzemieślnicy na umowie o dzieło czy, o dziwo, prezes zarządu żyjący z dywidendy. Wysokie dochody – tu kwoty dalej się rozjeżdżają. Pracownik musi ponieść największy ciężar.

Czy to sprawiedliwe? Kiedyś mówiono „sprawiedliwie, nie znaczy po równo”. Niewątpliwie w stosunku do rolników, twórców (aktorów, zawodowych pisarzy, reżyserów, ale i rzemieślników, architektów, projektantów) na umowie o dzieło – kwota jest istotnie wyższa. W przypadku „burżujów” żyjących z dywidendy, wręcz obrażająco wysoka. Dlaczego media akcentują różnicę: pracownicy/prowadzący dg na własny rachunek, a zapominają o innych grupach? Doprawdy, nie wiem. Pracownik ponosi zerowe ryzyko swoich działań, płaci od dochodu, nie zarabia -nie płaci. A właściciel małej jdg niezależnie czy osiągnął dochód, ba nawet przychód, czy kontrahent mu zapłacił, czy nie – musi zanieść w zębach te 315 zł, nigdy mniej. Czym różni się od architekta (prywatna umowa o dzieło) – też nie pojmuję.

A argument o „równym dostępie do świadczeń”? Bez żartów. Najlepiej być … bezrobotnym lub emerytem, ponieważ oni mają czas leczyć się „na NFZ”. Przedsiębiorcy – płacą prywatnie, gdyż zależy im na czasie. Ile? Standard 300-500 zł za 15-minutową wizytę. I tego faktu jakoś nikt nie akcentuje.

Jak na przeciętnego pracownika wpływa praca zdalna?

W kwietniu pisałem o pracy zdalnej w korpo – podsumowując, że niezłego pracownikowi, likwidacja tej formy powinna skłonić do poważnych zmian. Teraz o perspektywie „średniaka”.

Otóż średniak wyrabia te 100% normy, ale potrzebuje na to 100% (czyli 40 godzin tygodniowo). Jak na niego wpływa praca zdalna?

W większości wypadków – korzystnie, w nielicznych – destrukcyjnie. Zacznijmy od plusów.

Powód 1. Niepłatne godziny.

Praca zdalna „odcina” dwa bardzo ważne bloki czasowe: dojazdy i „szykowanie się”. Cofnijmy się do tekstu Onet-u – 3 h dziennie w samochodzie, albo wychodzenie do biura o 6.20, żeby ominąć korki, stanowią punkt wyjścia. Dodatkowe 3h to czas, w którym nic nie robimy i nikt nam za to nie płaci. Zróbmy prosty bilans.

22 dni robocze x 8 godzin – urlopy = 170 godzin pracy miesięcznie.

A jeśli zwiększymy tę liczbę o 37% (czyli 3 h dojazdu), mamy już 233 h/m-c, w tym 63 godziny niepłatne.

Dodając 1 h na szykowanie się (prasowanie, układanie fryzury, makijażu, pastowanie butów, przygotowanie 2-go śniadania, napoju itp.) Dodajemy już 50% czasu. No i robi się 255h, z czego 85 h darmowych.

Zachowując tę samą wydajność (na 100% w 8 godzin), warszawski korposzczur oszczędza 33% czasu, jeżeli pracuje z domu.

W warunkach mojego miasta będzie to nieco mniej (1 h na dojście, 1 h szykowania się) czyli bezpłatne 2h/dzień, czyli +20%.

Powód 2. Elastyczna praca.

Nawet jeśli pracujemy w korpo, powstaje opcja „ruchomego czasu pracy”. Krótko mówiąc – mamy spędzić przy kompie 8h. Firmy nie interesuje w jakich godzinach (ew. ustalają pewne ramy np. 6-22, żeby nie płacić za „nocki”). I wtedy zyskujemy. Rano odwozimy dzieci do pracy, robimy obiad, a pracujemy popołudniami. W świecie ludzi posiadających jakieś życie prywatne – super sprawa.

Powód 3. Prywatna optymalizacja.

Pisał o niej w „Czterogodzinnym tygodniu pracy” Tim Ferriss. Stosujemy różne metody, aby jak najmniej pracować. Dajemy pracodawcy efekt, a zyskujemy czas, oszukując. Wielu skorzysta.

I tak, wykorzystamy sztuczną inteligencję, żeby pracowała za nas. Lub jak u Ferrissa, wykorzystamy prywatnego asystenta z Azji.

Napiszemy maila o 3 w nocy, ale ustawimy wysłanie go o 10.

Wykonamy zadanie po kolacji, a przekażemy je szefowi w południe następnego dnia.

Powód 4. Mniej wydatków.

3-godzinny dojazd to nie tylko czas, ale i pieniądze. Trasa 25 km Białołęka-Ożarów, to 1000 km miesięcznie, przy spalaniu w korkach na poziomie 8 l/100 km (z dolnej półki!) mówimy o wydatku ok. 500 zł.

A ubrania? Kosmetyki? Buty? Karty parkingowe? Kawa na wynos? Pan Kanapka? Biurowe składki?

Każda z tych pozycji kosztuje. Pracując zdalnie – oszczędzamy.

Podsumowanie. Praca zdalna, nawet dla przeciętnego korposzczura zapewnia niezły work-life balance. Pozwala oszczędzać i czas, i pieniądze. Daje komfort posiadania jakiegokolwiek życia, a nie kręcenia się w kołowrotku.

Teraz czas na minusy.

Problem 1. Nieumiejętność pracy bez nadzoru.

Wielu korposzczurow, spuszczonych ze smyczy, bez karbowego nie potrafi pracować wydajnie. Marnują czas na czynności nieistotne. Widać to po spadku wydajności. Oczywiście, taki stan nie musi trwać wiecznie, wydajności da się nauczyć.

Problem 2. Mix życia zawodowego z prywatnym.

Wielu nie potrafi ich podzielić. Pracują do 20. Lenią się do południa. Robią obiad w przerwie wideokonferencji. Wychodzą na zakupy. Pracują w poczekalni u lekarza. Odbierają telefony o 23.

Warto postawić tamę, ale i tego trzeba się nauczyć.

Problem 3. Utrata umiejętności społecznych.

8 godzin w pracy typu korpo, oznacza spotkania, rozmowy, ploteczki przy ekspresie. W ten sposób socjalizujemy się (przepraszam za język psiego behawiorysty). Pracując z domu już nie. Oczywiście, da się ogarnąć coworking, cafeworking, pracować w parku, na skwerze, ale pracodawcy tępią takie praktyki. Zgodnie z prawem, ponieważ trzeba podać miejsce pracy zdalnej i trzymać się go.

Problem 4. Dziwne zwyczaje.

Gdybym nie usłyszał, tobym nie pomyślał. Jeden z moich kumpli opowiada sytuację swojego sąsiada. Narzekał na „zdalną” bo „przez nią nie myje się 14-ty dzień”. Po prostu – idąc do biura, traktował prysznic jak konieczność. W domu – nie ma potrzeby, ani motywacji. Szok. I tacy też są i lepiej niech siedzą za biurkiem.

Podsumowanie.

Dla większości praca zdalna stanowi dar, przyjemność, szansę. By zaoszczędzić czas, pieniądze, nerwy. Dla wąskiej grupy – problem, okazję do lenistwa itp. Za ich wybryki (przykład z mojego byłego już etatu: nie odbieranie telefonów od kierownika „bo jestem w domu”) płaci reszta. Przełożeni wkurzają się i eliminują uproszczenia dla wszystkich. Warto o tym pamiętać i nie zachowywać się jak pies nagle spuszczony ze smyczy.

Błędne argumenty społecznych darwinistów – Mentzen+Stanowski kontra historia i rzeczywistość.

Pod tym linkiem https://kobieta.onet.pl/wiadomosci/platne-studia-w-polsce-te-slowa-wywolaly-burze-nie-maja-pojecia/8ze0b83 znajduje się artykuł dotyczący dyskusji o płatnych studiach. Hasło rzucił dr Sławomir Mentzen, swoje dokleił Krzysztof Stanowski, a argumentację podsumował dr Tomasz Markiewka i dziennikarze Onetu.

Zacznijmy od poglądów polityków:

  1. Dr Sławomir Mentzen: w moim idealnym świecie studia są płatne.
  2. Krzysztof Stanowski: Studia już są płatne, tylko przez wszystkich, a nie tylko przez tych, którzy studiują. Moim zdaniem w kwestii studiów ani Mentzen nie ma racji, ani jego oponenci. Ważne dla państwa kierunki powinny być bezpłatne, a jak ktoś chce studiować Aktorstwo Teatru Lalek (pierwszy z brzegu przykład, niech teraz lalkarze się na mnie nie rzucają) to powinien za to płacić. Są studia, które przygotowują do ważnych zawodów, a są i takie, które stanowią fanaberię albo sposób na zabicie nudy. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego wszystko jest wrzucane do jednego wora.
  3. Dr Tomasz Markiewka – problem z takimi wypowiedziami polega na tym, że ich autorzy nie mają pojęcia, czym w ogóle jest uniwersytet i jaka jest rola humanistyki w społeczeństwie. Studia są laboratoriami idei. Ludzie nie studiują tylko po to, by zdobywać „konkretną” wiedzę. Studiowanie to także „budowanie kapitału kulturowego i społecznego, by użyć terminów innego bezużytecznego humanisty, czyli Pierre’a Bourdieu”.

Kto ma rację? No niestety nie obaj kandydaci z których jeden studiował bezpłatnie i jeszcze gratis zrobił doktorat, a drugi (Stanowski) też, ale dalej ma wykształcenie średnie, tylko dr Markiewka. Temat jest jednak znacznie szerszy.

Problem pierwszy. Są drogie. Dziennikarstwo, którego nie ukończył Krzysztof Stanowski kosztuje w Warszawie 6200 zł za rok. To 31 tys. zł za 5 lat. Ale już finanse biznesu i rachunkowość 9900 zł za rok (49.500 zł za 5 lat). Medycyna 41.2 tys. zł czyli ca. 247 tys. zł za 6 lat. Kogo będzie na to stać? Na pewno nie przeciętniaków i biednych. Nie wierzycie? Poczytajcie o USA. Tam długi za studia są trzecim powodem bankructw, po rachunkach za leczenie i hipotekach. Czyli studiowaliby najbogatsi. Jak przed II WŚ. Na prawo czy medycynę szli wybrańcy. Pamiętam przedwojenne opowieści (mój dziadek i dziadek studenckiej dziewczyny) o egzaminach po 50 zł (równowartość dzisiejszych 3000 zł), o tym że rolnika nie było stać na wysłanie jedynego syna na studia.

Problem drugi. Kto ma ocenić, które studia są „ważne dla państwa”? I co jeśli np. jedna partia promuje naukę węgierskiego, a druga niemieckiego? Ma o tym decydować dwuosobowy komitet „Stanowski-Mentzen”? Bez żartów. Nieważne kulturoznawstwo, a cenimy wychowanie fizyczne? Tym bardziej, kto studiuje „dla zabicia nudy”. Melchior Wańkowicz opisywał swojego stryja – absolwenta budowy okrętów, brata lekarza i nikt z nich nie pracował w zawodzie. A studiowali „ważne dla państwa” kierunki.

Problem trzeci. Koszt studiów takich jak gender studies, kulturoznawstwo jest minimalny. Wykładowca, tablica, kreda, pokój i laptop. Natomiast drogie są kierunki oblegane: medycyna, informatyka, chemia, stomatologia itp. Wprowadzając odpłatność od kulturoznawców, za chwilę nie będziemy ich mieć, ponieważ koszt takich studiów nigdy się im nie zwróci. A państwo zaoszczędzi niewiele.

Problem czwarty. Pogląd, że płacimy za studia wszyscy jest bałamutny. Nie wszyscy płacą podatki (rolnicy, księża, itd.), więc już nieprawda. Co więcej, większość podatków nie ma celu. Taki podatek dochodowy. Idzie do wora. Trudno ustalić, co na kulturoznawcę, co na geotermię Tadeusza Rydzyka, co na leczenie, co na drogę.

Problem piąty. Jeśli już płacić, to i zwracać koszty rzuconych studiów, bo z nich z pewnością nie ma pożytku. Pierwszy w kolejce – Krzysztof Stanowski.

Problem piąty. Argumenty dr Markiewki podzielam, ale nie docierają do większości. Młodzi otumanieni ideą neoliberalizmu w wykonaniu Mentzena i Stanowskiego ich nie zrozumieją. Ponieważ prawda jest jedna – podatki powinny być powszechne i równe – wtedy nie będzie dyskusji. A do tego jeszcze daleka droga. I studia nie są płatne „w idealnym świecie”, ale w krajach z ogromnymi nierównościami, które jeszcze się zwiększają.

Dieta pudełkowa. Najbardziej absurdalny absurd.

Kilka lat temu w szkole sportowej syna przetoczyła się moda na dietę pudełkową. Właśnie wtedy przekonywałem młodego o bezsensie takiego rozwiązania. Teraz powstał z tego wpis (nie ukrywam, pod wpływem artykułu w Newsweeku).

Zacznijmy od pojęcia. Dieta pudełkowa wygląda tak – codziennie rano firma cateringowa przywozi ci w tekturowych lub plastikowych opakowaniach (stąd nazwa), posiłki na cały dzień. Najczęściej 4-5, od śniadania, przez II śniadanie, obiad i kolację (czasem podwieczorek). Ustalamy tylko liczbę kalorii (zwykle 1500-3000) oraz dietę, spełniającą specjalne potrzeby (keto, bezglutenowa, vege, anty-cukrzycowa itp.). Firma wybiera menu (czasem możemy sobie ustalić, że mamy wybór z 2-3 dań).

Skoro już wiemy, z czym, nomen-omen, ją zjeść, przejdźmy do wad i zalet diety pudełkowej. Plus widzę jeden – wygodę i oszczędność czasu. Nie gotujemy, nie mamy zmywania, nie musimy myśleć o zakupach, nie robimy ich. A cena? No cóż, wysoka, i to pod wieloma względami.

Zacznijmy od kasy. Jak podaje bohaterka artykułu z Newsweeka – 75 zł za 1500 Kcal. Przy 2000 Kcal (dla faceta na diecie) – 100 zł/dzień. A są jeszcze wersje 2500 Kcal i 3000 Kcal. Skupmy się jednak na tych podstawowych. 175 zł/dzień dla pary, oznacza ponad 5250 zł za miesiąc. Drogo. Za taką cenę pewnie dostaniemy cuda?

Otóż nie, i tu już mamy drugi minus. Śniadanie – twarożek z ogórkiem. Na II śniadanie – zapiekanka ziemniaczana z warzywami. Obiad – polędwiczki, kasza gryczana i buraczki, kolacja – makaron z kurczakiem i warzywami. To ma być domniemany luksus i oszczędność czasu? Twarożek z ogórkiem, to ja sobie kupię w Lidlu za 3 zł. Czas wykonania (pokroić – 1 min). Ziemniaki z warzywami – 10 minut roboty (przy gotowej mieszance) – cena 3 zł, podobnie z kolacją (kurczak, ryż, warzywa – 10 minut i 4 zł). Najgorzej wychodzą te polędwiczki i buraczki (bo kasza – znowu banał) – to już pół godziny i pewnie 10 zł. W sumie na cały dzień: niecała godzina roboty i 20 zł. No i umówmy się, poza polędwiczkami – nic wymyślnego. Zapiekankę, twarożek, czy kurczaka z ryżem i warzywami potrafi zrobić nastolatek. A przebitka cenowa większa niż w knajpie (x 3,8 zamiast x 3). A może to tylko kiepski przykład dziennikarza? Sam otwieram kolejne menu. Na śniadanie ciastko jogurtowe (do kupienia w Biedronce za 3 zł i 0 minut) , na II śniadanie – serek waniliowy (2 zł, 0 minut), obiad – zapiekanka makaronowa z kiełbasą (10 minut i 5 zł, podwieczorek – zupa krem z białych warzyw (10 minut i 2 zł), kolacja – kaszotto z pęczaku i warzyw (5 minut i 5 zł). W sumie 17 zł, 25 minut – a w ofercie za 65 zł/dziennie.

Kolejny problem. Smaki. Wciąż te same. Ile można jeść wariacji na temat: ryżu z warzywami, ziemniaków z warzywami i kurczaka? Do tego cebula, kapusta, marchew. Dlaczego tak? Bo najtańsze i szybko się je przyrządza. Gotując w domu patrzymy jak Karol Nawrocki – mam ochotę na kiełbasę, zjem kiełbasę, na golonkę – proszę bardzo. Do tego obowiązkowo zimne piwo (w diecie pudełkowej – nie uświadczysz). A goloneczka kosztuje, wymaga dużo zachodu, gotuje się ją godzinami, więc nie licz na nią. Podobnie zupy. Nie dostaniesz czasochłonnych flaków, lecz raczej zupy-kremy we wszystkich odmianach (miksuje się chwilę, a i warzywa wrzucą gorszej jakości i nie widać) z cebuli, z marchewki, z dyni, z cukinii, z selera (warzywa o najniższej cenie za kg). Po miesiącu-dwóch masz dość.

I wreszcie estetyka. Podobno pożeramy oczami, i dlatego, jeśli smakuje, zjemy zdecydowanie za dużo. Brzęk sztućców, obrus (lub chociaż bambusowa podkładka), dobra kawa po wszystkim, miła rozmowa z żoną i czujemy się lepiej. A pudełka zachęcają do bylejakości, samotnego połykania na szybko. Inaczej wygląda twarożek podany w miseczce lub na talerzyku, a inaczej w wersji – plastikowe pudełko, takie same sztućce i połykanie w biegu. Nie powiem już o polędwiczkach odgrzanych w służbowej mikrofalówce kontra gotowanych sous vide. Na koniec z diety pudełkowej zostaje 4 razy tyle odpadów niż przy domowym gotowaniu.

A zdrowie? „Pudełkowcy” mocno je akcentują (w końcu w nazwie jest „dieta”). No cóż i tu wygląda kiepsko. To biznes nastawiony na zysk. O części już napisałem. Aby było tanio i kalorycznie (norma!) wybiera się typowe węglowodanowe zapychacze pełne chemii (przemysłowe ziemniaki, ryż, kasze), dokłada najtańsze warzywa (z najniższą ceną za kg), takie same mięsa (kurczak, wieprzowina). Nabiału dostajemy minimalne ilości (oficjalnie – bo wywołuje niestrawność, faktycznie – bo drogi), wołowinę rzadko i gorsze kawałki, ryba – głównie przemysłowa klasyka – łosoś, panga, pstrąg. Wszystko raczej drugiej jakości (nikt nie bawi się w szukanie ideału jak w dobrej knajpie) przygotowane jak w kuchni szkolnej mojego dzieciństwa, tylko jeszcze odgrzać musisz sobie sam i nie dostaniesz kompotu do mielonych. Porcje żałośnie małe wybaczyłbym, gdyby była jakość (sam generalnie wolę zjeść cienki jak papier 80g plaster szynki parmeńskiej niż kawał boczku), ale właśnie zwycięstwo ceny powoduje, że w zapiekance ziemniaczanej z porem, pora jest mało, a ziemniaków dużo. Podobnie w kurczaku z ryżem, bo ryż kupimy w markecie za 4 zł/kg, podczas gdy pierś z kurczaka za 3 razy więcej. Tych tzw. diet nie układają dietetycy-specjaliści lecz księgowi.

Dlatego wydawanie 4000 zł więcej (5250 zł – 1200 zł) za posiłki dla dwóch osób w warunkach miejskich, po to aby gorzej, brzydziej, mniej zdrowo zjeść i zaoszczędzić niecałe 30 godzin miesięcznie uważam za pomysł absurdalny. Stąd tytuł.

Timing. O datach kupowania nieruchomości.

Jeden z najbogatszych ludzi w historii miał powiedzieć „Moje słomkowe kapelusze kupuję w listopadzie”. Ta myśl sprowadza się do konstatacji, że nawet multimilionerzy sprzed 100 lat patrzyli na moment zakupu drobnych przedmiotów. Wyciągnijmy z tego lekcję, odnoszącą się do nieruchomości. Zaoszczędzimy minimum 5-10% ceny. Kupujących będzie mniej, a sprzedający znacznie bardziej skłonni do targowania.

Tym razem skupiam się na kilku segmentach i tak…..

Mieszkania w miastach akademickich, najtańsze będą w lutym. Proste, od czerwca zaczyna się podpisywanie umów najmu i trwa do września. W lutym zwalnia się trochę lokali (niezaliczone sesje). Ludzie po wystawnych świętach i feriach potrzebują kasy.

Mieszkania wakacyjne i działki turystyczne kupujemy w listopadzie. Znowu, lato i zima skłaniają do zakupów gości odwiedzających daną miejscowość. Wiosna – pozwala planować wakacje Listopad to martwy sezon. Sprzedają, Ci którzy „są na musiku”. Korzystajmy.

Działki rolne należy targować na wiosnę. To tradycyjny okres „przednówka” czyli czas, gdy rolnik ma najmniej pieniędzy. Potrzeba ich na zasiewy, opryski itp.

Oczywiście mówimy o stabilnym rynku. Na rozchwianym przez inflację i pomysły rządzących, wszystko wygląda inaczej. Mieszkania drożeją, gdy wchodzi w życie nowy projekt (np. kredyt 2%), a ziemia rolna, gdy wybucha wojna i skaczą ceny zboża.

Czy czeka nas rozpad systemu?

W książce „Czasy ostateczne. Elity, kontrelity i ścieżka dezintegracji politycznej” Peter Turchin – emigrant z ZSRR do USA kreśli obraz, który da się przedstawić w kilku krokach:

  1. Zmiany funkcjonującego systemu powodują nadprodukcję elit: finansowych, kulturalnych, politycznych.
  2. Wtedy elity dzielą się i powstają kontrelity, z ludzi dla których zabrakło stanowisk.
  3. Elity i kontrelity zaczynają walczyć, doprowadzając do dezintegracji systemu.
  4. Dezintegracja systemu wywołuje implozję państwa.

Autor przedstawia siebie jako pioniera nowego podejścia do historii – posługiwania się w niej metodami matematycznymi oraz stara się pokazać zmiany na pewnych przykładach. Nas interesują głównie: USA i Ukraina. A wnioski? No cóż jeden i mało budujący – jeżeli nie dojdzie do istotnych zmian system demokratyczny w tych państwach zawali się. A gdy dodamy, że książka powstała w okolicach roku 2020 wygląda to na samospełniającą się przepowiednię. Czy tak jest w rzeczywistości?

O ile diagnoza amerykańska ma sens. Liczba zamożnych (majątek pow. 1 mln dolarów) w USA drastycznie wzrosła podobnie jak bogatych (multimilionerów 10 mln USD +), jak i bardzo bogatych (100 mln dolarów +). Demokraci z masowej partii ludzi niezamożnych stali się rzecznikami 10% zamożnych, a republikanie 1% bogatych. Liczba wykształconych (magistrów, doktorów, profesorów), tradycyjnych polityków (absolwenci prawa) – też, co spowodowało nadprodukcję elit. Trump i inni milionerzy dla których zabrakło miejsca przy stole (między innymi promotor J.D. Vance’a – twórca funduszy venture capital – Thiel) wytworzyli kontrelity. A potem już poszło. Kontrelity porwały niereprezentowane 90% i wywołały efekt odejścia od tradycyjnych partii. Czyli stało się to co zawsze.

I tu mam problem. Zbyt dobrze znam klasyczną historię jako naukę społeczną, a nie ścisłą, żeby nie uznać tez Turchina za naciągane. Popatrzmy na Polskę. Przyczyną upadku I RP był szereg wydarzeń, także o charakterze zewnętrznym. W okresie, który Turchin nazwałby „nadprodukcją elit” czyli „Złotym Wieku Jagiellonów „, gwałtownie wzrosła liczba wykształconych, a państwo rozwijało się świetnie. W XVII-XIX w. elity wręcz się zmniejszały (wojny, epidemie). Targowiczanie – biskupi i magnaci nie stanowili żadnej kontrelity lecz zdegeneregowane władzą elity. A II RP? Przecież upadła z zupełnie innego powodu. PRL? Podobnie. Oczywiście, da się podkreślić rolę kontrelit, nie znajdujących miejsca w PZPR, w tworzeniu Solidarności, ale przecież bez pomocy z zewnątrz i zmiany sytuacji międzynarodowej ten ruch szybko upadłby, zgnieciony przez ZSRR, jak w 1956 r. na Węgrzech czy w 1968 r. w Czechosłowacji.

Podobnie Ukraina. Oligarchowie doprowadzili do upadku tego państwa, nie dlatego że było tam zbyt wiele elit lecz w rzeczywistości właśnie z powodu braku klasy średniej i wyższej, mającej inne aspiracje niż napełnienie brzucha i epatowanie bogactwem w Europie. Dlatego zawłaszczyli państwo, współpracowali z wrogami państwa (podobnie jak Prymasi Polski i Królestwa Polskiego oraz większość arystokracji przez praktycznie cały okres przedrozbiorowy i rozbiorowy).

A Trump? No cóż teza o kontrelitach wydaje się ciekawa. Dopóki jednak nie popatrzymy głębiej. Trump był częścią elity (w USA rozumianej jako ludzie bogaci i bardzo bogaci) już 30 lat temu. Gdy zapragnął władzy, użył znanych od lat mechanizmów populistycznych (ja i wy, kontra oni, Wielka Ameryka przeciw zepsutemu światu itp.) i wykorzystał je zręcznie. Nic więcej. Pociągnął za sobą niektórych przedstawicieli elit (Musk, wspomniani Thiel i Vance), a innych niszczy, ale nie programowo, ale aby zdobyć i utrzymać władzę. W USA nie nastąpiła żadna nadprodukcja elit lecz, podobnie jak w Polsce, dewaluacja pojęcia „elita”. U nas jest nią „zdobywca” MBA po półrocznym kursie, a w USA – gość nie potrafiący zrozumieć przyczyn wzrostu potęgi własnego kraju po 1915 r.

A skoro błędna diagnoza, błędne i wnioski. System nie upada lecz ulega przekształceniu. Trzeba się nauczyć z tym żyć i przystosować. Na tym polega inteligencja.

Ile zyskamy pracując 2-3 dni w tygodniu?

Pytanie postawiłem przewrotnie, zatrudnienie na pół etatu oznacza najczęściej połowę dochodu. W powszechnym mniemaniu nie zyskujemy lecz tracimy. Całkiem sporo tracimy. Natomiast gdyby przestać patrzeć standardowo, wynik wychodzi zupełnie inaczej.

Sponsorem wpisu jest moja młodsza koleżanka, zawsze uśmiechnięta, wyluzowana, ale i obowiązkowa. Ostatnio powiedziała mi, że zmierza do ideału 4 dni pracy, z wolnymi piątkami. W jaki sposób planuje to osiągnąć? Rezygnując z części etatu. Przyznam szczerze, że doznałem szoku. Wszyscy, tylko nie ona. A przyczyna? Świadomość dorastania dzieci, własnego upływu sił, oraz … dokonana spłata ostatniej raty kredytu hipotecznego. Stąd potrzeba wyjaśnienia sobie, co zyskujemy pracując 2-3 dni w tygodniu?

Czas. Odpowiedź oczywista. Mniej pracując, mamy więcej czasu na inne aktywności. Od wysypiania się (dla śpiochów), przez rodzinę, sport, do realizowania swoich pasji. Każdy przeznaczy go na to, czego faktycznie potrzebuje. W dzisiejszym zagonionym świecie, czas staje się najbardziej pożądanym aktywem, doceńmy go.

Wspomnienia. Dwa razy dłuższy weekend (przypadek pracującego 3-4 dni/tydzień), pozwala więcej przeżyć. Czy odwiedzamy rodzinę/przyjaciół, czy planujemy mini-urlopy, czy udział w wydarzeniach sportowych, mamy szansę na lepsze i dłuższe doświadczenia. Tego nikt nam nie zabierze. Na stare lata nie opowiadać wnukom o kolejnych zarobionych 100 tys. zł, ale raczej o tym uchwyconym momencie, gdy pierwszy raz pojechały na rowerze. Takie migawki pamięci nie mają ceny.

Elastyczność. Gdy sporo pracujemy, zarabiamy i mamy pieniądze wszystko wydaje się łatwe (poza znalezieniem czasu). Dobrze przeżyty weekend zawiera w sobie: podróże, restauracje, rozrywki. I kosztuje:

  • pobyt w aquaparku dla 5 osób (jeden dzień z obiadem, bez noclegu, a z dojazdem) – 1800 zł,
  • weekend dla dwojga, w turystycznym mieście (citybreak): 3000-4000 zł (z dolotem, hotelem, jedzeniem i wstępami).

Rezygnując z pracy na 100% pewne rzeczy musimy przemyśleć, ponieważ nie stać nas już na szastanie pieniędzmi, gdyż mamy ich zdecydowanie mniej. Uczymy się elastyczności, wybieramy miejsca, do których dojedziemy taniej i mniej spektakularne rozrywki. Ba, ten sam aquapark ma inne ceny w weekend, a inne w tygodniu. Stawiając na elastyczność sporo zaoszczędzimy. Warto spojrzeć na pewną ideę przewodnią tego bloga, często potwierdzaną w komentarzach, przez moich Gości: mniej kasy, wcale nie oznacza braku życia, lecz konieczność lepszego przemyślenia paru spraw i zaplanowania. Zacznijmy od tego aquaparku. Może wcale nie trzeba jechać daleko, a fajne miejsce znajdzie się gdzieś bliżej. Wejście, które w Suntago w weekend kosztowało 1000 zł, w Łodzi w tygodniu tylko 600, a we Wrocławiu, przy zastosowaniu zniżek (bilet rodzinny) nawet 200 zł. Tym sposobem z 1800 zł za cały dzień robi się 500 zł. Podobnie z citybreakiem. Namiot, spanie w aucie, przyczepie na kempingu nie pozbawiają nas możliwości eksplorowania atrakcji wielkich miast. A kosztują ułamek ceny. Niektórzy wybiorą wręcz spanie na dziko. Uczymy się kombinować. Zamiast iść do restauracji, próbujemy stworzyć smaczne danie w domu. Niekoniecznie musi to być „kurczak na pięć sposobów”. Mamy czas (patrz punkt 1) pracować nad doskonałością.

Identyczna reguła dotyczy wszystkich aspektów życia. Lepszego zwrotu z kapitału, dłuższego spania, większej liczby przeczytanych książek, zrobionych „na boku” interesów itp. A także niższych cen płaconych: za mieszkanie, auto, czy jedzenie. Szczegóły opisywałem we fragmentach na blogu np. pokazując różnicę pomiędzy Warszawą a prowincją.

Prostotę. W dzisiejszych zagonionych czasach, prostota wydaje się nie do przecenienia. Umiejętność cieszenia się zwykłym domowym podpłomykiem, zamiast pizzy z owocami morza (różnica w cenie x 10), cisza biblioteki w miejsce słuchania audiobooka w zatłoczonym autobusie. Przyroda a nie huk miasta. Spokojny spacer po Wrocławiu, zastępujący bieg pomiędzy zabytkami. Nałęczowska Śliwka, a nie belgijskie praliny w 30 smakach. Kurtka z Juli spełniająca swoje funkcje (poza demonstrowaniem statusu) równie dobrze jak Balmain za 10k. Uczymy się smakowania życia, a dodatkowo wychodzi nam taniej. Wszystkim, którzy mi nie wierzą, proponuję lekturę bloga http://niebozamiastem.pl .

Twórczość. Wypełnianie tabelek, pisanie wezwań do zapłaty, windykowanie należności dla banku, sprzedaż ubezpieczeń, a więc współczesne i nowoczesne zawody, nie dają takiej satysfakcji jak stworzenie czegoś użytecznego. Człowiek, gdy już ma pełny żołądek, ciepłe ubranie i 20 st.C w zimie, potrzebuje być twórczy. Pędząc z pracy i po pracy, traci tę część własnej indywidualności. Mniej pracując, zyskujemy czas na twórczość, sprawczość. Takie doświadczenie okazuje się bezcenne i zmienia życie. Wielu przekonuje się o tym u schyłku życia, na emeryturze. Za późno, by zostawić istotny ślad.

Wolność. Zapomnienie o kieracie na 4-5 dni zamiast krótkiego weekendu, pozwala nam doświadczyć wolności. Rozumiem ją jako decydowanie o sobie, możliwość wyboru, spokojnego doświadczania świata. Przestrzeń na to co lepsze, efektywniejsze stale się powiększa. Nie stoimy wreszcie pod ścianą, o 3 miesiące (okres wypowiedzenia) od bankructwa.

Jak widzicie, pracując 2-3 dni w tygodniu zyskujemy całkiem sporo. Nie warto koncentrować się wyłącznie na truizmie – czyli czasie. Chodzi o znacznie więcej.