Jeden poziom wyżej od bezdomnego – smutna refleksja o wynajmie.

Jakiś czas temu omawiałem na blogu ten „list do redakcji” https://kobieta.onet.pl/wiadomosci/od-dwunastu-lat-splacam-wasze-kredyty-list-do-redakcji/zfhle3g, skupiając się na wyliczeniach. Teraz, kiedy ponownie wyświetlił się jako „odgrzany kotlet” zwracam uwagę na coś innego.

Autorka pisze o sobie (wynajmującej) tak: „Wiele osób, kiedy mówię im, że wynajmuję mieszkanie, ma przed oczami wizję mnie jako osoby, która żyje na walizkach, biednego marginesu społecznego, który jest tylko o „jeden poziom wyżej” od bezdomnego. W praktyce mój dorobek nie różni się od tego osoby z własnym mieszkaniem — mam swoje meble, swoje sprzęty, swoje tekstylia, rośliny…”. Właśnie z tą myślą postanowiłem się rozprawić.

Pominę gorycz, z którą trzydziestolatka (całe życie przed nią), patrzy na świat, ale skoncentruje się na clou tzw. ekonomii nieposiadania/współdzielenia.

Otóż, porównując z Niemcami, gdzie wynajem jest dość popularny, zwłaszcza w dużym mieście (14% berlińczyków żyje we własnych mieszkaniach/domach), udział nieruchomości w majątku jest zdecydowanie większy. W Polsce – to 66%. a w Niemczech 34 %. Myśleliście, że w Polsce jest gorzej? To policzcie, że chodzi tu o wartość po odjęciu długów. Gdyby i je wziąć pod uwagę, wychodzi 72%. Źródło: https://serwisy.gazetaprawna.pl/nieruchomosci/artykuly/8245226,struktura-majatku-europejczykow-polacy-ufaja-nieruchomosciom-a-niemcy-oszczednosciom.html .

A wnioski? Otóż, skoro 72% majątku przeciętnego Polaka stanowią mieszkania, rodziny, które nie kupiły własnego M, mają faktycznie majątek znacznie mniejszy. I idąc tą drogą – Ile mogą być warte meble, tekstylia, sprzęty, rośliny, z listu do Onetu? 30 – 50 tys. zł? W praktyce równowartość 10% przeciętnego majątku Polaka. Teza „W praktyce mój dorobek nie różni się od tego osoby z własnym mieszkaniem” okazuje się fałszywa bo 10% nie równa się 100%. Ponownie kłania się matematyka.

 Druga część myśli – refleksja czy wynajmujący jest o jeden poziom wyżej od bezdomnego – również nie wypada wesoło. Otóż, skoro 72% majątku stanowią nieruchomości, a 10% drobne ruchomości, co dzieje się z pozostałymi 18%? Otóż są w nich: oszczędności, lokaty, samochody, fundusze inwestycyjne, akcje itp, a ich autorka też nie posiada. Właściciele mieszkań – przeciętnie – tak. Stąd różnica nie sprowadza się do posiadania mieszkania, ale do konkluzji (popartej badaniami), że właściciele mieszkań są generalnie bogatsi od najemców. I gdybyśmy stawiali piramidę majątkową (nie po to żeby kogoś dołować, tylko uświadomić trzydziestolatkom), najniżej byliby bezdomni, potem wynajmujący, następnie posiadacze jednej nieruchomości, potem wielu, a na szczycie właściciele firm zatrudniających pracowników, przy czym przedsiębiorcy raczej mieszkają na własnym. I faktycznie, obiektywnie nasza trzydziestolatka majątkowo jest o poziom wyżej od bezdomnego. Intelektualnie może przewyższać każdego z nas, ale pod względem majątku – znajduje się bliżej dna. Przy czym nikt nie mówi, że zostanie na nim do emerytury – ma szansę się odbić.

O stylu zarządzania w korporacji. Dlaczego lepiej wziąć nogi za pas.

Dzisiaj omawiam, bazując na tym artykule https://kobieta.onet.pl/psychologia/polacy-wracaja-do-biur-pracujacy-zdalnie-powinni-miec-nizsze-wyplaty/lje930k problem zarządzania w korporacjach i konkluzji – często lepiej zebrać swój mandżur i szukać szczęścia gdzie indziej.

Pretekst do rozmów – praca zdalna czyli najczęściej przy komputerze we własnym domu. W formie stałej (nigdy nie przychodzę do biura) lub hybrydowym (trochę tu, trochę tam), w warunkach warszawskich.

Obiekt badań – korposzczur, zamieszkały na peryferiach plus menedżerowie.

A teraz czas na opowieści (wszystkie z podlinkowanego artykułu).

Pracownik 1. Problemy: dojazd 1,5 h w jedną stronę (czyli 3h dziennie), niechęć do pojawiania się w biurze, przekonanie o podobnej wydajności.

Szef 1. Dojeżdża do pracy 25 km (Białołęka-Ożarów, czyli Warszawa przecinana po przekątnej, żeby ominąć korki wychodzi z domu o 6.20). Twierdzi, że w biurze pracuje się szybciej i wydajniej – nie podaje jednak żadnych konkretów.

Szef 2. Snuje historię: „Kiedyś wzięłam w piątek urlop, chciałam zrobić zakupy, cały parking zapchany, a w środku, między półkami, krążą ludzie ze słuchawkami w uszach, bo odbywają swoje zebrania na Teamsach. Dla mnie to trochę niepoważne. Praca to praca, życie prywatne to życie prywatne.” Pięknie – patrzenie po swojej bańce. Przecież ci ludzie w sklepach mogą być freelancerami, konsultantami, pracownikami budżetówki, ludźmi na urlopie, właścicielami firm, dorabiającymi sobie emerytami itp. Teza druga: „Jeszcze inne minusy pracy zdalnej: brak możliwości rozwoju pracowników, nieangażowanie się nowe projekty, niemożność budowania relacji.” Znowu – zero konkretów. I sama śmietanka na koniec: ” Większość przypadków naszych pracowników będziemy rozpatrywać indywidualnie, ale z zasady wierzę, że powrót jest potrzebny. Sama też nie umiałabym pracować z domu.” I mamy clou – nie potrafię, więc inni też nie. Typowy szef z korporacji.

Szef 3. „Też jestem absolutną przeciwniczką pracy tylko zdalnej. Ludzie mogą mówić, co chcą, ale wyniki naszych wewnętrznych badań pokazują, że wydolność pracowników podczas pracy zdalnej spadła. Wraz z koleżanką, też dyrektorką działu, zauważyły zjawisko, które nazywały „czarnymi dziurami”. — A to ktoś kosił trawę w ogródku, a to poszedł spać, a to się wyłączył i oglądał serial. Bumelowanie pełną gębą. Zupełnie jak kosmiczna czarna dziura, człowiek w nią wpadał i znikał — mówi. — Zresztą pod koniec zeszłego roku i na początku 2025 zwolniłam 30 proc. pracowników. Jakoś nie widzimy spadku wydajności.” Kolejna artystka – liczą się wyniki ostatniego kwartału. Zwalniając 1/3 załogi, zaraz będzie miała drugie tyle dobrowolnych odejść, przy czym tym razem firmę opuszczą najlepsi. I zostanie z 35% średniaków. Ile razy korpo widziało efekty takich „optymalizacji kosztów”?

I ponownie oddajmy głos przeciwnikom bezsensownego nadzoru:

Pracownik 2. „Dogadaliśmy się z zespołem, zawsze jedna osoba miała dyżur w biurze i miała karty pozostałych pracowników, które odklikiwała przy wejściu. Później informatycy stworzyli specjalny program, było wiadomo, kiedy ktoś się loguje do systemu i czy robi to w biurze, czy z innego miejsca. Na szczęście nie wyliczał już czasu spędzanego w firmie. Zdarzyło się, że moja koleżanka, która mieszka daleko, cały dzień pracowała zdalnie, a o 19.00 wsiadała w auto i jechała bez korków do biura tylko po to, żeby zalogować się do systemu. Przecież to absurd, do czego nas się zmusza, szczególnie że większość naszej pracy odbywa się online.”

Szef 4. „Nie lubię szufladkowania, myślenia w stylu: siedzisz w biurze, to znaczy, że pracujesz, jesteś poza biurem — obijasz się. Każdy potrzebuje innego systemu. Wiele zależy od osobowości i osobistych preferencji. Jedni kochają przychodzić do biura, inni wolą zacisze swoich domów. Ja rozliczam swój zespół z zadań i tak samo jestem sama rozliczana. A to, kiedy ktoś będzie pracował, czy w tzw. międzyczasie wyjdzie z psem, zrobi pranie, a za najważniejsze projekty weźmie się w nocy — mnie nie interesuje. Podobnie jak nie interesuje mnie, co będzie robił podczas pracy zdalnej w piątek. Pojedzie do supermarketu czy będzie siedział i pisał. Życie jest za krótkie, żeby się wzajemnie kontrolować, a bycie dobrym liderem polega też na zrozumieniu, że ludzie są różni i muszą pracować według swoich zasad, bo tylko wtedy dają z siebie co najlepsze. Ja w samotności wymyślam najbardziej kreatywne rzeczy.”

Niestety, jak widać na podstawie cytatów – większość szefów chce likwidacji pracy zdalnej. I tak, nie mówimy tu o właścicielach firm, lecz najemnych „karbowych na folwarku” czyli oficjalnym „średnim szczeblu zarządzania”.

Pracownicy, z kolei, stwarzają system unikania siedzenia w biurze i omijania bzdurnych systemów Mają świadomość straty czasu (3h bezproduktywnego siedzenia w aucie). Korpo zasadniczo rządzi się swoimi prawami. Oficjalnie, motywacyjne mówki o roli wydajności, wynikach, a w rzeczywistości nic nie wnoszące raporty i pilnowanie biurka.

Wnioski? Kreatywny, niezły pracownik, dodatkowo świadomy, kiedy i gdzie pracuje najlepiej, albo taki jak Szef 4 znajdzie idealne środowisko, albo właśnie weźmie nogi za pas. Korpo bowiem miota się pomiędzy dwoma systemami działania: oceną za wyniki i klasyczną pracą z zakładu przemysłowego (siedź 9-17, przez 5 dni w tygodniu), próbując wymagać od najlepszych realizacji 150% przeciętnej normy.

I tu dochodzimy do sedna. Dobry pracownik wyrobi te 150% w 40 godzin/tydzień, ale…taka sytuacja jest dla niego kompletnie nieopłacalna. Ponieważ we własnej firmie, jak wolny strzelec, za te dodatkowe 50% otrzyma ekstra zapłatę czyli zarobi więcej. Jak już wiecie, moje osobiste doświadczenia, z tytułowego „wzięcia nóg za pas” pozostają wyłącznie pozytywne. Chciano mnie zmusić abym pracował na 150% za 100% dotychczasowego wynagrodzenia, a teraz robię na 45% czasu za podobną stawkę. Gorąco taką zmianę polecam wszystkim freakom osobistej wydajności. O „przeciętnych” napiszę później.

Ile straciłem emerytury rezygnując z drugiej pracy?

Szczególnie podkreślaną zaletą pracy na etacie jest państwowa emerytura. Jej wysokość opiewają liczni akolici i klienci ZUS-u rozpływając się nad przewidywalnością i pewnością świadczenia gwarantowanego przez państwo.

Jedyne czego nie obiecują – czyli wysokość – stanowi przedmiot moich wyliczeń i przestróg. Otóż, dzisiejsi trzydziestolatkowie i młodzi czterdziestolatkowie dostaną w 70% emeryturę minimalną. Ja jestem trochę starszy i co obiecuje mi ZUS? Ile tracę rzucając drugi etat?

Otóż ZUS w swojej e-odsłonie (eZUS, dawniej PUE ZUS) zawiera funkcjonalność, pozwalającą wyliczyć emeryturę na podstawie znanych zmiennych:

  • kapitału początkowego (u mnie 0, pracę zacząłem w roku reformy),
  • odłożonych w ZUS pieniędzy,
  • stanu subkonta,
  • ilości środków zgromadzonych w OFE.

Trzeba jeszcze podać ostatnie wynagrodzenie brutto, planowany wiek przejścia na emeryturę (u mnie równe 65 lat), oraz przyszłe zarobki. I tu właśnie następuje główny problem. Przede mną jeszcze 16 lat pracy. Przeprowadziłem symulację w dwóch wariantach:

  • pracuje na dwóch etatach do emerytury, odprowadzając składki maksymalne,
  • rezygnuję z jednego etatu, zostawiając sobie drugi i składki od 140% średniej krajowej.

Co mi wyszło?

Otóż ZUS, zastrzegając, że wyliczenia nie stanowią obietnicy przyszłej emerytury, ani podstaw do roszczeń podaje trzy wartości:

  1. nominalną emeryturę,
  2. emeryturę jako procent przeciętnego wynagrodzenia w dacie rezygnacji z pracy,
  3. emeryturę realną (nominalna, zwaloryzowana inflacją).

Otóż, rzucając jeden etat dostanę:

  • nominalnie 14.500 zł (netto – 11.911 zł),
  • 82% średniej pensji (dzisiaj byłoby to 7300 zł – zdrowotna – podatek = 6145 zł netto),
  • 9953 zł realnie (co oznacza, że przewidziano waloryzacje wyższe niż inflacja – netto 8270 zł).

Gdyby porównać ją z moją ostatnią pensją (tu zakładam, że nadal zarabiam 140% średniej krajowej), byłoby to: 75% netto i 59% brutto.

A co stałoby się, gdybym poszedł za radą speców od emerytur? Otrzymam:

  • nominalnie 18.121 zł (netto 14.811 zł),
  • 102% średniej pensji (dzisiaj 9078 zł brutto i 7490 zł netto),
  • 12.439 zł realnie (netto 10.261 zł).

W stosunku do mojej ostatniej pensji – 73% brutto 90 % netto.

Na koniec zostawiłem sobie najważniejsze pytanie – czy warto pracować x 2 przez ostatnie 16 przedemerytalnych lat? Nie. Ba, w ogóle nie warto odprowadzać gigantycznych składek. Z dwóch powodów.

Po pierwsze – finansowych.

Renta już dzisiaj wyniosłaby 7700 zł brutto (6466 zł) , czyli z 86% emerytury „na dwa etaty”. Emerytura „na jeden etat” stanowiłaby 82% tej na dwa. Ba, moja renta byłaby wyższa niż emerytura od 140% przeciętnego wynagrodzenia.

Po drugie – czasowych.

W przypadku pracy 3 dni w tygodniu, odzyskałem 40% czasu poświęcając 18% emerytury.

W przypadku przejścia na rentę, miałbym 100% czasu dla siebie, a poświęciłbym 14% świadczenia.

Paradoks? Tak, ale z nich zbudowany jest nasz system emerytalno-rentowy. Dlatego powiem to po raz n-ty- zacznij liczyć, zacznij myśleć, a nie słuchać ludzi, którzy mają interes w tym, abyś płacił jak najwyższe składki.

Idea miasta 15- minutowego

Jednym ze sposobów myślenia o urbanistyce jest koncepcja 15-minutowego miasta. Czyli takiego planowania przestrzennego, w którym mieszkańcy mają 15. minut do zaspokojenia podstawowych potrzeb. A może ten postulat wprowadzić w nasze życie?

Nowe prądy nie dotarły do polskich miast. Co więcej widzę pewien regres w stosunku do PRL-u. Wtedy planowano całościowo. Ot, moje osiedle. Położone na wzgórzu. Na dole domki, potem bloki, a w środku sklepy, przedszkole, żłobek i przychodnia. 5  minut piechotą do kościoła/przystanków,  parku. 10 do szkoły (podstawówka/liceum), uniwersytetu, kina i dużego marketu (tego akurat nie planowano), 15 minut teatr, cmentarz, szpital. Wszystko na piechotę. Z dwóch stron osiedle opasuje droga dwupasmowa, w środku tylko niewielkie uliczki, parkingi i mnóstwo zieleni plus duży płać zabaw. Kto tak dzisiaj buduje? Poza kościołem i marketem wszystko powstało w latach 70- tych.

Żaden deweloper nie marnuje przestrzeni na park czy szkołę. Ma być Żabka, jakąś przychodnia, gabinet kosmetyczny i to wszystko.

A w Paryżu?  W covidzie powstała idea dołączenia do każdej dzielnicy farmy miejskiej. Żeby w razie czego stworzyć podstawy wyżywienia. Pamiętacie ze szkoły oblężenie Leningradu? Wielkie miasto przez wiele miesięcy musiało się wyżywić samo. Czy w razie W nam by się to udało?

Na moim osiedlu, pewnie tak. Mieszka w nim ok. 5000 ludzi. Powierzchnia ok. 25 ha tj. 250.000 m2. 50m2 na osobę. Oczywiście część zabudowana (ale dachy płaskie), część  zabetonowana, ale z drugiej strony mamy doniczki, balkony, możliwość rolnictwa ” w pionie”, w każdym mieszkaniu może mieszkać królik.  Te 50m2 na osobę to 1/8 farmy Darvaesów. Oni produkowali 2.7 tony rocznie. My możemy 350 kg. To ok. 1kg dziennie. Efekt – 2600 kcal. Wystarczy by przeżyć.

Teraz idea miasta 15-minutowego nie wydaje się możliwa do zrealizowania na nowych osiedlach. Sprawdza się tylko w przypadku miast powiatowych. Ot, takie Kozienice, powierzchnia 10 km2 (moje miasto – kilkanaście razy więcej). Dużo lasów, jezioro, basen, sklepy. Dłuższą przekątną miasta da się pokonać w 15 minut rowerem (5 km), bądź autem. Jeżdżą autobusy (bezpłatne – uwierzysz Warszawiaku?). Gdyby tylko nie brakowało nieźle płatnej pracy, byłyby idealnym miejscem do mieszkania. I właśnie brak sensownej pracy dla każdego torpeduje ideę miasta 15-minutowego w Polsce. W dużych miastach – poza starymi osiedlami – nierealne, w mniejszych ludzi uciekają, nie mogąc znaleźć zatrudnienia.

Konto spełnionych marzeń. Najlepszy sposób na utrzymanie silnej motywacji do oszczędzania i zarabiania.

Jak nazywamy kogoś, kto stara się odłożyć jak najwięcej, a potem wszystkie oszczędności pcha do materaca lub na konto, żyjąc jak nędzarz i nigdy nie wypłacając? Sknera. To godna współczucia osoba, podobna do Golluma, Smauga i paru jeszcze rzeczywistych lub wymyślonych postaci. Jednym ze sposobów, by się nią nie stać – założyć „Konto spełnionych marzeń”. Czy ono jest?

Celowym rachunkiem oszczędnościowym, z którego musimy wypłacać kasę, na nasze marzenia. Marzeniami mogą być przedmioty lub przeżycia (atrakcje). Jak to działa pokażę na przykładzie.

Marzył mi się własny używany fortepian Steinway’a lub Bechsteina. Odkładałem więc środki z nagród w pracy, nie dla samego odkładania, lecz aby taki fortepian sobie kupić i na nim grać. W dwa lata dałem radę.

Myślałem o Porsche. Część dochodów z firmy lądowało na „Koncie spełnionych marzeń” aż taki wóz stanął pod moim domem.

Sprawdziłem na sobie, takie założenie motywuje nas do cięższej pracy, do oszczędzania, a jednocześnie powstrzymuje przed staniem się sknerą. Rzecz jasna, marzenia mogą i powinny dotyczyć też spełnienia marzeń naszych najbliższych. W ten sposób moja żona dostała wymarzonego Fiata 500, a syn wyjazd do Włoch.

A zatem musimy wykonać trzy kroki: ustalić nasze marzenie i założyć kontro, ustalić w jaki sposób będziemy je zasilać – dodatkowymi zleceniami, nagrodami za wyniki w pracy, zyskami z inwestycji, stałymi kwotami. I trzeci, najtrudniejszy – zrealizować. Jeszcze raz pokażę te kroki w praktyce.

Ustalenie marzenia. Citybreak w Rzymie – kwota 6000 zł (bilety lotnicze, nocleg dla 2 osób, jedzenie, wstępy)

Źródło zasilenia. 100 zł odprowadzane co miesiąc na konto oszczędnościowe (stałe zlecenia) plus 5% od każdej transakcji (tzw. saver – funkcja konta) – ok. 400 zł/m-c. Razem ok. 500 zł/m-c i 6000 zł/rok.

Zrealizowanie. Realizacja planu potrwa chwilę. Ile? Jeżeli plan powiedzie się ok. 1 rok.

A jakie są Wasze marzenia?

Jakie ogrzewanie elektryczne: pompa ciepła, konwektory, akumulacyjne, podczerwień – rozważania na koniec sezonu grzewczego.

W lutym dyskutowaliśmy z Beatą o systemie awaryjnego ogrzewania elektrycznego w niewielkim wiejskim domku. Obiecałem stworzyć oddzielny wpis, chwilę trwało i jest.

Podstawy – jak działa ogrzewanie na prąd elektryczny

Zanim pojawiły się pompy ciepła, obowiązywała dość prosta zasada: 1 KWh energii elektrycznej zmienia się w 1 KWh energii cieplnej. Wbrew pozorom 100% wykorzystanej energii nie jest to głupi wynik, bo np. w drewnie wykorzystujemy ok. 80% (otwarty kominek 30%), w gazie 90%, a w węglu (85%). Potem zaczęły się kombinacje i marketing.

I tak – w przypadku pompy ciepła zaczęto stosować przelicznik: 300%, albowiem z 1 KWh energii elektrycznej pobranej, uzyskiwano 3 KWh energii cieplnej. Klucz – „w optymalnych warunkach”. Tanie chińskie pompy poniżej 0 st. C miały jednak wyniki 1,2 KWh.

Potem zaczęto reklamować ogrzewanie na podczerwień – jako zużywające 70% mniej energii. Fizyki nie oszukasz – nie chodziło o sprawność, bo ta nadal była 100%, tylko o charakterystykę pracy – podczerwień promieniuje, stąd wystarczyła niższa temperatura ogrzewania, aby uznać ją za komfortową (np. 19 st. C zamiast 21 st. C). Ale i tak mówimy o oszczędności nie 70% a ledwie 10%. Ot, cała tajemnica.

W rzeczywistości, poza pompą ciepła, każde ogrzewanie elektryczne, aby uzyskać określoną temperaturę wymaga tej samej energii wyrażonej w KWh. Proste.

Załóżmy, że 1 KWh kosztuje:

  • w taryfie całodobowej G11 (najbardziej popularna) – 1,03 zł/KWh (),
  • w taryfie weekendowej: 0,76 zł – 1,08 zł/KWh (taniej w nocy, w weekendy i pomiędzy 13 a 15).

Biorę dom Beaty – 60 m2 słabo ocieplony. Zapotrzebowanie na energię 12.000 KWh/rok, z czego 2/3 pokrywa kominek. Trzeba zapłacić za 1/3 tj. 4000 KWh.

Grzejniki akumulacyjne

Istnieją dwa ich typy. Wybierzmy lepszy. Ten ładuje się w tańszym prądzie, a oddaje ciepło w droższym. Dobrej marka (Dimplex) kosztuje 4300 zł za 3 KWh i wystarcza do ogrzania 30m2 (standardowo). I tu mamy zagwozdkę. Beata musiałaby mieć w domu 2 takie grzejniki – ponosząc koszt zakupu 8600 zł i płacąc za energię ok. 3000 zł/rok (4000 KWh x 0,76 zł/KWh).

Grzejniki akumulacyjne są też dość bezwładne tzn. nie dostarczają ciepła zaraz po włączeniu.

Takie grzejniki mają jeszcze dwie wady: wagę (prawie 180 kg/szt – niech kobieta spróbuje go chociaż przesunąć, pamiętajmy o obciążeniu stropu) oraz wielkość (mocno rzucają się w oczy – 25 cm grubości).

Grzejniki konwektorowe

Przeciwieństwo akumulacyjnych – tak działają farelki. Rozgrzewają spiralę elektryczną i ciepło wydziela się do otoczenia. Są znacznie tańsze w zakupie (500 zł szt – 1000 zł/2 szt. – też dobrej firmy) oraz mniejsze (grubość ok. 12 cm). Dają prąd od razu, ale nie potrafią go gromadzić. Tutaj taniego prądu kupimy co najwyżej połowę. Stąd 2000 KWh x 1,03 = ca. 2000 zł i 2000 KWh x 0,76 = ca. 1500 zł. Razem: 3500 zł. W stosunku do akumulacyjnych oszczędzamy tylko 500 zł/rok (cały czas w założeniach Beaty, która prądem tylko dogrzewa), a płacimy na starcie 7600 zł więcej. Czas zwrotu akumulacyjnych będzie nieopłacalny (poza okresem życia).

Grzejniki na podczerwień

Tutaj zaczynają się cuda marketingu. Niektórzy piszą o oszczędności 70% (niemożliwe), inni ograniczają się do żonglowania wielkościami fizycznymi „Warto wspomnieć, że panel grzewczy podczerwieni Ecosun U+ 300 pobiera jedynie 0,3 kWh i bezstratnie oddaje te 300 W jako moc cieplną do pomieszczenia.” Co to oznacza? Sprawność dokładnie taką samą jak farelka.  Dzięki obniżeniu temperatury zaoszczędzimy 10%. Natomiast ceny tego ustrojstwa – 1400 zł/KWh. Nawet nie będę tego liczył, bo przy inwestycji w 6 KWh dochodzimy do poziomu pieca akumulacyjnego, a działamy jak ze zwykłym konwektorem (czyli płacimy co roku 3500 zł za prąd, jedynie dogrzewając). Bez sensu.

Klimatyzator (pompa powietrze-powietrze)

Tutaj patrzymy na wysokie koszty zakupu. Wyniosą one 4300 zł/szt. z montażem (sami tego nie zamontujemy bez utraty gwarancji). Dostaniemy za to Samsunga, który w osiągnie średnią sprawność 2,5 KWh energii cieplnej z 1 KWh energii elektrycznej. Znowu – cena podobna jak w przypadku pieca akumulacyjnego, ale zużycie daleko mniejsze. Z 4000 KWh robi się 1600 KWh. Połowę kupujemy taniej (600 zł = 800 x 0,76), połowę drożej (800 zł = 800 x 1,03). I mamy 1400 zł zamiast 3000 zł. Sporo. Zapłacenie więcej o 7600 zł w stosunku do konwektorów (8600-1000 zł) zwróci się po ok. 3 latach (rocznie 3500-1400=2400 zł). Stąd polecam jednak takie klimatyzatory. Zaleta dodatkowa – osuszanie murów starego domu i chłodzenie w upały.

Mają też wady. Trzeba mieć miejsce na zewnętrznej ścianie oraz w domu. No i nie wyglądają zbyt pięknie. Aczkolwiek w ostatecznym rozrachunku, wychodzą najtaniej.

I jeszcze jedna uwaga na koniec – wszystkie obliczenia dotyczą dzisiejszych cen prądu.

Mój typowy poniedziałek po odejściu z jednej pracy.

Dzisiaj kolejny dowód na to, że czasami trzeba ograniczyć pracę etatową – zapis typowego dnia na działalności gospodarczej (31.03.2025) i jego porównanie z dotychczasowym doświadczeniem.

Zacznijmy od czasu.

Etat:

– Pobudka 5.30,

– Wyjście do pracy 6.10,

– Powrót z pracy 16.00.

Firma:

  • Pobudka 4.30.
  • Praca nad książką i blogiem 4.30-6.00,
  • Ponowny sen 6.00-7.20,
  • Rozmowa z teściem – 7.40-8.30,
  • Działalność plus pomoc przyjaciołom – 8.30-12.10,
  • Pisanie – 12.10 – 13.00,
  • Wizyta na poczcie, w piekarni, w sklepie elektronicznym – 13.00-14.00,
  • Ponownie działalność (jedno niewielkie zadanie) – 14.00-15.00
  • Obiad – 15.00-16.00.

Jak widzicie, w przypadku etatu odpadło wiele ważnych czynności (przede wszystkim pisanie bloga i książki), na które zwyczajnie nie mogłem sobie pozwolić. Także moja możliwość pomocy przyjaciołom okazywała się ograniczona. Dochodziła za to droga – 1h 50 minut.

Dodatkowo „w firmie” jestem po obiedzie o 16, a na etacie dopiero wchodziłem w drzwi, popołudniem zostaje jeszcze 0,5 godziny luzu.

Nie mniej ważny był aspekt pieniężny.

Na etacie zarabiałem ok. 600 zł netto/dzień. W firmie – pracując o połowę mniej, bo 4h – ok.1100 zł.

Na koniec drobna uwaga dla zachłystujących się działalnością – na etacie płacili mi za obecność, co czasami oznaczało 2h efektywnej pracy, a czasami 8h. Własna dg – działa inaczej – wyfakturowuję czas faktycznie przepracowany. Muszę zatem powściągnąć wrodzone lenistwo i zakasywać rękawy. Nie każdemu takie rozwiązanie pasuje.

Startujemy z remontem. Przerabiamy dom na wsi na nasze główne miejsce zamieszkania.

Dzisiaj dalsza część opowieści z grudnia – moja żona zgodziła się sprzedać miejski dom, aby wyjechać na wieś. Stojące tam budynki – duży garaż (60m2) i dom (140 m2) nie były przystosowane do całorocznego zamieszkania. Stąd z wiosną – biorę się do roboty.

Podstawowe prace. Podzieliłem je na dwie grupy: te które wykonam samodzielnie oraz zlecone profesjonalistom. W drugiej części znalazły się:

  • instalacja c.o. z kominkiem z płaszczem wodnym,
  • wymiana drzwi wejściowych,
  • budowa oczyszczalni ścieków,
  • prace dekarskie, elektryczne i grubsze hydrauliczne,
  • dostawa materiałów budowlanych.

Tyle. Sam planuję:

  • uszczelnić okna,
  • poddać renowacji stare drzwi wewnętrzne,
  • ocieplić poddasze,
  • zrobić kuchnię i łazienkę,
  • wykonać podłogi na pietrze,
  • pomalować,
  • wytrasować i usypać ścieżki i drogi wewnętrzne,
  • w ostateczności ocieplić ściany zewnętrzne i zrobić elewację z półbala.

Dlaczego nie wymieniam okien, a ocieplenie traktuję jako ostateczność? Otóż, na forum właścicieli starych domów, panuje popularny pogląd (głoszony przez inżynierów), że ocieplenie wełną skalną, styropianem szkodzi budynkom otwartym dyfuzyjnie (ceglanym z tynkami wapiennymi). Wymiana okien na super szczelne – podobnie. I chcę spróbować. Najwyżej w 2026 r. wymienię okna i wykonam ocieplenie z wełny drzewnej na ruszcie. Ograniczenie prac, pozwoli mi jednocześnie drastycznie ograniczyć poślizgi czasowe. Dom musi być gotowy na październik. Stąd plan jest następujący:

  1. w czerwcu wchodzi ekipa z ogrzewaniem (ważny element),
  2. druga wymienia drzwi wejściowe,
  3. a trzeci montuje oczyszczalnię,
  4. od maja działają dekarz, elektryk i hydraulik

Moje zadania wyglądają tak:

  1. kwiecień, maj – ocieplenie poddasza,
  2. czerwiec – renowacja okien i drzwi wewnętrznych, wymiana skrzydeł na górze, podłogi na piętrze,
  3. lipiec – kuchnia i łazienka (po kolei, żeby mieć przynajmniej jedno źródło wody i móc się myć),
  4. sierpień – malowanie i prace drogowe.

Do pomocy wynajmę sąsiada, bo samodzielnie nie dam rady (ocieplenie i drogi).

Teoretycznie w połowie sierpnia powinniśmy być gotowi do przeprowadzki. Dom miejski planuję zacząć sprzedawać, gdy całość prac zostanie wykonana.

W maju planujemy próbną przeprowadzkę na 2 miesiące.

Trzymajcie kciuki, bo plan wygląda na napięty. Stąd mam (jak zwykle) plan B, jeśli coś się opóźni.

Wtedy łazienka (już działa) zostanie przełożona na wiosnę 2026 r., podobnie jak wymiana skrzydeł drzwiowych na piętrze. Ścieżki też może poczekać (rozłożę prowizorycznie płytki betonowe z demontażu).

Przeniesienie się na wieś. Dalsze przemyślenia – tym razem o dojeździe.

Nigdy nie ukrywałem, że w moim przypadku największym problemem w przeprowadzce na wieś wydawał się dojazd. To nietypowe, bo akurat kasa miała znaczenie drugorzędne – dom kupiłem wiele lat wcześniej, nie musiałem zaciągać kredytu na remont. Natomiast czas i sposób dojazdu mieszały mi w głowie.

Pierwszy problem – czas. Porozmawiałem z grupą moich znajomych, którzy dojeżdżają 10-11 km do centrum (z czego 4-5 km przez miasto). Twierdzą, że dają radę bez kłopotów, a na stanie mieli dwoje, a nie jedno dziecko. U mnie – 3 razy dalej, ale głównie przez wsie i 1/3 dwupasmówką (albo 3/4 jeżeli wybiorę dalszą drogę). Co to oznacza? Z 10-15 minut w tym momencie – robi się 35-40 minut. Ale gdy szedłem piechotą – 30 minut i już różnica całkiem niewielka. Dziennie – od 20 do 50 minut różnicy. Dwupasmówką dojeżdżam prawie pod samo biuro.

Puryści doliczyliby dojazd syna do szkoły i na zajęcia. No i wtedy wszystko przestaje być proste. Może dojeżdżać z nami (pracujemy z żoną razem) a potem 2-3 przystanki autobusem. Może być przez nas wożony (dodatkowe 15 minut w jedną stronę). A sport? 3 razy w tygodniu treningi – ktoś musi z nim zostać, a drugie wsiadać wcześniej w pociąg.

Za dwa lata idzie do liceum i wtedy albo zyska jadąc z nami (dwa dobre licea w sąsiedztwie naszego biura) albo straci (szkoła blisko starego osiedla), albo będzie mu to obojętne (liceum sportowe kilkaset kilometrów od domu).

Nic tu nie jest jednoznaczne, sporo zależy od przyszłych wyborów. W optymalnej wersji – 20 minut różnicy, w złej dodatkowe 1,5 godziny w plecy. Jesteśmy po rozmowach w domu i plan generalnie zakłada – sportowe, w awaryjnej wersji liceum + sport w mieście powiatowym (dojedzie pociągiem w 10 minut).

Trzeba też pamiętać, że żona pracuje inaczej niż ja. U mnie to 3 dni w tygodniu plus czasem dodatkowy przyjazd w potrzebach firmowych, u żony 5 dni. Jeżeli policzymy czas efektywny (odejmiemy zwolnienia, urlopy, pracę zdalną) – wyjdzie nam: żona 4 dni, ja 2 dni. I po prostu trzeba będzie lepiej planować przez pewien czas (podstawówka syna). Nie ukrywam, cały czas namawiam małżonkę na własną nierejestrowaną działalność zamiast etatu, ale na razie woli dojeżdżać, bo lubi stabilizację.

Drugi problem – kasa. Jak powiedziałem – u nas drugorzędny. Natomiast muszę go wyliczyć. Nastąpi zmiana w parku aut. I tak – głównym środkiem dojazdu stanie się nasz „elektryk”, bo będzie tani (15 zł/100 km przy ładowaniu z gniazdka), a drugim autem na wyjazdy do dorosłych synów, ew. szkoły sportowej – Lexus lub Toyota w hybrydzie (36 zł/100 km). Przy przebiegach ok. 30 tys. km rocznie (pół na pół – same dojazdy do miasta ok. 12-15 tys. km) – nieco ponad 7500 zł na paliwo (650 zł/m-c). Bez tragedii. W mieście ok. 20-25 tys. km z nieco większym zużyciem czyli nie mniej niż 6000 zł (500 zł). Pozostałe koszty utrzymania byłyby bardzo podobne w mieście (większe zużycie na krótkich trasach). I to wyliczenie +150 zł m-c na paliwo wydaje się bezproblemowe. Oczywiście niektórzy po prostu dodaliby dodatkowy „przebieg wiejski” – 15 tys. km i cenę paliwa (np. 36 zł/100 km). Wtedy wyszłoby 450 zł/m-c.