Dlaczego Piotr Duda bredzi o czterodniowym tygodniu pracy?

W jednym z wpisów przywołałem opinię szefa NSZZ Solidarność – sługi jednej partii, który powiedział tak: „nierealny i forsowany wbrew interesom większości pracowników”.

Potem dodał jeszcze kilka zdań, całkowicie go kompromitujących. Bo albo nie zadał sobie trudu w przeczytaniu planów skrócenia czasu pracy, albo zwyczajnie nie nadaje się do sprawowania funkcji, gdyż nie zna Kodeksu pracy.

A oto uzupełnienie tej negatywnej opinii : „Trzeba powiedzieć jasno, że to rozwiązanie korzystne dla niewielkiej grupy pracowników. Nie obejmie produkcji, handlu i wielu innych gałęzi rynku, w których potrzebna jest ciągłość pracy. … Pomysł ten nie poprawi sytuacji na rynku pracy.”

Nie wiem skąd Piotr Duda wziął info, że 4-dniowy tydzień pracy nie obejmie produkcji czy handlu? Wymyślił sobie.

Celowo wytłuściłem tego byka. Otóż – czym innym jest czas pracy (obecnie 40 godzin w tygodniu), czym innym system czasu pracy (podstawowy 5 dni x 8 godzin, ale są też równoważny, weekendowy itd.), a jeszcze czym innym rozkład czasu pracy – plan w jakich dniach i godzinach dany pracownik ma wykonywać pracę w danym okresie rozliczeniowym (zazwyczaj miesiącu).

Tłumacząc Wam po ludzku – można pracować 8 godzin przez 5 dni/tydzień w ruchu ciągłym, jeżeli mamy do czynienia ze zmianami. Np. w pierwszym tygodniu 1-sza zmiana, w drugim – druga, w trzecim – trzecia, a w czwartym – czwarta (tzw. czterobrygadówka). Ba, wielu pracowników fizycznych już ma 4-dniowy tydzień pracy, jeśli zmiany wynoszą 4dni x`10 godzin. Ba, znam takich którzy pracują (straże zakładowe) trzy dni w tygodniu (dyżur 24h, 2 dni przerwy, 12 h , doba przerwy i 8 -godzinna zmiana). Duda straszy i opowiada bajki.

Teraz wróćmy do projektu. Znamy dopiero niektóre założenia. Rozważa się skrócenie czasu pracy dla wszystkich do 35 godzin. Wtedy w podstawowym systemie będziemy mieli: `1 dzień x 8 godzin i 3 x 9 godzin, ew. 4 dni x 8 godzin i 45 minut. A co z handlowcami i pracownikami produkcji, nad którymi łzy wylewał szef Solidarności? Oni też dostaną średnio 35 godzin (chociaż w jednym tygodniu może to być 30, a w innym 40). No i 4 dni, a nawet w przypadku 12-godzinnych zmian 3 (2x 12 godzin i jeden 11-godzinny). Co więc stracą pracownicy? Nic.

Ale Piotr Duda ciśnie dalej ” Może ją (sytuację na rynku pracy) wręcz pogorszyć, skutkując wzrostem obowiązków i brakiem wzrostu płac – ocenił Duda. Popatrzmy realnie. Pracodawca zwiększający obowiązki, przy zmniejszeniu czasu pracy naraża się na ostrą ripostę liczne wystąpienia związków zawodowych, kontrole PIP, protesty i odejścia. A musi dbać o załogę, ponieważ teraz, jeżeli produkcja ma iść w ruchu ciągłym, potrzebuje nie czterech brygad lecz pięciu (168 godzin w miesiącu/40 = 4,2, a 168/35 = 4,8). A brak wzrostu płac? No cóż, tu wystarczy cofnąć się do lat 90-tych, gdy skrócono czas pracy z 46 do 42 godzin (1997 r.). I pytanie jak zmieniła się średnia pensja:

  • 1996 – 873 zł,
  • 1997 – 1061 zł.

Która liczba jest większa? No chyba z 1997 r., więcej niż rosła inflacja (21% wobec 19%). Zamilcz Piotrze Dudo, bo bredzisz jak na mękach, kręcisz, kłamiesz, oszukujesz. A dlaczego? Chyba dla każdego, powód pozostaje jasny. Chodzi o bezpardonowy atak na rząd, minister o lewicowej proweniencji i bazę wyborczą, który po wywodach o skróceniu czasu pracy Piotr Duda kontynuował. Według szefa Solidarności, dobry pozostaje pracownik fizyczny, a zły umysłowy. Warto, aby członkowie tego związku w białych kołnierzykach dobrze zapamiętali tę szarżę. Inni też. Albowiem za kuriozalną należy uznać strategię przewodniczącego związku zawodowego, który staje po stronie pracodawców i sprzeciwia się skróceniu czasu pracy. Zupełnie inne stanowisko zajął OPZZ. I to też warto zapamiętać.

Kwartał pracy 3/5.

Właśnie mięły trzy miesiące, od kiedy jestem pracownikiem na jeden etat. Dokładnie 3 lutego rzuciłem papierami poszedłem ostatni dzień do drugiej pracy, w której spędziłem prawie 25 lat. Prowadzę też JDG.

Przyczyny tego stanu rzeczy nie były miłe (a raczej wyjątko niemiłe jazdy nowego szefa), aczkolwiek chwila, gdy w mojej obecności odczytano sam nagłówek wypowiedzenia (natychmiastowego z winy pracodawcy), powinna trafić do „słoja wspaniałości”, gdybym go posiadał. Literalnie nikt się nie spodziewał strzału, no może jakiegoś wypowiedzenia wielomiesięcznego, w czasie którego da się łatwo zewrzeć szyki. A tu taki zonk. Moim celem nie było zdezorganizowanie działań pracodawcy, a skoncentrowanie na swoich planach i zdrowiu. A pozytywne efekty?

Efekt 1. Zdrowie.

Na przestrzeni od „rozpoczęcia jazdy” do końca zatrudnienia (nieco ponad 6 miesięcy) byłem chory 5 razy. W sumie na zwolnieniu kilkadziesiąt dni. A od zwolnienia? Ani razu przez kwartał pomimo przesilenia wiosennego.

Niewątpliwie do poprawy zdrowia przyczyniło się radykalne zmniejszenie stresu. Ale poza nim: wysypianie się (2 razy w tygodniu wstaję godzinę później), brak pracy w weekendy, regularne jedzenie przez 4 dni w tygodniu (od pt do pn włącznie), więcej wolnych dni, brak ekstra telefonów po godzinach. No i wreszcie miałem czas na 4 odkładane wizyty lekarskie.

Efekt 2. Czas.

Na tę pracę poświęcałem 72 godziny (9 dni/m-c, jeżeli brałem urlop, lub wypadało wolne 8 dni x 8 =64h), plus 12 godzin na dotarcie i 8 na ogarnianie się. Potem wracałem i potrzebowałem dekompresji (obiad, drzemka). Kiedy dochodziłem do siebie, często na zegarze była 18 . I tak przelatywał cały dzień. Nawet jeśli pracowałem 8 dni/m-c, telefony, maile poza godzinami powodowały, że na tę pracę „marnowałem”: 100 godzin (72 praca, 12 dojście i powrót, 8 ogarnianie, 8 dekompresja)

Teraz staram się pracować 6 dni w miesiącu (-2-3 dni – wyłączam drugi etat). Do tego mój, nawet pracowity dzień wygląda inaczej. Zaczyna się nie o 6.15 (godzina wyjścia do biura), ale o 8.00 (teść żegna się po wspólnie wypitej herbacie) i trwa nie do 16.00 (powrót do domu), lecz o 13-14. Krótko mówiąc przepracowuje dziennie 5-6 godzin i to z przerwami na kawę, posiłki, rozmowy telefoniczne.

Biorąc pod uwagę doświadczenia z 3 miesięcy, średnio w poniedziałki i piątki 0- przepracowuję ok. 30 godzin plus 5 na dojście/dojazdy. Ponieważ nie marnuję energii na dekompresję, ogarnianie się – w sumie ze 100 godzin/m-c robi się 35. Kto umie liczyć, ten się dowie odzyskałem 65 godzin/m-c – 65% dotychczas poświęcanego czasu. A ten wykorzystuję: dla rodziny, na odpoczynek, pisanie bloga i wymyślanie kolejnych pomysłów.

A więcej czasu oznacza też brak pośpiechu, nerwów i spokój w kontaktach z innymi.

Efekt 3. Kasa.

O niej jest ten blog. Wyniki? Marzec +10%, kwiecień +40%, maj +50%. Nie żartuję, piszę serio. Ponieważ nie zostałem na etacie, w kwartał (24 dni) zarobiłem średnio 33% więcej. Przypominam, pracując o 2/3 mniej. Niesamowite. A liczę tylko te 5 dni.

Efekt 4. Więzi.

Tego nie da się przeliczyć na kasę. 3 razy odwiedziłem moich synów w ich miejscach i to nie, jak dotychczas, dziś przyjazd, dziś wyjazd (najpóźniej jutro rano), lecz na 2-3 dni. Do tego spokojne spotkanie z siostrą (też mieszka w innym mieście), odwiedziny u przyjaciół (2 razy). Wszystko ogarnięte w przedłużony weekend (w końcu miałem ok. 6-8 dni ekstra).

Spokojnych pogaduszek z teściem, leniwego ranka z żoną, porannych rozmów z najmłodszym synem – nie liczę.

Te cztery czynniki, po zsumowaniu dały prosty efekt – więcej spokoju, radości z życia i pomysłów, co jeszcze można udoskonalić.

Z czego ma żyć przeciętny człowiek, przeprowadzając się na wieś?

Niedawno pisałem o swoich planach finansowych. Mam jednak świadomość, że przeciętne możliwości są jednak inne. I dlatego postanowiłem poświęcić tym opcjom cały wpis.

Na stole sekcyjnym leży „przeciętny Polak z dużego miasta”. Możemy poczynić pewne założenia.

  1. Prawdopodobnie ma mieszkanie (ok. 80% rodaków mieszka we własnym),
  2. Z pewnym prawdopodobieństwem nie na kredyt (9% nieruchomości w Polsce posiada wpisy hipoteczne, z przewagą miast – rzecz jasna), albo spłacone w poważnym stopniu.
  3. Dysponuje oszczędnościami na poziomie kilkudziesięciu tysięcy złotych.
  4. Liczy sobie ok. 35 lat i posiada partnera/partnerkę/męża/żonę oraz jedno dziecko.
  5. Zarabia dotychczas ok. 100-120% średniej krajowej, co oznacza ok. 12-15 tys. zł netto na rodzinę.

Ma silną chęć przeprowadzki na wieś, przysłowiowej ucieczki w Bieszczady. Nie wierzy tylko w możliwości realizacyjne. A ja pokażę, że „dasię”.

Krok 1. Wycena wartości netto mieszkania/domu. Wartość netto = czyli cena rynkowa – zobowiązania kredytowe. Okaże się bardzo różna. Moja – 1 mln zł. Przeciętnie – może 200, może 300, może 400 tys. zł.

Krok 2. Ustalenie na co wystarczy ta wartość netto.

W prawie kompletnej pustce (Podlasie, pogranicze mazowiecko-lubelskie, wschodnia Lubelszczyzna czy Podkarpacie itp.), albo województwach wymierających na zachodzie Polski (lubuskie, zachodniopomorskie, opolskie, śląskie, dolnośląskie), o ile nie idziemy w kierunku wysokiego standardu i miejscowości turystycznych (raczej Pieszków koło Lwówka Śląskiego niż Polanica-Zdrój) nasza wartość netto powinna wystarczyć na zakup domu do remontu (nie mówię o walących się ruderach) i najniezbędniejsze prace, wykonane własnymi rękami. Dodajmy oszczędności i posiadane inwestycje.

Czyli dach nad głową – już mamy.

Krok 3. Ustalenie nowego źródła dochodu.

Mieszkańcy miast miewają z tym problem. W przypadku freelancerów, artystów, pracowników w 100% zdalnych – prosty wybór – robimy to, co dotychczas, tylko w innym miejscu. Dochody nie spadają.

Dysponujący dużą nadwyżką wartości netto nad kosztami zakupu/remontu – także nie muszą długo myśleć. Pracują dalej tylko mniej i dla przyjemności. (mój mechanizm).

Natomiast „przeciętni” znajdą się w trudnej sytuacji. Być może, znajdą pracę na miejscu (nauczyciel, lekarz, pielęgniarka itd.). Być może w niedalekim sąsiedztwie (do 30 km) – jak budowlaniec, handlowiec, urzędnik itd. W ostateczności założą jakąś firmę, znajdą etat zdalny, przerzucą się na freelance, sprzedaż internetową, zaczną żyć z ziemi, opierając się na wyjątkowych produktach.

Ja znając warunki w wielu lokalizacjach – proponuję prace dorywcze. Przy odrobinie zdolności manualnych da się zarobić dniówką 300 zł. A to oznacza 4500 zł (umówmy się, netto) na osobę. Żyją tak całe wsie. W lecie – przy zbiorach, w pozostałych miesiącach – budowa/opieka nad dziećmi. Ważne – sprawdź możliwości na miejscu.

Większość znanych mi osób (osobiście, z artykułów, książek) prowadzi agroturystyki, jakieś warsztaty, zajmuje się sztuką, rękodziełem, rzemiosłem. I żadna z nich nie głoduje. Tak też można.

Krok 4. Ustal wydatki i sprawdź, czy Cię stać.

Skoro dochody wynoszą 4500 zł/os./m-c – budżet wynosi 9000 zł/m-c (plus ew. zasiłki). Znacznie mniej niż w mieście (12-15.000 zł). I tę różnicę warto wyrównać spadkiem wydatków.

W tym miejscu mam już pewien pogląd i potrafię coś poradzić. Postawcie na tanie ogrzewanie drewnem (piec, kominek z płaszczem), zamiast bawić się w drogie pompy ciepła, grzejniki elektryczne, o ile nie zbudowaliście nowego energooszczędnego domu. Ew. co najwyżej dogrzewajcie klimatyzatorem.

Nie pakujcie się w wielkie budynki, ponieważ zniszczą Was finansowo i wyssać mogą wszystkie siły (sprzątanie! remonty!). Chyba że macie pomysł na turystów. Moje 160 m2 po podłodze i 140 m2 powierzchni użytkowej wydaje mi się wręcz za duże dla 3 osób (ale akurat zarabiam ponadprzeciętnie i dysponuję kapitałem).

Wtedy koszt mediów wyniesie ok. 1000 zł/m-c (prąd – 300 zł, woda 50 zł, oczyszczalnia – 50 zł, podatek – 40 zł, internet 100 zł, telefony 100 zł, śmieci 100 zł, drewno – 260 zł). Mnie uda się zejść do 800 zł, ale na dachu leżą panele fotowoltaiki.

Życie (jedzenie, leki, lekarze) 1800 zł. Akurat tutaj mocno indywidualna sprawa. Ktoś nie kupuje jedzenia, inny tak, do tego leczy się na kilka chorób, lub ma niepełnosprawne dziecko. Sama wizyta lekarsko-dentystyczna oznacza ubytek 200-800 zł. Mając czas pewne rzeczy zrobimy na NFZ.

Nauka. Nie rezygnowałbym z niej pod żadnym pozorem. 700 zł na zdalne korki, zajęcia edukacyjne, czy sport.

Transport. Kolejny temat-rzeka. Sporo zależy od warunków miejscowych, trybu życia, sposobu utrzymania, odległości. Minimum – jedno auto na rodzinę, i to takie, które zawsze zapali i zawsze dojedzie. W praktyce – mieszkańcy sioła w środku lasu – szykujcie się na Subaru Forestery, Łady Nivy, pickupa, czy innego Jeepa. Te auta palą minimum 10-12 l/100 km. Mieszkający wśród ludzi (jak ja), niech wybiorą przynajmniej SUV-a, lub podwyższonego crossovera. Jeśli auta mają być dwa – jedno może być „letnie” i pozbawione tych bajerów. Jak powiedziałem – koszty od 400 zł/m-c (Panda 4×4) do 2000 zł (dwa auta, z których jeden to „dzik”). Liczone, rzecz jasna przeciętnie (10 tys. km rocznie x 72 zł/100 km na paliwo = 600 zł/m-c).

Pozostałe. Wrzućmy tu ubrania, chemię, kosmetyki, remonty, wakacje, prezenty, ubezpieczenia itp. Zostało nam od 3500 do 5100 zł. Plan okazał się wykonalny.

Różnica w wyborze. Co robić?

W kwietniu rozmawiałem z moją koleżanką z pracy. Znamy się 25 lat, a ona dodatkowo widzi moje dochody. Stąd rozmowa – bez tajemnic. O dorosłych dzieciach i naszych wyborach.

Wybór 1. Liczba dzieci i co im zapewnimy.

Ona ma 1, ja 3. Już w tym punkcie wydawałoby się – dramatyczna różnica. Ale skupmy się na podobieństwach. Swoim najstarszym studentom (ona – jedynej córce) planowaliśmy kupić mieszkanie we Wrocławiu. Czyli oboje kupujemy 1 lokal wrocławski – za gotówkę, dodam.

Wybór 2. Dzielnica, typ, cena.

Ona wybrała skraj Wrocławia. 5,5 km od Rynku – 30 minut autem i komunikacją miejską w szczycie do rynku. Ja bliżej – 3.1 km od Rynku – 17-20 minut autem tramwajem w identycznych warunkach.

Ona – nowy budynek – 521 tys. zł za 37 m2. Ja PRL-owski blok 460 tys. zł za 45 m2. Ona – salon z aneksem i sypialnię. Ja dwie małe sypialnie, salon (przejściowy) i oddzielną kuchnię.

U niej trzeba jeszcze włożyć 70k w wykończenie, co da w sumie 591 tys. zł. W naszym „od biedy” da się mieszkać, a odświeżenie (podłogi, drzwi, łazienka, kuchnia) będą kosztować może 50 tys. zł. U niej – miejsce parkingowe+piwnica za 80k, u mnie parking wewnątrz bloku. Razem od 671 tys. zł kontra 460/510 tys. zł.

Różnica 1.Dojazd.

O czasie już była mowa. Ale jeszcze o kasie. 2.4 km (tyle wychodzi piechotą) da się od biedy pokonać (zwłaszcza, gdy mamy 20 lat) w 25 minut szybkiego marszu. Ale 5.3 km to już godzina i mało kto podejmie decyzję „idę”.

Różnica pomiędzy tramwajem a „piechotą” wynosi 110 zł/os/m-c.

Jeżeli pojedziemy autem, jeszcze więcej. Sam abonament parkingowy to 400 zł/m-c. Do tego paliwo – 100 zł. Do tego 150 zł za garaż. Razem 650 zł różnicy.

Jeżeli mamy w domu 2 auta, w nowym bloku potrzebujemy ok. 1300 zł (plus 160k na miejsca parkingowe). Dostrzegacie różnicę?

Różnica 2. Cena zakupu.

Jak widać wyżej będzie to 671 tys. zł kontra 510 tys. zł. Ile to jest?

  • 1200 zł raty kredytu miesięcznie przez 30 lat,
  • 1066zł odsetek (8%), gdy wybieramy gotówkę.

Różnica 3. Koszty utrzymania.

Te powinny wyjść na korzyść „apartamentowca”. Raz – 37 m2 kontra 45 m2. Dwa – tańsze ogrzewanie i opłaty. W sumie oceniam na 1200 zł kontra 1600 zł. Różnica 400 zł.

Różnica 4. Jakość życia.

Niewymierna. Tu mamy nowy dom, tam używany (chociaż odświeżony). Tu 37 m2 i dwa pokoje z aneksem, tam trzy plus kuchnia.

Nowy to też inni sąsiedzi, ale i niewielkie odległości od okien sąsiada i mikre balkony. W nowym nie ma też zieleni, całej infrastruktury itp.

Bilans. Finansowy? Prawie 2000 zł na korzyść starego (1066 zł odsetki, 1300 zł zaoszczędzone na dwóch autach, minus 400 zł opłat). Kupa forsy. Za to da się kupić kolejne mieszkanie pod wynajem i dokładając taką sumę mieć dwa. 2k da się też odłożyć na emeryturę. Stąd wybrałem używane. Natomiast wielu skusi się na „deweloperski beton” zamiast „PRL-owskiej cegły z lat 60-tych XXw. Zwłaszcza jeśli płacą rodzice.

Czy da się dzisiaj kupić dach nad głową za gotówkę?

Odpowiadając jednym słowem: tak. Teraz czas na rozwinięcie myśli.

Wiele lat temu, życie było prostsze. Młodzi nie mieli tylu pokus i siłą rzeczy cieszyli się z drobiazgów. Żeby nie było, nie tęsknię do starych czasów, opisuję rzeczywistość. Dla niektórych smutną. Radość, gdy w pierwszym mieszkaniu przyklejaliśmy tapetę na lamperię, gdy wymienialiśmy nieszczelne okna na „plastiki”, kupiliśmy pierwszy nowy telewizor, wielu może się wydać wręcz żenująco słaba. Bo z czego tu się było cieszyć? Dzisiaj, kiedy na nabywców czekają nowe lokale, w sklepie dekoratorzy wnętrz, tamte lata opiszemy często jako przaśne.

A jednak pozostaje pewien fakt. Po 5 latach wynajmu (czynsz równał się 50% pensji żony) kupiliśmy tamto mieszkanie – dwa pokoje (duże) w kamienicy za 90 tys. zł (moje ówczesne 40 pensji), poświęcając inwestycję za kasę na wesele i dokładając oszczędności z kasy mieszkaniowej. Dało się to zrobić bez zaciągania kredytu.

Czy teraz można powtórzyć tę drogę? Powiedzmy sobie uczciwie: nie 1 do 1. Dzisiaj takie mieszkanie kosztuje ok. 650 tys. zł. Gdyby odkładać nawet połowę (tyle dostaliśmy za działkę) musimy przeprowadzić rachunek:

325 tys. zł/5 lat = 65 tys. zł/rok. Para „młodziaków” zostałaby zmuszona do odkładania 5,5 tys. zł/m-c. Praktycznie nierealne. Co więc da się zrobić?

Otóż, zmienić wybór. Albo zmniejszyć powierzchnię, albo wybrać gorszą dzielnicę, albo całkiem wynieść się z miasta. Widziałem sporo siedlisk po 200 tys. zł, w odległości ok. 30-50 km od przyzwoitej pracy. A 200 tys. zł podzielone przez 5 lat, przy rezygnacji z wesela (dzisiaj 100 tys. zł, wtedy 10 razy mniej) oznacza 20 tys. zł/rok. Plus, jak w naszym przypadku, dalszych kilka lat z doprowadzaniem do porządku. I to już jest realne. Wymaga jednak niestandardowego wyboru i … przekonania najbliższych. Bo wesele, weselem, ale chyba lepiej mieć dach nad głową.

Czy stać Cię na tradycyjny ślub?

W ludowej optyce, maj był jednym z najgorszych miesięcy na ślub (poza listopadem, kojarzonym ze śmiercią). Opowiadało o tym przysłowie „Marcowe stadło, diabłu pocieradło”. Niemniej jednak właśnie w maju, poruszam temat, dość kontrowersyjny, ale i chyba praktyczny.

Na kilku forach spotkałem się z opinią „nie stać mnie na ślub”. No i zacząłem analizy.

Generalnie widzę zmianę mentalności. O ile jeszcze 20 lat temu standard stanowiła biała sukienka, kościół oraz wesele na 100 osób, co nazywam tytułowym tradycyjnym ślubem, o tyle dzisiaj zaczyna mocno zaznaczać się inny trend – ślub w urzędzie plus obiad dla rodziny. Powody? Zmiany obyczajowe i ceny.

Najpierw przeżyłem odejście od wesel wielodniowych. Potem odwrót od ślubów kościelnych (w dużych miastach stanowią one mniej niż połowę związków). Teraz odpuszczono sobie także wesela, nie widząc w nich wielu plusów. To są właśnie zmiany obyczajów – kiedyś nie do pomyślenia. Trzeba się było zadłużyć, zacisnąć zęby, a impreza miała być.

Dzisiaj, gdy stuosobowe wesele kosztuje 150-160 tys. zł (sam talerzyk czyli miejsce przy stole i jedzenie ok. 500 zł/os.), wielu zastanawia się nad sensem wydania na jedną noc równowartości wkładu własnego na mieszkanie, a czasem miejscach nawet połowy ceny dwupokojowego mieszkania. Kiedyś było jednak relatywnie taniej. Dlaczego?

Najpierw weszły restauracje, które obecnie wywindowały ceny. Potem szereg nowych elementów – profesjonalny film zamiast wujka z kamerą, foto budki, atrakcje, prezenty dla gości, miejsca hotelowe, identyczne stroje dla druhen, wieczór panieński, wieczór kawalerski oraz cała oprawa, diablo dzisiaj droga. W zasadzie tylko wódka (w relacji do zarobków) potaniała. Jednak w wielu wypadkach zastąpiły ją słabsze trunki. I dochodzimy do tych 150 tys. zł. Czy się opłaca? Nie. Czy warto? Osobiście, nie sądzę, ale o odejściu od zwyczaju nie można myśleć w tradycyjnych społecznościach. Moi przyjaciele górale nie wyobrażają sobie ślubu bez kościoła i wesela. Ja ze spokojem przyjąłem deklarację moich dzieci, że najpierw wspólne zamieszkanie, potem skromny ślub i obiad dla najbliższej rodziny. Czasy się zmieniają. Jaki jest sens puszczania 150k w jedną noc, a następnie spłacanie rat za mieszkanie? Żaden. A wielu po prostu na to nie stać (ani na wesele, ani na własne M). Stąd odpowiedź na tytułowe pytanie coraz częściej bywa negatywna.

Z czego będę żył, gdy przeprowadzę się na wieś?

Odpowiedź wydaje się prosta – z drugiego etatu (24 godziny/tydzień, a licząc z urlopami 20 godzin/tydzień) i działalności gospodarczej (10 godzin/tydzień). Ale nie tylko.

Część przychodów zapewni mi kapitał. Sprzedam działkę w górach, dom w mieście, zgarnę oszczędności, i potrafię z tej kwoty wycisnąć pewnie jeszcze 8-10.000 zł/miesiąc. Ewentualnie – kupię pensjonat w górach i będę go prowadził w trakcie sezonu.

To nie wszystko, trochę pójdę w rolnictwo, a w zasadzie ogrodnictwo. Mam kilka pomysłów.

Razem zbierze się kwotę znacznie straconego etatu przy niewspółmiernie niskim nakładzie pracy.

A jak to się ma do przeciętnego człowieka? O tym będzie oddzielny wpis.

7 tygodni wolnego rocznie.

Dzisiaj wracam do tematu mojej rzuconej pracy i czasu, który dzięki temu odzyskałem.

Punkt wyjścia – poniedziałek i piątek w każdym tygodniu tj. 8,5 dnia w miesiącu. Pomniejszone o urlop i dni ustawowe (przerywany telefonami i mailami, ale mniejsza) 7 dni/m-c.

A w firmie? Średnio 5 dni/m-c rzeczywistej pracy. I to lżejszej. Bo wyszło tak:

  • marzec 31 godziny kontra 56 godziny,
  • kwiecień 26 godzin kontra 56 godzin.

Teraz dodaję czas dojazdu/dojścia. 8 godzin kontra 10.

Nawet biorąc pod uwagę te 5/7 dni wychodzi średnio 31 godzin różnicy. Przy standardowej pracy – ponad 3 pełne dniówki robocze (celowo zaniżam, zaokrąglając w dół i pomijając pracę w dni teoretycznie wolne).

I tak dochodzimy do sedna 3 dniówki miesięcznie = 36 dniówek rocznie, co podzielone przez roboczy tydzień (5 dni), daje 7 tygodni wolnego rocznie. Tyle zyskałem. Dodam przy tym, że zarobki wyszły znacznie lepiej – jestem +10-100% na plusie. A, i nie policzyłem tym razem zbierania się do pracy i dekompresji po niej.

Jak pracowano w XIX w. Zimny prysznic dla Matczaka i Mentzena.

Obaj tytułowi panowie mają proste antidotum na biedę – ciężką pracę po 16 godzin na dobę (w przypadku Mentzena za śmieszne pieniądze). Oczywiście, wszystko co proste, nie działa. A że nie działa, to wiemy, wystarczy cofnąć się do XIX w.

Tamto stulecie charakteryzowało się tzw. dzikim kapitalizmem. Nie istniały żadne normy oficjalne, ochrona pracownika itp. Hulaj dusza, piekła nie ma. Wąska grupa posiadaczy (ziemskich, fabrycznych) robiła co chciała, przy wtórze wszelkich religii (od judaizmu przez katolicyzm do protestantów). Efekty? Nie tylko ogromna śmiertelność i krótkie życia, do tego bieda, a wreszcie przygotowanie zarzewia pod… komunizm w wydaniu rosyjskim. Dobrowolne zmiany (USA, W. Brytania) pozwalały uniknąć najgorszego. Tereny obecnej Polski, traktowano jak kolonie (a pan, chłopów, jak właściciel plantacji czarnych na południu USA). W takim Żyrardowie, mniejszym odprysku łódzkiej Ziemi Obiecanej tydzień pracy trwał najpierw 77, a potem 66 godzin. I te 66 godzin (tj. 6 dni w tygodniu po 11 godzin) traktowano jak wielką ulgę. 10-12 latek pracował przy taśmie. Wyobrażacie to sobie? Jedenastogodzinny dzień pracy, a gdy ktoś się nie sprawdzi, zachoruje, zestarzeje, to fora ze dwora. Emerytur nie było.

Pamiętacie scenę z filmu, rozmowę Bucholca z von Hornem? Tak, do takiego świata chcą nas przywrócić Mentzen z Matczakiem. Tam nie ma miejsca dla mniej przedsiębiorczych czy zwyczajnie słabszych (głupszych). Liczy się siła, zdrowie i wynik. To dlatego próbuje się wybić zęby (mleczaki) inspekcji pracy, związkom zawodowym (koncesjonowana Solidarność komentująca czterodniowy tydzień pracy parsknięciem „nierealny i forsowany wbrew interesom większości pracowników”, pełniąca rolę OPZZ za Jaruzelskiego), Radzie Dialogu Społecznego (istnieje na papierze). Co pozostanie? „Miska ryżu”, bezpłatne nadgodziny, pozorność dostępnej opieki lekarskiej. Teraz 5 godzin to czekasz na SOR-ze, płacąc 20 tys. składki zdrowotnej, większość chorób leczy się prywatnie, ponieważ nikt, w sytuacji zagrożenia np. zawałem nie będzie wpisywał się na listę do kardiologa z terminem za 3 miesiące .

Czas dojazdu 30 km ze wsi do miasta.

Z mojej wsi do miasta prowadzi kilka dróg. Dobra opcja na wypadek śniegów, gdy jedną zawieje, zawsze zostaje druga. Najgorszy odcinek mam przy domu (300 m szutrówki), potem zaczyna się szosa – powiatowa, wojewódzka, a nawet krajowa. Jednak nie o drogach miało być, a o czasie dojazdu.

Od pewnego czasu robię próby, ile potrzeba na dojazd z punktu A (mój dom na wsi) do punkt B (centrum miasta), które dzieli równo 30 km. Wyznaczam sobie też kamienie milowe na najlepszej trasie, o nich właśnie napisze dwa słowa.

Trasa nr 1. Prowadzi w znacznej części drogą wojewódzką- 31 km.

Odcinek 1. Spod garażu do szosy – 2 minuty. Wliczam w to otwieranie i zamykanie bramy (trzeba wysiąść z auta, za jakiś czas zamontuję siłowniki).

Odcinek 2. Spod garażu do stacji kolejowej – 5 minut. Dystans niecałe 3 km.

Odcinek 3. Pierwsze 10 km – 10 minut.

Odcinek 4. Dom – spotkanie z alternatywną trasą (15 km) – 16 minut (o ile akurat nie czekam na przejeździe kolejowym).

Odcinek 5. Pierwsze 20 km (węzeł obwodnicy) – 21 minut.

Odcinek 6. Dom- granice administracyjne miasta (ok. 23 km) – 24 minuty.

Całość najkrótszą trasą (31 km) – 34 minuty (bez korków).

Trasa 2. Bocznymi drogami 30 km.

Piękna widokowo, gorsza jakościowo. Jeździłem nią w weekendy, zanim nie zbudowali obwodnicy jednego z miasteczek, teraz nie ma sensu. Czas przejazdu 40 minut.

Trasa 3. Dawną 17-tką 35 km.

Też bez sensu. Daleko i wolno – 45 minut. Do miasta wjeżdżam ruchliwą i zakorkowaną częścią.

Trasa 4. Obecna S17 40 km.

Wprawdzie jest najdłuższa, ale w zimie najpewniejsza. 10 km do węzła ekspresówki, a potem wjeżdżam do samego centrum. Poza pierwszym kilometrem (w tym 300 m drogi szutrowej), odśnieżana regularnie (dojazd do dwóch sporych zakładów przemysłu spożywczego). Jeśli jadę normalnie 35 minut. Gdy goniłem raz na złamanie karku -30 minut, a więc potencjalnie najszybciej. Do tego szeroko. Jednak korzystam z niej rzadko, tylko w najgorszą pogodę zimą. Nie jest ani ładna, ani bezpieczna (na odcinku 10 km prowadzi w 90% przez obszar zabudowany).

Wnioski. Dojazd ze wsi do miasta zajmuje mi ok. 30-40 minut. Wiadomo, w zimie, po opadach śniegu, może zrobić się 45-50 minut, ale ile mamy dni ze śniegiem na drodze (w przyszłym roku obiecuję policzyć). Dla kogoś, kogo taka odległość przeraża, odpowiem – kiedy do miasta wrócili studenci – odcinek 2 km zaraz po pracy pokonuję w 20 minut. Jadąc na wieś, mijam te korki (pracuję 200m od dawnej, dwupasmowej obwodnicy centrum) stąd liczę ok. 40 minut.