Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Oszczędny Milioner – Strona 22 – Oszczędny Milioner

Małe/ średnie miasto kontra metropolia. Co bardziej opłacalne? Czy warto wyjechać?

Młodzi ludzie na całym świecie głosują nogami. Opuszczają wioski, małe i średnie miasta, jadąc do metropolii. Zjawisko znane opisał je m.in. Filip Springer w „Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast” oraz Marek Szymaniak w „Zapaść. Reportaże z mniejszych miast”. Obaj starają się wskazać przyczyny:

  • niskie pensje i mało pracy,
  • niewiele nowych mieszkań,
  • układy, układziki,
  • marazm i brak oferty kulturalno-rozrywkowej.

Ale ponieważ obaj autorzy są humanistami, popatrzmy na sprawę z innej strony.

Mieszkanie na Gajowicach we Wrocławiu (w miarę blisko centrum) , w stanie do remontu, 3 pokoje – 67 m2 kosztuje minimum 670 tys. zł.

68 m2 w kamienicy w Ostrowie Wielkopolskim (miasto 70 tys. mieszkańców) – 190 tys. zł. Także do remontu (nawet poważniejszego). Koszty utrzymania mogą okazać się podobne jeśli pogodzimy się z ogrzewaniem gazowym.

Jeszcze raz zestawmy. 10 tys. zł/m2 przeciwko niecałym 3000 zł/m2. A w wartościach bezwzględnych? 670 k zł vs. 190 k zł. W racie kredytu (wkład własny 100 tys. zł) – 4200 zł vs 700 zł. Czy faktycznie pensje w Ostrowie Wielkopolskim są aż tak złe, żeby móc plunąć na 3500 zł różnicy w racie?

Nie. W grudniu różnica mediany wynosiła ok. 1650 zł brutto (8621 zł m.Wrocław i 6367 zł powiat ostrowski) . A gdyby brać pod uwagę same miasta pewnie ok. 1100 zł brutto (widać różnicę pomiędzy m.Kalisz a powiatem kaliskim – na poziomie ok. 600 zł brutto), a więc ok. 800 zł netto.

Jeżeli nałożymy te dane – mediana +1600 zł/rodzinę, kontra 3500 zł raty, wybór ekonomiczny wydaje się prosty. Za „zbywające” 1900 zł damy radę:

  • sporo zaoszczędzić (co po 20-30 latach zrobi ogromną różnicę),
  • wyjechać raz w miesiącu na wydarzenie kulturalne do Poznania, Warszawy, Wrocławia, czy Łodzi,
  • pójść raz w tygodniu do knajpki (w Ostrowie Wlkp. będzie też taniej).

I powiedzmy sobie szczerze, to miasto nie jest żadną „zabitą dechami dziurą”. Liczy prawie 70 tys. mieszkańców Nie porównujmy go nawet ze Strzegomiem (15 tys.), ani Grójcem (niecałe 17 tys. ). Dysponuje szpitalem, wieloma instytucjami kultury, oraz takimi wydarzeniami jak festiwal filmowy, siedmioma liceami ogólnokształcącymi a nawet (kiepską) uczelnią. Działa w nim dworzec kolejowy, 23 linie autobusowe.

Kiedy spojrzymy na porównanie z Warszawą – słabo, ale nie beznadziejnie. Natomiast ekonomicznie (dostępnością) mniejsze miasto wygrywa.

Teraz sięgnijmy do tytułowego pytania: Czy warto wyjechać? No cóż. Zależy. Finansowo – tylko jeśli masz świetny zawód i chcesz pracować nad miarę. Średniakom – zupełnie się nie kalkuluje. A osobom na minimalnej – tym bardziej. Zwłaszcza, że wyjechać/zostać nie zawiera w sobie więzi rodzinnych, pomocy starszego pokolenia jak i późniejszej opieki. Znam takich, którzy wrócili do miasta powiatowego i po kilkunastu latach nie żałują. Zarabiają może 30% mniej niż w stolicy, ale żyją spokojniej, a co najważniejsze bardziej komfortowo. Za mieszkanie 53 m2 kwadratowe mają 150 m2 domu i… jeszcze, po dzisiejszych cenach, zostałoby im 300.000 zł. Wynik? Stratę pensji jednej osoby równoważy stopa zwrotu obligacji skarbowych (1500 zł/m-c), drugą – koszty opieki nad dziećmi.

Częściową odpowiedź daje też, przywoływana na wstępie książka Marka Szymaniaka. Wśród bohaterów jego reportaży Warszawa przegrała z Piszem, Kętrzynem, Sanokiem itp.

Co mogę dodać od siebie? Zostając na miejscu, nie liczmy na nowe bloki. Znajdziemy je głównie w satelitach-sypialniach stolicy: Garwolinie, Grójcu czy Ożarowie. W Ostrowcu Wielkopolskim stanowią śladową część oferty i są znacznie droższe (chociaż 4 pokoje nowe, wykończone pod klucz za 6500 zł/m2 nadal kosztuje 1/3 ceny analogicznego mieszkania we Wrocławiu). W Sanoku takich mieszkań nie ma wcale. Podobnie w Piszu.

Istnieją jeszcze inne małe miasta – kurorty. Stamtąd ludzie też uciekają, ponieważ rynek zdominowały drugie lokale (wakacyjne) i pod wynajem. W Giżycku mamy ofertę apartamentów za 10-27 tys. zł/m2 oraz sąsiadujące bloki za 5 tys. zł/m2. Oferta tych drugich pozostaje uboższa. Nie ma pracy (poza turystyką), a nie każdy chce być kelnerką, recepcjonistką, kucharzem. I dochodzi do ucieczki. Czasem tylko w okolice Warszawy (nowe mieszkania w Ząbkach za 10 tys. zł/m2 konkurują z lokalizacjami miejskimi – 17 tys. zł/m2).

Ale statystycznie? Jak napisałem na wstępie, młodzi wyjeżdżają z małych i średnich miast. To trend ogólnoeuropejski. Część dla kariery, część dla oferty kulturalnej, część by nie czuć się gorszym. I ten ostatni element, zostawiam sobie na inną opowieść.

Rodzina 2+1. Budżet wiejski.

Dzisiaj planuję odnieść się do twierdzenia, że życie na wsi wychodzi drożej niż w mieście. Przyjmuję dwa istotne założenia . Pierwsze – żyjemy po wiejsku, bez dowożenia do miasta, ani pracy w nim. Drugie – dostajemy świadczenia od państwa.

Budżet rodzinny, jak wiecie, składa się z dwóch części: dochodów i wydatków. Dzisiaj zajmiemy się obydwoma, zaczynając od mniej interesującej i bardziej indywidualnej. Nie planuję fundować Wam szaleństw, lecz normalne, zwyczajne warunki. Zaczynamy.

Wydatki. 3940 zł Dzielimy je na kategorie: Życie 1500 zł, Nauka 200 zł, Opłaty 580 zł, Transport 300, Inne 1000 zł, Rezerwa 360 zł. Zakładamy brak kredytu. Liczmy więc.

Życie – obejmujące: jedzenie, chemię, kosmetyki. Dla trzech osób (bazuję tu na doświadczeniach blogerki godnezycie.blogspot.com) powinno nam wystarczyć 1500 zł (400 zł na jedzenie/os. plus 300 zł na resztę).

Nauka – szkoła (składki), jakieś tanie zajęcia dodatkowe – 200 zł.

Opłaty. Tutaj proponuję przyjąć mały domek, wybudowany w miarę współcześnie i ogrzewany piecem na drewno kawałkowe, z fotowoltaiką na dachu, wodą z wodociągu, oczyszczalnią przydomową, internetem. Poszczególne wydatki: podatek od nieruchomości 30 zł, śmieci – 100 zł, prąd – 60 zł, woda 60 zł, wywóz nieczystości plus bakterie do oczyszczalni – 50 zł, internet 90 zł, drewno do pieca 100 zł, komórki 90 zł. Razem – 580 zł.

Transport – 300 zł – jedno małe auto, z niewielkim silnikiem benzynowym+LPG (przykładowo: Fiat Panda 1.2, Skoda Fabia 1.0), przebieg miesięczny 400 km.

Inne. W moim domu nazywam je UUPK (ubrania, ubezpieczenia, prezenty, kieszonkowe). W tym punkcie warto pomyśleć sobie o własnych potrzebach i umieć oddzielić je od zachcianek. Jednej rodzinie wystarczy 800 zł, drugiej 2 razy tyle będzie mało. Przyjmijmy kompromisowo 1000 zł (30 zł ubezpieczenie domu, 300 zł ubrania, 400 zł kieszonkowego i 270 zł na prezenty).

Rezerwa. 10% poprzednich pozycji – 360 zl.

Dochody. Mając dziecko, mamy 800+ i świadczenia rodzinne. Razem ok. 950 zł. Brakuje nam ok. 3000 zł na pokrycie podstawowych wydatków (tym razem nie liczę amortyzacji auta, napraw budynku, wakacji, rozrywek itp.). Jak wiemy – wyjdzie nam mniej niż jedna pensja minimalna. A więc podjęcie pracy przez ojca rodziny uznajmy za możliwość nr 1. Drugą opcję daje nam kapitał. Żeby zarobić 3000 zł/m-c, umiejąc uzyskać 8,4% netto, potrzebujemy zgromadzić ok. 425.000 zł. Alternatywnie – wynajmować mieszkanie w dużym mieście (opcja nr 3). Pozostaje nam jeszcze – praca dorywcza wg własnej stawki godzinowej (30 zł netto =3 dni/tydzień, 50 zł netto = 2 dniówki/tydzień, 100 zł netto = 1 dniówka w tygodniu), roboty sezonowe (pracujemy 2-3 miesiące w roku). 3000 zł da się też zarobić rolnictwem, tylko wtedy kupując dom, trzeba zaplanować grunty. Jedna gęś kosztuje na wolnym rynku ok. 200 zł (pisklę 20 zł – zostaje 180 zł minus koszty – policzmy 150 zł). Żeby zarobić na życie, musielibyśmy sprzedawać ich rocznie ok. 240 szt (20 miesięcznie). Nieco mniej, jeśli odliczymy jeszcze jajka. Może kozy albo owce? Sam o nich myślałem.

Podsumowanie.Bilans miesięczny budżetu domowego ok. 4000 zł/3-osoby, przedstawiony w warunkach wiejskich, nie straszy. Jeśli pracuje jedna osoba, da się tak żyć. Bez stresu, bez pośpiechu. A może nie zgadzacie się ze mną?

Ucieczka z wyścigu szczurów – miasto.

Wiejski slow life to jest to, co lubię. Jednak nie każdy musi podzielać mój entuzjazm. Niektórzy chcą, żyć spokojniej, ale zostać w mieście. No cóż, sam tak żyłem przez lata. Wracamy zatem do podstaw – zmniejsz wydatki, zwiększ dochody i oszczędności. Korzystaj z życia.

Zmniejsz wydatki – mieszkanie. Jeśli mieszkamy w sporym mieście, wiejskie 450 zł/osobę z przeznaczeniem na dach nad głową, wydaje się nam nierealne. I takie jest, w standardowym wydaniu. Czeka tu wielki kredyt (3-5 k/rodzinę) zaciągnięty niedawno na 30 lat. Do tego opłaty. Kto chodzi do roboty na 11 godzin, nie zamierza przecież palić w piecu. Efekt – rodzina dwuosobowa 30-latków wydaje na mieszkanie 4k zł. Nie wszyscy jednak żyją w takim świecie. Niektórzy dostali coś na start (niekoniecznie całe mieszkanie, ale np. 40%) i już robi się 1 tys. zł mniej. Inni kupili parę lat temu, gdy ceny wyglądały inaczej, mają jeszcze 200 tys. zł kredytu i płacą 2.6k za mieszkanie. A gdzie opcja – kup na kredyt dom na 4 poziomach, 3 sprzedaj, Twoje 50m2 wyjdzie za darmo lub 200 tys. zł (wkład własny)? Mieszkanie z rodzicami? Nie takie straszne, jeśli proponują piętro w domu. Może nie zaraz po ślubie i nie z teściową z piekła rodem, ale czasem się uda. Wszystkim spadną koszty, a Wy zyskacie czas na rozliczenie się z rodzeństwem (jeśli je macie). Tacy, którzy lubią miasto, dadzą pewnie radę wybrać nieco mniejsze. Zamiast Warszawy, Radom lub Płock. Dziękując za Poznań, powiedz tak Swarzędzowi. Nie Lublin, lecz Świdnik. Ceny nieruchomości spadną często o 1/3.

Mam też inną radę. Tu opieram się na cenach z mojego miasta. Nowe mieszkania deweloperzy oferują za 10k zł/m2, a trzeba je wykończyć. 60 m2, takie w sam raz na 3 osoby kosztuje docelowo 800 k/zł z garażem. Boli. Z drugiej strony widzę oferty starego mieszkania, do remontu za 7700 zł/m2. Za 425 tys. zł mamy małe 3-pokoje (55 m2) za 480 tys. zł znacznie większe (67 m2 całość, a pokoje 18,15,9 m2). Jeśli remont zrobimy w rozsądnych cenach (1k zł/m2 z podstawowym wykończeniem, bez prucia ścian) – dojdziemy do 480 tys. zł (55m2) lub 550 tys. zł (67m2). Sporo mniej. Garażu nie kupimy, ale miejsce parkingowe, gdy trochę pojeździmy, powinno się znaleźć. Widzę sporo takich ogłoszeń w moich okolicach. Te 320k zł czy 250k zł (różnica nowe-używane) stanowi odpowiednik raty 1800 zł- 2400 zł. Nowość sporo kosztuje. Nawet jeśli uwzględnimy wyższe koszty eksploatacji (300 zł/mieszkanie), wychodzimy na swoje, bo do pracy i szkoły często dojdziemy piechotą.

„Biedni pracujący” kontra „królowie zasiłków”.

W „Elegii dla bidoków” pojawia się ważna myśl klasy pracującej – ludzie na zasiłkach mają lepiej. Niby nie dostają stałej pensji, ale stać ich na telefony, gadżety, markowe ciuchy. A mówimy o państwie, w którym warunki są ciężkie. Jak to możliwe? Czy da się takie porównanie zrobić w Polsce?

Nie jestem ekspertem od USA, ale ślady widzę w kilku książkach-reportażach i artykułach w Newsweek-u. Dostarczają mi one pewnego materiału wyjściowego. Tak więc „królowie zasiłków” dostają:

  • dopłatę do najmu i opłat (kiepskie dzielnice, ale dach nad głową jest),
  • jedzenie w formie bonów żywnościowych,
  • kasę na dzieci.

Ile dokładnie, nie powiem, ale przecież nie o to chodzi. Skoro J.D.Vance tak napisał – pozostaje nam wierzyć. Wróćmy do Polski.

Pracujący biedni – samotna kobieta. Pensja minimalna to ok. 3500 zł/m-c netto. Tak więc, przy tylko jednej osobie pracującej w rodzinie z jednym dzieckiem, przekroczony zostaje próg świadczeń rodzinnych. Zostanie 800+ i alimenty na dziecko – w sumie 4900 zł dochodu. Takie osoby potrzebują się ubrać do pracy, dojechać do niej, co jakiś czas zapłacić jakąś składkę, zrzutkę na kawę i mleko. Patrząc na własne, skromne wydatki – minimum 200 zł miesięcznie. Tę kwotę odejmuje i mamy 4700 zł netto. Samotna matka płaci jeszcze za przedszkole (300 zł) jeśli dziecko ma szansę dostać się do państwowego. Zostaje jej 4400 zł. Potrzebuje wynająć mieszkanie lub opłacić ratę. Przyjmujmy optymistyczne 2500 zł odstępnego i opłat. Na życie i wszystkie potrzeby – 1900 zł.

Pracujący biedni – małżeństwo z dwójką dzieci. Tym razem mamy dwie pensje minimalne 7000 zł, i 2 x 800+ czyli 8600 zł. Z tego trzeba opłacić wynajem mieszkania. Niech będzie to tylko stawka spoza wielkich miast 2000 zł plus 1400 zł opłat, razem 3400 zł. Do tego przedszkole x 2 tj. 600 zł, dwa koszty pracy (2 x 200 zł) i już zostaje tylko 4200 zł.

Królowie na zasiłkach. Wiadomo – szlachta nie pracuje, ona się bawi. A jak to się ma do kasy? No cóż. 800+ zostaje powiększone o zasiłki rodzinne z dodatkami, w tym w przypadku małego dziecka – wychowawczy i robi się już nie 1600 zł, a 2300 zł. Renta alkoholowa – 1600 zł. Fundusz alimentacyjny 2 x 1000 zł (konkubent nie jest ojcem dzieci) Razem mamy 5900 zł. A koszty? No cóż. Związanych z pracą, nie ma. Podobnie z przedszkolem (pokrywa MOPS). Mieszkanie socjalne także – de facto nie płacą nic, bo kto ściągnie, trzeba tylko regularnie występować o umorzenie. Na prąd – bon energetyczny. Tylko komórki, internet i pakiet TV – 300 zł. Zostaje 5300 zł.

Podsumowanie. Biedna-pracująca samotna matka – zostaje jej 1900 zł, rodzinie – 4400 zł, a królom na zasiłkach 5300 zł i jeszcze jedzenie z organizacji charytatywnych i MOPS-u. Po co zatem pracować? J.D. Vance miał rację. Rzecz jasna – królom na zasiłkach nie przysługuje emerytura. Na rentę alkoholową też trzeba solidnie zapracować wątrobą. Ale gdzie MOPS? Starego nie wyrzuci z mieszkania socjalnego, da mu zasiłek (celowy, stały) i jakoś pójdzie. Wtedy nawet emerytury nie potrzeba.

Jeszcze raz o sensie życia w mieście i kosztach mieszkania.

Mój najstarszy syn postanowił przenieść się do Wrocławia, bo tak podpowiedziało mu serce. Ponieważ miał mieszkanie w moim mieście, mówię mu, sprzedamy, kupisz na miejscu.

Jak zwykle to „kupisz” spadło na mnie. Wnioski? No cóż. Niewesołe. 3-pokojowe mieszkanie w bloku PRL, takie od biedy do zamieszkania (standard lat 2000-2008), w miarę blisko centrum, ok. 50 m2 i suma 500 tys. zł może okazać się za mała. Lepsza dzielnica, wykończenie i powierzchnia – tu robi się już strasznie drogo (pow. 800 tys. zł). Młody akurat sobie poradzi, ale jak zwykle, staram się patrzeć szerzej.

Para młodych ludzi, przyjeżdżających do Wrocławia na studia lub już do pracy, staje przed wyborem:

  1. wynajmować wspólny pokój za 1200 zł + opłaty,
  2. wynajmować kawalerkę za 2300 zł + opłaty,
  3. wynajmować 3 pokoje za 3000 zł+opłaty i podnająć komuś 2 za 2000 zł+część opłat,
  4. kupić 3 pokoje i podnająć komuś 2 za 2000 zł+ część opłat.

Każde rozwiązanie wygląda słabo, albowiem punkty 1-3 albo wiążą się ze sporymi kosztami (1-2), albo ryzykiem (musimy płacić nawet, gdy nie dostajemy pieniędzy). Punkt 4, wymaga zaś, albo posiadania rodziców, którzy wyciągną z zakopanego w ogrodzie słoika kwotę 650 tys. zł (także na notariusza i drobny remont) albo sporą zdolność kredytową, niedostępną raczej dla pary studentów. Nawet mając tę zdolność, przyjdzie płacić ratę ok. 3800 zł/m-c przez najbliższe 30 lat.

I kiedy tak myślałem o całej sytuacji, a także o tym, jakby ją przetłumaczyć młodym doszedłem do pewnego wniosku. Mieszkanie na wsi jest jednak znacznie tańsze, zwłaszcza gdy ma się swoją ziemię. Budowa małego domku (takiego 35m2+antresola – de facto także 3 pokoje), jest wykonalna za 200 tys. zł (+działka). Czyli już nie trzeba 650 tys. zł, a 1/3. Przy zakupie mieszkania – 130 tys. zł wpłaty własnej, tutaj pożyczamy 70 tys. zł (600 zł raty) i mamy luz. Do tego (co dla wielu będzie wadą), rodziców pod bokiem. Trzeba zostać z dzieckiem, bo młodzi idą na imprezę – no problem, pomóc przy budowie – też da się zrobić. No i różnica w kasie. – 3600 zł. Nie wiem czy wielkie miasto zrekompensuje ją jak należy. Podam prosty przykład. Moja żona bez problemu znalazłaby pracę w gminnym miasteczku za obecną pensję. Ja też. Ale gdybyśmy oboje pracowali jako wąscy specjaliści, te 3600 zł różnicy oznacza konieczność zarobienia dodatkowo 5400 zł brutto w pensji. Nie wiem czy we Wrocławiu dostałbym taką podwyżkę, robiąc, to co aktualnie wykonuję. Wieś oznacza jeszcze niższe koszty życia. Dodając je do wyliczenia, okazuje się, że jedna osoba musiałaby pracować na ratę. Bez sensu.

Za biedni na kupienie dziecku mieszkania, wystarczająco bogaci, by płacić ogrom podatków i składek. Opowieść jak fiskus łupi klasę średnią.

Pracuję w miejscu, gdzie w drugi próg podatkowy, wchodzi osoba na stanowisku kierownika lub o ile zdobyła dodatkowe uprawnienia zawodowe. Czy jest tak doskonale? Bynajmniej. Zadziałał pewien mechanizm faktycznego obniżania progów podatkowych. Pokażę Wam wyliczenia.

Rok 2001 r. (władzę oddaje AWS). Średnia krajowa 24.742 zł (brutto rocznie), bez składek społecznych ok. 20 tys. zł . Poziom drugiego progu podatkowego 37.024 zł. Żeby w niego wejść musiałeś zarabiać ok. 185 % średniej krajowej.

Rok 2005 r. (Władzę oddaje SLD). Średnia krajowa 28 563,48 zł, bez składek społecznych ok. 23 tys. zł. Poziom drugiego progu podatkowego 37.024 zł. Teraz wystarczy już 160% średniej krajowej.

Rok 2015 (Władzę oddaje PO). Średnia krajowa 46.797 zł, bez składek społecznych ok. 37 tys. zł. Drugi próg wynosi już 85.829 zł. Następuje pewna poprawa, ponieważ żeby osiągnąć II-gi próg trzeba zarobić 230% średniej krajowej.

Rok 2023 (Władzę oddaje PiS). Średnia krajowa ok. 90 tys. zł, bez składek społecznych 72 tys. zł. Drugi próg kształtuje się na poziomie 120 tys. zł. Granica drugiego progu wraca do poziomu z 2005 r. (ok. 166% średniej krajowej wystarcza by w niego wkroczyć). Jeśli jednak uwzględnimy uniemożliwienie odliczenia przez PiS składki zdrowotnej od podatku (oraz jej znaczne podniesienie o 900% dla przedsiębiorców) ucisk fiskalny jest większy niż w najczarniejszych latach III RP, ponieważ jednocześnie stawka składkowo-podatkowa od wynagrodzenia powyżej 120 tys. zł wynosi ok. 60%.

Obecnie – w 2025r. pow. 120% średniej krajowej wskakuje się w drugi próg.

Dlaczego o tym piszę? W listopadzie ubiegłego roku zadzwoniła do mnie koleżanka. Ponieważ od lat jestem znany, w miejscu pracy, jako osoba, która udziela porad finansowych, chciała zasięgnąć rady, w jaki sposób uniknąć straty pensji przed samym Bożym Narodzeniem. Księgowa uprzedziła ją, że z powodu wejścia w II-gi próg podatkowy, będzie zmuszona potrącić w grudniu dodatkowe 1800 zł. I teraz powiedzmy sobie szczerze, z jaką to „bogaczką” mamy do czynienia. Koleżanka znajduje się u schyłku kariery zawodowej (do emerytury zostało je 8 lat), posiada skromne dwupokojowe mieszkanie, darowane kiedyś przez rodziców i kilkadziesiąt tysięcy oszczędności na wkład własny do przyszłego mieszkania dorosłej już córki-studentki. Tak moi czytelnicy, dzięki podatkowym reformom PiS, pomimo pozornego podniesienia kwoty wolnej od podatku (pozornego, ponieważ o kwotę niższą niż inflacja), tzw. obniżenia pierwszego progu skali podatkowej (ale przy jednoczesnym nieodliczaniu składki zdrowotnej, co powoduje, że osoba z pensją minimalną de facto płaci więcej), doszło do istotnego wzrostu liczby osób obciążonych podatko-składką 60% od nadwyżki nad pierwszy próg podatkowy. W 2015 r. podatników w II progu było 710 tys. , w 2023 r. – 823 tys. zł. Jednocześnie w czasach rządów PiS (praktycznie 2016-2024) wzrost średniej pensji (ok.100% brutto, z powodu obciążeń podatkowych o 90% netto) nie nadążał za wzrostem cen, które skoczyły o:

  1. chleb z 1,6 zł do 4,50 zł czyli 180 %,
  2. najtańszy nowy samochód z 30 tys. zł do 65 tys. zł o 116%,
  3. m2 mieszkania (Warszawa) – z 7600 zł do 16 tys. zł o 110%,
  4. raty kredytu na przeciętne (50 m2) mieszkanie (Warszawa) – z 1700 zł do 5440 zł o 220%.

Typowy przedstawiciel klasy średniej – fachowiec – kierownik niższego szczebla, lub specjalista o niewielkim majątku, ponosi gigantyczne koszty utrzymania dopłat do grup uprzywilejowanych z klasy niższej lub nawet wyższej. Zarabiając mniej w stosunku do średniej krajowej (w 2015 r. 185%, w 2023 r. – 161%, 2025 r. – 120%) ma znacznie wyższe obciążenia fiskalne. Jedynym ratunkiem przy niewielkim przekroczeniu, co powiedziałem koleżance, jest założenie rachunku IKZE, skorzystanie z ulgi podatkowej i budowanie portfela inwestycji.

Dlaczego nie kupię chińskiego auta?

Najkrótsza odpowiedź: ponieważ patrzę nie tylko na wygląd i cenę. Ok, planuję nieco się rozpisać.

W kwietniu tego roku, z nudów odwiedziłem salony Omody/Jaecoo, Forthinga oraz MG i miałem okazję przyjrzeć się tym autom z bliska. Zrobiły dobre wrażenie: ładne, przestronne, nieźle (zwłaszcza przy tej cenie) wykończone. Widziałem parę testów oraz wyniki sprzedaży (trzy spośród czterech wymienionych firm, robią całkiem spore targety). Mój kumpel zachwycał się niesprzedawanym w Polsce BYD Han-em, oraz systemami NIO (wymienne baterie elektryków). Natomiast o haczykach dowiedziałem się dopiero z numeru specjalnego MOTOR-u „Rewolucja made in China”, czyli 100 stron (minus reklamy) poświęconych wyłącznie motoryzacji z tego kraju.

Wnioski.

  1. Chińskie auta są tanie.

W Chinach (niskie podatki) nawet bardzo, u nas po prostu tanie. Taki MG 3 o długości 411 cm (nieco większy od Toyoty Yaris) kosztuje:

  • 73 tys. zł za benzynę 115 KM,
  • 88 tys. zł za hybrydę 195 KM (nie robię sobie jaj, takie są dane).

Yaris mierzy 17 cm mniej, dysponuje podobnym bagażnikiem, ale znacznie mniejszą tylną kanapą (na nogi i szerokość) oraz 130 KM w hybrydzie i kosztuje 114 tys. zł (w promocji).

Wprawdzie za 88 tys. zł da się kupić podstawowego Yarisa w hybrydzie, ale mówimy o modelu 115 KM i w podstawowej kompletacji (nie tragicznym lecz słabym).

A taka Omoda 5 (SUV długość 438 cm) z silnikiem 1.6 T o mocy 147 km za 115 tys. zł? No cóż, jego rywal Seat Ateca za podobną moc, wielkość i osiągi, każe sobie płacić 130 tys. zł i to z gorszym wyposażeniem.

Forthing U-Tour – ogromny VAN (485 cm) z silnikiem 1,5T 177 KM (Mitsubishi), kosztuje od 153 tys. zł. Jego rywal Hyundai Staria, nieco mocniejszy (1.6 T 225 KM) i dłuższy (525 cm) da się kupić za 200 tys. zł i nadal za wiele elementów będziemy musieli dopłacać.

2. Chińskie auta są ładne.

Uroda to kwestia gustu. Natomiast moim zdaniem ani Yaris nie jest ładniejszy od MG3, ani Ateca od Omody 5, ani Staria od U-Toura.

A w środku designem japończyki i wozy z koncernu VAG wręcz przegrywają. To zasługa ładnych (chociaż nie zawsze naturalnych) materiałów. Tam gdzie w Atece dostaniemy materiał w Omodzie mamy skórę (chociaż ekoskórę, lecz tę oferuje obecnie nawet Lexus).

Wady.

Ale jak wiecie, „chińczyka” nie kupuję z powodu ich wad.

  1. Stara technika.

Nie piszę tu o elektrykach (wiodą prym na świecie), ani o elektronice (największe ekrany, pełne sterowanie) lecz silnikach, zawieszeniach itp. Efekt łatwo przewidzieć. Większe spalanie, gorsze prowadzenie. Yaris 130 KM pali w teście MOTOR-u o litr mniej od MG 3 i to w każdych warunkach. Forthing U-Tour 2 l/100 km od nieprodukowanego od 4 lat Grand Scenica z nieco mniejszą mocą (o 17 KM ) lecz większą pojemnością (100 cm3).

Chińczyki prowadzą się gorzej, zwłaszcza w sytuacjach granicznych, nikt ich nie balansował komfort/sport. A europejskie/japońskie auta odstają w tych dziedzinach całkiem sporo.

2. Drogie naprawy.

MOTOR zamieszcza też ceny części. Usiądźcie proszę. Szyba czołowa do Jaecoo 7 – 5612 zł. Zderzak przedni – 7006 zł, klocki hamulcowe (przód 1197 zł). Komplet sprzęgła do tego auta 15.443 zł, w MG HS 1.5 T kosztuje … 13.700 zł .

To są już jakieś jaja. Grube jaja. I praktycznie nie ma zamienników.

A zderzak do Skody Kodiaq – dobrej jakości podróbka za 1600 zl. Szyba przednia – 2100 zł nowy oryginał i 1100 zł w zamienniku. Sprzęgło Sachs do automatu tego modelu – 2300 zł.

Każda średnia szkoda „chinola” skończy się złomowaniem.

3. Nieprzewidywalna utrata wartości.

Toyota, wiadomo, stabilnie. A „chińczyk”? Nieprzewidywalnie, ale raczej kiepsko. Powodów widzę kilka. Sporo marek zniknie z naszego rynku (i w ogóle) zostawiając nabywców na lodzie. Drogie naprawy, wysokie spalanie. To się nie skończy dobrze. A dochodzą jeszcze gigantyczne promocje (obecnie w Chinach BYD -30%).

4. Różne dziwactwa.

Proszę bardzo – prawie 5-metrowy van, wspomniany już Forthing U-Tour z 7-miejscowym nadwoziem, dysponuje ładownością ….470 kg. Nieco mniejszy SUV T-Five (457 cm długości, 480 l bagażnika) aż.. 375 kg. Kto to projektował? Kto homologował?

Wielkie ekrany, zero fizycznych przycisków występują nagminnie. Do tego braki ergonomii, źle spolszczone menu.

W efekcie bilans wychodzi słabo. Wielu woli dopłacić do Yarisa, przełknie te -64 KM (i 9.2 s/1-100 km wobec 7,6), gorsze wyposażenie, ale nie planuje się martwić cenami napraw i utratą wartości. Przed chińczykami jeszcze długa droga.

Bańka. 12k miesięcznie – minimum dla trzyosobowej rodziny.

Para polskich TikTok-erów umieściła filmik, w którym odpowiada na pytanie, ile trzeba zarabiać, żeby spokojnie przeżyć miesiąc w parze z dzieckiem (2+1). Wyszło im … 12 tys. zł. netto. A oto składowe:

  • najem lub hipoteka „czegoś większego niż kawalerka” – 4000 zł,
  • edukacja i wychowanie dziecka – 1000 zł,
  • codzienne zakupy – 2600 zł,
  • odzież i obuwie – 700 zł,
  • transport – 800 zł,
  • coś dla siebie (książki, hobby, siłownia) — 700 zł,
  • atrakcje dla dziecka – 300 zł,
  • prywatna opieka plus leki – 800 zł,
  • naprawy domowe – 400 zł,
  • fryzjer kosmetyki paznokcie – 900 zł.

Jeśli czytacie mojego bloga, oceny możecie się domyślać: absolutna bańka dobrze sytuowanych korposzczurów. Według nich, 2-średnie krajowe ledwo wystarczą na posiadanie dziecka. Bo wielu kategorii tu nie widzę:

  • wakacje,
  • prezenty,
  • teatr, koncerty, kino.

A wymienione znacznie zawyżono. Dlaczego?

Po pierwsze – większość osób nie żyje na takim poziomie.

Po drugie – wydatki, które się pojawiły albo nie są konieczne, albo da się żyć taniej.

Najem dwóch pokoi (lub rata), jak sądzę z opłatami (bo nie ma ich oddzielnie) – 4000 zł. We Wrocławiu mój syn z dziewczyną wynajmowali na początku Legnickiej, dwa pokoje z opłatami za 3000 zł. Więcej niż kawalerka. W Lublinie, dwóch kumpli syna wzięło 2 pokoje w centrum za 2500 zł z opłatami. W Opolu 2-pokoje za 2300 zł z opłatami.

Edukacja i wychowanie za 1000 zł. Znowu, w przypadku maturzysty lub studenta – może i prawda. Gdy płacimy za opiekę nad maluchem – też. Prywatne szkoły – zbyt mało. Natomiast mój nastolatek z angielskim, zajęciami sportowymi (2 obozy w roku) i daję radę za 700 zł.

Codzienne zakupy za 2600 zł. Powrócę do źródeł. 2/3 tej sumy spokojnie wystarczy. W mieście.

Odzież i obuwie – 700 zł. Zależy. Da się za 300 zł, a czasami (intensywny wzrost, markowe sklepy) i 700 zł nie wystarczy.

Transport. 800 zł za utrzymanie auta plus okazjonalne taxi. Przy b+g i tanim aucie da się za połowę tej sumy.

Coś dla siebie – 700 zł. Zawyżone znacznie. Ja wydaję na siebie 100-150 zł, a kupuję przynajmniej jedną książkę miesięcznie.

Płatne atrakcje dla dziecka 300 zł. Doskonale da się żyć bez sal zabaw itp.

Prywatna opieka plus leki 800 zł. Kto to liczył? Mówimy o trzydziestolatkach? Pakiet prywatnej opieki dla rodziny 250 zł. Ja na leki wydaje 30 zł/m-c a zdrowy nie jestem.

Naprawy domowe 400 zł. Czyli 4800 zł/rok w dwupokojowym mieszkaniu. Co oni co roku wymieniają 2 sprzęty domowe. Połowa wystarczy z nawiązką.

Fryzjer, kosmetyki, paznokcie 900 zł. Bez żartów. Bez paznokci zrobionych profesjonalnie nie da się żyć? Fryzjer u mnie kosztuje 50 zł za strzyżenie męskie (są miejsca gdzie połowę tej sumy), a żona zostawia 500 zł … raz na 3 miesiące.

Efekt – znany na początku. Tiktokerskie minimum mocno zawyżone.

Czy tzw. przeciętny inwestor jest w stanie osiągać stopę zwrotu 10% w okresie 40 lat?

Ten wpis stanowi obiecaną reakcję na komentarz Bartka do wpisu o koncie spełnionych marzeń.

Problem 1. Kim jest przeciętny inwestor?

Pojęcie „przeciętny inwestor” definiuję tak: przedstawiciel klasy średniej, prowadzący działalność gospodarczą lub pracujący, z wykształceniem średnim lub wyższym, oraz dochodami w rodzinie na poziomie 15-50 tys. zł.

Co to oznacza? Eliminujemy z rozważań absolwentów szkół branżowych (dawne zawodówki), jak i doktorów/profesorów. Nie wymagamy wiedzy ekonomicznej na poziomie akademickim. Odpadają także single (z przyczyn praktycznych – im łatwiej oszczędzać, jak i podejmować ryzykowne decyzje, bo nie muszą ich konsultować z małżonkiem/partnerem).

Zakładamy pewien poziom dochodów zarówno z dolną, jak i górną granicą (średnia krajowa +20% na członka rodziny do 3,5 krotności tej kwoty). Przeciętny inwestor odpowiada zatem lansowanemu przeze mnie na blogu „milionerowi za średnią krajową+20%”. Nie jest ani zbyt mądry, ani zbyt głupi, no właśnie … przeciętny.

Problem 2. W co inwestuje przeciętny inwestor?

Tutaj mamy już dość szerokie spektrum, obejmujące:

  1. Własną firmę,
  2. Akcje,
  3. Fundusze inwestycyjne,
  4. Obligacje,
  5. Nieruchomości,
  6. Złoto, srebro,
  7. Obowiązkowe i dobrowolne plany emerytalne.
  8. Ubezpieczenia.
  9. Waluty.
  10. Opcje i kontrakty terminowe.

Część pieniędzy idzie na rynki zagraniczne. I tutaj pierwsza niezgodność z wizją Bartka. Nie miałem powodu, aby uznać za właściwą myśl o braku dywersyfikacji zagranicznej. Dzisiaj to znacznie łatwiejsze niż 20 lat temu.

Dopuszczam też „krótką sprzedaż”.

Problem 3. Czy mamy szansę na 40 lat „stabilnego inwestowania” i co z tego wynika?

Kolejne zastrzeżenie postawione przez Bartka. Udziela odpowiedzi negatywnej, zauważając (i słusznie), że w historii Polski nie było okresu 40 lat prosperity.

Zgadzam się, lecz nie falsyfikuję tym tezy o możliwości zarobienia 10% rocznie.

Otóż we francuskiej literaturze ekonomicznej pojawia się pojęcie „wspaniałej 30-tki” czyli nadzwyczajnego okresu prosperity ekonomicznej trwającej … 30 lat. Śledząc historię nie tylko Polski, ale i Francji, a nawet USA widać, że 40 lat bez kryzysu i wojny nie istniało, a pomimo tego ludzie zwiększali swój majątek. Jak to możliwe?

Otóż nawet „przeciętny inwestor” musi nauczyć się korzystać z narzędzi takich jak: krótka sprzedaż, równoważenie portfela i inne środki zarządzania ryzykiem. Wtedy wojna stanie się … źródłem dodatkowego zarobku. Podobnie jak kryzys.

Problem 4. Jak osiągnąć stopę zwrotu 10% w długim okresie?

Stopa zwrotu 10% oznacza, że inwestycja podwaja swoją wartość co 7,2 roku. Szybko.

Pełną odpowiedź na pytanie dam w przygotowywanej książce. Teraz skoncentruję się na bardzo ogólnych założeniach.

Stosować zlecenia „stop straty” – nie dopuszczać do gigantycznych obsunięć kapitału. Ogólnie – możemy sobie pozwolić na -20% w najgorszych latach, o ile w najlepszych zyskamy +30% i więcej.

Dywersyfikować. Tu zgadzam się w 100% z Bartkiem. Potrzebna jest dywersyfikacja klas aktywów, branżowa i geograficzna.

Maksymalizować zyski i minimalizować straty.

Zaprzęgać do pracy cały kapitał.

Unikać opłat i podatków.

Proste zasady, a umożliwiają poprawę wyników inwestycyjnych.

Minimalizować obciążenia podatkowe (poza dywersyfikacją – klucz do sukcesu).

Stworzyć system pozwalający rozpoznać trudne czasy lecz nie reagujący nadmiarowo. Uważać na „czarne łabędzie”.

Reinwestować zyski.

Nie bać się grania na zniżkę, ale wtedy, gdy tę zniżkę już mamy.

Problem 5. Testowanie na modelach historycznych.

Większość popularnych strategii da się testować na warunkach z przeszłości. Zawsze coś. Natomiast przyszłość może wyglądać inaczej. Dlatego trzeba dobierać różne okresy.

I tak, weźmy na tapet nieruchomości. Kto kupił w 2005 r., a sprzedał w 2025 r. osiągnął nie tylko zysk w czasie 20 lat, wystarczający, aby kolejne 20 lat trzymać się strategii bezpiecznych i wyjść na te 10%, ale i ma stały przychód pasywny.

Przykład 1. W 2005 r. dwupokojowe mieszkanie w moim mieście kosztowało 2000 zł/m2, obecnie 10.000 zł. Tu już mamy 400% zysku. A doliczmy jeszcze czynsze i ich reinwestowanie (dajmy na to w akcje dywidendowe).

A jeszcze agresywniejsza polityka. Zakup nieruchomości na kredyt. Wystarczyło mieć 10% wartości.

Czy stać Cię na nowy samochód i jego zmianę co 5 lat?

Pewnego dnia, czekając na badanie techniczne jednego z aut, wdałem się w pogawędkę z innym klientem serwisu. Narzekał on na ceny samochodów „bo kto to ma pieniądze na to wszystko i jeszcze zmienia co 5 lat?”.

Postanowiłem na takie pytanie odpowiedzieć na blogu.

Ponieważ stacja kontroli pojazdów sąsiadowała z salonem Skody na jej produktach oprę całe obliczenie. Zacznijmy od auta. Wybiorę najtańszą Skodę Kamiq z silnikiem 1.0 95KM w wersji Essence (podstawa podstaw) za 85 tys. zł. Fabia wyszłaby 10%, ale jest sporo mniejsza. Teraz popatrzmy na warianty:

  1. Zakup za gotówkę ze zbieraniem jej „od zera”.
  2. Zakup za gotówkę po sprzedaży 5-letniego Kamiqa.
  3. Zakup w leasingu lub na kredyt.

Każda z tych opcji ma swoje wady, ale czy przeciętnego człowieka stać na zakup „salonowca”?

Zakup za gotówkę ze zbieraniem jej „od zera”.

Wydatek 85 tys. zł oznacza oszczędzanie:

  • 6 tys. zł/m-c, jeśli składamy przez rok,
  • 3,5 tys. zł/m-c – przez 2 lata,
  • 2,3 tys. zł/m-c – przez 3 lata,
  • 1,7 tys. zł/m-c przez 4 lata,
  • 1,4 tys. zł/m-c przez 5 lat.

Krótko mówiąc, para z przeciętną pensją, dziećmi i hipoteką do spłaty – raczej nie zdecyduje się na taki ruch.

Zakup za gotówkę po sprzedaży 5-letniego Kamiqa.

Wymiana powinna być tańsza – zamiana 5-latka na nówkę-sztukę. Trzeba tylko dołożyć utratę wartości. Cena 5-letniego salonowca na popularnym serwisie, zaczyna się od 55 tys. zł. Trzeba dołożyć 30 tys. zł.

Bilans ten oznacza, że zbieramy:

  • przez rok po 2.5 tys. zł/m-c,
  • przez 2 lata po ok. 1.25 tys. zł/m-c,
  • przez 3 lata po 850 zł/m-c,
  • przez 4 lata po 630 zł/m-c,
  • przez 5 lat po 500 zł/m-c.

Taka opcja ma sens. Powstaje tylko problem – kupić pierwsze auto.

Zakup w leasingu lub na kredyt.

Ten sposób wybiera coraz więcej nabywców. Dlaczego? Ponieważ wymaga relatywnie małych pierwszych wpłat. I tak:

Dysponując wkładem własnym 25 tys. zł pożyczamy 65 tys. zł (kredytowana prowizja, ubezpieczenie itp.) i płacimy przez 4 lata ok. 1500 zł/m-c.

Przy leasingu wystarczy mieć 16 tys. zł na start i spłacać przez 5 lat po 1430 zł.

Idąc w kredyt/leasing damy radę sprzedać stare auto, ale raty będą wyższe niż przy gotówkowej wpłacie.

Wnioski

Czas na wnioski. Żeby kupić choćby niewielkie nowe auto, prosto z salonu, przeciętne dochody, o ile nie mamy 5-latka na sprzedaż, okazują się mocno niewystarczające. A oszczędzanie przez 5 lat, obciążone ryzykiem inflacji.

W ten sposób wyjaśniłem fenomen naszego rynku. 71% nowych samochodów kupują firmy. 29% osoby fizyczne. A te, albo dysponują zasobami, albo świeżakiem na sprzedaż, albo nadprzeciętnymi dochodami. W końcu mówimy (dane za 2024 r.) o 152 tys. egzemplarzy/rok. Gdy porównamy z używkami i ich cenami – średnia ok. 30-35 tys. zł, mamy jasność. Grupa Polaków, których stać na nowe auta nadal nie jest liczna.