Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Styl życia – Strona 55 – Oszczędny Milioner

Niepapierosowy milioner.

Dzisiaj chcę napisać o pewnym szczególnym sposobie na uzyskanie oszczędności, pozwalających w perspektywie czasu zostać milionerem. Metoda wydaje się banalnie prosta – rzucić palenie i zaoszczędzone środki inwestować.

Inspiracją dla mnie stał się mój zamożny znajomy. W wieku 30 lat postanowił zerwać z nałogiem. Co miesiąc notował znaczne oszczędności. Regularnie też, zamiast je wydawać kupował akcje wybranych spółek GPW.  Osiągał przy tym rozsądną stopę zysku. Obecnie już na emeryturze (wcześniejszej jak to nauczyciel), cieszy się owocami swoich działań – a jest to pakiet akcji o wartości przekraczającej milion złotych. Czy dzisiaj da się powtórzyć jego rezultaty?

Oczywiście. Poniżej przedstawiam stosowne wyliczenie. Paczka papierosów kosztuje ok. 14 zł. Ktoś, kto pali dziennie jedną paczkę wydaje miesięcznie 420 zł (znam też rodzinę, która na papierosy wydawała 2.000 zł miesięcznie, ale i dochody miała nieprzeciętne).  Taką kwotą do odłożenia dysponuje przeciętny już-nie-palacz. Do obliczenia drogi do miliona potrzebne są dwie zmienne – okres oszczędzania i oczekiwana stopa zwrotu.  Założyłem, że osoba inwestująca w akcje, jest w stanie osiągać zyski na poziomie 8% rocznie (średni zysk rynku akcji w długim okresie). Ponieważ posłużyłem się przykładem znajomego, to początek drogi milionera przypadnie na 30 rok życia, a koniec na moment przejścia na emeryturę. Oszczędzanie będzie więc trwało 37 lat.

Czas na wynik. Przez 37 lat, inwestując co miesiąc 420 zł, zarabiający 8% rocznie uzyska dokładnie …. 1.148.495 zł czyli ponad milion złotych wpłacając niespełna 200.000 zł. W dodatku w bonusie dostanie zdrowie.

A co z inflacją? No cóż, zawsze odkładamy aktualną cenę papierosów. A ta rośnie szybciej niż inflacja. Szczerze mówiąc, znacznie szybciej.

 

Tniemy koszty posiadania samochodu i… kupujemy mieszkanie nad morzem.

Wczoraj pisałem o rodzinie, która koniecznie postanowiła kupić samochód z salonu. Jego miesięczny koszt wynosi 1500 zł. Przy przeciętnych dochodach (ok. 6000 zł) jest to możliwe, ale wymaga rezygnacji z wielu innych przyjemności. Kompromisem wydawało się auto pięcioletnie. Utrzymanie to równy 1000 zł miesięcznie. Dzisiaj propozycje dla osób, które chcą oszczędzać więcej niż 10% dochodu i mogą przeznaczyć na auto znacznie mniejsze kwoty.

Skoro auto pięcioletnie będzie za drogie może warto szukać starszego? 10-letniego Opla Astrę kupimy już za 15 tys. zł. Na paliwo wydamy 10-15% więcej czyli ok. 350 zł. Ubezpieczenie (wyłącznie OC) uda nam się znaleźć (o ile mamy zniżki i nie mieszkamy w Warszawie) za 40 zł miesięcznie, przegląd będzie nas kosztował ok. 40 zł, a naprawy 100 zł miesięcznie. Jeśli dodamy do tego nieuzyskane odsetki ( 3% rocznie od ceny zakupu) 40 zł i utratę wartości 125 zł, miesięczny koszt utrzymania samochodu zamknie się w 700 zł. Nie prowadziłem rozważań dotyczących kredytu. Przyczyna jest prosta. Jeżeli nie umiemy zebrać 15 tys. oszczędności przy dochodach 6000 zł miesięcznie, to nie stać nas na taki samochód. W jaki sposób pokryjemy bowiem ewentualne rachunki za naprawę. W kilkunastoletnim aucie mogą wynieść nawet 2-3 tys. zł.

Jeśli te 15 tys. to dla nas za drogo, szukajmy dalej. Może nastoletnia Dacia Logan. Jej cena to równe 7,5 tys. zł (i trafiają się egzemplarze  z gazem). Tutaj koszty będą minimalne. Paliwo to 175 zł, OC 40 zł, przegląd 60 zł (dodajmy instalację gazową), naprawy 70 zł (i to pesymistycznie), nieuzyskane odsetki to dalsze 20 zł, a utrata wartości będzie symboliczna 65 zł. Razem miesięczny koszt utrzymania spadnie do 430 zł. Czy może być jeszcze taniej?

Rozejrzyjmy się za używanym Daewoo Lanosem. To prosta, chociaż już pełnoletnia konstrukcja. Kupimy go za 3 tys. zł. Ile wyniesie nas utrzymanie? Paliwo będzie podobne jak w Dacii – 175 zł, OC też – 40 zł, przegląd zrobimy za 50 zł (z gazem), naprawy nie będą droższe niż 60 zł, nieuzyskane odsetki to tylko 10 zł, a utrata wartości 30 zł (a czasami nawet nic jeśli potrafimy utrzymać wóz w dobrym stanie). Razem miesięcznie wydamy nie więcej niż 365 zł.

Na koniec propozycja dla całkiem małych rodzin (max. 3 osoby), pragnących utrzymać samochód za absolutne grosze – Fiat Seicento z gazem. Wystarczy na niego 1,5 tys. zł (czyli tyle ile na ubezpieczenie samochodu salonowego). Koszt gazu, ze względu na niewielkie spalanie obniży się do 120 zł, OC kosztuje 30 zł miesięcznie (pojemność silnika), przegląd – 50 zł, a na naprawy wystarczy 40 zł, nieuzyskane odsetki to symboliczne 5 zł, a utrata wartości kolejne 5 zł. Razem kosz miesięczny nie będzie wyższy niż  250 zł.

Co zrobić, żeby było jeszcze taniej? No cóż, wyjście jest tylko jedno – mało jeździć. Wszystkie wyliczenia robione są dla przebiegu 12 tys. km rocznie (1000 km miesięcznie). Obniżając tę wartość o połowę, utrzymamy Fiata Seicento za niespełna 200 zł (dokładnie 190 zł) miesięcznie. To mniej więcej tyle co dwa bilety miesięczne komunikacji miejskiej w moim mieście, a średni dzienny przebieg auta to możliwe 15-20  km.  A nie trzeba stać na przystankach.

Jaki wniosek płynie z ostatnich dwóch wpisów? Mamy dwie podobne rodziny, jedna decyduje się na auto z salonu, druga na stare Seicento. Obie jeżdżą tyle samo. Jedna wydaje rocznie 18000 zł na samochód (1500 zł miesięcznie), druga 3000 zł (miesięcznie 250 zł). Jedna nie oszczędza nic, a druga 15 tys. zł. Po 10 latach jedna nadal nie ma nic (bo tylko zmienia samochody na lepsze), a druga kupuje dwupokojowe mieszkanie nad morzem. Pierwsza bardzo się dziwi, jak to możliwe i  zaczyna przebąkiwać o tym, że pierwszy milion trzeba ukraść.

 

Czy przeciętną rodzinę stać na nowy samochód?

Pomysł na tytułowy wpis pojawił się, kiedy podczas mojej ostatniej choroby podczytywałem  ulubione forum o oszczędzaniu. Osoba o przeciętnych dochodach (ok. 6 tys. miesięcznie na rodzinę) dziwiła się dlaczego tak ciężko się żyje z kredytami na głowie (hipoteczny i samochodowy). Nijak nie potrafiła zrozumieć, że wydając na spłatę kredytu 50%  dochodu nagle tak na prawdę żyje za jedną pensję. I jak to mówił bohater bajki – kończy się rumakowanie.

No właśnie, czy rodzinę z przeciętnym dochodem stać na nowe auto?

Dokonując analizy, czynię następując założenia. Samochód jest całkiem przeciętny (klasa kompakt, podstawowy silnik), czyli cena nie przekroczy 60 tys. i raczej nie wystarczy na diesla. Rodzina ma oszczędności (przynajmniej 20% na wkład własny lub zakup całkowicie za gotówkę). Alternatywą jest rozejrzenie się za autem używanym.  Zaczynamy.

Aby zastanowić się – stać nas czy nie – trzeba znać realne koszty. Składają się na nie: paliwo, ubezpieczenie, przegląd, naprawy, to oczywiste. Ja dodaje jeszcze koszty kredytu, utratę wartości i ewentualnie nieuzyskane odsetki.

Koszt paliwa zależy od rocznych przebiegów. Ja zakładam około 1000 km miesięcznie. Przy obecnych cenach benzyny (ok. 4,4 zł/l) trzeba być przygotowanym na ok. 310 zł miesięcznie.

Ubezpieczenie to pochodna miejsca zamieszkania i często posiadanych zniżek.  Sądzę, że wystarczy  130 zł miesięcznie (jednorazowy roczny wydatek 1600 zł), przy założonej przez nas wartości samochodu.

Pierwsze przeglądy nie są drogie. Zmieścimy się w ok. 60 zł miesięcznie (jednorazowy wydatek ok. 700 zł).

Na naprawy teoretycznie nie wydamy. Ale przecież trzeba kupić opony (w tym zimowe), wycieraczki. Zużywają się części eksploatacyjne. Przyjąłem realny koszt 50 zł miesięcznie.

Podsumowując, przeciętna osoba powie – stać mnie – to tylko 550 zł miesięcznie. Co więcej auto używane wcale nie będzie  tańsze (chyba że założymy gaz). Za paliwo zapłacimy podobnie (310 zł), za ubezpieczenie niewiele taniej – 100 zł, przegląd w stacji nieautoryzowanej ok. 40 zł. Tylko naprawy zależą od szczęścia i wyboru konkretnego egzemplarza. Skoro jednak to prosty silnik benzynowy, nie powinno być drożej niż 100 zł miesięcznie. Razem używany samochód będzie kosztował, według zdania przeciętnej osoby ok. 550 zł, czyli tyle samo co nowy. Skoro tyle samo, to po co przepłacać?

Niestety to tylko pozory. Jeśli mamy gotówkę, to musimy ją wydać. Tracimy w ten sposób przyszłe odsetki. Różnica pomiędzy nowym a używanym autem (30.000 zł) to ok. 900 zł rocznie (75 zł miesięcznie) nieuzyskanych odsetek. Dochodzi jeszcze utrata wartości. Nowy wóz, kupowany na 5 lat, stracił połowę początkowej ceny – 30.000 zł (co oznacza 6000 zł rocznie i 500 miesięcznie). Używany też zmniejszy wartość o połowę, ale to tylko 250 zł. Zatem, nawet jeśli dysponujemy oszczędnościami, koszt samochodu salonowego wyniesie 1200 zł (550 zł +150 zł + 500 zł), a używanego tylko 875 zł (550 zł + 75 zł +250 zł).

Zakup na kredyt zmienia tę proporcję jeszcze bardziej, o dodatkowe 150 zł miesięcznie. Wtedy zamiast 1500 zł zł mamy koszt ok. 1000 zł. I nagle okazuje się, że utrzymanie samochodu zabiera 1/4 dochodu. Czy przeciętną rodzinę na to stać? Jeśli zrezygnuje z oszczędzania i ma mieszkanie kupione za gotówkę – może tak. Czy warto? Nie sądzę.  Oczywiście, nawet ten 1000 zł to nie koniec drogi. Można kwotę tę jeszcze zmniejszyć (co jednak powodowałoby porównanie dwóch zupełnie różnych aut). O tym jutro.

 

Czy da się odkładać 95% zarobków?

Jakiś czas temu jeden z blogerów umieścił wpis o sensacyjnie brzmiącym tytule, obiecującym przejście na emeryturę w ciągu kilku lat. Ponieważ  lubię dowiedzieć się czegoś nowego, zacząłem czytać. Szczerze mówiąc, spodziewałem się raczej historii wspaniałych inwestycji. Jakie było moje zdziwienie, gdy doczytałem, że wystarczą zupełnie zwyczajne stopy zwrotu (rząd kilku procent). Krótko mówiąc, wpis opierał się na jednej radzie – trzeba oszczędzać 95% zarobków. Czy to jest w ogóle wykonalne?

Od razu odpowiadam. W świecie oszczędnego milionera – nie. A dlaczego? Powody są dwa. Droga oszczędnego milionera opiera się o trzy filary:

  • przeciętne zarobki,
  • zakaz sknerstwa,
  • trójkąt zamożności.

Gdyby przyjąć przeciętne zarobki na poziomie proponowanym przeze mnie (średnia krajowa + 20% jako dorobienie), singiel o dochodach w okolicach 3000 zł, musiałby żyć za… 150 zł miesięcznie. DINKS-y za 300 zł na parę. To tak nie działa. Także kolejne filary zostają potrzaskane. Zakaz sknerstwa to m.in. niedopuszczanie myśli o żerowaniu na innych oraz oszczędzaniu na podstawowych potrzebach. Bez tego nie da się żyć za 150 zł/osobę. Samo jedzenie kosztuje więcej, a gdzie koszty dachu nad głową, ubrań itp. ? No właśnie, muszą być pobrane z kieszeni rodziny, współlokatora. Czyli sknerzymy. Także trójkąt zamożności tak nie działa. Jak pamiętacie ma on trzy boki: oszczędzanie, zarabianie, inwestowanie. Powinny być mniej więcej równe. Tymczasem żyłując oszczędności, przestajemy zwracać uwagę na pozostałe elementy.

Jako minimum kosztów życia na osobę przyjmuję tzw. minimum socjalne tj.  1077 zł (dane za grudzień 2015 r.). Jeszcze niżej jest minimum egzystencji (granica biologicznego wyniszczenia)  – 545 zł (dane za 2015 r.). Czyli, gdyby oszczędzać na wszystkim (np. wydatki na jedzenie 200 zł, na mieszkanie ok. 250 zł), aby osiągnąć poziom oszczędności wskazany przez tego blogera, musielibyśmy zarabiać ok. 10.000 zł. Zarabiać 10.000 zł (netto!) i żyć na poziomie minimum egzystencji. Jak mawiała moja babcia, trzeba mieć nie po kolei w domu. Zwróćmy uwagę, że cały czas mówimy o singlu. Rodzina 2+1 żyłaby za 1500 zł zarabiając 30.000 zł netto miesięcznie. Nie znam nikogo takiego i… całe szczęście.

Dlatego odkładanie 95% zarobków,  to rada czysto teoretyczna, dla osób, które zarabiają raczej w okolicach 100.000 zł miesięcznie.

Ja nadal będę koncentrował się na wspieraniu przejścia drogi do miliona przez osoby zarabiające przeciętnie.

 

 

Amerykański sen? Co robią nie tak za oceanem.

Amerykański sen to pojęcie mające oparcie w legendarnym bogactwie mieszkańców USA. Czy ma on potwierdzenie w faktach?

Nie.  Zgodnie z badaniami konsumenckimi Google.com, tylko 38%  Amerykanów posiada przynajmniej 1000 dolarów oszczędności. Ponieważ oszczędności są zależne od wieku (im starszy tym oszczędniejszy), kwoty 10.000 USD nie odłożyło 90% osób w wieku 35-54 lata.  A mówimy o najpotężniejszym mocarstwie świata i największej gospodarce globu.

Na czym polega błąd? Problem nie leży w zarobkach, lecz oszczędzaniu, których współczynnik stale spada (ok. 2,5% dochodów przeznaczanych jest na oszczędności). Bez oszczędności nie ma inwestycji, lub trzeba się zapożyczać.  Amerykanie, jako państwo i obywatele, są najbardziej zadłużeni w swojej historii.

Dlaczego tak się dzieje? Winne są ogromne wydatki. USA mają negatywny bilans handlowy (tzn. więcej sprowadzają niż sprzedają) z ponad 100 krajami. Ideą demokratów był od wielu dekad paradygmat keynesizmu – wydatki napędzają rozwój. W zasadzie to prawda, tylko, że dotyczy to kredytów na inwestycje. Długi na dobra konsumpcyjne  trzeba kiedyś spłacić. Gabinet Obamy o tym nie pamięta.

Czego można się nauczyć z tej lekcji ekonomii? Warto oszczędzać, a kredytem posiłkować się tylko jeśli zaciągamy go w rozsądnych rozmiarach, i wyłącznie na inwestycje (ewentualnie zakup nieruchomości).

 

Kamper część VI. Koszt paliwa.

Tę część można podsumować jednym zdaniem – duże auta muszą dużo palić.

Większość kamperów napędzanych jest silnikami diesla o pojemności od 2 do 3 l. Dodatkowo mają 2 -3 razy większą masę niż samochody osobowe. Ich powierzchnia czołowa, wpływająca na opór aerodynamiczny, może być równie wysoka np. samochód klasy kompakt ma szerokość 1,8 m a wysokość ok. 1,5 m, kamper z alkową będzie szeroki na 2,4 m  wysoki na 3,1 m . To wszystko powoduje, że zużycie paliwa nie może wynosić 5-6 l na 100 km a raczej w granicach 2-3 krotności tej liczby (10-15l/100 km).

Wypożyczony przeze mnie Fiat Ducato II z silnikiem 2,5td o mocy ok. 100 KM palił (rzeczywiste zużycie) ok. 12,5 l na 100 km. Nawet biorąc pod uwagę niższą cenę diesla (teraz ok. 4 zł) oznacza to wydatek 50 zł na każde 100 km. Za granicą będzie jeszcze drożej np. w Niemczech (cena 1 l – 5 zł) to już 63 zł, we Włoszech (5,7 zł/l) nawet 72 zł.

Kto wybiera się w daleką podróż musi posiadać gruby portfel. Np. podróż do północnych Włoch (dystans ok. 3 tys. km i typowy kierunek początkującego kamperowca), przy przeciętnych cenach 5zł/1 l będzie kosztowała nas prawie 1900 zł bez opłat za autostrady. Autem osobowym z silnikiem diesla byłoby to tylko połowę tej sumy. Gdyby ktoś posiadał Toyotę Yaris Diesel tylko 1/4 (450 zł). Zyskujemy jednocześnie nieporównywalny komfort.

Kamper część VI. Akcesoria.

Zakup kampera to dopiero początek przygody, ale niestety również wydatków. Właściciele ciągle ulepszają swoje ukochane maszyny. Szeroka oferta rynkowa idzie w parze z równie wysokimi cenami.

O klimatyzatorze już pisałem. Ale w ofercie są jeszcze:

  • kamera cofania (przydatna – ponieważ do w lusterku wstecznym nic nie widać) –  3000 zł,
  • zestaw do odbioru TV satelitarnej – 3500 zł,
  • pokrowiec ochronny – 1500 zł,
  • bagażnik na rowery – 1500 zł,
  • przedsionek – 3000 zł,
  • zestawy solarne (fotowoltaika) – 1500 zł,
  • telewizor LCD – 1500 zł,
  • stolik i 4 krzesła – 1500 zł,
  • zestaw naczyń nietłukących się – 200-300 zł.

Powyższe wyliczenie pokazuje, że kupując używanego kampera i doposażając go można z łatwością dołożyć przynajmniej połowę ceny wyjściowej. Przy tym, o ile z telewizji, klimatyzacji możemy zrezygnować, o tyle naczynia to już konieczność.

Nikt jednak nie obiecywał, że będzie tanio.

 

 

Kamper część V. Utrata wartości.

Samochody (no może z wyjątkiem aut kolekcjonerskich) wraz z wiekiem zmniejszają swoją wartość. Kampery nie są wyjątkiem.  Coś co dzisiaj kupujemy za 250.000 zł jutro jest warte …. no właśnie ile?

Nowego kampera możemy kupić już za około 220-250 tys. zł. Górnej granicy w zasadzie nie ma, podobnie jak w przypadku jachtów. Utrata wartości używanego pojazdu kempingowego (i cena nowego)  jest ściśle związana z kursem euro – największego rynku dostarczyciela „używek”. To dlatego umocnienie złotówki w ostatnich kilku latach wpłynęło na wzrost ceny zarówno auta nowego jak i używanego. Kto kupił na początku 2008 r.  (1 euro kosztowało np. 3,4 zł zamiast 4,4 zł) nie stracił tak wiele jak obecnie.

Dostępne na rynku egzemplarze 8-9 letnie kosztują 100-120 tys. zł. Jeśli zdecydujemy się je sprzedać w takim momencie uzyskamy utratę wartości na poziomie 12-18 tys. zł średniorocznie.

Gdybyśmy jednak zdecydowali się korzystać z pojazdu dłużej, wtedy możemy uzyskać za 14-letniego kampera cenę ok. 70 tys. zł. Utrata wartości wyniesie 10-12  tys. zł.

Dobrą stroną samochodu kempingowego jest możliwość jego użytkowania jeszcze dłużej. Nawet auto 20-letnie możemy sprzedać za 40-50 tys. zł. W takim przypadku uzyskamy utratę wartości – 9-10 tys. zł.

No dobrze, a jaki jest kres możliwości technicznego używania kampera? Przyjmijmy 25 lat. Na rynku zdarzają się auta w tym wieku i jeszcze zdolne do jazdy (chociaż nie ryzykowałbym nimi podróży zagranicznej). Ponieważ kosztują 25 tys. utrata wartości wyniesie 8-9 tys. zł.

I wreszcie wyjście ostateczne. Zakup samochodu używanego. Tutaj nic nie jest proste. Jeśli kupimy grata, będziemy dokładać. Za dobry egzemplarz warto dopłacić. Ale znowu poruszajmy się w podanych wyżej wartościach. Zakup 20-latka na 5 lat to strata 3-5 tys. rocznie. Jeśli kupimy 14-latka na 11 lat to już 4 tys. straty. Zakup auta 8-9 letniego i pozostawienie go „w rodzinie” na  16-17 lat odchudzi nasz portfel o ok. 6 tys. zł.

Czy warto podejmować ryzyko zakupu „używki? W mojej ocenie warto. Różnica jest bowiem spora. Salonowiec w najlepszym wypadku wypadku traci 8 tys. zł. Jeśli doliczymy nieuzyskane odsetki  od ceny zakupu (symboliczne 3%) to mamy łączną stratę  14 tys. zł. Zakup auta 8-9 letniego zmniejsza ją do 9 tys. zł. Decyzja o wyborze 20-latka do 4 tys. Co zrobić?

Ja już wiem, że wybiorę auto starsze. Miałem okazję jeździć właśnie takim (20-latek) i mam świadomość, że da się utrzymać go we względnej sprawności technicznej. Nie musi odmawiać współpracy na trasie, prowadzi się jak … auto dostawcze sprzed 20 lat, ale możliwe jest przyzwyczajenie się do tego. No i utrata wartości wraz z kosztem nieuzyskanych odsetek zwraca się po 20 dniach od wypożyczenia.

 

Kamper część IV. Naprawy.

Oczywistym jest, że w pewnym wieku i po określonym przebiegu samochody zaczynają się psuć. Dlatego tylko zakup nowego kampera zwolni nas od kosztów napraw.

Jeśli zdecydujemy się na auto używane,  a często kilkunastoletnie, musimy uwzględniać konieczność ponoszenia stale pewnym nakładów na utrzymanie go w pełnej sprawności. Awarie w drodze, kilka tysięcy kilometrów od domu, nie wchodzą w grę. Najważniejszą kwestią jest gruntowny przegląd przedzakupowy wykonany przez profesjonalistę.  Generalny remont w starym pojeździe nie ma szans zwrócić się przy odsprzedaży.  Jeden z forumowiczów camperteam.pl przedstawił szczegółowe wyliczenia: ponad 20 tys. zł plus kilkaset godzin własnej robocizny (czyli w praktyce blisko 50 tys. zł nakładu na auto warte może 25-30 tys. zł.)

Na jakie kwoty trzeba się przygotować, gdy wybierzemy dobrze?

Naprawy części, nazwijmy ją umownie, jezdnej, nie odbiegają od przeciętnych kosztów użytkowania auta dostawczego, czyli będą  ograniczać się do: silnika, wtrysków, sprzęgła, turbiny, wydechu, zawieszenia itp. Jeśli trafimy na słaby egzemplarz zaboli nas także koszt robocizny blacharskiej.

Czym innym będą wydatki na część mieszkalną. Tutaj będzie naprawdę drogo. Przykłady? Proszę bardzo:

– lodówka 85 l z zamrażalnikiem 8 l – ponad 4.000 zł (czyli 8 razy tyle co domowa),

– klimatyzator dachowy – 10.000 zł,

-kratka wentylacyjna plastikowa – 150 zł (10 razy tyle co w markecie budowlanym),

– mikrofalówka – 1.300 zł,

– markiza z namiotem – 15.000 zł,

– Drzwi wejściowe – 4.000 zł,

– okno dachowe – 4.000 zł,

– boiler do wody 3.500 zł.

Rynek części używanych jest śladowy. Nawet drobna z pozoru awaria (porwana moskitiera) odchudzi portfel o 800-900 zł czyli pozbawi możliwości zatankowania 200 l paliwa.

Dlatego dokonując zakupu, nie można dać się zwodzić stwierdzeniem o taniej naprawie. Będzie albo drogo, albo bardzo drogo. Nawet, jeśli nic poważnego nie popsujemy, i tak trzeba się liczyć z wydatkiem minimum 1000 zł rocznie.

Kamper część III. Przeglądy.

Kamper zbudowany jest na bazie samochodu dostawczego. Oznacza to, że mamy do wykonania dwa rodzaje przeglądów:

  • część mieszkalna (szczelność, gaz, woda, inne urządzenia takie jak np. klimatyzator),
  • część dostawcza (tradycyjny  przegląd auta).

Jakich kosztów powinniśmy się spodziewać?

Klasyczny przegląd okresowy np. u dealera Fiata (ASO)  kosztuje corocznie przynajmniej ok. 1500 zł. Jeśli zdecydujemy się na korzystanie z usług warsztatu nieautoryzowanego to wtedy jesteśmy w stanie poświęcić ok. 300-400 zł (za samą wymianę oleju i inspekcję czy wszystko jest OK) i jeszcze 100 zł jeśli na wyposażeniu znajduje się instalacja gazowa. Przeglądy w stacjach kontroli pojazdów (dla aut nowych: pierwszy po trzech latach, drugi po pięciu, potem corocznie) kosztują 100 zł (bez gazu), 160 zł (z gazem).  Zatem w zależności od wieku auta i serwisu zapłacimy rocznie od 400 zł do 2160 zł.

Dodatkowy przegląd części mieszkalnej należy przeprowadzić w wyspecjalizowanej firmie, zajmującej się obsługą pojazdów kempingowych. Koszt to minimum 150 zł (szczelność instalacji gazowej).

Zatem minimalny koszt corocznego przeglądu (nie obejmujący napraw lecz tylko podstawowe materiały eksploatacyjne) wyniesie od 550 zł do ponad 2300 zł. Należy przy tym mieć świadomość, że po przejechaniu 150 tys. km (a taki przebieg mają zazwyczaj auta używane przez 18 lat) zawsze znajdzie się coś do wymiany.  Dlatego lepiej mieć w zapasie przynajmniej 1000 zł lub 3000 zł jeśli korzystamy z usług ASO.