Czy stać Cię na spełnianie marzeń? Jeśli tak, jesteś prawdziwie bogaty.

Dzisiaj jeden z serii wpisów filozoficznych, ale i matematyki nie zabraknie. Otóż, literatura finansów osobistych posługuje się następującymi pojęciami:

  • potrzeby (realne, często wręcz fizjologiczne oczekiwania, których odsuwanie na bok zwiastuje kłopoty),
  • zachcianki (nasze oczekiwania wobec życia, (chwilowe) przyjemności, ale możemy bez nich żyć),
  • marzenia (nierzadko duże wydatki, ale pozostające w zgodzie z naszymi długoterminowymi celami, albo powiązane z potrzebami wyższego rzędu).

I tak potrzebami są: pełny żołądek (czyli jedzenie), ciepły dach nad głową („mieszkanie prawem, nie towarem”), zdrowie, możliwość ubrania się, przemieszczania, nauki. Przekładając na kategorie wydatków: życie, opłaty, leki i lekarze, ubranie, transport i edukacja. W wielu budżetach, zajmują tak wiele miejsca, że nie ma go już na marzenia. Winę ponosi wtedy najczęściej niski dochód lub miejsce zamieszkania (np. czynsz w dużym mieście, rata kredytu).

Zachcianki z kolei, rujnują budżet nawet nieźle zarabiającym. Często trudno je odróżnić od potrzeb, bo gdybym miał je zdefiniować najkrócej, napisałbym – pozorne potrzeby. I tak o ile zaspokojenie głodu jest potrzebą, to wizyta w restauracji albo kawiarni – zachcianką. Trzeba się ubrać, ale niekoniecznie kupując buty za 2000 zł. Samochód, zwłaszcza na wsi okazuje się niezbędny rodzinie, ale SUV marki premium doskonale nadaje się na zachciankę. W zasadzie w każdej pozycji widzę ten problem.

Tak dochodzimy do marzeń. Nie dajmy sobie wmówić, że zachcianka jest marzeniem. Wiadomo – marketing właśnie takie schematy nam podsuwa. Dlatego mówimy „marzę o tej bluzce”, podczas gdy mamy do czynienia ze zwykłą zachcianką. Marzenia to nie konsumpcja, lecz zaspokajanie potrzeb wyższego rzędu (uznania, rozwoju, bezpieczeństwa). Czasami graniczna linia pozostaje dość cienka i łatwo ją przekroczyć. Kryterium oceny: czy zakup przyniesie nam spełnienie czy dalszą eskalacje oczekiwań. Opisywałem kiedyś na blogu swoje marzenia: fortepian, Porsche. Dzisiaj, przynajmniej auto konkretnej marki nazwałbym, bardziej neutralnie – celem. Ponieważ z jednej strony, spełnienie nie spowodowało lawiny dalszych oczekiwań (kupując prawie pełnoletniego Porsche Boxstera, nie zapragnąłem nowej 911-tki) i przyniosło sporą satysfakcję na lata, z drugiej – konkretne auto, no cóż zwykle możemy bez niego żyć, i nie zaspokaja żadnych istotnych potrzeb. Zupełnie inaczej oceniam zakup fortepianu. Przyniósł tyle głębokiej (a nie chwilowej) satysfakcji, że bez wątpliwości nazywam go marzeniem.

I dochodzimy do sedna. Zadaj sobie pytanie – Czego pragnę doświadczyć? Co pragnę mieć? Kiedy już uzyskasz odpowiedź, wierzę mocno, inną niż „szpilek od Louboutina” czy „pięćdziesięciometrowego jachtu”, musisz przejść do kolejnego – Czy mnie na to stać? Jeśli tak (choćby po długim oszczędzaniu) – jesteś farciarzem, podobnie jak ja (wiele marzeń spełniłem). A zatem popatrzmy na potencjalne, typowe marzenia i przekonajmy się, ile kosztuje ich spełnienie.

Zobaczyć papieża, odwiedzić Rzym. Pożyczyłem je od mojej przyjaciółki. Powód – wyższe potrzeby (przeżycie duchowe) czyli typowe marzenie. Koszt – od kilku do dziesięciu tysięcy złotych. Da się uzbierać w ciągu 2-3 lat np. biorąc 2 nadgodziny/tygodniu. Jeśli marzysz podobnie, prawdopodobnie stać Cię.

Pobiec w maratonie nowojorskim. Tutaj już koszty muszą być wyższe. Lot przez Atlantyk, nocleg, jedzenie, kilka dni na zaklimatyzowanie się. Ale jeśli ktoś zaciśnie zęby 10k wystarczy. I liczymy: 10.000 zł/40 miesięcy = 250 zł. Prawdopodobnie znowu, parę nadgodzin, jakaś fucha, rezygnacja z zachcianki i damy radę.

Kupić dom wakacyjny na wsi. W takim przypadku, powiedzmy sobie szczerze, łatwo przekroczyć granicę zachcianki. Albowiem „dom na wsi” może oznaczać zarówno chatkę, w której spędzaliśmy wakacje za szczeniaka, wykupioną od pozostałych spadkobierców, jak i 500 m2 rezydencję z własną linią brzegową jeziora. Załóżmy, że to pierwsze. Nieruchomości siedliskowe (dom z działką pow. 1000 m2) stanowią istotny fragment rynku nieruchomości. Ceny zależą od lokalizacji i stanu technicznego (jak zwykle) i różnią się drastycznie. I tak. widziałem „drewniaki” w okolicach wschodniej granicy „pośrodku niczego” ze złym dojazdem, daleko od głównych dróg – za 100 tys. zł, ale i odnowione miejscówki np. na Podhalu za 10 razy więcej (pomimo, że nadal na wsi). Stąd zalecam rozsądek. Granica rozsądku leży na linii 300 tys. zł plus koszty stopniowego remontu. I teraz, zebrać 300 tys. zł, dla przeciętnej rodziny, prowadzi do konkluzji „niedasię”. Osobiście i trochę przewrotnie zapytam „Jak to zrobić?”. Otóż, podzielić tę sumę na kawałki. Może zebrać 50 tys. zł (800 zł/m-c przez 5 lat), a resztę pożyczyć? Może coś innego sprzedać i nie czekać tych 5-ciu lat? Przestrzegam przed dwoma krokami: pochopną decyzją (spełnienie marzenia musi wymagać wysiłku, żeby przyniosło satysfakcję) oraz likwidowaniem wszystkich oszczędności (zwłaszcza funduszu awaryjnego). Część poświęci własny nałóg (np. odkładając na wkład własny pieniądze zaoszczędzone na rzuceniu palenia), inni wezmą dodatkową pracę, wreszcie zrezygnują z innego marzenia („nie można mieć wszystkiego”). Zwłaszcza taka selekcja pozostaje ważna.

Przejść na emeryturę 10 lat wcześniej. Popatrz na to zdanie, i pomyśl, czy na pewno o tym marzysz. Chcesz być 50-letnią emerytką? 55-letnim emerytem? Co zrobisz w tym czasie? Za co będziesz żyć? Odróżnij złego szefa od porzucenia pracy jako takiej. Ale jeśli chcesz, pokażę Ci, jak to zrobić. Otóż, 10 lat wymaga dochodu na poziomie wydatków. Nie mniej. Jeżeli planujesz żyć za 5k/m-c, potrzebujesz 60k/rok. Zgodnie z równaniem wolności finansowej – 60k x 25 = 1.500.000 zł. Dobrze czytasz, półtora miliona. A da się mniej? No pewnie. Przecież nie potrzebujesz niewyczerpanego źródła lecz tylko kasy, która może skończyć się po 10 latach. 60 x 10 =600 k. Już lepiej, ale nadal sporo (dwa razy więcej niż siedlisko). Możesz tę kwotę jakoś zmniejszyć, powiedzmy do 300 k, ale nadal będziesz musiała/musiał przynajmniej trochę pracować (dorywczo, na pół etatu). Nie ma w tym nic złego, wielu emerytów dorabia. I tu dochodzimy do sedna. W wielu marzeniach o wcześniejszej emeryturze, nie chodzi nawet o rzucenie pracy, ale o znalezienie normalnego, ludzkiego balansu. Zawód powinien stać się nieobciążającym zbytnio doświadczeniem. Mieć ciasto i zjeść ciastko. Budzić się rano bez wysiłku (co dla wielu oznacza 8-10) pracować 3-4 godziny, żeby mieć wolne całe popołudnie. Czasem chcemy pracy cyklicznej (3 miesiące pracy, 3 miesiące przerwy). W takiej opcji może się okazać, że wcale nie marzyliśmy o emeryturze, albo wystarczy nam mini-emerytura oraz 150k oszczędności. Te są realne (patrz punkt o siedlisku).

Sztuka spełniania marzeń to ważna rzecz, warto się jej nauczyć, żeby pod koniec życia nie żałować, tego czego nie zrobiłem.

Wyśpicie się jak królowie. O śnie na wsi i w mieście.

Jeden z Tiktokowych komików, opisując wiejskie wygody mówi „Wyśpita się jak króle”. Ten nieco uładzony cytat stał się tytułem dzisiejszego wpisu. Pasuje doskonale.

Od pewnego czasu używam narzędzi do śledzenia jakości snu. Opaska, noszona na ręku, połączona z telefonem zbiera dane i dokonuje oceny:

  • fazy (lekki, głęboki, REM, przebudzenia),
  • chrapanie,
  • częstotliwość oddechów,
  • puls,
  • godzina zaśnięcia i pobudki.

Na tej podstawie program wystawia ocenę przespanej nocy, w skali od 1-100. Przez wiele miesięcy używania systemu w mieście, moja maksymalna ocena wynosiła 90, co już stanowi świetny wynik (od 85 pkt nazywany w programie „wspaniałym snem”), ale bywały i 60-tki. Czy wiecie jakie rezultaty zacząłem osiągać, od kiedy spędzałem na wsi minimum 2-3 noce? Ano nagle regularnie zaczęły mi wpadać: 96, 97, 99, a nawet 100. Po powrocie do miasta, znowu było gorzej. Jak to możliwe?

Po prostu, wszystkie składowe oceny na wsi kształtowały się bardzo wysoko. Zasypiałem wcześnie (21.30), budziłem się ze świtem (ok. 5-6). W efekcie sen trwał wystarczająco długo (7.5-8.5 godziny), ale nie za długo (pow. 9). Miałem optymalną ilość głębokiego snu (1,5 godziny), podczas gdy w mieście nierzadko widziałem 20-30 minut. Wydaje się to dziwne, ponieważ w wiejskim domu śpię na poddaszu, tam słychać wszystkie odgłosy natury, od biegających po blaszanym dachu wiewiórek, do śpiewu ptaków. Poza tym w odległości (w linii prostej) ok. 0,5 km biegnie linia kolejowa, a więc każdy przejazd pociągu da się zdiagnozować jako dodatkowy szum. No i samoloty z lotniska w Dęblinie. Pomimo tego, sen głęboki przychodził wtedy, kiedy powinien, w 3-5 fazach. Puls odpowiednio spadał, a oddychałem regularnie.

Także subiektywne odczucia wypadały doskonale – budziłem się wyspany, a zasypiałem bez problemu. Zupełnie inaczej niż w mieście. Tu regułą stały się przebudzenia ok. 2-3. Zasypiałem potem jeszcze raz ok. 4, ale nie na długo (pobudka do pracy, ruch w domu). Na wsi takich pobudek nie doświadczałem.

I teraz czas zastanowić się nad przyczyną. Nasze babcie powiedziałyby: świeże powietrze, chodzenie spać z kurami (czyli niedługo po zmroku), fizyczna praca. Im dłużej mierzę parametry snu, dostrzegam prawdę intuicyjnych ocen (przecież babcia nie miała narzędzi, którymi dysponuję). Wieś zapewnia tzw. „spokojny sen”, wycisza, regeneruje. I tam, nawet nie przeszkadza światło ekranu (nierzadko zasypiałem po pracy, albo 3-4 godzinnej transmisji z Konkursu Chopinowskiego), które podobno ma być gigantycznym problemem. Spory ciężar ma także praca fizyczna, męcząca lecz nie wykańczająca, w przeciwieństwie do stresu miasta. Tam wszystko pędzi, nawet jeśli z pozoru nie ma ku temu powodu. Oczywiście, nawet tutaj nie sypiam źle. Moje wyniki kształtują się zwykle pomiędzy 70 a 90 czyli na poziomie „dobry” lub „wspaniały”, znacznie powyżej średniej wiekowej czy populacyjnej (aplikacja dysponuje danymi z całego świata), ale zdarzają się też 60-tki (np. gdy zasypiając po 22, budzę się o 2 i mając obowiązki, dosypiam tylko godzinę).

Kończąc, twarde dane pokazują, faktycznie na wsi wyśpicie się jak królowie.

Rady dla 43-letniego emeryta.

 Kiedy Tomsi zapytał o radę „Co proponujesz 43 latkowi, z bólem lędźwiowym, który przeszedł na emeryturę. Ma dwoje dzieci w wieku szkolnym, nie musi dorabiać by godnie żyć, czuje się znacznie lepiej niż kiedy pracował, wysypia się, bo nie budzi się w nocy z wiecznym pytaniem czy napewno wszystko ogarnął (20 lat intensywnej roboty przy biurku i w terenie od 6.00 do 18.00 a często dłużej, praktycznie bez urlopu dłuższego niż 3 dni)?” wielu z Was pewnie pomyślało – chciałbym mieć tylko takie problemy. Ale pytanie jest ważne. Znam kilku 40-letnich emerytów, który nie dźwignęli wyzwania i albo wrócili do pracy, albo utonęli w butelce. Wczesna emerytura nie stanowi bowiem leku na całe zło świata, lecz potrafi obudzić zagłuszane w pośpiechu demony.

W komentarzu dałem trzy rady:

1. Cieszyć się życiem.
2. Zadbać o zdrowie.
3. Znaleźć sobie zajawkę, która nie pozwala zgłupieć.

Teraz czas je rozwinąć.

Cieszyć się życiem. Akurat ta prawda jest uniwersalna. Należy zacząć od doceniania własnych osiągnięć i tego, co się ma. Już wymienione przez Tomsiego punkty (wczesna emerytura, rodzina, spokojny sen, brak konieczności dorabiania) stanowią niedościgłe marzenie Jego rówieśników. Warto spojrzeć na życie z tej perspektywy. Jest dobrze.

A potem zaplanować sobie (i bliskim) tzw. małe przyjemności, czyli rzeczy i działania, które nie wymagają jakiś wielkich wyrzeczeń, nakładów, ale uprzyjemniają życie. Przysłowiowa kawa na tarasie o poranku, popołudniowa drzemka w hamaku, wieczór z książka, obserwowanie aktywności sportowej dzieci, kolacja z żoną. Każdy ma swoje rytuały i warto się ich trzymać. Żyć dniem dzisiejszym.

Na koniec spełnienie marzeń. Wszyscy je mamy, ale wymagają zwykle dwóch rzeczy: czasu i pieniędzy. Patrząc z perspektywy 43-letniego emeryta, czasu nie powinno zabraknąć, a kapitał też istnieje. Zaczynamy od stworzenia listy, a potem odhaczamy kolejne punkty. Kiedy, jak nie w okolicach 40-tki, kiedy zdrowie jeszcze niezłe.


Zadbać o zdrowie. Niby nic wielkiego, ale ogólna prawda brzmi tak: po czterdziestce zdrowie zaczyna się psuć, zwłaszcza jeśli dopuściliśmy się zaniedbań. Ostatnio rozmawiałem z moim rówieśnikiem-klientem (mechanikiem samochodowym) oraz nieco starszym weteranem korpo na wysokim stołku. Obaj opisali dokładnie takie same objawy: budzenie się w nocy z myślą „czego jeszcze nie zrobiłem, czego nie dopilnowałem”, w zasadzie z planem na cały dzień. Tak działa przewlekły stres i doświadcza go zarówno mikroprzedsiębiorca jak i biały kołnierzyk. A takie stałe napięcie wywołuje: nadciśnienie, cukrzycę, wyrzuty koryzolu (zespół Cushinga), bóle kręgosłupa i cały zestaw chorób, które nas dotykają. Emerytowi będzie to oszczędzone.

Natomiast istnieje różnica pomiędzy „brakiem choroby”, a „zdrowiem”. Tutaj warto popatrzeć nieco inaczej. Pójść na badania, postawić na profilaktykę i dużo ruchu. Absolutnie nie zamykać się w czterech ścianach.

Znaleźć sobie zajawkę, która nie pozwala zgłupieć. Wreszcie ostatni punkt. Pracuję z wieloma ludźmi, którzy skorzystali z wcześniejszej emerytury (była mundurówka, górnicy). Praktycznie wszyscy poszli do drugiej pracy. Poza finansami (brak stabilnej sytuacji) przyczynę widzę w braku zajawki. Oni po prostu nie wyobrażali sobie bezczynności. W mojej ocenie emerytura wcale nie musi do niej prowadzić, nie trzeba siedzieć w fotelu, albo patrzeć w gwiazdy. Postawmy na zajawkę. Czym ona jest?

Otóż zajawka to działalność nie nastawiona na zysk (a często wręcz kosztowna), dająca nam satysfakcję i poczucie spełnienia. Najprostsza rzecz – hobby. Od wędkowania, przez sport, aż do ogrodnictwa. Każdy z nas lubi inne przyjemności. Znam człowieka, który dostał rentę z powodu ciężkiej niewydolności serca i otyłości. Kiedy lekarz zagroził mu powolną i bolesną drogą do śmierci, wsiadł na rower. Teraz waży w normie i jeździ na rowerze po 50 km dziennie. Poza tym – wolontariat. Jeden gotuje w kuchni dla bezdomnych, inny opiekuje się psami, albo pomaga w domu opieki. Dla każdego coś się znajdzie, byle z rozsądkiem.

Zastanowienie się nad tymi trzema pomysłami pozwoli nam zreorganizować życie, nadać mu sens bez pracy. Na koniec gorąco polecam „Pieniądze albo życie” jeśli jeszcze tego nie czytaliście.

Idzie wiosna, przygotuj … drewno na zimę. O sztuce zapobiegliwości.

Wielu ludzi działa tak – we wrześniu przypominają sobie, że idzie zima, więc trzeba kupić drewno. Idą do składu, zaopatrują się w wysuszone. Obecna cena – nawet 700 zł/m2. To nie ma sensu.

Starzy wyjadacze i oszczędni robią inaczej. Stosują jedną z 4 metod.

Metoda 1. Najtańsza. Nie zawsze możliwa. Ścięcie własnych drzew zimą, porąbanie na ćwiartki i ich suszenie w stosach i wykorzystanie po dwóch sezonach (drzewo ścięte w styczniu 2026 r. wykorzystujemy w sezonie grzewczym 2027-2028). Koszt? Tyle co eksploatacja piły i przyczepy. Ok. 50 zł/m3.

Metoda 2. Tania. Kupujemy drewno w Lasach Państwowych, ścinamy i przewozimy na działkę. Tam tniemy, rąbiemy na ćwiartki i ponownie suszymy przez dwa sezony. Koszt? Do poz. 1 dodajemy 150 zł. Ok. 200 zł/m3.

Metoda 3. Klasyczna. Dalej LP, ale kupujemy drewno w wałkach. Tylko przewieźć, pociąć i porąbać. Suszyć jw. Tym razem cena będzie wyższa – ok. 300 zł/m3.

Metoda 4. Na lenia. Kupujemy w składzie mokre i porąbane drewno. Zostaje nam tylko suszenie. Cena 500 zł/m3.

Jak widzicie, zapominalstwo i wygoda kosztuje całkiem sporo. Wyobraźcie sobie sytuację, gdy potrzebujemy 10 m3. Różnica pomiędzy suchym drewnem we wrześniu a najtańszym kupionym(samowyrób) wyniesie 6000 zł. No i w składzie nadal nie mamy pewności, czy nie wcisnęli nam niedosuszonego szajsu. Kilku moich znajomych nacięło się w takiej sytuacji – teraz wolą brykiet po 1300 zł/tonę. No, ale samowyrób drewna z LP, jego suszenie na działce nadal wyjdzie sporo taniej. Spóźnialscy i lenie zapłacą frycowe.

Król na zasiłkach. Model oszczędnego milionera.

Pewnego razu napisałem wprost – zasiłki są lepsze od pracy. Czy ja również mógłbym (z żoną) tak żyć? Spróbujmy policzyć. Nie chodzi rzecz jasna o zrównoważenie moich dochodów z pracy – to niemożliwe, ale o pewien łatwy model życia przez pewien czas. Popatrzcie. Zaczynamy kombinację.

Starszy syn poszedł z domu – jest studentem. Na potrzeby tego wyliczenia – dostanie 1500 zł stypendium socjalnego. Ponieważ będzie miał swoje mieszkanie – da się radę utrzymać za taką kwotę. My jeszcze dostaniemy świadczenie rodzinne (sto kilkadziesiąt złotych) i damy mu je do ręki.

Młodszy – całkiem na swoim.

Najmłodszy – uczeń. Na niego dostaniemy 800+, również rodzinne 124 zł. Suma 924 zł.

Moje dochody. Renta, którą pewnie bym dostał, jako przynajmniej częściowo niezdolny do pracy – 4300 zł netto.

Dochody żona. Jej renta się nie kalkuluje. Bierze najpierw zasiłek chorobowy (ok. 4000 zł), potem rehabilitacyjny (średnio 3000 zł), potem wraca do pracy na pewien czas (12 miesięcy), żeby powtórzyć cały cykl trwający 2,5 roku. Potem ma zasiłek dla bezrobotnych (1300 zł), opiekę nad chorym ojcem itp. Tak da się dotrwać do emerytury.

Nawet bez innych zasiłków i dodatków, mielibyśmy jakieś 8000 zł (średnio) ze świadczeń państwowych. Na życie spokojnie wystarczy. Oczywiście to w dużej części zasługa naszej wcześniejszej pracy (w rencie mogę wybrać sobie 10 najkorzystniejszych lat do podstawy, więc miałbym ją wysoką), ale także lawirowanie, kombinowanie, rzeźbienie. Wielu zdecyduje się dopiero w ostateczności.

Ogrzewanie starego domu na wsi. Zamieniam kominek na… kominek.

W poprzednim wpisie opisałem różnice w użytkowaniu klimatyzacji i kominka w starym domu. Ponieważ planuję bywać na miejscu znacznie dłużej niż kwiecień-październik, czas na udoskonalenia systemu, który w warunkach -5-20 st. C kompletnie się nie sprawdzi. Stary kominek miał małą moc – oddawał 4 KWh, no może 5 KWh jeżeli wezmę pod uwagi zyski z komina. Ale przy sprawności 60% wymagał dostarczenia 6-7 KWh energii z drewna (1.5 kg na godzinę).

Zmiana miała polegać zastąpienia kominka, kominkiem. Tylko tym razem z płaszczem wodnym (de facto glikolem, żeby nie zamarzał) i podłączeniem do grzejników. Trzeba będzie stworzyć instalacje c.o. Przy obecnych stratach ciepła plus planowanych niższych temperaturach, nominalna moc urządzenia – 20 KW. Gdybym kiedyś ocieplił dom, lub planował wykorzystywać go w 100%, po prostu zapalę rzadziej. Oto cała filozofia.

Zacznijmy od kosztów. Te okazały się niemałe – mam już wstępny kosztorys – 30 tys. zł plus obudowa kominka i materiał na instalację (bufor już mam) po mojej stronie. Cóż było robić, przyjąłem. Ponieważ zyskam tym sposobem niewyobrażalny komfort. Na wiosnę (kwiecień-maj) będę tylko przepalał zamiast palić ciągle, mogę też praktycznie (utrzymując 17 st.C) wyłączyć 3 sypialnie na piętrze, i spać na dole, w niewielkim pokoju. Wtedy ogrzeję tylko 80 m2. Podobnie do 1 listopada. Późną jesienią i zimą (od 1 listopada do 20 marca) palenie musi być już regularne.

Zyskiem z całej inwestycji będzie obniżenie kosztów. Ogrzanie tak wielkiego domu gazem (jest przyłącze, można było podpinać), wydawało się bezsensowne, ponieważ ogromne straty ciepła wydrenowałyby kieszeń (12.000 zł – dzisiaj). Tymczasem drewno (30.000 KWh=108 000 Kj=10m3=2400 zł przy samo-wyrobie) okazałoby się znacznie tańsze. Machnąłem zatem ręką na konieczność palenia. Trudno. Stąd kominek.

Czy miałem jakieś alternatywy? Raczej nie. Gaz już omówiłem. Węgiel oznaczałby kary (ETS2) i nie miałem miejsca na kotłownię. Pompa ciepła – niepewna w przypadku braku energii i nieekonomiczna (porównaj doświadczenia kuzynki i moje). Stąd drewno. Akurat w postaci kominka. W pewnym wieku alternatywą okazałby się piec na pellet albo zgazowujący. Ale i on wymagał wydzielenia miejsca na kotłownię. No i te koszty.

Ogrzewanie wakacyjnego domku klimatyzacją czy kominkiem?

Dzisiaj poruszam temat, o którym wielu moich rówieśników zaczyna myśleć. Kupują domek wakacyjny (albo adaptują chatę po dziadkach) z zamiarem spędzenia tam więcej czasu w lecie. A w zasadzie od kwietnia/maja do września/października. I wtedy pojawia się problem – ogrzewania.

Wiadomo, dom po zimie jest wychłodzony (znacznie bardziej w przypadku murowanego, jak mój). W starym, nieocieplonym, także jesień wymaga podnoszenia temperatury. Tutaj lepiej wypada cegła, która, w przeciwieństwie do drewna akumuluje ciepło. Dlatego, o ile nie dopuścimy do wychłodzenia, możemy mieszkać dłużej.

Zmieniające się warunki (ceny prądu), wyrzuciły w zasadzie poza nawias tzw. farelki, kominki elektryczne i grzejniki olejowe. Na placu boju pozostały kominki (kozy) na drewno oraz klimatyzatory/rewersyjne pompy ciepła. I nad nimi pochylimy się dzisiaj. Opiszę pewne doświadczenia.

Mój wiejski dom, stary dworek, został po wojnie podzielony na dwa niezależne lokale. Jeden, należący do moich kuzynek liczy: 2 pokoje, łazienkę, kuchnię, werandę i nieogrzewaną wieżę (tak, kiedyś był to dworek myśliwski i 10m wysoka wieża na wzgórzu zastępowała ambonę, dzisiaj przerosły ją drzewa) o powierzchni ogrzewanej ok. 80m2. Moja część wygląda nieco inaczej: 5 pokoi, kuchnia, 2 przedpokoje, 2 łazienki, mała weranda i sień, do tego na dwóch poziomach. Po prostu 30 lat temu nadbudowano poddasze i teraz mam po podłodze (bez werandy) ok. 150 m2. Grzeję jednak tylko salon, łazienkę, przedpokój i 2 sypialnie (jedna przylega do salonu, druga leży nad nim), w sumie też ok. 80 m2.

Moja kuzynka spędza tam z mężem i psem czas od lipca do połowy października, a wcześniej i później przyjeżdża bez nocowania. No i ma klimatyzację. Zużycie prądu ok. 2500 KWh, głównie aby nagrzać dom wiosną i utrzymać temperaturę we wrześniu/październiku. Przy obecnych cenach (ok. 1,2 zł/KWh x 2500 = 3000 zł).

Ja z kolei zostawiłem kominek na drewno. 4 KWh – stara generacja. Nie ma porównania do wydajności dzisiejszych modeli. Krótko mówiąc spalają znacznie więcej paliwa, czyli ich sprawność wynosi może 60%. Dokonując obliczeń zużycia drewna mogę powiedzieć, że 3 dość chłodne dni (nad ranem +3-5 st. C) wymagały palenia po 14 h na dobę i spalenia ok. 60 kg drewna. Ile to jest? 0,045 m3. Przeliczając to na miesiąc mamy ca. 1800 kg i 1,35 m3. Na dwa miesiące grzania – 2,7 m3. Ponownie przeliczam.

2.7 m3 x 0 zł =0 zł. To opcja z własnym drewnem.

2.7 m3 x 500 zł=1350 PLN. To opcja z drewnem kupionym w składzie.

2.7 m3 x 200 zł =540 PLN. To opcja z drewnem kupionym od Lasów Państwowych do samodzielnego przygotowania.

Drewno miałem swoje. Teraz plan na wiosnę to dołożenie nagrzewnicy w typie weba sto.

Tu słowo komentarza. Teoretyczny COP klimatyzatora wynosił ok. 3,5, a sprawność kominka 60%. Dlaczego więc klimatyzator zużył 2500 KWh, a kominek potrzebował 8000 KWh? Jak to mówią „Powinno wyjść inaczej”. Przyczyn było kilka. Pierwsza – klimatyzator używano także do usunięcia wilgoci. Druga – COP teoretyczny ma się nijak do rzeczywistego. W temperaturach bliskich zera, spada.

Niezależnie jednak od przyczyn, klimatyzator okazał się sporo droższy w eksploatacji. Miał jednak pewne zalety. Zwłaszcza w tej sytuacji. Moja kuzynka-emerytka, średnio nadaje się do noszenia drewna, dorzucania. Jej mąż z kolei sporo pracuje. Są dni, że wyjeżdża przed 8, a wraca o 18. I tu klima daje doskonałe rezultaty. Nie wymaga żadnej obsługi poza naciśnięciem guziczka. Dzięki synowi kuzynki, oraz światłowodowi, da się całą maszynerię włączać zdalnie. Pracuje też w nocy.

Kominek nie daje takiej szansy. Trzeba rozpalać, dokładać, przynieść drewno, wynieść popiół. Stąd musi mieć większą moc, zwłaszcza w okresie zimy. Teraz mały problem, ale komu się chce wychodzić w listopadzie czy lutym? Albo gdy mamy 75 lat. Efekt zmian temperatury także niezbyt ciekawy. Kiedy szedłem spać na piętro o 21, dołożyłem po raz ostatni (tak na godzinę palenia). Zszedłem na dół o 6.30 (po 9.5 godziny) i temperatura spadła o 1 st. C. W mojej sypialni o 2 st. C (nieocieplone poddasze, ciepłe powietrze dociera tam grawitacyjnie, przez rurę wyprowadzoną obudową nad strop). Pomimo 5 st. C na zewnątrz, w sypialni nadal było ciepło 22 st. C. Ale przed zaśnięciem 24 st. C. Ta niedogodność, znana wszystkim użytkownikom pieca/kominka/kotła na paliwo, uaktywnia się zwłaszcza w przypadku dłuższych nieobecności (gdy wyjechałem w poniedziałek o 16, a wróciłem w czwartek o 18, spadek wyniósł 4,5 st. z 21 do 16,5). Kto pracuje 8h i musi dojechać powinien przygotować sobie ciepłą bluzę i futrzane kapcie. Dla niektórych tę wadę równoważy zaleta powrotu do dzieciństwa, ogień po prostu jest przyjemny.

Na koniec wróćmy do kosztów. Dla większości z nas, przy weekendowym używaniu te 3000 zł różnicy (albo tylko 1700 zł) nie zrobi żadnej różnicy, bo mówimy o okresie kwiecień-październik. Wygoda zwycięży. W obliczeniach pominęliśmy jeden aspekt – koszty inwestycji. Otóż, większość gotowych domów ma już albo kominek albo piec. W obu przypadkach nie trzeba nic inwestować. Kupując klimatyzator i dwa odbiorniki trzeba się liczyć z wydatkiem 8-12 tys. zł. A z tym już może być gorzej. Dochodzi jeszcze nieprzewidywalność cen prądu. Dlatego kupując stary, a jeszcze niezły dom, użytkując go weekendowo, kominek zostaje. O moich planach – w kolejnym wpisie.

Co posadzę na podwyższonych grządkach?

Idzie wiosna. Podwyższone grządki czekają na wypełnienie materiałem (zrębki drewna, obornik i ziemia kompostowa) i obsadzenie. Co planuję?

Grządek powstało 7. Każdemu, kto liznął matmy w szkole podstawowej łatwo policzyć:

1.2 m x 0,8 m x 7szt. = 6,72 m2.

Musicie jednak wiedzieć, że w przypadku grządek podwyższanych powierzchnię liczy się zupełnie inaczej, ponieważ da się wykorzystać miejsce nawet 3-4 krotnie. Popatrzcie.

W połowie marca (czyli zaraz) siejemy nowalijki na zbiór w maju (sałata, rzodkiewka). Do skrzyni łatwo przymocować folię, a nawet przykryć starym oknem (i mamy bieda-inspekt).

W maju, wskakują warzywa ciepłolubne: ogórki, papryka, bakłażany i też idą pod folię. Siedzą tam do końca lipca/początku sierpnia.

W sierpniu zastępuje je fasolka szparagowa na wrześniowy zbiór (znowu – folia znacznie go przyspieszy).

Na koniec (wrzesień i krótki dzień) ponownie siejemy te rośliny, które go lubią.

`Do tego, żeby lepiej wykorzystać przestrzeń (i ponieważ można), rośliny sadzimy gęściej niż na zwykłej grządce. I teraz patrzcie na wyniki. Jeden z ogrodniczych polskich youtuberów podał je w filmie. 750 kg z 42m2. Tutaj mamy ok. 7 m2. Przeliczając – ponad 100 kg. Nieźle. Porównując z plonami z gruntu, musiałbym mieć ok. 60-70 m2 prawdziwej grządki.

Czy Dacia Duster za 72 k jest lepszym wyborem niż Skoda Kamiq za 80k?

Dacia Duster czyli jeden z najczęściej wybieranych przez osoby fizyczne w Polsce modeli samochodów, staje w szranki ze Skodą Kamiq, prawie tak samo lubianym i praktycznym. Obu autom nie można odmówić charakteru niemałego SUV-a, dość uniwersalnego. Ale są i minusy – wyposażenie najtańszych wersji. A szczegóły?

Silniki. W podstawowym Kamiq-u mamy 1.0TSI o mocy 95 KM. Idealny do miasta, w trasie trochę słaby. Można dopłacić 5k do 20KM, co ma sens, tylko różnica w cenie zwiększy się już do 13k.

W Dusterze tzw. rajski wybór – 1.0 TCE z gazem LPG. 100 KM również nie pozwala na szaleństwo. Hybryda – zupełnie inna cena.

Przestronność i komfort. Wygrywa Kamiq. Sporo miejsca na tylnym siedzeniu, przednie fotele wygodniejsze. Duster ma nieco większy bagażnik (ponad 450 l wobec 400).

Zawieszenie. Kamiq’a zestrojono uniwersalnie. Na autostradę i na bezdroża. Duster w trasie prowadzi się zauważalnie gorzej (i ma słabsze hamulce).

Wyposażenie. Oba auta słabo wyposażono. Słabo, czyli tylko w najpotrzebniejsze rzeczy. Nie ma lamp LED matrix, podgrzewanych foteli itp. Trochę lepiej jest w Skodzie (bo droższa), ale nadal za wiele niby oczywistych rzeczy (asystentów, regulację lędźwiową foteli) musimy dopłacać.

Własności terenowe. Żadne z nich terenówki, ale Duster 4×2 radzi sobie lepiej. Jego pierwszy bieg jest krótki, co ma symulować reduktor (da się pełzać). Do tego większy prześwit. Duster 4×4 to inna bajka, ale też znacznie droższa (ponad 100k), a Kamiq czterech napędów po prostu nie ma.

Ekonomia. W tej kategorii Duster bije Kamiq’a na głowę. Dla kogo cena czyni cuda, pójdzie do salonu Dacii bez zastanowienia. Taniej w zakupie (sporo, bo 8k) i eksploatacji paliwo na 100 km – 20 zł kontra 36 zł. Przy typowych przebiegach 10-20 tys. km/rok, robi się już 1600/3200 zł/rok.

Co wybrać? Jeśli jeździmy głównie po mieście, albo w trasy z pasażerami – Kamiq’a. Gdy mieszkamy na wsi, przy gorszej drodze, a do tego mamy ograniczone fundusze – lepszy okaże się Duster. Jest tańszy w zakupie i eksploatacji, a terenowo – dzielniejszy.

Zrób to sam i zaoszczędź. Ile kosztowały mnie grządki podwyższane.

Nick, który sam sobie nadałem, zobowiązuje. Oszczędny milioner nie wyrzuca pieniędzy, ale stara się zaoszczędzić. No, a jeśli do tego ma usposobienie lenia, trzeba te dwie cechy jakoś wyważyć. Oto przykład – grządki podwyższane.

Myślałem o nich przez kilka lat. Skrzynie wypełnione ziemią. Mniej chwastów, łatwiejsze podlewanie, no i nie trzeba plewić na kolanach. Super pomysł. Tylko te koszty.

Skrzynia drewniana o typowym wymiarze 120 x 80 cm x 40 cm kosztuje ok. 220 zł. Potrzebowałem 5 może 10. Betonu ani blachy nie chciałem. Pierwsze jest ciężkie i niepraktyczne, drugie z kolei albo drogie albo za delikatne.

Ponieważ nie zamierzałem wydawać 1100 zł/2200 zł za parę desek, zacząłem kombinować. Ze zbiorów mojego taty znalazłem kilkanaście desek – każda w innym rozmiarze. Dużo roboty. No i mogą się jeszcze przydać – część to pomosty do rusztowań, ale mam i szalunki, blaty itp. `Szkoda zniszczyć. No i ta robota.

W internecie znalazłem nadstawki paletowe. Znowu 75 zł/szt na Allegro, albo 100 zł w markecie (skrzynka ma 2, więc 150-200 zł/szt.). Co robić? Poszukałem olx-a. Tam, w odległości 15 km znalazłem firmę, która zamiast wyrzucać, sprzedaje raz użyte nadstawki (jak nowe) w cenie 25 zł/szt. Finału możecie się domyślać.

Za 15 szt nadstawek (więcej chwilowo nie mieli) zapłaciłem 375 zł, zyskując tanim kosztem 7 skrzyń (i została mi jeszcze jedna mniejsza 20 cm). Co to oznacza? Ano, że po zaimpregnowaniu i pomalowaniu (75 zł i jeden dzień niezbyt szybkiej roboty), mam 7 skrzyń w cenie … 450 zł. Gdybym kupował gotowe: 1480 zł. Gdybym składał z marketowych zakupów: 1575 zł. Prostym sposobem zaoszczędziłem 1000 zł. Roboty ze składaniem nadstawek w skrzynię nie ma wiele, trzeba po prostu ustawić je na sobie, wpiąć zamki (po pomalowaniu). Ideał dla lenia. Najwięcej czasu zajęło malowanie, ale w markecie też sprzedają surowe drewno, do tego gorszej jakości (moja deska ma 18 mm)

Ale opowieść o skrzyniach ma jeszcze jedną pointę. Otóż tak właśnie działa połączenie DIY i recyklingu. Ktoś się pozbył, ja wykorzystałem. Obaj zyskaliśmy, bo gdyby ten interes nie doszedł do skutku, właściciel fabryki miałby problem z zapłaceniem za odpady, a ja zapłaciłabym 3-krotną stawkę. Do tego uniknęliśmy wycinania kolejnych drzew na deski. Idealnie.