Kłamstwo produktu pod nazwą „tradwife”.

Na wstępie zaznaczam – odróżniam faktycznie życie zgodne z tradycyjnymi rolami płci od produktu internetowego nazwanego „tradwife”.

Tradycyjne życie, znane mi z kręgu znajomych oznacza: mężczyznę zarabiającego pracą fizyczną/biurową w klasie średniej oraz żonę zajmującą się dziećmi w domu, nie podejmującą aktywności zawodowej.

Produkt istotnie się różni, prezentując kłamstwo. Oficjalnie chodzi o pokazanie życia amerykańskiego przedmieścia 70 lat później. Nieoficjalnie – o zasięgi oraz promowanie kobiecej uległości. Nieprawda ogniskuje się w kilku płaszczyznach, które czas zdemaskować.

Kłamstwo 1. Model tradycyjny to klasa średnia – produkt tradwife klasa wyższa. Nie wdając się w socjologiczne przepychanki. Amerykańskie przedmieście lat 50-tych XXw. dawało szansę utrzymania się z jednej pensji klasie średniej, czyli od wykwalifikowanego robotnika do specjalisty w korpo. Dzisiejsze instagramowe tradwife to żony polityków, przedsiębiorców z większymi firmami, dziedziców, lekarzy. Krótko mówiąc – klasa wyższa.

Kłamstwo 2. Tradycja to życie proste – produkt tradwife – wymuszona konsumpcja. Wiadomo, żeby utrzymać się z jednej pensji (odpowiednik dzisiejszej 10k netto), trzeba kombinować. Tu coś kupić taniej, tam z czegoś zrezygnować, zrobić samemu. I dzisiaj, za 10k przeżyjemy, chociaż oszczędnie. Ale produkt tradwife wygląda inaczej. Sukienki po 500 zł (z blogiem połączony sklep), ubranka dzieci, designerskie meble kuchenne, drogie sprzęty. Trzeba konsumować, nawet więcej niż dwie pracujące osoby.

Kłamstwo 3. Tradycja=domowa praca kobiet, tradwife = freelance twórczyni. W normalnym tradycyjnym modelu przedmieścia, kobieta sprzątała, gotowała, zajmowała się dziećmi. Nie zaprzątała sobie głowy osiąganiem dochodu. Tradwives żyją inaczej. One 4-5 godzin dziennie produkują kontent, kręcą filmy, rolki, produkują, piszą scenariusze, dopinają kontrakty na sprzedaż produktów. Normalne życie przedsiębiorcy, a nie żadna tradycyjna żona.

Kłamstwo 4. Idealizacja życia, które idealne nie było. Wystarczy poczytać powieści lub opowiadania amerykańskich twórców lat 50-tych XX w. Przemoc, nuda, alkoholizm, przebijają się z każdej strony. Życie mieszkanki przedmieść polegało na ogarnianiu domu, dzieci, męża. Dzisiaj żyje się inaczej – spotkania z przyjaciółkami, knajpki, a dziećmi, sprzątaniem a nawet gotowaniem zajmują się wynajęci pracownicy.

Kłamstwo 5. Promowanie uległości i zależności kobiet, a nie ich wolności. W rolkach życie tradwife przedstawiano jako synonim wolności: nie masz szefa, nie masz pracy od-do, nie potrzebujesz martwić się zarabianiem. Tylko w takim układzie da się żyć parze z jakimś majątkiem, dorobkiem wspólnym, a nie dwudziestolatce. Wciskanie w sztywny model młodych dziewczyn w rzeczywistości niesie uległość i zależność. Szefa można zmienić, „męża-dostarczyciela gotówki” znacznie trudniej, nawet jeśli będzie nieudany. Oczywiście instagramerkc, tiktokerki żyją inaczej, one przez swoje marki, zależne nie są. Ale o tym się milczy.

Kłamstwo ostateczne. Życia jak Instagrama nie da się prowadzić „za jeden średni dochód” a tak brzmiało główne założenie przedmiejskich gospodyń. W rzeczywistości osoby prowadzące te profile zarabiają nierzadko po kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie. Dodając dochody męża, żyją za 8-10 przeciętnych pensji. Nie znaczy to rzecz jasna, że nie da się żyć jak na przedmieściach, ale to temat na inny wpis.

Auta premium w Polsce. Jak konsumuje Polak i firmy.

W czerwcowej dyskusji z Bartkiem, przedstawiłem nieco danych z tego artykułu: https://www.autobaza.pl/page/news/samochody-klasy-premium-coraz-popularniejsze/. Teraz poddam je interpretacji.

Otóż w Polsce 135k sztuk aut pochodzi z klasy premium. 23% sprzedaży ogółem. Jednak wśród osób fizycznych (w tym dg) – tylko 12% (i 20 tys. sztuk).

O ile trzy niemieckie marki (BMW, Audi, Mercedes) zdominowały rynek premium ogółem (pożerają ok. 2/3 tortu), o tyle w segmencie prywatnym lideruje Volvo z Lexusem (pełne dane za połowę 2025 r. tutaj: https://www.facebook.com/AutoCentrumPL/posts/instytut-badań-rynku-motoryzacyjnego-samar-podsumował-pierwsze-półrocze-2025-rok/1179896240844816/, spychając „Niemców” na dalsze pozycje. Spośród 93 tysięcy rejestracji Volvo zaliczyło ok. 2600, Lexus 2500, Audi 2200, Mercedes 1900, a BMW 1800. Tylko ta 5-tka zmieściła się w Top 25 klientów indywidualnych.

Cały prywatny rynek premium to praktycznie 10 marek, z których trzy mniej istotne uznałbym za wątpliwe (Alfa Romeo, DS, Land Rover), ponieważ produkują także samochody nieprestiżowe. Poza tym nie uważam za premium każdego wozu najwyższej submarki popularnego koncernu, a AutoBaza dane podaje niekonsekwentnie (skoro jest DS od Citroena, dlaczego nie pokazują Cupry od Seata?). Ograniczam się jednak do „BigFive” czyli podanych wyżej firm (3 niemieckie, jedna szwedzka, jedna japońska), ponieważ nie mam danych Mini czy Porsche dla klientów indywidualnych, a pięć marek = 90% rynku premium (licząc już i firmy). Wracam zatem do analiz.

W segmencie prywatnym, premium miało 12% udziału. Niby wygląda dobrze, ale w firmowym 50%, a ogółem 23%. Dlaczego taki wynik? Polacy są biedniejsi niż firmy, a prywatne pieniądze wydają z rozwagą. Jeżeli weźmiemy pod uwagę, że 1.5 mln najlepiej zarabiających kupuje rocznie 20 tys. aut premium, mamy już pogląd na sprawę. Luksus w Polsce ma ograniczony zasięg. Nawet w wyższej klasie średniej.

Rozglądam się po menedżerach w mojej firmie, których auta widzę na parkingu. Najwyższy szczebel – zarząd jeździ służbowymi. Średni (dyrektorzy) liczący 30 osób ma cztery prywatne auta premium – Mercedesa E-klasę, BMW 1, Audi A6 i A3. Moich dwóch szefów: salonowa Toyota C-HR i nastoletni Opel Insignia. Najniższy (kierownicy) – same marki popularne, chociaż zdarzają się perełki jak Ford Mustang. Z pracowników, świetny specjalista ma Mercedesa GLC.

Jak to się ma do zarobków? Generalnie, przy średniej kierowników u mnie w firmie na poziomie 150k rocznie (brutto), nic dziwnego. Skoro amerykańska reguła mówi: kupuj samochód za max. 3-miesięczne zarobki (niech będzie nawet brutto), za 45k nie trafimy nic wielkiego. Dlatego na parkingu stoją: VW Tiguan I, Skoda Octavia, Suzuki SX4, a spora grupa przyjeżdża autobusem (zwłaszcza młodzi z pensją: minimalna +10-20%). Moja elektryczna Kona, podobnie jak Toyota RAV4 kolegi daje obraz pewnej ekstrawagancji, zwłaszcza jeżeli ktoś nie wie, że intensywnie dorabiamy. Istnieje też spora grupa fajnych aut posiadanych przez osoby, które zarabiają mało, ale ich małżonkowie dużo lepiej.

Na ulicy mam pełny przekrój aut. Para lekarzy lubi wypas (Porsche 911, Toyota Land Cruiser), podobnie jak dentysta (XC60). Poza nimi jest jeszcze salonowy Superb właścicielki prywatnego żłobka i Lexus NX szefa w firmie produkcyjnej. Na drugim biegunie radca prawny z Fiatem Tipo i dwóch inżynierów z Hyundaiami I20. Do tego kilka osób bezsamochodowych albo ze służbówką.

Nadal jednak omawiałem spore miasto. Na wsi, na której mam dom, królują: Opel Astra II, Audi A3 i A4, wszelkie Volkswageny. Generalnie poza kierownikami w zakładzie produkcyjnym, dużymi rolnikami, właścicielami firm – 15-20-letnie wozy produkcji niemieckiej i francuskiej.

Skąd więc bierze się obraz „konsumpcji nad miarę” i „Polski premium”? Te 20k rocznie sprzedaży buduje obraz dużych miast. Obaj z Bartkiem w nich mieszkamy, obaj widzimy codziennie na ulicy sznur nowych SUV-ów i limuzyn z „wielkiej piątki”: Lexus, Volvo, BMW, Audi, Mercedes. Premium jeżdżą nasi kontrahenci, przyjaciele, znajomi. Żyjemy w bańce i dopóki nie siądziemy do analiz, tkwimy w tej bańce. Gdy wyjdziemy się rozejrzeć, dostrzeżemy budowlańca z dochodem 0,5-1 mln rocznie, dojeżdżającego na budowę VW T4 (następca w Europie od 2004 r.), członka zarządu niewielkiej firmy handlowej w Fordzie Turneo rocznik 2008 itd., czy handlowca w polskim korpo (deweloperka i handel materiałami budowlanymi) – inżyniera, wysiadającego ze służbowej Toyoty Proace, którą określa po prostu „białą Toyotą”, bo nawet nie zna nazwy modelu. A za nimi chłopaków od tego budowlańca, z pensją oficjalną – minimalna, a drugie tyle pod stołem, z Audi A3 rocznik 2001, Fordem Focusem II, czy Toyotą Corollą IX (wszystkie powyżej 20 lat).

Emerytura Prezesa ZUS i Oszczędnego Milionera. Porównanie.

Tak się składa, że z obecnym Prezesem ZUS urodziliśmy się dokładnie w tym samym roku. Nasze emerytury wskazują zatem na przyszłe świadczenia osób, które przez pewną część życia zawodowego zarabiały powyżej średniej (jak wskazał Liwiusz Laska, w jego przypadku „wielokrotnie więcej”). A wyniki:

Emerytura Prezesa ZUS. Nie trzymam Was dłużej w napięciu – planowana niecałe 4200 zł brutto. Cały wywiad, pod tym linkiem: https://biznes.interia.pl/gospodarka/news-liwiusz-laska-kazdy-powinien-marzyc-o-tym-zeby-moc-wplacic-p,nId,23540971#google_vignette. Jak to się stało, że człowiek, który dzisiaj zarabia w okolicach 36k/m-c, był członkiem Państwowej Komisji Wyborczej, a wcześniej prowadził sporą kancelarię adwokacką, dostanie 4200 zł/m-c, po 41 latach pracy? Wyjaśnię we wnioskach.

Do tego dochodzi pewna niedoskonałość systemu (albo celowe skalibrowanie go). Otóż, jeżeli Kowalski w warszawskim korpo zarabia 15k/m-c brutto, odprowadza ca.3k składek emerytalnych (20%). Prezes ZUS z pensją 36k/m-c brutto – niecałe 20% (na poziomie 282.600 zł czyli po ok. 8 miesiącach) następuje odcięcie. W efekcie Ty i ja płacimy 9.76% (drugie pół pracodawca), Liwiusz Laska 6,37% (drugie pół ZUS), a „bardzo drobny przedsiębiorca” – 19,76%.

Emerytura Oszczędnego Milionera. Całe życie na etacie. Rok więcej płacenia składek. 11 dobrych lat i 16 nieco chudszych pod względem składek. ZUS wyliczył mi w prognozie 5600 zł.

Dlaczego nasze emerytury tak się różnią?

Powód 1. Ponieważ Prezes ZUS prowadził dg i przez 18 lat odprowadzał składki minimalne (od 60% przeciętnego wynagrodzenia). Ja cały czas pracowałem na etacie, oskładkowując się na takim poziomie tylko przez 5 lat. Nie pomogły mu świetne lata na grubych posadach, bo było ich zwyczajnie mało (kilka). W moim przypadku – 11.

Powód 2. ZUS przyjmuje, że nasze przyszłe składki (a mamy przed sobą jeszcze potencjalnie 15 lat pracy), będą uśrednieniem z historii ubezpieczeniowej. Tym sposobem moją prognozowaną emeryturę ZUS zawyża (albowiem nie będę zarabiał sporo), a Liwiusza Laski – zaniża (przed nim wiele lat dobrej pensji).

W czym jesteśmy podobni? Obaj oszczędzamy na IKZE i w PPK. Robi tak większość przedsiębiorców i ludzi z wysokimi poborami, jeżeli mają świadomość przyszłej klęski systemu publicznego.

W czym się nie zgadzamy?

Punkt 1. Ja prognozuję katastrofę ZUS (wyrównanie większości do najniżej emerytury), a Prezes tej instytucji kreśli świetlane perspektywy, opowiadając o 10% waloryzacjach.

Punkt 2. Liwiusz Laska zataja wzrost prognozowanej długości życia na przestrzeni ostatnich lat i wpływ tej zmiennej na wysokość przyszłej emerytury. Ani słowem nie wspomina o bombie demograficznej. Ja piszę o tym wprost, podając konkretne liczby.

Punkt 3. Prezes ZUS żałuje, że płacił tak niskie składki, ja odwrotnie – że wysokie, wolałbym tę kasę dostać do ręki. Nie wspomina, że jego obecna składka to nieco ponad 6%, bo wchodzi „w próg odcięcia”.

Punkt 4. Liwiusz Laska opowiada o składkach jako „najlepszej inwestycji przynoszącej 10% rocznie”, Oszczędny Milioner podaje Wam konkretne liczby i benchmarki (wartości porównawcze). Sprawdźmy je zatem. Wg Prezesa ZUS (co już jest manipulacją, bo wcześniej wyniki były znacznie gorsze), waloryzacja za ostatnich 10 lat (2016-2025) wyniosła średnio 10% rocznie. Sprawdziłem – skumulowana na kapitale początkowym i zasadniczym – 161%. Ale już na subkoncie (gdzie przeniesiono składki z OFE) – 86%. Ponieważ część naszych środków leży na ZUS (63%) a 37% trafia na subkonto (jeżeli nie należymy do OFE) – średnia ważona wyjdzie 117%. Gdyby wzrost wynosił 10%, powinno być 160%. Zatem nieprawda. Sprawdźmy więc benchmarki:

  1. Samo OFE. 156%.
  2. indeks WIG. 158%.
  3. Cena m2 w Warszawie z zyskami z wynajmu – 167%.

Każda z ww. inwestycji biła na głowę ZUS, a mówimy o jego najlepszych latach. No i OFE, środki na giełdzie i mieszkania w stolicy dziedziczymy (w ZUS tylko subfundusz).