Skoda Kamiq po roku użytkowania.

Dzisiaj kolejny temat samochodowy.  Opiszę wrażenia z całorocznego użytkowania Skody Kamiq – takie krótkie podsumowanie, odnoszące się do najważniejszych doświadczeń z eksploatacji na dystansie 20 tys. km. Jak minął ten rok?Bezawaryjność.

Zacznijmy od najważniejszego. Biorąc pod uwagę wiek auta (1 rok na starcie) i przebieg (21 tys. km na końcu) fakt, że auto nigdy nie odmówiło posłuszeństwa, nie dziwi. Tak właśnie powinno być.

Z drobnych rzeczy, wariuje elektronika. Bez powodu włączały się usterki systemu utrzymania pasa ruchu oraz wzywania pomocy. Razem z zardzewiałą śrubą trzymająca drzwi (litości…. w dwuletnim samochodzie, który pierwszy rok przestał w garażu), zostały zgłoszone przy pierwszym przeglądzie. I co? I nic. Żadnej z tych usterek nie naprawiono (więcej w opisie doświadczeń z serwisem).

Poza tym, auto bezproblemowe. Jak to mówią handlarze: „bez wkładu, nic nie puka, nic nie stuka”.

Przestronność.

Tutaj Kamiq bije rekordy.  Oglądając Mercedesa E-klasse, stwierdziłem porównywalną ilość miejsca za kierowcą, którym byłem ja sam (a jestem wysoki). Nie chciałem wierzyć własnym oczom, więc sięgnąłem do katalogów. I okazało się, że wrażenia mnie nie mylą. Tak jest. Na nogi mam więcej miejsca niż w E-klasie, a dodatkowo siedzi się wygodniej (Mercedes, z nisko umieszczoną i krótką kanapą, wymusza pozycję  kucaną). Z przodu to inna bajka, niemniej jednak w Skodzie znajdzie miejsce i moja żona i ja, a dzieli nas 30 cm.

Podobnie oceniam bagażnik – uczciwe i ustawne 400 litrów, które da się złożyć. Woziłem i krzesła i bagaż 4 osób na wakacje. W porównaniu z poprzednikiem – Hyundaiem i30 jest znacznie lepiej.  Więcej przestrzeni na bagaż i, co ważne, auto nie „siada” po załadowaniu do pełna.

Wrażenia z jazdy.

Coś pomiędzy Hyundaiem, a moim Porsche czyli dla każdego coś miłego. Silnik 1.0 115 KM z turbiną potrafi być bardzo żwawy (wyjątek – w pełni załadowany i prędkość z niemieckiej autostrady), o ile użyjemy sportowego trybu skrzyni (lub manualnego). Na zwykłym ma chwilę zawahania jak zmienić bieg,  na eco zmula przy ruszaniu i w trakcie jazdy.  Ogólnie za silnik i skrzynię duży plus. Turbo robi robotę. Niewiele słabszy (100 KM), ale i lżejszy Hyundai niech się schowa.

Prowadzenie także mega pozytywnie. Da się jechać dynamicznie w ciasnych zakrętach, przy tym komfortowo (znowu to kwestia skali i wielkości auta – E-klasse, bije Skodę na głowę). Dla mnie rozsądny kompromis. Porsche  i Fiat 500 znacznie mniej komfortowe. Hyundai i poprzednie Volvo v70 III, znacznie bardziej „gumowate”.

Z ważnych rzeczy, doceniam prześwit. Mam dom na wsi, i na polnej drodze jadę bez strachu, co w przypadku poprzednich aut nie było oczywistością. Także wysokie krawężniki nie przerażają.

Na wyposażenie nie miałem wpływu, ale okazało się  prawie optymalne. Automat DSG w połączeniu z automatycznym tempomatem daje wytchnienie w trasie. Start-stop, tryb eco i żeglowanie oszczędzają paliwo.  Komfort podwyższają podgrzewane siedzenia (z regulacją lędźwi na obu przednich fotelach) oraz kamera cofania. Sam dobrałbym może szyberdach i skórzane fotele.

Zużycie paliwa.

W tym punkcie, po raz kolejny, jestem pozytywnie zaskoczony, chociaż zużycie paliwa mocno zależy od sposobu eksploatacji, w tym stylu jazdy.

Najpierw rekordy. W ciepły dzień, przy niewielkim ruchu, odcinek Szczawnica-Nowy Sącz pokonałem mając na komputerze pokładowym (myli się o 0,1-0,2 litra) 3.8 l. W mieście na odcinku 7 km, po różnych drogach, od osiedlowych do dwupasmówki udało mi się zejść do 6.0 l/100 km. Na ekspresówce, ze stałą prędkością 100 km/h na tempomacie – 4.9 l/100 km. To około 2 l/100 km mniej niż Hyundai z oszczędnym podobno silnikiem 1.4 i porównywalnie (z wyjątkiem miasta) z Fiatem 500 w dieslu.

Teraz zużycie maksymalne. W trasie, załadowanym samochodem, po ekspresówce, z prędkościami dozwolonymi (nie jeżdżę szybciej) – 6.5 l, na autostradzie zrywami do 140 km/h – 8 l. W mieście, na krótkich odcinkach (1 km) w zimie widzę i 15 l/100 km, a na dłuższych w okolicach 10 l/100 km.

Normalnie, w trasie mieszczę się w 5.0-6.0 l/100 km, w mieście w okolicach 7.5 l/100 km. Uważam to za bardzo dobry wynik. Znowu odwołam się do swoich doświadczeń. Kamiq kontra moje auta:

  • Porsche Boxster 2.5 204 KM  benzyna – miasto 16 l, trasa  10 l,
  • Hyundai i30, 1.4 100 KM benzyna – miasto – 8 l, trasa 7l,
  • Fiat 500, 1.3, 95 KM (po chipie) diesel – miasto 5 l, trasa 4.5 l,
  • Renault Scenic 1.9 120 KM diesel – miasto 7 l, trasa 6 l,
  • Volvo V70 2.4 185 KM diesel – miasto 15 l, trasa 9 l,
  • Fiat Panda 1.1 55 KM gaz – miasto 9 l, trasa 7 l (benzyna odpowiednio 8 i 5,5),
  • Dacia Logan 1.4 75KM i Daewoo Lanos 1.5 100KM oba w gazie – miasto 12 l, trasa 9 l,
  • Audi A4 B7 200 KM quattro benzyna – miasto 15 l, trasa 9 l.

Przy dzisiejszych cenach paliwa, biorąc pod uwagę współczynnik koszty/fun oraz koszty/wygoda – Kamiq poprzedników na głowę.

Pozostałe koszty.

Ubezpieczenie kosztuje 2400 zł w wariancie OC i AC z GAP. Przegląd jest bezpłatny przez 4 lata i do 60 tys. km. Napraw płatnych nie było. Czyli zaleta – przewidywalność.

Utrata wartości.

Tego co się teraz dzieje na rynku aut używanych nie pamiętam od czasów PRL-u. Całkiem stare i prawie nowe samochody drożeją.  To zasługa inflacji i braków na rynku. Porsche Boxstera kupionego w 2015 r. za 27 tys. zł sprzedałbym obecnie za 35 tys. zł (a był wart już niewiele ponad 20 tys. zł). A Kamiq? Tutaj istotną okazuje się moja sytuacja. Jak wiecie, wszedłem w buty poprzedniego leasingobiorcy. Samochód cennikowo, na starcie, kosztował 95 tys. zł. Kwota na fakturze, po rabacie  wyniosła 85 tys. zł rozłożona wg proporcji: rata 570 zł x 48, pierwsza wpłata 24 tys., ostatnia wpłata 34 tys. Ja, gdy przejmowałem leasing, dostałem do spłaty 36 rat (auto było roczne z przebiegiem ok. 1 tys. km) oraz ostatnią wpłatę. W sumie koszt nabycia przeze mnie wyniesie nieco ponad 54.000 zł. W obecnej chwili według portalu Otomoto.pl najtańszy nieuszkodzony samochód w takiej kompletacji (z nieco mniejszym przebiegiem) kosztuje … 80.000 zł. Wariactwo. Wartość ubezpieczeniowa (zawsze zaniżona) to 65 tys. Czyli o utracie wartości mowy być nie może.  Warto jednak podkreślić, że to wynik splotu wyjątkowej sytuacji nabycia i jednocześnie aberracji cenowej.

Obsługa serwisowa.

Jedyna rysa na wizerunku. Znacznie gorzej niż w Hyundaiu. Byłem na pierwszym przeglądzie i… wyszedłem zniesmaczony. Może Skoda traktuje tak posiadaczy programu darmowego serwisu, może trafiłem na zły dzień? Nie wiem. Bo to tylko pierwsze zetknięcie.

Pozytyw był tylko jeden – da się umówić na przegląd prawie z dnia na dzień. Fiat i Hyundai nie dawały takiego komfortu. Potem tylko gorzej. Sama wymiana oleju, sprawdzenie zgłoszonych usterek (trzy – asystent pasa ruchu włącza się bez powodu, gdy stanę przy ścianie, system raportuje usterkę modułu wzywania pomocy, zardzewiała śruba w drzwiach) trwała 2.5 godziny. To o 1.5 godziny więcej niż w Hyundaiu i 0,5 godziny więcej niż deklarowano. Dodatkowo, żadna nie została naprawiona, bo „nie mam elektryka na zmianie”, „śrubkę trzeba zamawiać”.

Czyli de facto, wymiana oleju i dwóch-trzech filtrów, podpięcie do komputera i kontrola wzrokowa, trwały 2.5 godziny.

W sprawie napraw – mieli dzwonić i… telefon milczy. To jakaś kpina, serwis popularnej marki, która sprzedaje w Polsce dziesiątki tysięcy samochodów rocznie, nie ma typowej śrubki?

Podsumowanie.

Ogólnie wrażenia z roku eksploatacji oceniam bardzo pozytywnie. Wygoda i dostosowanie do stylu jazdy na 5, koszty utrzymania na 5, utrata wartości na 6 (bo zyskuję, czego się nie spodziewałem),  tylko serwis zaliczył 3, ale biorąc pod uwagę częstotliwość kontaktu, wystawiam ogólną ocenę 5 i gorąco polecam.

2 przemyślenia nt. „Skoda Kamiq po roku użytkowania.”

  1. Ciekawa sytuacja z serwisem. Przez ponad 12 lat użytkowałem auta Skody zarówno prywatnie jak i służbowo i serwis był jednym z najmocniejszych punktów. Jeżeli chodzi o cenę robocizny (auta prywatne po gwarancji) potrafili być lepsi od niezależnych warsztatów, a rabaty na części dla wieloletnich klientów powodowały, że było tutaj też było bardzo konkurencyjnie. Usterki na gwarancji usuwali zawsze od ręki albo na tyle szybko na ile dało się to wykonać ściągając niezbędne części. Lepiej pod tym względem było chyba tylko we flotowych Japończykach.
    Zupełnie inne mam doświadczenia teraz z jednym z francuskich producentów, gdzie umówienie się na serwis to miesiąc(!) a wszelakie zgłoszenia gwarancyjne są odrzucane od ręki przez Importera. Jedynie rękojmia sprzedawcy względem nabywcy działa….
    Sytuacja na rynku aut nowych i używanych jest tak absurdalna, że to co się dzieje to jakiś kosmos. Faktycznie, można to porównać do zamierzchłych czasów, gdzie auto odebrane z salonu można było od ręki sprzedać dużo drożej zaraz za jego bramą. O wariactwie niech świadczy fakt, że dealer wolał ode mnie odkupić ośmiomiesięczne auto z przebiegiem kilkunastu tysięcy kilometrów za cenę którą zapłaciłem za nowy samochód niż dokonać naprawy gwarancyjnej w zasadzie z tytułu rękojmi za kwotę około 4 tys. zł na co oczywiście się nie zgodziłem bo….nic nowego sensownego bym za to nie kupił (raz, że ceny, które odleciały, dwa dostępność czegokolwiek).
    Kamiq…cóż, nie wątpię, że jest to auto do bólu poprawne jak większość ostatnich projektów Skody i w sumie tyle. Tylko tyle albo aż tyle. Trochę żałuję, że nie pozostałem wierny Skodzie w postaci Octavi lub nawet Scali ale w opcji 1.5 TSI ale cóż, zachciało mi się romansu z Francuzką to teraz mam.

    1. Może po prostu miałem pecha (koniec zmiany, gorszy dzień doradcy, brak zysku dealera, bo wykupiony darmowy pakiet przeglądów), ale w moim przypadku serwis Hyundaia czy Fiata (nie wspominając o Toyocie) działał o niebo lepiej. A francuzy – temat rzeka – miałem jednego, coś się tu może pojawiło na blogu, dramat. Mój brat w drugiej francuskiej firmie przechodził gehennę z powodu awaryjności.
      Dlatego, gdybym miał polecać serwis to albo prawdziwy japoniec, albo koreańczyk, albo marka premium.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *