Mój nowy samochód – Skoda Kamiq. Dlaczego i jak go kupiłem.

Stali czytelnicy tego bloga wiedzą, że od kilku lat jeżdżę Hyundaiem i30, kupionym przeze mnie okazyjnie w salonie, na wyprzedaży rocznika, na wiosnę 2015 r. Z różnych względów przyszedł czas na zmianę.  I o tej zmianie będzie dzisiejszy wpis, jestem bowiem winien Wam wyjaśnienia, od pewnego czasu podgrzewając atmosferę.

Pytanie 1. Dlaczego zdecydowałem się sprzedać Hyundaia?  Odpowiedź w znacznej części już padała na blogu. Po pierwsze, zacząłem dużo jeździć (35-40 tys. km rocznie).  Tym sposobem w 2 lata z 45 tys. km przebiegu zrobiło się 90 tys. km i to pomimo, iż żona dostała Fiata 500, którym w ostatnim roku zrobiliśmy 20 tys. km. Wiem, że w Polsce istnieją dwie psychologiczne granice, dla kupujących samochody używane – 100 i 200 tys. km. Nie chciałem zbyt blisko zbliżać się do pierwszej. Po drugie, to był ostatni moment na uzyskanie godziwej ceny (ok. 30 tys. zł), biorąc pod uwagę argument pierwszy. Nowemu właścicielowi (którego właśnie zaczynam szukać) Hyundai posłuży jeszcze długo. Przez 5 lat miał dwie drobne szkody parkingowe (spotkanie tylnego zderzaka z wysokim krawężnikiem przy cofaniu oraz progu z wystającym z ziemi dużym kamieniem), na gwarancji malowano mu klapę bagażnika, wymieniono zestaw audio i …. to by było na tyle. Po trzecie, dużo jeżdżąc, często z rodziną i po drogach powiatowych, zaczęła wkurzać mnie jego charakterystyka. Nie jest demonem przyspieszeń, a zapakowany staje się wręcz wolny (zwłaszcza w porównaniu z dieslem w Fiacie 500 i moim Porsche). Po części to wynik charakterystyki silnika (do 3 tys. obrotów niewiele się dzieje). To by było na tyle.

Pytanie 2. Co kupić w zamian? Przy moim zakręceniu motoryzacyjnym, to temat na całą epopeję. Kiedy patrzyłem sercem (zwłaszcza w kontekście „po trzecie”) w grę wchodziły: Kia Stinger, Volvo V90, a nawet używane Lexus LS czy Mercedes S-klasse.   W końcu zszedłem na ziemię i postawiłem sobie 5 kryteriów głównych i kilka pobocznych. Oto one.

Główne: niezłe przyspieszenie  (może nie na poziomie Lexusa), niewielkie zużycie paliwa (max. trochę powyżej poziomu Hyundaia – czyli 6 l/100km trasy w góry), sportowa charakterystyka prowadzenia (urzekł mnie nią Fiat), ale niezbyt twardo  – tu  mistrzem był Lexus, a Fiat niestety trzęsie na gorszych drogach, przestronność – bagażnik nie mniejszy niż w Hyundaiu (czyli pow. 370 l) i siadam sam za sobą, dobre warunki zakupu (czyli – nie stracę przy odsprzedaży).

Poboczne: bezpieczeństwo, ciekawy wygląd, wygoda w trasie.

Nie upierałem się na konkretny model, markę, klasę, bo lubię zmieniać auta, a one ciągle mnie zaskakują (np. stan afektu, kiedy mówię o technikaliach Fiata 500, auta uznawanego raczej za damskie).

Pytanie 3. Dlaczego Skoda Kamiq?

I kiedy tak sobie szukałem, okazało się, że jest do wzięcia roczna Skoda Kamiq, z niewielkim przebiegiem (1800 km), silnikiem 1.0 TSI (115 km) oraz bogatym wyposażeniem. Auto zostało wyleasingowane, główny użytkownik zaprzestał jazd, a leasingobiorca (firma w której pracuje mój brat) chciała się pozbyć problemu  (płacenia rat), na zasadzie cesji. Dodatkowo zaoferowano mi szansę na długą jazdę próbną – weekendowy wyjazd do „mojego miasta w górach” oraz zobowiązano się do usunięcia szkody parkingowej (delikatnie przerysowany cały bok). No i … zdecydowałem się. Do rzeczy zatem.

Kryterium oszczędnego gospodarowania paliwem – spełnione. Samochód spalił na trasie w góry i  z powrotem średnio ok. 5.5 l/100 km, przy czym na odcinkach dróg krajowych i powiatowych ok. 4,7 l/100 km oraz 7 l/100 km na autostradzie (jazda zgodna z przepisami – czyli 130 km/h ustawione na tempomacie). Jak to w małym turbo dużo zależy od stylu jazdy, ale mnie wyszło znacznie mniej niż w Hyundaiu (ok. 1 l/100km mniej), i podobnie więcej niż w dieslowskim Fiacie 500.  Po gwarancji da się założyć gaz (w Octavii montowali go fabrycznie do tego silnika). Jak dla mnie  – super.

Kryterium przyspieszenia – też spełnione. Tryb sport w automacie DSG działa doskonale i pozwala dotrzeć do 100 km/h w czasie krótszym niż 10 s. W trasie wyprzedałem z łatwością (a jechaliśmy w 4 osoby + sporo bagażu).

Kryterium własności jezdnych – super. Zasadniczo wygodnie, ale da się jechać sportowo. Nie przechyla się w zakrętach, układ kierowniczy responsywny.  Przejechałem się po nierównych szutrówkach, i powiem tak – może 17 cm prześwitu to nie terenówka, ale w porównaniu z 13,5cm Hyundaia robi różnicę. W góry idealny.  Zgadzam się w pełni z Pertynem, którego test obejrzałem.

Kryterium przestronności. Bagażnik –  znowu było nieźle – 400 l.  Mieszczą się wszystkie przedmioty, które planowałem wozić (agregat prądotwórczy, wózek inwalidzki, rower). Miejsca w środku b. dużo. Siadam spokojnie za sobą, a to ważne, bo jest nas w rodzinie 3 chłopa ok. 190 cm (czwarty rośnie).

Warunki zakupu. To wisienka na torcie. Miałem brać tak jak jest. Czyli spłacać 36 rat po 550 zł brutto i  na koniec uiścić ratę balonową (ok. 34 tys. brutto). Czyli Hyundai prawie starczy na „balon”, a 550 zł nie majątek. Łącznie miało wyjść 54 tys.  (może 4 tys. więcej, gdyby wzrósł WIBOR). Nowy samochód kosztował 85 tys. (cena z faktury, katalogowo jeszcze 10 tys. więcej), a podemonstracyjny z ubiegłego roku i z podobnym przebiegiem (aczkolwiek bez tych obcierek) na portalu otomoto.pl ok. 75 tys. A, i auto ma pakiet przeglądów na 3 lata, zawarte w cenie.  Mój krótki rachunek – pojeżdżę 3 lata, zrobię 80 tys. km i sprzedam za 45 tys. Prawie nic nie stracę. Biorę.

A kryteria dodatkowe? Auto jest bezpieczne, bo: to SUV, zdobyło 5 gwiazdek, przyspiesza wystarczająco, ma te wszystkie systemy. No właśnie – wyposażenie. Automat, tempomat adaptacyjny (w trasie super), kamera cofania, czujniki parkowania z przodu,  czujnik najechania na linię rozdzielającą pasy ruchu, czujnik zmęczenia kierowcy. Wygoda w trasie – na medal. Wysiadłem nie zmęczony, bo: fotele z regulacją lędźwiową (w tej klasie – nieoczywiste), adaptacyjny tempomat działa relaksująco, a prowadzi się super.

Czy czegoś mi brakuje? Tak. Panoramicznego dachu (wtedy byłby pół-kabrioletem),  haka i większej masy potencjalnej przyczepy (jest tylko 1200 kg, chodzi prawdopodobnie o nieobciążanie skrzyni).  Tylko, żeby kupić ideał, zamiast 54 tys. zł, musiałbym kupić…  roczny samochód za 150 tys. zł. Czy Wy podjęlibyście podobną decyzję?

4 przemyślenia nt. „Mój nowy samochód – Skoda Kamiq. Dlaczego i jak go kupiłem.”

  1. Dobry interes. Choć można było rozważyć jeszcze Dacia Duster 1.0 tce LPG za ok 55k. Samochód większy a jazda 2 razy tańsza. Ewentualnie 1.3 tce 150km lub 1.5 dCi 115km 4×4. Dmc przyczepy 1.5t ale to już ok 70k.

    Za rok ma wyjść Duster 7 osobowy. Pewnie to będzie dobra dla większych rodzin.

    1. Niewątpliwie, gdybym kupował nowy, to rozważyłbym Dustera. Zwłaszcza, że miałem Dacię a nowy Kamiq z maksymalnymi rabatami kosztowałby mnie ok. 85 tys.
      Tutaj zdecydowała jedna rzecz – mam samochód wart 70 tys. za cenę 55 tys. Duster mi nie dawał takiego zysku na początek.

    1. To kwestia przypadku. Mam koleżankę, której mąż jest przedstawicielem handlowym. Nie takim stereotypowym – z przebiegiem 70 tys. rocznie służbową Fabią, ale działającym na małym terenie za pomocą samochodu subpremium. No i firma, która kasy ma sporo, co 3-4 lata zmienia te auta. Wtedy przedstawiciel może wziąć swoje poprzednie auto dla siebie. Ceny są okazyjne. Parę lat temu wykupił Insignię za 20 tys., podczas gdy rynkowa cena wynosiła minimum 2 razy tyle.
      Wiosną widziałem ogłoszenia o cesji leasingu poniżej wartości bardzo wielu aut. Moi znajomi np. chcieli sprzedać 4-letniego Passata w pełnej opcji (białe skóry, 4×4, okno dachowe itp. silnik ponad 200 KM) za cenę przyszłych rat – 65 tys.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *