Ceny warzyw i owoców. Dlaczego warto mieć swoje?

Kiedy zaczynałem przygodę z działką był rok 2001. Nie istniały normy unijne, a żywność pozostawała względnie tania. Już wtedy, w „Działkowcu” zapowiadano nadchodzące tsunami nagłego skoku cen jedzenia. Doświadczenie pokazało, że ogrodniczy progności mieli rację – wejście do UE spowodowało wzrost kosztów produkcji, a więc i końcową cenę w sklepach i na targowiskach. Drugi skok to inflacja, wywołana w znacznej mierze, przez obecną władzę. Wariacka polityka na rynku surowców, nawozów i podniesienie pensji minimalnej o 100% bez związku z wydajnością pracy, za to wpływającej na obciążenia fiskalne, wreszcie rozdawnictwo gotówki musiało odnieść taki skutek. Jak poważny?

Mniej szokują mnie ceny owoców. O ile w 2015 r. wynosiły 5 zł za kg truskawek na targowisku, o tyle obecnie sprzedawcy wołają sobie 13 zł w sezonie. Wzrost cen przewyższył skok płac (płaca minimalna +100%, truskawki+160%). Pokazuje to znaną prawdę – inflacja zubaża – pensje nigdy nie nadążają w niej za cenami.

A warzywa? Te drożeją jeszcze bardziej. Kilogram ziemniaków młodych polskich w II połowie czerwca dało się kupić za 6 zł. W 2015 r. – 2 zł. „Stare” wcześniej kupowane za 80 gr, teraz kosztują 2,5 zł.

Ceny czereśni zagościły na dobre w memach, istotnie podrożały też jabłka i…. w zasadzie wszystkie owoce i warzywa (fasolka szparagowa 15 zł/kg w sezonie). Czy jest na to jakaś rada? Oczywiście – własna produkcja. Dlaczego? Ponieważ tylko poświęcając własną pracę możemy osiągnąć jednocześnie dwa cele: uzyskać taniej i zdrowiej zarazem. Własnych upraw nie pryskamy, nie nawozimy sztucznie, a więc uzyskujemy standard „bio”, który kosztuje jeszcze więcej niż kwoty podane wyżej (jeszcze +50%).

Jakie są rzeczywiste koszty produkcji? Nie liczę przy tym pracy, bo gdybym to zrobił, wyszłyby całkiem różne wartości dla różnych osób. Stawka godzinowa minimalna netto zbliża się do 20 zł, a np. moja przewyższa ją znacznie. Zostawmy zatem na boku wycenianie nakładów czasowych, skupmy się na tym co musimy kupić.

Sadzonki i nasiona. Jestem zwolennikiem zakupu nasion i sadzonek. Z rozsady rozmnażam wyłącznie truskawki, poziomki i maliny, zapewniając sobie zastępowalność roślinnych pokoleń. Resztę kupuję. Rocznie wydaję ok. 200 zł. Jedno drzewko, plonujące ok. 20-30 lat, kosztuje kilkadziesiąt złotych, a w ciągu jednego sezonu, w fazie dojrzałości, wyda plon ok. 10 kg/rok lub nawet więcej.

Nawozy. Sztuczne są drogie. Skoro tona kosztuje 3000 zł, to 10 kg worek powinien kosztować 30 zł. Nic z tych rzeczy, popularna Azofoska (uniwersalny nawóz ogrodniczy) w takim opakowaniu kupimy za 75 zł. Porcja wystarczy nam na 40 m2. W moim przypadku kompletnie bez sensu. Ziemię mam dobrą, wzbogacam ją kompostem, liśćmi, trawą i przyoranymi resztkami. Dokupuję obornik granulowany, ale zużywam go 12 kg (20 litrów) na całą działkę rocznie, sypiąc wyłącznie pod warzywa i krzewy owocowe. Koszt – 56 zł/rok. Gdybym kupował w stadninie, zapłacę 50 zł za 1000 litrów (1 m3) i koszt paliwa (25 zł). Czyli za 20 litrów podsuszonego (zakładam utratę masy o 50%) zapłacę znacznie mniej. W wielu ogrodach działkowych ROD-osach, rolnicy przywożą własnym transportem całe worki big-bag lub przyczepy do rozładunku. Nie ma więc sensu brnąć w sztuczne.

Narzędzia. Zakładam 5 podstawowych (siekiera, szpadel, widły, grabie, motyka lub graca) za 1000 zł i glebogryzarkę za 4000 zł (obecna cena, ja kupowałem 2 razy taniej). Biorąc pod uwagę 20-letnią amortyzację wychodzi 250 zł/rok.

Paliwo. Na benzynę do glebogryzarki wydaję ok. 60 zł/rok (jeden kanister).

Podatek. Za sam grunt płacę ok. 200 zł/rok.

Łącznie koszty prowadzenia ogrodu warzywno-owocowego o wielkości 1200 m2 (reszta to trawniki i krzewy ozdobne) wynosi ok. 760 zł/rok.

Wartość produkcji według cen ubiegłorocznych wyniosła 2400 zł. Dzisiejsze wartości okazałyby się znacznie wyższe, bo ceny wzrosły o 20%, a ja co roku zwiększam areał upraw. Planowane tegoroczne zbiory to ponad 400 kg, i to głównie drogich owoców takich jak orzechy, czereśnie, truskawki, maliny, winogrona, borówka amerykańska, albo warzyw: fasola szparagowa, pomidory, ogórki, wreszcie ziół. Mogę więc spokojnie liczyć na czysty zysk 3000 zł (przychód 3760 zł – koszty 760 zł).

A to oznacza średnią miesięczną ulgę dla budżetu domowego na poziomie 250 zł, a jeśli liczyć tylko 4 miesiące (czerwiec-wrzesień) to 750 zł.

W razie problemów mogę jeszcze zintensyfikować uprawy (trawę zamienić na zboże, wyciąć iglaki i zastąpić je drzewkami owocowymi, stworzyć uprawę plennych i ciężkich warzyw, takich jak ziemniaki, marchew, buraki) nadających się do długiego przechowywania.

Kotlet ze sklepu, z restauracji, garmażerki i z własnego mięsa.

Było o pizzy czas na kolejne danie współczesnej kuchni polskiej – kotlet. Obliczam dwie opcje – klasyczny schabowy oraz z jagnięciny. Ja, będąc w górach, zazwyczaj wybieram ten drugi.

W takiej Biedronce regularna cena schabu to 17 zł/kg. W promocji (limit) widziałem i 13 zł. Nie jestem ekspertem od mięsa i pewnie długo nim nie zostanę, ale widząc ofertę specjalistycznych sklepów (33 zł/kg) dostrzegam też przyczynę. Sieciówka powie pewnie o efekcie skali itp. Ja jednak wiem swoje (sprawdzone przy pizzy) – odpowiedzią jest niższa jakość. Zakładając 8 kotletów z kg mięsa mamy przelicznik 1,62 zł/kotlet w promocji Biedronki oraz 4,12 zł za „premium”. Taki kotlet, po dodaniu panierki (jajko, bułka tarta, trochę soli, przypraw – razem 0,28 zł/szt) będzie ważył ok. 150 g, z czego panierka może stanowić 20% masy netto. Nieźle, bo mamy gotowe danie za 1,9-4,4 zł/szt.

Teraz idziemy do garmażerki – mekki studentów i singli. Po co bowiem brudzić patelnię na jednego kotleta? A ceny? Tu będzie drożej ok. 22 zł/300 g czyli 11 zł/szt. Nieźle, biorąc pod uwagę, że tania panierka waży nie 20% a dwa razy tyle. Po prostu mięso rozbijamy mocno, a panierujemy grubo, tak się robi w żywieniu zbiorowym. Jeszcze Wam tanio? To idziemy do restauracji.

W knajpie (nie pisze o tanich obiadach lecz restauracji) płacimy jeszcze więcej. Uzyskujemy lepszą jakość niż w garmażerce (porównywalne z domowym ze schabu „kraftowego”), ale za cenę … 25-30 zł/porcja. Może dorzucą nam jajko na wierzch (w domu + 1,5 zł z wolnego wybiegu), może w cenie będzie 400 g ziemniaka z wody (koszt 0,8 zł) i tyle.

Porównajmy zatem cenę schabowego:

  • domowy z najtańszego mięsa z Biedronki – 1,9 zł,
  • domowy z mięsa premium – 4,4 zł,
  • garmażerka – 11 zł/szt,
  • restauracja – 25-30 zł/szt.

W tym miejscu warto zadać sobie pytanie – za ile wyprodukuję własne mięso. Koszt żywej wagi tucznika to 9 zł. Półtusza będzie trochę droższa 13 zł. Stąd wniosek prosty – cena za schab (najdroższą część półtuszy) na poziomie 13 zł/kg jest nierealnie niska. Ale gdyby hodować samodzielnie? To czysta teoria, bo wieprzek na balkonie czy w moim ogródku wydaje się powrotem do PRL-u i byłby nielegalny (co pozwalałoby mi poczuć się jak Morfeusz walczący z Matrixem), ale policzmy. Młode prosie kosztuje 500 zł czyli 25 zł/kg. Tucząc je do 100 kg uzyskujemy przyrost ceny do 900 zł (9 zł/kg żywca). Kupując ziarno – bez sensu (200-300 zł). Mając swoje i dodając zielonki, zlewki itp.- do przemyślenia. Wtedy kg mięsa wychodzi nam za 8-9 zł, a samego (idealnego) schabu za 12 zł. Trzeba jeszcze kabana pozbawić życia (ponownie – na nielegalu). Ja odpadam. Wolę kupić w ubojni za 18 zł/kg.

Teraz przechodzimy do mojej ulubionej jagnięciny. U bacy na hali mogłem ostatnio kupić kg za 40 zł. Nieco więcej niż wieprzowina, ale co za smak. Nie chciałbym uderzać w tony duetu Gessler/Makłowicz, więc ograniczę się do truizmu – jagnięcina to nie baranina, a świnka niech się schowa. Oczywiście, w Biedronce jagnięciny w regularnej cenie nie kupimy, zdarzają się oferty (znalazłem sprzed 3 lat za 60 zł/kg). Cena z „mięsnego” to teraz 80 zł/kg. Wracamy zatem do wpisu o zasadach oszczędzania na jedzeniu – kupuj u producenta, będzie taniej. Garmażerki nie oferują takich wynalazków. Na placu boju zostają więc: baca+własny wyrób, mięso ze sklepu+własny wyrób oraz restauracja. Z uwagi na cenę kg, porcje będą mniejsze niż schabowe – ok. 100 g mięsa plus panierka. Liczmy zatem:

  • mięso od bacy, przerobione w domu – 4,28 zł (4 zł mięso +0,28 zł panierka),
  • mięso ze sklepu, przerobione w domu – 8,28 zł (8 zł mięso +0,28 zł panierka),
  • restauracja – 45 zł/porcja.

Ponownie wygrywa domowe jedzonko. Jasne, dla kogoś kto mieszka sam, gotuje na kuchni indukcyjnej (i musi doliczyć 1-2 zł na prąd/obiad), ma mało czasu, wybór garmażerki za 20 zł/danie obiadowe (kotlet schabowy + ziemniaki+surówka), ba nawet podgrzane na miejscu (widziałem takie oferty stolikowe). Przymknie oko na 40% panierki w kotlecie. Dla 4 zł dziennie nie będzie szukał mięsa z promocji. W efekcie zapłaci za porcję obiadową nie 8 zł (domowa z dobrą surówką, mięsem premium, ziemniakami ) a 20 zł i uzyska gorszą jakość. Różnica miesięczna – 360 zł/30 dni nie będzie dla niego warta poszukiwań. Zje gorzej i drożej. Ewentualnie uzyska standard restauracyjny – wyda 70 zł/obiad z napojem czyli 62 zł/dzień więcej niż w domu.

Czy to potępiam? Nie. Dla każdego coś miłego. Jeden zdecyduje się czekać 15 minut przy stoliku, szukać miejsca do parkowania (czasem za nie płacić), dojeżdżać, wydać 2100 zł/miesiąc za obiady, bo go stać. Drugi pójdzie do garmażerki (lub barku w pracy), zapłaci 600 zł/miesiąc. Trzeci za 240 zł ugotuje (lub ma domownika, który to zrobi).

Domowa pizza kontra gotowa i z pizzerii.

Dzisiaj pierwszy z serii wpisów inflacji i o oszczędzaniu na jedzeniu – dla tych co muszą oszczędzać i chcą to robić bez straty jakości. Pizza.

Cena 600g pizzy z Biedronki to 16 zł, co daje 27 zł/kg. I tu miejsce na dwie uwagi praktycznej natury.

  1. Przed czasem inflacji dało się ją kupić za 9 zł (inflacja skumulowana z 5 lat +56%).
  2. Podobnej średnicy domowa/restauracyjna porcja będzie 2 razy cięższa. To mówi sporo o jakości produktu dyskontowego (cienkie lecz nadmuchane ciasto, gorszy ser).

Ale wróćmy do liczb. 27 zł/kg pizzy mrożonej. W restauracji zapłacimy 50 zł i dostaniemy 1,2 kg – 42 zł/kg. A w domu?

Przyjmuję pewne założenia. Pizza składa się w 60% wagi z ciasta, 20% to ser, a pozostałe 20% inne składniki (kiełbasa, szynka, oliwki, ananas), co tam kto lubi. Przyjmuję ich cenę następująco:

  • ciasto: drożdże, mąka, woda, oliwa (Donatello robią raczej na oleju) kosztuje średnio 4 zł/kg . 60% z 1,2 kg to koszt 2,88 zł,
  • ser – 40 zł/kg – x 20% x 1,2 kg = 9,6 zł,
  • pozostałe składniki 40 zł/kg x 20% x 1,2 kg =9,6 zł.

Razem, domowa pizza wysokiej jakości (na oliwie, z dobrym serem, bo nie Gouda za 20 zł), da się zrobić za 22,08 zł, co daje 18, 40 zł/kg. Porównajmy ceny na koniec:

  • Donatello z Biedronki – 27 zł/kg,
  • z pizzerii – 42 zł/kg,
  • domowa – 18 zł/kg.

Oczywiście ta pierwsza na sztuki wyjdzie taniej (16 zł wobec domowej 22 zł), ale okaże się 2 razy lżejsza i gorszej jakości. Na tym polega oferta sieci handlowych i całego Matrixa – zrobić coś gorszego (ale nie tragicznego) maksymalnie obniżyć gramaturę, żeby 1 szt. wyszła tanio i w efekcie uzyskać dużą marżę, bo klient nie potrafi (lub nie chce) liczyć.

Tarcza antykryzysowa a ceny prądu. Bujda na resorach.

Właśnie dostałem rachunek z PGE, już z nowymi cenami. Na początku dwie kartki, jako to Rządowa Tarcza Solidarnościowa spowodowała, że płacę mniej. Jak jest naprawdę? Inaczej.

Wg wyliczeń dostawcy energii, dzięki Tarczy przeciętne gospodarstwo ma zaoszczędzić w 2023 r. równe 2000 zł. W stosunku do roku poprzedniego? Nie, do teoretycznych cen energii po ubiegłorocznych wzrostach (tzw. taryf) i przy założeniu, że zużyję rocznie energii dokładnie tyle ile wynosi limit (tj. 2000 KWh). Już ten szacunek wydaje mi się naciągany, ale idźmy dalej.

Cena za KWh bez ulg wynosiła jeszcze niedawno ok. 60-66 gr za KWh. Teraz, dzięki Tarczy od marca 2023 r. zapłacę „tylko” 0,78 zł plus 2 x większy „abonament” (różne opłaty należne nawet przy stojącym liczniku) teraz w podstawowej taryfie 20 zł.

Przy moim zużyciu ok. 200 KWh miesięcznie rachunek będzie wyższy o ok. 20%. Tak właśnie wygląda „brak podwyżek” jeśli pominie się propagandę. A podobno jestem „odbiorcą chronionym.

Czy da się coś z tym zrobić (z rachunkiem, nie propagandą)? Tak. Zużywać mniej lub odpiąć się od sieci. Albo zamontuję niezłą instalację FV z akumulatorem, albo muszę radykalnie oszczędzać.

Jak po raz kolejny `zrobiono ludzi na szaro. Mieszkanie+

Założenia programu były szczytne. Rodziny o niskich dochodach, ale nie zakwalifikowane do lokali socjalnych, dostaną możliwość stabilnego, instytucjonalnego najmu mieszkania od państwowej lub samorządowej spółki. W bonusie: niskie czynsze, spokój i możliwość wbicia przysłowiowego gwoździa bez pytania właścicieli.

Coś, co miało naśladować wiedeńskie lub skandynawskie budownictwo komunalne, okazało się jednak kopią TBS-ów, czyli kompletnym fiaskiem. Dlaczego?

Najpierw wprowadzono ambitne założenia – 100 tys. nowych mieszkań w ciągu kilku lat.

Następnie utworzono spółki, obsadzając na stanowiskach prezesów polityków zamiast fachowców. Potem następne spółki (domy drewniane).

Wreszcie na końcu, wszystko zabiła bylejakość, szalbierstwo i chciwość. Ale po kolei.

Miało być 100 tys. mieszkań w 3 lata. To już wiecie. Powstało 15 tys. w 5 lat czyli 15%. Także poza dużymi miastami (Biała Podlaska, Świdnik, Radom) i tu spory plus. Do wielu powiatów deweloperzy nie zaglądają, a proszę, da się budować. Obiecywano czynsz na poziomie 10-20 zł/m2, sam o tym pisałem, z uwagą, że jak na Warszawę – świetnie, jak na średnie miasto – bez rewelacji. Długość całego procesu (deweloper buduje 2-3 lata, a im wyszło 2 razy dłużej) obnażyła dyletanctwo i bylejakość. Wzięli się za to ludzie bez przygotowania. W międzyczasie przyszedł kryzys, wzrost cen materiałów i robocizny i całe założenia finansowe diabli wzięli . Gdyby wybudowano do 2019 r., problemu nie byłoby wcale.

Potem doszło szalbierstwo i chciwość- przygotowanie jednostronnych umów, zgodnie z którymi czynsz niby gwarantowany, ale …. waloryzowany inflacją. Tak, dobrze czytacie. Nie rzeczywistymi kosztami finansowania czy ani utrzymania (bo jakie remonty … przed odbiorem). Nadszedł Glapa ze swoją alternatywną ekonomią i pozamiatał. Ludzie, którzy mieli za 60 m2 płacić (obietnice z 2016 r.) 600-1200 zł + media, dowiedzieli się – wstępnie będzie 2400 zł, a od stycznia 2023 r. – 3600 zł (przykład z Krakowa, podobne pieniądze w Radomiu). Dlaczego tak dużo? Rzecznik prasowy spółki odpowie – umowa pozwala. No i tu panie rzeczniku, wchodzi pan na grząski grunt. Polskie prawo przejęło z unijnego koncepcję naruszenia interesów konsumenta, klauzuli abuzywnej. A za taką jest uznawane postanowienia umowy zawieranej z konsumentem, na którego brzmienie nie miał on wpływu, a które rażąco narusza jego interesy oraz kształtuje jego prawa i obowiązki w sposób sprzeczny z dobrymi obyczajami. Zaczyna prawnicza draka. Na tym bazują kancelarie rozjeżdżające banki w sprawach frankowiczów. Klauzula o waloryzacji stopą inflacji niewątpliwie nie została z najemcami negocjowana (bo niby jak – mamy 5 na twoje miejsce, takie było dictum). Moim zdaniem, także rażąco narusza interesy konsumenta, bo odrywa wysokość czynszu od rzeczywistych kosztów (bo te jak wskazano nie wzrosły o 16% w ciągu…. miesiąca, a przed odbiorem są zasadniczo nieznane). Taka praktyka jest sprzeczna z dobrymi obyczajami kupieckimi, chyba że mówimy o standardzie faktora z XIX-wiecznej karczmy, albowiem bazuje na niewiedzy konsumenta i przenosi na niego całe ryzyko gospodarcze (a nawet więcej). Dlaczego tak twierdzę? Pomimo dopłat gminnych, czynsz w wielu lokalizacjach Mieszkania + (Kraków) zbliżył się do rynkowego, albo nawet go przeskoczył (3000 zł za 60 m2 w Radomiu, 2400 zł + opłaty Mińsk Mazowiecki – 48m2, 2900 zł za 70 m2 w Katowicach). I nie zmienia postaci rzeczy, że czynsze ustalają samorządy. A nie można inaczej?

Można. Przykładem Wrocław, który od wielu lat prowadzi politykę tanich mieszkań komunalnych (TBS). Nie ma ich wiele, ale dla za biednych na kredyt, lepsze 100 takich lokali niż 0. Drugi przykład – TBS Ustka. To, że niektórym wyszło jeszcze gorzej, nie cieszy (lubelska spółka Kamienice Miasta, która wyzionęła ducha zanim jeszcze na dobre powstała, zdążyła wypłacić pensje swoim, zmieniła nazwę, administruje teraz 8 budynkami, szaletami, odpadami,..cmentarzami – doskonała metafora). I byłoby śmieszno, gdyby nie straszno. Młodzi ludzie, patrząc na warunki życia, uciekną w popłochu na mityczny zachód. Bo nikt przy zdrowych zmysłach, nie zapłaci 75% „średniej radomskiej” za „tanie mieszkania komunalne”.

Robert Kiyosaki mówi: inwestuj w złoto, srebro, bitcoiny, redukuj akcje.

Przeczytałem kilka książek Roberta Kiyosakiego i nie zachwyciły mnie. W przeciwieństwie do Allena, Hansena, Buffeta, a nawet Ekera czy Shemina, uznaję go bardziej za filozofa niż praktyka. Nigdy nie słyszałem (a może to moja niewiedza?) o jego jakichkolwiek spektakularnych sukcesach inwestycyjnych lub innowacyjnych na miarę Muska albo Jobsa. Teraz ten pan proponuje – sprzedaj akcje, kup złoto, srebro i bitcoiny.

Podaje też przyczynę – idzie czas luzowania, dużych wydatków i inflacji. Dolar nie chroni nas przed niczym, potrzebny kruszec. No i stoję na rozdrożu. Z kilku powodów. Najpierw, tezę o spodziewanej inflacji, uważam za słuszną. Wiele razy o tym pisałem. Z drugiej jednak strony, dzisiaj złoto jest po prostu drogie. I to nie tylko nominalnie, ale i relatywnie. W szczycie kryzysu dotcomów kosztowało niecałe 300 USD, teraz 6 razy tyle. I powiedzmy sobie, dolar nie osłabił się tak bardzo. Jeśli przeliczymy na złotówki, mamy jeszcze większą dysproporcję. W 1999 r., gdy zaczynałem pracę dolar kosztował 4 zł, a uncja złota niespełna 1200 zł. Ja zarabiałem 985 zł brutto, czyli ok. 80% uncji złota w dolarze. Można taką ilość złota można było kupić 1000 l mleka w sklepie. Tanie auto (Fiat Uno) kosztowało 25 tys. zł czyli 20 uncji. Dzisiaj mamy zupełnie inną sytuację. Dolar jest po 4,42 zł (niewiele drożej), ale złoto po 8500 zł/uncję. Dzisiaj pensja minimalna wynosi 3490 zł. Czyli kupimy za nią tylko 41% uncji złota (połowę tego co przed ćwierćwieczem). Mleka za złoto kupimy już 2000 l. Nowe, tanie auto (Dacia Sandero) kosztuje 62 tys. zł. Trzeba mieć ok. 7 uncji na taki pojazd. Pod każdym względem złoto jest drogie. Jakie sens ma zatem kupowanie „na górce” nawet jeśli oznacza to „przed szczytem”? Moim zdaniem niewielki. Być może jestem niedouczony, być może zbyt konserwatywny (lubię nabyć z dyskontem). I o ile rozumiem używanie złota jako zabezpieczenia (10-20% portfela), ale jako główna lokata? Podziękuję.

Podobne uwagi mogę snuć o srebrze, z zaznaczeniem, że jest obecnie w średnioterminowym trendzie spadkowym, co jeszcze bardziej zniechęca.

A bitcoin? Krypto uważam za wielki przekręt. Jeśli zarzucamy USD, że ma coraz mniejsze pokrycie w towarze i dobrach zgromadzonych w USA, to cóż powiemy o bitcoinie? Bądźmy dorośli i konsekwentni.

Co więc sądzę o opinii Kiyosakiego? Że o ile właściwie stawia diagnozę (idzie inflacja), o tyle receptę wypisuje kiepską. Może dlatego, że chce się „skeszować” ze złota i krypto, a tanio kupić akcje? Nie wiem. Mnie to wygląda na strzyżenie baranów. Ja skłaniam się ku czekaniu (w obligacjach?) na okazje inwestycyjne. Przyjdą. W złoto, i tylko w nie, mogę zaangażować 10-20%, nie więcej.

Rozporządzenie wykonawcze 6102. Prezydent USA jak Bierut. Oddaj nam swoje złoto.

Dzisiaj po raz kolejny przyznam się do niewiedzy. Szukając informacji o złocie, trafiłem na stronę jednej z firm handlujących tym kruszcem w postaci fizycznej i przyznam, że doznałem szoku. W 1933 r., pod koniec Wielkiego Kryzysu, w majestacie prawa, rząd USA wywłaszczył własnych obywateli z posiadanego złota.Kto nie sprzedał po zniżonej cenie, ten narażał się na konfiskatę.

Nie zrobił tego afrykański kacyk, ani żaden nasz umiłowany przywódca, lecz Wuj Sam. Szczegóły, jak zwykle, pod linkiem. https://goldenmark.com/pl/mysaver/0290-rabunek-w-majestacie-prawa-2/ . Wcześniej o tym nie słyszałem. I teraz, jakie to ma konsekwencje dla inwestujących w złoto, i oszczędzających w ogóle?

Skoro taki kraj jak USA, gdzie nawet żeby wprowadzić podatek, zmieniano Konstytucję, w czasie niewojennym, bez zagrożenia bezpieczeństwa państwa, de facto wywłaszcza za pół ceny (20 USD za uncję, za chwilę było 35 USD za uncję,) swoich obywateli, jakie prawa mamy my obywatele skromnego kraiku wschodniej Europy? Ano, żadne. Jeśli miłościwie panujący prezes zarządzi, sejm wykona, TK klepnie i będziemy chować cenny kruszec, jak w czasie II WŚ. A nawet nie kruszec, ale jakiekolwiek aktywa. Bo skoro można odkupić tanio, żeby sprzedać drogo, złoto, to tym bardziej obligacje, akcje, PPK, PPE, OFE, TFI , Finaxy, nieruchomości itp. Jak ktoś ma pieniądze, to skądś je ma, pamiętacie? W efekcie, Sławku, moje kilkanaście tysięcy w PPK nie są mniej bezpieczne niż Twoje lokaty. I, żeby nie było, to wcale nie jest miła konkluzja. Wręcz przerażająca. Tu już nie chodzi o podatki od dobrze zarabiających (zwane dla niepoznaki Daninami Solidarnościowymi), podatki od głupoty (aktywów dobrze zarabiających, głosujących na socjalistów), ale wprost wywłaszczenie, prokuratorskie najazdy itp. A pamiętajmy, dzisiaj wiedzą o nas znacznie więcej niż Wuj Sam w 1933 r. Wtedy jeszcze dało się niepostrzeżenie kupić. Dzisiaj wszystkie transakcje (poza tymi na czarnym rynku, ale ryzyko spore) podlegają rejestracji. Stąd faktycznie, może warto chować się w mysią dziurę i robić swoje?

Oszczędzanie w czasach inflacji. Ile możesz zyskać, jeżdżąc zgodnie z przepisami?

Znam wiele osób (nawet dobrze zarabiających), których obecna sytuacja zmusiła do zdjęcia nogi z gazu. Po prostu policzyli wszystko dobrze. Ja też robię to dla Was. Czytaj dalej Oszczędzanie w czasach inflacji. Ile możesz zyskać, jeżdżąc zgodnie z przepisami?

Oszczędzanie w czasach inflacji. Wybierz oszczędne auto.

O kosztach eksploatacji samochodu napisałem już sporo. Dlatego, komuś, kto czyta mnie regularnie, wniosek wydaje się oczywisty – zmiana wozu na inny, może zlikwidować wir w portfelu. Ile zaoszczędzimy? Czytaj dalej Oszczędzanie w czasach inflacji. Wybierz oszczędne auto.