Powoli staram się zmierzyć z wskazaniem – jak obniżyć ceny jedzenia. Dla wielu gospodarstw domowych wydatki w tej właśnie kategorii stanowią znaczną część budżetu. Jednocześnie wszyscy chcielibyśmy zachować jakość, nie rezygnując z oszczędności.
Jogurt, śmietana, desery mleczne
W moim domu mleko występuje głównie w stanie nieprzetworzonym. Z racji posiadania na stanie 10-latka i dwójki amatorów kawy mlecznej, kupujemy tygodniowo nawet 8 litrów. Nawet? Jeszcze 30 lat wstecz, babcia i 2 nastolatków (mój brat i ja) zużywało 4 litry… dziennie. W długim terminie mleko podrożało drastycznie. Teraz nawet w dyskoncie płacimy ponad 4 zł/litr. Co robić?
Pomysł, by kupować u źródła, sprawdzi się u kogoś, kto ma dostęp do bazarku, targu, mlekomatu lub mieszka na „mlecznej” wsi. W wielu przypadkach, z uwagi na tzw. kwoty mleczne, spotkamy 2 krowie ogony w całej gminie. W innych są za to całe gospodarstwa z setką zwierząt. A jeśli nie mamy opcji zakupu od producenta? Niech będzie nawet dyskont, ale mleko pasteryzowane, a nie UHT. To ostatnie przetrwa wprawdzie dłużej, lecz posiada znacznie mniej składników odżywczych. Jest też minimalnie droższe.
Krowy oczywiście nie kupimy – bo gdzie ją trzymać. Podobnie nie zrobimy śmietany, ale deser mleczny – owszem. Idealnym rozwiązaniem będzie jogurtownica (zamykane słoiczki – z litra mleka mamy ich 6). Działa to trochę na zasadzie zakwasu. Dowolnym jogurtem, takim jaki lubimy (grecki, tradycyjny), zaprawiamy podgrzane mleko, trzymamy przez kilka godzin w temperaturze ok. 40 stopni C i gotowe. Jogurtownica myśli za nas. Na temat własnego jogurtu pisałem na blogu, ale trochę zmieniły się realia. Obecnie z litra mleka (za 4,5 zł) mamy 6 jogurtów po 160g. Gdybyśmy mieli kupować wyjdzie 2 razy drożej.
Mleko da się też nastawić na zsiadłe. Ponownie, kiedyś na wsi stanowiło pełnowartościowy posiłek (z okraszonymi ziemniakami), pyszny zwłaszcza w gorące dni.
Śmietany z mleka sklepowego nie zrobimy. Trzeba ją kupić. Tym razem lepiej wybrać taką z małą zawartością tłuszczu, a więc 12% max. 18%. Wyjdzie taniej i zdrowiej. Oczywiście, 12% nie nadaje się do ciast, deserów. Ile zaoszczędzimy?
Kupując mleko od producenta – pewnie w granicach 20%. Trochę pozyskamy śmietanki. Jogurt z kolei da oszczędność 33-50%. Przejście ze śmietany 30% na 12% pozwoli zaoszczędzić (20-30%).
Mięso wieprzowe
W moim domu je się głównie wieprzowinę i kurczaka. Ot, takie wiejskie przyzwyczajenia. W takiej sytuacji nic nie da przerzucanie się na tańsze mięso, bo takiego nie ma. Zatem, jeśli chcemy oszczędzać mamy trzy wyjścia:
1) zdecydować się na rezygnację z mięsa i próbować substytutów – fasola ma podobną zawartość zdrowego białka, a kosztuje 12 zł/kg zamiast 20. Jeszcze lepiej działają produkty zbożowe. Damy radę zaoszczędzić 20% wydatków, gdy co drugi dzień obędziemy się bez mięsa. Niektórzy pójdą w kierunku gorszych części np. karkówka w miejsce schabu, łopatka zamiast polędwiczek.
2) produkować samodzielnie. Świni w bloku nie wyhodujemy, ale królika na działce – czemu nie (zwłaszcza w lecie). Mnożą się szybko i po sezonie możemy zyskać pełną zamrażarkę, karmiąc je prawie za darmo.
3) ponownie – szukać tanich źródeł zaopatrzenia. Moje doświadczenia są tu bogate. Kupowałem już w ubojniach (10-20% oszczędności), i u chłopa (nawet 1/3 zaoszczędzimy).
Podsumowując – oszczędność na poziomie inflacji – 20% wydaje się realna.
Wędliny
Przy obecnych cenach – kto potrafi zrobić dobrą wędlinę – zaoszczędzi. 50 zł/kg szynki nie stanowi sensacji, a mięso to tylko 15 zł (u chłopa). Próbując metod bardziej tradycyjnych (tzn. kg szynki oznacza 1.2-1.5 kg mięsa) dochodzimy do 20 zł. I uzyskujemy produkt w cenie sklepowej 70 zł/kg. Potrzeba tylko trochę pracy.
Wędliny zresztą nie są najzdrowsze. Owszem, jedzmy je, ale w umiarkowanych ilościach. Zwyczajowa „bułka z szynką”ma dla mnie smak dzieciństwa, ale już moje dorosłe dzieci zmieniają zupełnie nawyki. Wolą parówki, tortille z jajkiem (lepsze rozwiązanie), sałatki ryżowe, jakieś pesto. Ja także staram się wyzbywać starych nawyków. Zamiast szynki – pasta jajeczna, pesto z bazylii. Bo z chleba ciągle nie potrafię zrezygnować.
Tymi metodami spokojnie zrównoważymy wzrost cen.
Wody mineralne
Młodsze pokolenie wydaje się znacznie mądrzejsze. Chcą być eko i wybierają wodę z kranu przepuszczoną przez filtr, zamiast wody mineralnej. Bo nawet w dyskoncie litr kosztuje 70 gr, a m3 wody wodociągowej – 10 zł (w mieście) lub połowę tego (wieś), albo i mniej (własne studnie głębinowe). A 10 zł/m3 to 0,01 zł/litr. 1/70 ceny sklepowej.
Też staram się iść w tym kierunku.
Napoje alkoholowe (dodałem)
W tym punkcie zupełnie nie jestem obiektywny. Po prostu piję minimalnie. Wystarcza mi mocny trunek otrzymany w prezencie. W ciągu roku w domu wypijamy (na dwie osoby dorosłe) może: 3 butelki whisky (drinki), 2 butelki wódki (w formie nalewek), ze 20 piw i 5-6 butelek wina. Razem kosztuje nas to pewnie ze 200 zł, czyli niewiele.
Dla kogoś, kto robi 4 piwa dziennie, albo 3 flaszki raz w miesiącu, nie mam podejścia. Stąd zaznaczam – na tym nie bardzo się znam. Ale trochę wiem.
Najpierw – da się kupić taniej. My wino kupowaliśmy przy okazji podróży na Węgry. Od razu 12-15 butelek – starczało na kilka lat. B.dobre gatunki (Tokaj aszu) kosztowały to ok. 40 zł, gorsze tokajskie damy radę za 8/10 zł, zupełne sikacze 5 zł – znacznie mniej j niż ulubione studenckie Fresco.
Podobnie z whisky do drinków. Nie musi to być Jack Daniels (100 zł/litr), wystarczy Grants (55 zł/litr).
W przypadku wódki – rezygnuję z Bocianów itp. na rzecz nieco lepszych (Wyborowa). Ale i tak, podkreślam – do nalewek.
Piwo. Wiem, są fani kraftowców – 15zł/butelka. Ja do nich nie należę. Dla mnie 4 zł/0,5 to granica rozsądku. I dla codziennych konsumentów – polecam duże sklepy z alkoholem lub dyskonty. W stosunku do osiedlowego „źródełka” wydamy znacznie mniej, a kupimy to samo. Tak robi znany mi milioner.
Na koniec. A gdyby robić własny alkohol? Wyjdzie zdecydowanie taniej. W handlu są zestawy do wina, piwa, a da się trafić i na mini-bimbrownię (o whisky domowej tez słyszałem, ale to margines). Wtedy trzeba przerzucić się na to, co akurat wykonalne. Najłatwiej wino i bimber, przy czym rzadko osiągniemy smak sklepowego (czasem lepszy, ale to kwestia gustu). W przypadku np. wina tokajskiego decyduje szczep (jesteśmy w stanie kupić), miejsce (skały wulkaniczne, których u nas w zasadzie nie uświadczysz), technologia. Stąd – próbować można, ale efekt pewnie będzie daleki od doskonałości. Bimber wyjdzie mocniejszy niż zwykła wódka i niektórzy uznaliby rozcieńczanie go za profanację. Ja, przy swoim spożyciu, wolę zostać przy zakupie.