Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Styl życia – Strona 12 – Oszczędny Milioner

Wybór trzydziestolatki – korpo Warszawa czy wieś?

Kiedyś odpowiedź była jasna – Warszawa lub inne duże miasto. Korpo zamiast budżetówki, Januszexu, swojej małej DG czy freelansu (zwanego „śmieciówką). Pandemia przewartościowała wszystko. Wprowadziła masowo pracę zdalną, podniosła stopy procentowe i ceny mieszkań. Zarówno kupującym, jak i najemcom. Coraz większa grupa tytułowych trzydziestolatek stoi realnie przed takim wyborem. Albo już go dokonała i wyjechała poza metropolie, a sam temat przebił się do mainstreamu. Jak to możliwe?

Wracamy do podstaw. Dlaczego młode kobiety wyjeżdżały ze wsi do miasta? Generalnie z dwóch powodów. Pierwszy – poprzez naukę starały się dostać do lepszego świata. Takiego, w którym panie chodzą w garsonkach, a panowie w garniturach. Z lunchem w południe, kinem lub restauracją w weekend, parkiem i płatnym urlopem w lecie. Jednocześnie uciekały od „tego gorszego” czyli braku pracy, perspektyw na coś więcej niż najniższa krajowa, harówki od rana do wieczora, zwłaszcza w lecie, wstawania o świcie, zwierząt w obórce i niezbyt ciekawych „kawalerów”. Na kanwie tej opowieści powstało całkiem sporo filmów, seriali, książek. Drugi powód to poszukiwanie romantycznej miłości z jednym z tych panów w garniturach. Oczywistością miała być miłość, płaca znacznie powyżej średniej krajowej, mieszkanie lub domek na przedmieściach, wakacje w ciepłych krajach,, dzieci i pies.

W ostatnich kilkunastu latach zarówno wieś i miasto uległy głębokiej transformacji W mieście, już nie widzimy 8k brutto na początek, 50% trzydziestopięciolatków zarabia mniej niż 4k na rękę, przy pensji minimalnej 3.2k a średniej ok. 5.5-6k netto. Powiedzmy sobie wprost – marnie i niewystarczająco. Mieszkania podrożały do tego stopnia, że dzisiaj wynajęcie kawalerki w Warszawie zbliża się z opłatami do 3,5k. Samodzielny pokój to 1,5-2k. Jednocześnie wieś przestała wyglądać jak za Gierka. Infrastruktura uległa znacznej poprawie (drogi, internet, kanalizacja, wodociągi, gaz). Transport – da się go zapewnić własnym autem. A co najważniejsze, praca zdalna i na miejscu (przybyło całkiem sporo nowych posad), pozwala myśleć o przyszłości..

Wreszcie, da się kupić działkę za normalne pieniądze, a nie tak jak w stolicy 1000 m2 = 1 mln zł. Mieszkanie (sam widziałem taką ofertę w dużej wsi ok. 15 km ode mnie) kosztuje 170 tys. zł za dwa pokoje. We Wrocławiu byłoby to 4 razy tyle (bo po remoncie). Dom z działką – 400k. A może być i taniej. Działki po 2000 m2 gdzieś „na dalekiej Rzeszowszczyźnie” – powiat przeworski czy brzozowski, z małym, starym domkiem do remontu – 130k. Za cenę wkładu własnego na 40m2 we Wrocku, da się mieć własny domek. Za cenę 1000 m2 działki w Warszawie, kupimy 15 km od Lublina, prawie nowy, wykończony, nowoczesny dom.

Poza tym, młodzi patrzą na świat inaczej. Trzydziestokilkulatkowie stanowią ostatnie pokolenie, które zasmakowało w dzieciństwie „prawdziwej wsi” lat 90-tych, u babci, cioci. Budziło się ze słońcem na poduszce, całymi dniami ganiało z gromadą kuzynów. Nawet teraz docenia wiejski, letni chillout, tym mocniej, im bardziej doskwiera im miejski pęd, upał i 20-metrowa kawalerka z 3k kosztów.

Co zatem mają robić? Siąść i spokojnie policzyć. Przeanalizować za i przeciw. Zobaczyć czego chcą. Jakie mają życie teraz, a jakie czeka ich na wsi. Bez owijania w bawełnę, słodzenia itp. Twardo i konkretnie.

Bo na razie wychodzi tak. Pobory „warszawki” i „krakówka” w wielu branżach (dziennikarz, ludzie od kultury, urzędnik) dotarły (patrząc optymistycznie) do 5k netto. W korpo lepiej, może wyciągną 8k netto, dla osoby z pewnym doświadczeniem i poza triadą lekarz-adwokat-informatyk. Dla freelancera lub na jdg – bez szans na kredyt mieszkaniowy. Trudno nazbierać choćby na wkład własny w takim Wrocławiu (20% z 600k = 120k, a rata za pozostałe 480 tys. zł to ok. 4k + 1 k czynsz/opłaty i mamy 5k). Popatrzmy na te liczby:

  1. pensja 5 k, najem kawalerki 3,5k. Zostaje 1,5k.
  2. pensja 8k, rata kredytu+ opłaty – 5k. Zostaje 3k.
  3. pensja 8k, wynajem kawalerki 3k. Zostaje 5 k.
  4. pensja 5k, wynajem pokoju 2k. Zostaje 3k.

Teraz przejdźmy w tryb wiejski. Tam da się, jeśli jesteśmy nauczycielami, urzędnikami, dziennikarzami na freelansie, zarobić nieco mniej może nie 5k, a 4k. Ten tysiąc musimy poświęcić.

Kto przejdzie z korpo, straci więcej. Bo te 4k to taki sensowny próg (chociaż sam znam małomiasteczkową gminę, w której płacą 5k). Można próbować zdalnej (wtedy pensja bez zmian), ale założyłem stratę. Równe 4k.

Jednocześnie – mamy przecież własny dom. To co poświęcilibyśmy na wkład własny – wystarczy na coś do poważnego i dłuższego remontu. Ale własne. No i nie 20-40m2 lecz sporo więcej (70-120m2 w domu-kostce). Popatrzmy na koszty:

  1. pensja 4k, utrzymanie domu 1k. Zostaje 3k.

Nieźle. A to dopiero początek. Przecież wiele wydatków, które pojawiają się w Warszawie, w jakiejś Dąbrówce, Woli czy innej Wysowej, nie zaistnieje.

Na wsi życie jest bardzo tanie, jeśli nie boimy się pracy. Wiem, bo sam to sprawdziłem. Jeśli nauczymy się produkować żywność i osiągniemy dyscyplinę pracy zdalnej – nie ma, że boli swoje przed ekranem trzeba odsiedzieć, dzień ma szansę być nawet dłuższy. Gdybyśmy poszli na miejscowy etat – zyskamy sporo czasu na dojazdach (inaczej jedzie się 8km po wiejskiej drodze, a inaczej 3 km w korkach, to pierwsze trwa 10 minut, drugie – nawet 40). Czyli te 3k potrafi mieć większą moc zamiany w przyjemności życia. Gdy dobrze wybierzemy lokalizację, zapraszam w swoje okolice – pomiędzy Nałęczowem a Kazimierzem Dolnym/Puławami – 30-50 minut od centrum Lublina (autem, koleją+autobusem), lub 2h do Filharmonii Narodowej (zarówno autem, jak i koleją), nie stracimy nawet dostępu do kultury, galerii. Zamiast planować w Kazimierzu szybki weekend raz w roku, pojedziemy tam raz w tygodniu, po pracy, kiedy będzie prawie pusto.

Co tracimy? W jakimś stopniu kontakt z dotychczasowym światem. Pogaduszki przy ekspresie, ploteczki. Niektórzy pewnie odwiedzą nas „w głuszy”, ale nie czarujmy się, wielu znajomych stracimy z oczu. Szansę na nocne życie w mieście, kawę w Starbuniu, połowę życia społecznego. Życie kobiety na prowincji (zwłaszcza samotnej) nie wygląda jak „Miłości nad rozlewiskiem”, „Pensjonacie Leśna Ostoja” czy innym „Rolniku….” .Na każdym rogu nie czeka stomatolog, właściciel firmy gotowy wziąć w ramiona „miejską pannę”. Z drugiej strony, czy w Warszawie jest czas aby go poznać, pokochać, zatrzymać?

Zostawmy jednak na boku problemy sercowe, powróćmy do kasy. 3k poza kosztami mieszkania to również nie szaleństwo, ale da się żyć. Pokazałem to w tegorocznym eksperymencie „Życie za 500 zł”. Jedno auto, jedzenie, ubrania – niech będzie 1300 zł. Zostaje 1700 zł na pozostałe koszty. A jak było w Warszawie? Jedzenie 1k, ubrania, auto, 1k, i zostaje już tylko, w wariancie pensji 8k netto i kawalerki wynajętej za 3k ledwie o 1300 zł więcej. Przy spłacie kredytu na 20-25m2 – wręcz sporo mniej (8k-5k-2k).

Czyli wieś nie tylko warta jest wyboru, ale i on może się opłacać. Zwłaszcza ogarniętej trzydziestolatce.

Jeszcze o sensie wyboru „życia w wielkim mieście”.

Wielkie miasto przyciąga. Oferuje niespotykane atrakcje. Dobrą pracę. Ma też jednak wady. Opisałem je w kilku wpisach (obalenie stereotypu różnicy pensji, cen mieszkań, mojego alternatywnego żywota jako partnera w spółce). Teraz czas zebrać wszystko do kupy – na zasadzie myth bustera. Obalmy więc mity. A może wcale nie?

Mit 1. Wielkie miasto daje wielkie pensje. No jeśli spojrzymy na partnera w spółce 60 k netto miesięcznie, widzimy oczami wilka, korzyści z takich poborów. Trzeba jednak wyraźnie powiedzieć sobie – średnio, nawet Warszawa, przysłowiowej dupy nie urywa. 9,4 k zł brutto w przedsiębiorstwach. Coś około 6,5 k netto. A skąd się bierze średnia. Prezesi firm, wysokiej klasy specjaliści (np. mój kolega – od inwestycji w nieruchomości pow.100 mln, zarabia 1 k zł/h) podbijają ją niebotycznie. Przeciętniacy, jakich najwięcej, nie mogą liczyć na wiele. Zwykły korposzczur zarabia teraz 10 tys. zł brutto, a często i 8k zł. W handlu czy gastronomii zarobki nawet w stolicy oscylują wokół minimalnej (plus napiwki). Budżetówka (poza ministerstwami i kolegami) nie oferuje gigantycznych płac. Jednak teraz da się jeszcze mieć warszawskie pensje, a koszty podlaskie (praca zdalna).

Mit 2. Wysokie pensje równoważą koszty życia. Kolejny mit. Różnica średniej ceny m2 mieszkania, pomiędzy Lublinem a Warszawą wynosi 6000 zł (+60%), a mediana miesięcznej pensji (2200 zł i +32% – odpowiednio 6700 i 8900 zł brutto). Gdy popatrzymy na ratę, za dwupokojowe 40 m2, szeroko otwieramy oczy. Koszt takiego „M”: Warszawa – 640 tys. zł, Lublin 400 tys. zł. Posiadając 130 tys. zł wkładu własnego, wydamy raty za lokal odpowiednio 4080 zł i 2160 zł. I tyle wystarczy, żeby różnica średniej pensji w obu miastach okazała się niewystarczającą (różnica w pensji netto 1,6k zł, różnica w racie prawie 2k). Podobnie będzie przy najmie. Jeśli porównamy pobory – małe miasto na wschodzie (mediana 6,0k brutto) z Warszawą, różnica wyjdzie nam 2.9k brutto (2 k netto). Ale takie mieszkanie (40 m2) kupimy już za 240k. Co to oznacza? Ponownie – rata 4080 zł kontra 880 zł, przy identycznym wkładzie. Czyli bardziej opłaca się żyć tam niż w Lublinie (pensja -500 zł netto, rata -1280 zł), oraz w Warszawie (pensja – 2k netto, rata – 3200 zł). Do tego w małym miasteczku możemy mieć tanie auto, lepsze jedzenie (znajomi, okoliczni rolnicy).

Mit 3. Wielkie miasto – wielkie atrakcje. Powiem Wam szczerze, mam wątpliwości. Dlaczego? Już tłumaczę. Przyzwoicie znam Warszawę, teraz analizowałem Wrocław. Piękne ulice, wspaniałe budynki, zabytki, kultura. Koncert chopinowski na światowym poziomie i za darmo – proszę bardzo. Opera też (akurat nie przepadam). Ścieżki rowerowe. Kina, sklepy, edukacja. A ostatnio rozwaliły mnie publicznie dostępne hamaki na wrocławskim Szczepinie. W średnim mieście – cóż, średnio. zostają jakieś knajpki, sklepy i ścieżki rowerowe. Uniwerki – przeciętne. Małe miasto/wieś – po każdą z tych rzeczy trzeba dojechać. I tu właśnie druga połowa. Otóż w dzisiejszych czasach przeciętny korposzczur nie bywa w tygodniu w Łazienkach, bo pracuje w Mordorze 8,5h (z przerwą lunchową), do tego marnuje 2 h na dojazdy i w domu jest ok. 18.30. Z Białołęki jedzie na koncert godzinę, ja ze swojej wsi pod Nałęczowem – 2h (z 30 minutami tramwajem w stolicy). Do Filharmonii Narodowej ma 1 h, a ja 1,5 h. Bez problemu dotrę i na 10 i na 18. Dam też radę wrócić. Przy czym swobodnie wezmę i 3 dni wolnego. A mityczny hamak? No cóż, po co mi publiczny, jak dostałem od żony własny. Na werandzie mogę z niego korzystać nawet w deszczowe dni. I mam 160 m2 domu z podwójnym garażem za 500k, a nie 40m2 mieszkania z dwoma miejscami parkingowymi za 800k. Niemniej jednak, w punkcie „atrakcje” faktycznie wieś czy średnie miasto od Wrocławia czy Warszawy in minus. Istotnie się różni. Mit – prawdziwy.

Mit 4. W Warszawie czy Wrocławiu da się żyć bez auta, a na wsi trzeba je mieć. To zależy. Jeśli jesteśmy singlem, mieszkającym blisko pracy i centrum ewentualnie przy metrze lub tramwaju – faktycznie. Jednak większość nowych dzielnic ma kiepską komunikację. Autobus z Jagodna jedzie do centrum Wrocławia prawie godzinę, z Białołęki pod PKiN w Warszawie podobnie. Stąd większość rodziców auta jednak ma, choćby dlatego, by pojechać w weekend do dziadków po słoiki. Do tego, czasy przejazdu różnią się w godzinach szczytu i poza nimi. W sobotni ranek przejedziecie ten sam odcinek, na który w szczycie trzeba godziny, w 20 minut, Mój eksperyment dowiódł – nawet miasto wymaga samochodu.Mit częściowo obalony (zależy od miejsca oraz rodziny).

Mit 5. Na wsi wszędzie jest daleko. Znowu, i tak, i nie. Wiele zależy od wsi i tego, co uznajemy za ważne. W mieście mój syn ma do szkoły podstawowej 1,1 km, na wsi 2,1 km, więc niewątpliwie dalej, ale z drugiej strony, gdybym chciał dowozić, teraz jadę 6 minut, a po lokalnych drogach 4 minuty. Porównanie najbliższego sklepu również wypada na korzyść miasta (100m kontra 1 km), marketu (1 km kontra 4,5 km), stacji benzynowej (500m i 4,5 km), liceum (1,1 km a nie 8 km), zajęć sportowych w interesującej nas dyscyplinie (5km zamiast 20 km, aczkolwiek czasowo – podobnie, bo musimy pokonać miejskie korki). Z drugiej strony wieś wygrywa dostępem do lasu (0,5 km vs 5 km), boiska, na którym gra lokalny klub i można jednocześnie bezpłatnie haratać w gałę (1 km kontra 3 km), dojazdem do stolicy (147 km, a nie 170 km) oraz minimalnie (2,5 km zamiast 3,5 km) w kategorii stacja PKP. Generalnie jednak – mit potwierdzony. Natomiast nie zapominajmy – wielkie miasto przegrywa znacznie częściej z niewielką miejscowością (miasteczkiem).

Mit 6. Na wsi nie ma pracy. Krótko – zależy jakiej. Biurowej – na pewno. Specjalistycznej – także. Natomiast zwykłej, produkcyjnej, budowlanej, w ho-re-ca czy przy opiece – jest. Być może, mówię o nisko płatnych zawodach, może inaczej sprawy mają się w innych regionach (np. obrzeża Podlasia), ale sporo zależy od zawodu. Część da się wykonywać zdalnie i wtedy dojazdy tak nie ciążą.

Wniosek. Zyski z dużych miast ograniczają się, patrząc statystycznie, do pewnej liczby atrakcji, większego wyboru miejsc pracy oraz bliskich odległości, nie zawsze przekładających się na czas. . Czy są one warte pośpiechu, pędu, zniszczonych więzi, braku odpoczynku? Nie sądzę. Optymalny wybór – niewielkie miasto.

Trzy samochody i koszty z ostatniego roku. Porównanie, z tym co było.

W 2021 r. przejechałem posiadanymi samochodami (Porsche, Fiat 500, Skoda Kamiq) 27.000 km. Kosztowało mnie to wszystko:

  • leasing – 9000 zł,
  • ubezpieczenia – 2900 zł,
  • naprawy i przeglądy – 3200 zł,
  • paliwo (wg obecnych cen) – 10.200 zł.

Razem: 25.300 zł tj. średnio 2100 zł miesięcznie.

W ostatnich 12 miesiącach wszystko wyglądało inaczej. Flota zmieniła się (Hilux, 500c, Kona, Giulietta pod koniec tylko te 3). Spadł przebieg do 21.000 km. Koszt okazał się sporo mniejszy:

  • ubezpieczenia – 1600 zł,
  • naprawy, opony i przeglądy – 3000 zł,
  • paliwo (wg obecnych cen) – 5200 zł.

Razem – 9800 zł tj. średnio 770 zł.

Na przestrzeni 3 lat zredukowałem koszty posiadanych samochodów o blisko 2/3. Całkiem nieźle.

Jak działa system formatowania ekonomicznego. Polemika Noizz.pl z obliczeniami Davida Bacha na temat „czynnika latte”.

Jeden z czołowych popularyzatorów wiedzy o finansach osobistych, autor legendarnego „Automatycznego milionera”” czy serii „Finish rich”wprowadził zastrzeżone pojęcie „czynnika latte”. Przeprowadził obliczenia, sprowadzające się do wniosku, że rezygnacja z codziennej kawy w sieciówce, może doprowadzić Was do zamożności.

Z twierdzeniem Bacha oraz poglądem „gdyby młodzi nie pili kawy, mieliby mieszkania” próbuje polemizować dziennikarka Noizz.pl w tym artykule https://noizz.pl/spoleczenstwo/efekt-latte-czy-kawa-na-miescie-sprawia-ze-nie-kupie-mieszkania/kzlmeq6

Polemika, na niewtajemniczonym robi wrażenie i ukazuje mu bezsens rezygnacji z konsumpcji, jednocześnie zawierając szereg klasycznych manipulacji, które widziałem już wielokrotnie. Oto one.

Zniekształcanie zwalczanego poglądu poprzez nieprecyzyjność. Tutaj polega na połączeniu twierdzeń Bacha, obliczeń Związku Banków Polskich oraz anonimowych opinii. Autorka pisze tak „Często w przestrzeni medialnej pojawiają się przebąkiwania o tym, że młodych nie stać na kupno mieszkania, ponieważ wydają zbyt dużo pieniędzy na przyjemności, takie jak kawa na mieście, jedzenie w restauracjach, ubrania czy podróże. Gdyby zrezygnowali z tego wszystkiego i oszczędzali, innymi słowy „zaciskali pasa”, na pewno po jakimś czasie znaleźliby się „na swoim”.” W rzeczywistości Bach wcale nie twierdził, że „młodzi za dużo wydają”, on w ogóle nie pisał o poszczególnych pokoleniach. Jedna z jego książek nosi tytuł „Start late, finish rich” i jest adresowana do ludzi w średnim wieku. ZBP też nie krytykuje młodych. Chodzi zatem o jakiś bełkot nie do zweryfikowania, bo jak można polemizować z podaniem źródeł w stylu „często w przestrzeni medialnej pojawiają się przebąkiwania”. Dodatkowo same poglądy Bacha, przedstawiane są w sposób zniekształcony. Autorka artykułu twierdzi, że Bach napisa, że nie wydając rocznie 5500 zł, można zaoszczędzić przez 30 lat ok. 240 tys. zł. To nieprawda. Mam przed sobą „Start late, finish rich” w wersji oryginalnej. Na str. 50 jest tabela, pokazująca, jak wyglądają oszczędności. Najniższą sumą jest 5 dolarów dziennie (ok. 20 zł), tymczasem 5500 zł to efekt odkładania 15 zł. A właśnie ok. 20 zł kosztuje najtańsza kawa w sieciówce. Na ile Bach wyliczył oszczędności po 30 latach? Ok. 339 tys. USD, proszę państwa, w uproszczeniu 1.200.000 zł, Gdyby nawet zmniejszyć dzienne oszczędności do 15 zł, nadal zostanie nam 900 tys. zł, a nie żadne 240 tys. zł.

Błędne dane wymieszane z prawidłowymi. Żeby udowodnić tezę, nasza dziennikarka miesza prawdziwe dane z wymyślonymi. Pierwsze z brzegu – młodzi wydają na kulinarne przyjemności ok. 470 zł/miesiąc (to może być prawda, chociaż dane pochodzą z zeszłego roku). Ile to dziennie? No właśnie ok. 15-16 zł . Ale zaraz dodaje „Średnie ceny za m kw. wahają się obecnie między 10 a 11 tys. zł w skali całej Polski, a średni metraż, którym zainteresowani są Polacy to 35-50 m kw. Chcąc kupić kawalerkę o powierzchni 35 m kw., przyjmując, że m kw. kosztuje 10 tys. zł, trzeba uzbierać 350 tys. zł.” Nie wiem skąd te średnie? 10-11 tys. zł kosztuje m2 mieszkania w dużych miastach. Nawet na Dolnym Śląsku (temat moich analiz), we Wrocławiu da się kupić mieszkanie za 10 tys. zł/m2 (choć w dobrych lokalizacjach i nowe zamkną się w kwocie 16-18 tys. zł/m2). Ale już w Strzegomiu będzie to 6,5 tys. zł/m2, a w Nowej Rudzie nawet 4 tys. zł/m2. Czyli, żeby wykazać tezę, zmanipulowano dane. Średnia cena kawalerki w żaden sposób nie wynosi 350 tys. zł, a jest wiele miejsc, nawet 50 km od Wielkiej Trójki, gdzie da się kupić 2 pokoje za 250 tys. zł.

Pomijanie zysków od kapitału. Twierdzenie brzmi tak „By kupić ją na kredyt, potrzebne będzie nam 20 proc. wkładu własnego, a więc w tym wypadku 70 tys. zł. Zakładając, że nasz młody dorosły zrezygnuje z kawy i jedzenia na mieście, czyli oszczędza około 500 zł miesięcznie, które wcześniej wydawał na te przyjemności, to po ponad 11 latach udałoby mu się uzbierać na wkład własny. Jeśli chciałby kupić wspomnianą kawalerkę bez kredytu, musiałby nie pić kawy i nie jeść w restauracjach przez ponad 58 lat.” I tu dochodzimy do sedna. Autorka nie uważała na lekcjach. Nie umie szukać danych, ale i nie liczy odsetek.

Na kawalerkę nie trzeba 70 tys. zł wkładu własnego, lecz w takim Bytomiu, Jastrzębiu-Zdroju, Częstochowie, wystarczy 33 tys. zł, ponieważ da się ją kupić za 165 tys. zł. W wielu miejscach – nawet taniej.

Po drugie mamy odsetki i procent składany. Wtedy przez 5 lat (tyle trwają studia) z 8% stopą zwrotu odłożymy 37 tys. zł, z 500 zł miesięcznie. Wtedy na wkład własny wystarczy spokojnie. Po 11 latach byłoby to nie 70 tys. zł a 106 tys. zł (prawdopodobnie zapomniano o odsetkach).

A sam zakup? Ile odłożymy po 58 latach? Faktycznie tylko 350 tys. zł? Nie. Już po 50 latach mamy 4 mln zł (tak działa procent składany).

Podsumowanie. Tymi trzema zabiegami, autorka wpisu prowadzi młodych do konkluzji „Tylko czy naprawdę wyobrażamy sobie nie pić przysłowiowej latte, a uogólniając — nie kupować niczego, co nie jest niezbędne do przeżycia przez kilka, kilkanaście lub kilkadziesiąt lat, by uzbierać na wkład własny albo na całą wartość mieszkania? Warto przecież zauważyć, że po tak długim czasie ceny mieszkań mogą pójść w górę, przez co uzbierane kwoty mogą okazać się niewystarczające. Za to na pewno będziemy mniej szczęśliwi, ponieważ kawał życia upłynie nam na oszczędzaniu, które nie pozwoli dogonić nam celu, którym jest mieszkanie na własność.” Bzdura goni bzdurę. Kawa nie czyni nas szczęśliwym (a już na pewno nie musimy pić jej w kawiarni). Zebranie na wkład własny na kawalerkę nie zajmuje nam 11 lat dokładnie 5 lat, czyli da się to zrobić w trakcie studiów. A 500 zł oszczędzane (i inwestowane) przez 40 lat nie daje nam 350 tys. zł, lecz ponad 2 miliony. C.b.d.u.

Ile straciłem nie robiąc kariery w Warszawie?

Pisząc o pensjach po studiach we Wrocławiu i innych miastach, wpadłem na pomysł stworzenia „rzeczywistości alternatywnej”, cofnięcia się w czasie. Zamiast pójścia do biura w dużym mieście wschodniej Polski zaczynam karierę i rozwijam ją w Warszawie. Jak dzisiaj wyglądałoby moje życie?

Firmy analizujące wynagrodzenia podały twarde dane. Gdybym był ambitny jak prof. Matczak, miał szczęście, zrobił karierę w Warszawie, dziobał po 16 godzin dziennie, dzisiaj byłbym partnerem w warszawskiej spółce z dochodami brutto 30-60 tys. zł miesięcznie, z domem na kredyt w Konstancinie, BMW X5 w leasingu, wczasami w tropikach, po pierwszym zawale i problemami w życiu osobistym (lub wręcz przeciwnie – małym dzieckiem na stanie). De facto dostawałbym 20-40 tys. zł netto, które może osłodziłyby mi wszystkie niedogodności. Ciężko harując nie miałbym czasu na inwestowanie, kombinowanie, urlop .

Zostając w swoim „grajdołku” zarabiam (bez wzrostu wartości inwestycji) na poziomie dolnej granicy warszawskiego partnera. Jeśli odliczę mu ratę w Konstancinie (10k, a ja nie mam już żadnej), dobijam „średniej warszawskiej” w czołówce mojego zawodu (poza partnerami – może 10%, istnieje jeszcze 90 % planktonu „specjalistów” różnych szczebli). Jednocześnie, w lipcu siedziałem w biurze 14 dni z 23 , a w sierpniu 3 dni z 22, co oznacza, że w wakacje pojawiałem się tam przez 17 dni z 45 czyli ok. 37% czasu. Na koniec tego okresu mam jeszcze, do wykorzystania do końca roku:

  • 21 dni urlopu u jednego pracodawcy,
  • 12 dni pracy zdalnej okazjonalnej,
  • 11 dni urlopu u drugiego.

Co więcej warszawiacy nie mają szansy skończyć pracy, chyba że przenieśliby się na Podlasie, spieniężając konstancińską willę i spłacają kredyt. Wtedy jednak zaliczyliby radykalną zmianę statusu. O dziwo, paru z nich już policzyło i podjęło taką decyzję (chociaż czasami Podlasie zastąpili Sycylią, Wyspami Kanaryjskimi itp.).Jak zwykle, kombinowanie popłaca.

Odpowiadając na tytułowe pytanie – nie jadąc do Warszawy, nic nie straciłem, a nawet sporo zyskałem (czas, luz, rodzinę). Bez nowej X5-tki potrafię żyć.

FIRE na próbę albo GAP FIRE

Naczelną zasadą idei FIRE (wczesnej emerytury) pozostawało zakończenie aktywności zawodowej. Następnie wyewoluowały kolejne podtypy tego sposobu na życie:

  • FAT FIRE – „na bogato”. Zgromadzone środki muszą starczyć na wiele przyjemności.
  • LEAN FIRE – „biednie”. Po przejściu na emeryturę, żyjemy za niewielkie pieniądze. Taką opcję propaguję na blogu. Bo czymże innym jest wyprowadzka na wieś, utrzymywanie jednego auta, rezygnacja z wielu zbędnych wydatków,
  • Classic FIRE – „normalnie”. Żyjemy zwyczajnie, ani nie tniemy nadmiernie wydatków, ani nie uważamy się za królów życia.

Jeśli połączymy FIRE z dorobkiem umysłowym Tima Ferrissa („mikroemerytury” przez całe życie, zamiast końca aktywności w określonym wieku) możemy sobie wyobrazić jeszcze jeden sposób – GAP FIRE. O nim traktuje dzisiejszy wpis.

GAP FIRE może okazać się cennym doświadczeniem, FIRE na próbę. Na czym ma polegać?

Z kapitału żyjemy przez pewien czas. W zależności od potrzeb i możliwości – od pół roku do kilku lat. Potem normalnie wracamy „do kieratu”. Czy to ma sens? Moim zdaniem tak. Dlaczego.

Po pierwsze – jak mówi przysłowie – „Lepszy rydz, niż nic”. Znacznie lepiej mieć rok wolnego, niż ciągle zapieprzać w matriksie.

Po drugie – możemy się zregenerować. Długa i stresująca praca wywołuje w nas określone niekorzystne zjawiska – choroby zawodowe i zwyrodnieniowe (my, biurowcy – kręgosłup). Brak czasu dla siebie (praca pochłania minimum 65% naszego aktywnego funkcjonowania (przy założeniu klasycznego stylu życia: na etacie 8h, przygotowanie, dojście, powrót, dekompresja – 3 h, sen 7h, łączny czas aktywności – 17 h). Nagle możemy ten czas odzyskać i przeznaczyć na to, co dla nas ważne. Dość szybko zauważymy powrót życiowej energii.

Po trzecie – mamy okazję przetestować styl życia. FIRE wcale nie jest dla każdego, przecież istnieją ludzie, którzy „nie mogą żyć bez pracy”. Osobiście do nich nie należę, ale nie mierzmy każdego własną miarą. Dlatego tak ważne będzie testowanie. Warto spróbować, co dla nas ważne, sensowne, ile realnie potrzebujemy, jak brak pracy wpływa na codzienną rutynę.

Po czwarte – w ten sposób realizujemy marzenia. Odzyskany czas można albo zmarnować albo wykorzystać. M.in. na realizację marzeń. W czasie FIRE damy radę spełnić wiele marzeń, które wymagają niewiele pieniędzy, a sporo czasu.

Wszystkie te powody skłaniają, aby chociaż przemyśleć ten rodzaj próbnego FIRE. Może po pół roku przestaniemy o nim marzyć. Teraz czas na konkrety. Jak to zrobić?

Widzę trzy drogi do celu, przedstawię je od najbardziej radykalnej do najłatwiejszej.

Złożyć wypowiedzenie. Po prostu rzucamy pracę. Tracimy etat, o kolejny zaczniemy się martwić przed powrotem. W ten sposób mogą zachować się osoby pewne swego. Większości to nie dotyczy. Nie jest tak łatwo ponownie zatrudnić się na podobnych warunkach. Nie żyjemy w USA.

Wziąć urlop bezpłatny. Tu powinno być łatwiej (chociaż jak pisałem – nie zawsze). Idziemy do szefa i prosimy o rok wolnego. W tym czasie nic nie zarabiamy, ale powrót mamy prawie pewny. Urlop się kończy, wracamy do roboty.

Skorzystać z uprawnień „państwa dobrobytu”. Jeżeli jesteśmy ubezpieczeni dysponujemy kilkoma opcjami. Pierwsza – zasiłek chorobowy. Wady – musimy cierpieć na jakieś schorzenie, powodujące niezdolność do pracy (od złamanej ręki do depresji), a maksymalny czas to pół roku (potem mamy świadczenie rehabilitacyjne), no i wielu rzeczy nie zrobimy (wiążą nas zalecenia lekarskie). Druga – ułatwienia dla młodych rodziców. Dziecko umożliwia „odpoczęcie” od etatu na kilka lat (zwolnienie ciążowe, macierzyński, wychowawczy, zaległy urlop). Wady – odpoczynek mamy w teorii, wielu rzeczy nie zrobimy. Natomiast zaletą, w każdej z opcji, niezmiennie pozostaje uzyskiwanie dochodu, pomimo nieobecności w pracy, i przynajmniej w teorii, szansa na powrót.

Skoro mamy możliwości, z czego będziemy żyli? No cóż, oszczędności nadal potrzebujemy. Jeśli wybierzemy wypowiedzenie, czy urlop bezpłatny, na nasze konto wpłynie równe 0 zł. A wydatki jednak jakieś mamy. Brak koła ratunkowego w postaci dobrze zarabiającego współmałżonka, każe pomyśleć i policzyć źródła utrzymania. Chcesz zaczynać, zacznij od siebie – zgodnie z takim mottem, przedstawiam Wam wyliczenia.

W moim przypadku, wydatki minimalne, z zachowaniem pewnych proporcji (rok bez wakacji) mogą kształtować się na poziomie ok. 4600 zł, w tym :

  • 800 zł opłaty,
  • 300 zł utrzymanie domu na wsi i działek,
  • 300 zł auto,
  • 700 zł nauka syna,
  • 800 zł (ubrania, kieszonkowe, ubezpieczenia, prezenty),
  • 1500 życie,
  • 200 rezerwa na wydatki nadzwyczajne.
  • Tyle potrzebuję. Przejadając oszczędności i zakładając GAP FIRE przez rok, muszę dysponować nadwyżką 55.200 zł. Takie oszczędności wydam w 12 miesięcy. W przypadku uprawnień pracowniczych (w moim przypadku raczej zwolnienie plus zasiłek) spokojnie dam radę i bez nich (zasiłek chorobowy przekroczy znacznie potrzeby. Gdybym nie chciał przejadać oszczędności (czyli klasyczne FIRE), zakładając zysk 6% netto (obligacje, dywidendy), powinienem zgromadzić ok. 920.000 zł w inwestycjach. Wtedy żyłbym tylko z odsetek, dywidend. Jak widzicie, pierwsza opcja pozostaje znacznie łagodniejsza.

Jeszcze jedno porównanie na koniec. GAP FIRE kontra Barista FIRE. Ten drugi model to praca „na pół gwizdka”. Żeby zarobić 55.200 zł (pokrycie kosztów), musiałbym miesięcznie przynosić 4600 zł. W moim przypadku oznacza to pracę realną 1 dzień w tygodniu przez pełną dniówkę, albo pn-pt po 2 godziny dziennie, przy zachowaniu stawki godzinowej (czyli nie w knajpce lecz jako freelancer w swoim zawodzie).

Każdy z modeli FIRE nie będzie odpowiadał wszystkim. Od Ciebie zależy, czy wybierzesz klasyczne FIRE (porzucenie pracy, by nigdy do niej nie wrócić), Barista Fire (pracować znacznie mniej lub w nieskomplikowanym otoczeniu) czy GAP Fire (czasowe uwolnienie od obowiązków zawodowych).

Czy mini-emerytury są nam potrzebne?

W „Czterogodzinnym tygodniu pracy” Tim Ferriss zaproponował ciekawy tryb życia. Zamiast pracy biurowej 9-17, którą sam wykonywał (i niebezpiecznie zmierzała w kierunku 9-21), tytułowe rozwiązanie – mini-emerytury. O czym mówimy?

Standardowy Jankes pracuje inaczej niż my w Europie. Urlop wypoczynkowy w standardzie to 2 tygodnie/rok. Reszta – jako bonus, często po wielu latach pracy u danego pracodawcy. Luksus. Większość ma jeden dwutygodniowy urlop i koniec. Oczywiście, taka ilość odpoczynku nie wystarcza by zregenerować się. Stąd choroby, problemy, 50-letni zawałowcy, o sześciocyfrowych albo i siedmiocyfrowych pensjach. Na dłuższy odpoczynek klasa średnia czeka do emerytury. I jeżeli dożyje, uzyska godne świadczenie, ma go te 20 lat.

Ferriss proponuje zmienić paradygmat. Co kilka lat brać miesiąc, dwa, trzy wolnego (bezpłatnie) lub przerzucić się na pracę zdalną. Może nawet rok wolnego. Po co? Żeby zwiedzać świat, nie jak turysta, lecz mieszkaniec . Czy to ma sens? Właśnie o tym chcę napisać. W USA, gdzie pracę łatwo się znajduje i łatwo traci, taka luka w zatrudnieniu nie stanowi problemu. W Europie działamy odmiennie, bo kultura biurowa różni się. Ktoś, kto przepracował (jak ja) 20 lat w jednym miejscu, ma zdecydowane fory. Zna wszystkich, bo szefowie wielu działów, zaczynali razem z nim od juniora. Przełożony, często stary kumpel, zrozumie, że potrzebuję kilku dni wolnego, i jeśli HR nie broni, da mi nawet tydzień, dwa zdalnej. Wiadomo, dupy za mnie nie nadstawi, ale też nie szkodzi. Świeżak nie może liczyć na takie traktowanie. Wszystko załatwia formalnie, nikt nie przymknie oko na gorsze dni, ma robić i koniec. W znacznie większym stopniu pozostaje trybikiem w maszynie i to takim, który w razie potrzeby (zużycia, niewystarczającej wydajności) wymienia się. Dlatego częsta zmiana pracy nie wygląda tak, jak to Ferriss przedstawia. Ryzykujemy, może nie bezrobocie, ale gorsze warunki. Pojawia się pytanie – czy warto?

Teoretycznie takie 3 miesiące bezpłatnego raz na 3 lata, pewnie dostałbym. Nawet w dg znajdę zastępcę, który za cały zysk, chętnie zrobi za mnie, co trzeba. I mógłbym wtedy wyjechać np. na kwartał do Grecji, Włoch, Francji itp. Rodziny jednak nie zabiorę. Żona nawet na bezpłatny w tym wymiarze raczej nie liczy, a syn ma szkołę. Musiałbym jechać sam. Drugie pytanie – czy tego potrzebuję i chcę. I tu odpowiedź brzmi – nie. Dlaczego? Ponieważ nie mam duszy podróżnika. Pomoczyć się w ciepłym morzu – owszem, tydzień, dwa. Zwiedzać mógłbym dłużej, ale nie 3 miesiące w jednym miejscu. Inne jedzenie – dałbym się skusić. Bardziej cenię sobie własne łóżko, szczoteczkę do zębów. Po prostu nie potrzebuję mini-emerytur do szczęścia. Wolę pracować 3 dni w tygodniu, a przez pozostałe 4 robić, co lubię. Mieć 2 tygodnie pełnych wakacji od tego jeszcze 3 tygodnie w sanatorium. Starczy. Z mojej wsi mogę co sobotę wsiąść w pociąg i od maja do września słuchać od południa do wieczora Chopina w Łazienkach albo przez tydzień koncertów w pobliskim Nałęczowie. Wybieram wąwozy Kazimierza Dolnego i cichą knajpkę w każdym tygodniu poza sezonem, zamiast greckiej tawerny przez kwartał, ale raz na 3 lata. Taki jestem.

Zresztą. Współczesna kultura mainstream-u stawia na egzotykę, inne kontynenty, kolory skóry, różnorodność, ale przecież istnieją alternatywy. Jeszcze 100 lat temu, główny żywiciel rodziny, w czasie wakacji, wywoził żonę do Urli, Otwocka (z Warszawy), do Kazimierza, Nałęczowa (z Lublina lub Warszawy), do Garbatki (z Radomia), czy do Zakopanego (z Warszawy czy Krakowa) i odwiedzał ją w weekendy. Sam, brał krótki urlop i spędzał go w tym samym miejscu co rodzina. Ale przez tydzień, może dwa. Nie tęskniono, w ówczesnej klasie średniej, za lodowcem, Malediwami, Bali czy Kalifornią. Szczytem wyrafinowania pozostawał Paryż, Wiedeń, albo kurorty Niemiec, Holandii czy Francji. Mam w sobie tamtą krew. Morze – owszem, zwiedzanie – owszem, ale 2-3 tygodnie, a nie 3 miesiące, a tym bardziej rok. Jeśli pracuję w ciepłym półroczu, systemem 3 dni w biurze, 4 dni na wsi plus urlop – takie mini-emerytury nie są mi do niczego potrzebne. A Wam?

O muzyce Fryderyka Chopina i jej związkach z zamożnością.

Dzisiejszy wpis ma charakter typowo filozoficzny. Pokazuje powiązania naszego finansowego „cyklu życia” z charakterystycznym dla twórczości Chopina (chociaż pojawiającym się u innych romantyków, a wcześniej np. u Mozarta) rodzajem prowadzenia melodii, nazwanym „tempo rubato”.

Co ono oznacza? Jak podaje Wikipedia (za Franciszek Wesołowski, Zasady muzyki, Polskie Wydawnictwo Muzyczne, Kraków 2008 ISBN 978-83-224-0461-4) –  Rubato (z wł., dosł. „obrabowanie”) – chwiejność tempa wynikająca z dowolnego wydłużania i skracania dźwięków podczas wykonywania utworów. Grane w taki sposób, by średni rytm na przestrzeni frazy lub taktu granego rubato był zgodny z oryginalnym. U Chopina polegało ono na tym, że lewa ręka (akompaniująca) gra stale ustalonym rytmem, a prawa snuje melodię raz zwalniając, raz przyspieszając, lecz utrzymując miarę taktu (w mazurku 3/4) w obrębie taktu lub całej frazy. Najlepiej takie falowanie usłyszycie w wykonaniu mistrza Mazurków Janusza Olejniczaka https://www.youtube.com/watch?v=-dvbiz7iXe4 .

No dobrze, ale co to ma wspólnego z finansami? Przecież nie zamierzamy nikogo obrabować. Już tłumaczę. Otóż pamiętacie o moim „trójkącie zamożności” – zamożność = (zarabianie + oszczędzanie) x inwestowanie. Nasze oszczędności w obrębie taktu (czyli każdego roku) są mniej więcej stałe, przez co odkładamy podobną kwotę pieniędzy (albo zarabiamy coraz więcej, ale przez zwiększone wydatki oszczędzamy podobnie). Zatem ta część w nawiasie (matematycznie – mnożna) równania zamożności daje podobny wynik – mówimy o stałym akompaniamencie lewej ręki w tempie rubato.

Druga część, w życiu odpowiedzialna za inwestycje to mnożnik – faluje jak prawa ręka u Chopina czy Olejniczaka. W jednym roku inwestycje przyniosą lepszy efekt, w innym gorszy.

A rezultat? W obrębie frazy (czyli przykładowo dekady) oraz całego mazurka (życia) obie ręce grają średnio w tym samym tempie. Sposób wykonania zaś zależy wyłącznie od talentu i wrażliwości twórcy (inwestora). Założył sobie, że gra 3/4, w inwestycjach np. 10 % netto średniorocznie i trzyma rytm. Oczywiście występuje drobna różnica. Muzyk, jeśli gra za szybko, zostanie opieprzony przez nauczyciela, inwestor, jeśli zamiast 10% wyciągnie Buffetowskie 20% zbierze pochwały i ludzie zaczną spijać słowa mądrości z jego ust.

I jeszcze jedno. Życie jak Chopin zastawia na nas pułapki i stawia wyzwania. Słynny kompozytor napisał np. walca Des-dur op. 64 nr 1 nazwanego „minutowym”, którego wykonanie, pomimo gigantycznego postępu mechaniki instrumentu, zazwyczaj trwa pełne 2 minuty, a wirtuozom udaje się urwać może 30 sekund. Do poprzeczki Chopina sporo brakuje. W inwestycjach tymi wyzwaniami są osiągnięcia wielkich (jak właśnie Buffet) oraz wszelkie kryzysy, zwalniające grę, pardon , średnią stopę zwrotu.

Jeszcze raz o idei „życia bez pracy”.

Wyjaśnijmy sobie na początku – nie zamierzam pisać o błogim lenistwie na leżaku, lecz o rezygnacji ze stałej pracy zawodowej. Wszelki freelance, dorabianie, okazjonalna działalności gospodarcza – ok. Fizyczne zajęcia wokół własnych potrzeba (wytwarzanie jedzenia) – jak najbardziej. W rozważaniach wykluczam wyłącznie etat i dg w godzinach od-do, 5 dni w tygodniu, 170 godzin w miesiącu. Czy we współczesnym społeczeństwie, taka idea pozostanie utopią, a może są ludzie, którzy tak żyją?

Tak – są. I dzielą się na kilka grup.

Zacznijmy od rentierów. Rentier, posiadacz kapitału, ulokowanego w akcjach, obligacjach, pożyczkach, funduszach itp. przynoszącego mu dywidendę, odsetki, wzrost wartości. Tu rachunek wydaje się prosty. Trzeba posiadać 25-krotność rocznych wydatków, żeby żyć z kapitału. Proste. Czy znam rentierów? Jasne. Część z nich spieniężyła własne firmy, część odziedziczyła kapitał.

Następnie posiadacze nieruchomości. Radykalna lewica nazywa ich „czynszojadami”. Całkiem spora grupa. Środki potrzebne na przeżycie czerpią z wynajmu czy dzierżawy. Wielu wykonuje nisko płatne zawody, a radzi sobie całkiem nieźle. Jak to możliwe? Po pierwsze dobra nieruchomość daje całkiem niezły zwrot bieżący. Z domu wartego 1,2 mln zł, dostanę 60 tys. zł rocznego czynszu netto. Niskie opodatkowanie (ryczałt 8,5%) im sprzyja. Struktura rodzinna ludzi zamożnych bywa następująca – 4 dziadków, 2 rodziców, 1 dziecko. Czasem pojawiają się różne ciotki/wujkowie, po których coś tam się dziedziczy. W efekcie scenografka teatralna posiada 3 mieszkania w Warszawie, dochód z najmu ok. 10 tys. zł (w jednym mieszka sama), czyli znacznie wyższy niż pensja. Czy taką drogę da się powtórzyć? No cóż. Czasem tak (mamy zamożnych krewnych, dobre zarobki, możemy skupować lub odziedziczyć), czasem nie (przy obecnych cenach, znam efektywniejsze sposoby zarabiania niż czynsz najmu). Niewątpliwą zaletą pozostają preferencje podatkowe.

Wolni strzelcy. Zwani też z angielskiego freelancerami. Od zawodów stricte inteligenckich (pisarz, dziennikarz, lekarz, adwokat) do zupełnie fizycznych (stolarz, robotnik rolny). Kluczem pozostaje wysoka (znacznie wyższa niż przeciętna) stawka godzinowa. Tę uzyskamy albo w Polsce, albo na saksach. Wtedy da się żyć, nie czerpiąc dochodu ani z kapitału, ani z nieruchomości. Dlaczego? To proste. W jednym z wpisów pokazałem, jak za 4.5 tys. zł/m-c może żyć rodzina trzyosobowa (trzeba mieć tylko własne budynki i kawałek ziemi na wsi). Jeżeli nasza stawka godzinowa wynosi 100 zł brutto (ok. 70 zł netto), potrzebujemy 64 godzin pracy miesięcznie, gdy zarabia 1 osoba, i 32 godzin, gdy dwie. Tak, nie ściemniam – 32 godziny miesięcznie, ok. 1 dnia w tygodniu. Chyba warto powalczyć o taką niezależność?

Opisywałem też na blogu historię mojego kumpla z dzieciństwa – 3 miesiące „na szparagach” zapewniają mu kasę na rok. No i dostanie dwie (śladowe) emerytury. Zamiast „u Niemca” może być sezonowa praca w Polsce (choć rodak łatwiej oszuka).

Handlarze. Jak śpiewał zespół mojej młodości Big Cyc „Tu kupisz, tam sprzedasz, nie weźmie Cię bieda”. Handel to najlepszy sposób na lekkie życie, tylko nie każdy ma w sobie tę żyłkę. No i trzeba dysponować kapitałem obrotowym. Jednak potencjał jest. Jeżeli za kg jabłek producent dostaje 1 zł, a w mieście płacą 3.5 zł, za kg malin rolnik otrzyma 10-15 zł, a 40 km dalej 10 zł kosztuje 200-gramowe pudełko, przebitkę da się zrobić. Jeżeli na aucie za 50 tys. zł, zarabiam bez podatku, po pół roku, całe 5 tys. zł, to potencjał istnieje (mogę też sprzedać po miesiącu i podatek zapłacić). Pomijam zakup i sprzedaż nieruchomości, bo o fliperach pisała już chyba cała popularna prasa.

Każda z wymienionych wyżej grup, poświęcając od 1 godziny miesięcznie do 32 godzin, potrafi zarobić na życie zamiast chodzić do roboty 170 godzin. Dlaczego więc większość wybiera etat? O tym w kolejnym wpisie.

Życie za 500 zł. Lipcowy, poinflacyjny eksperyment – plan.

Kilka lat temu, przed sporymi podwyżkami cen wszystkiego, zrealizowałem na blogu takie doświadczenie. Starałem się przeżyć, za jak najmniejszą stawkę. Projekt zakładał – mniej niż 300 zł. Wtedy udało się. Teraz plan wygląda inaczej.

Założenia. Miesiąc na wsi. 1 -2 dojazdy w tygodniu do pracy (urlop, zdalna). Nie liczę tu nagłych potrzeb firmowych, związanych z wyjazdami – na te mam osobny budżet (firmowy). Sporo własnego jedzenia. Wszystkie media opłacone. Reszta zakupów – sporadyczna. Wydatki jak zwykle dzielę na kategorie.

Dom czyli media. Ten punkt zmusza mnie do opłacenia – wody (10 zł, stawka symboliczna), komórki (30 zł), abonamentu prądowego (36 zł, )opłata śmieciowa (28 zł) Razem 104 zł. Gdybym mieszkał na stałe, musiałbym jeszcze dołożyć: wywóz szamba (25 zł), drewno (22 zł), ) podatek od nieruchomości (100 zł), internet (90 zł – spróbuję bez). Razem 341 zł. W ten sposób zniknęłoby albo 2/3 budżetu. Dlatego przyjmuję wersję za 104 zł.

Chemia, leki, kosmetyki. Ten punkt wydaje się prosty, zwłaszcza w przypadku faceta. Dezodorant, mydło, pasta i szczotka do zębów, proszek do prania, płyn do naczyń, jakieś środki czyszczące, papier toaletowy (nawet niekonieczny, gdyby mieć bidet) plus stałe leki. Pewnie w okolicach 60 zł dam radę się zmieścić.

Transport. Zero auta. Raz – dwa razy w tygodniu dojadę pociągiem, płacąc miesięcznie 45 zł. Może wybiorę rower.

Ubranie. Symboliczne 50 zł. Zakładam średnią. Nie planuję nic kupować.

Drobne wydatki własne. Kolejne 50 zł na gazetę, może książkę.

Jedzenie. Tu już co zostanie. Letnio – 191 zł. Całorocznie? Brakuje, bo już poświęciłem 546 zł. Co robić? Musiałbym jeszcze przyciąć powyższe. Jak? Rezygnując z internetu kablowego (-90 zł), zadowalając się komórkowym, obniżając podatek od nieruchomości np. przerabiając garaż na lokal mieszkalny -70 zł. Wtedy i w zimie zostałby mi 114 zł (wydatki pozajedzeniowe 376 zł).

Czy potrafię zmieścić się w takich kwotach? Zobaczymy. Z drugiej strony, jeśli dam radę, pokażę Wam coś ważnego – ile faktycznie trzeba, by biologicznie przeżyć. O jakimkolwiek komforcie za 500 zł/os. przecież nie mówię.