Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Styl życia – Strona 13 – Oszczędny Milioner

Dlaczego warto mieć własne warzywa i owoce? Argumenty zdrowotne.

O finansowych korzyściach posiadania swojej grządki czy sadu pisałem wiele razy. Teraz czas na opowieść o tym, że żywiąc się jedzeniem masowym, ryzykujemy zdrowiem, a nawet życiem.

Informacja pierwsza z brzegu – w truskawkach znaleziono pestycydy – https://www.onet.pl/informacje/smoglabpl/co-zjadamy-w-polskich-truskawkach-lista-jest-dluga/d6crm69,30bc1058 . Co gorsza nie tylko w marketowych, lecz także tych z tzw. bazarku czyli targu. Czasem tylko kilka substancji, czasem całkiem sporo. Cena czyni cuda, ale natury nie oszukasz.

Teraz źródło mniej sensacyjne niż codzienny portal internetowy https://cowzdrowiu.pl/aktualnosci/post/pestycydy-w-produktach-spozywczych-na-polskim-rynku-raport. Czego się dowiadujemy? Ponad 51% próbek żywności zawierało pestycydy „w normie”, 6% ponad normę, a tylko 43% nie było skażonych. I jeszcze Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego mówi nam – „wszystko w porządku”. Organizacje konsumenckie zaś biją na alarm. Z jakiego powodu? Pestycydy wchodzą w interakcję- czyli trochę tego w truskawce, innego w ogórku, pojedynczo ok, ale razem już nie. Poza tym – dawki się kumulują, a większość pestycydów działa kancerogennie. Wreszcie na koniec – znam całe mnóstwo substancji (w tym słynny glifosat, leki), które okazywały się szkodliwe po latach. Dlatego podziękuję.

Jedynym sposobem, żeby uzyskać pewność zdrowego jedzenia jest…. wytworzyć go samodzielnie tak dużo, jak się da. Bez stosowania oprysków i nawozów sztucznych. Na dobrą sprawę powinniśmy jeszcze mieć trochę zwierząt (o czym w następnym wpisie), żeby kupiony np. ze stadniny obornik, nie został skażony antybiotykami i innym świństwem. I do tego zmierzam. Ostatnio, w moim otoczeniu, nastąpiła plaga nowotworów, dotknęła kilka kobiet, z których jedna już nie żyje. W zasadzie, gdzie się nie obrócę, słyszę o tym świństwie. Zła jakość jedzenia – to jedno ze źródeł choroby.

Letnie wiejskie życie, czyli jak optymalnie wykorzystać czas i podnieść poziom zadowolenia.

W kwietniu podjąłem decyzję – tak dłużej funkcjonować się nie da. Codzienne powroty z pracy, aby wykonać firmowe zlecenia i padać na pysk w okolicach 18. Szybka kolacja, chwila rozmowy z rodziną i już mamy wieczór. Od 1 maja wdrożyłem plan. A wyglądał on następująco.

W okresie od 1 do 31 maja brać 2 dni wolnego tygodniowo, albo w postaci dni ustawowych (1 i 3 maja miałem na starcie potem jeszcze 30 maja), albo urlopu, albo pracy zdalnej. Wiadomo, część dni wykorzystywałem częściowo na jakieś spotkania firmowe, załatwianie spraw, ale inaczej wyglądają nawet 2-3 godziny z klientem niż 8 godzin wysiadywania jajka za biurkiem. Mam tego wolnego sporo, więc miało wystarczyć do września. Te dni wolne oraz weekendy starałem się spędzać na wsi. Wiadomo, niezbyt restrykcyjnie. Bo w jedną niedzielę wypadały imieniny syna, w inną drugi grał mecz, w trzecią pojechaliśmy w odwiedziny do trzeciego. Ale starałem się. Żona raczej wpadała (akurat ona nie ma opcji pracy zdalnej i urlopu w takim wymiarze).

Czas na efekty. Te okazały się zgodne z tytułem wpisu. Wiejskie życie polegało na wczesnym (ok. 21-22) kładzeniu się spać, równie wczesnym (4-5) wstawaniu (budził mnie wschód), prostym jedzeniu, oraz spędzaniu czasu w ogrodzie (po niespełna 3 tygodniach okazałem się bardziej opalony niż koleżanka, która plażowała tydzień na Krecie). Krótko mówiąc- znacznie mniej stresu, sporo luzu, przez 4 dni w tygodniu. Po tygodniu w czystym powietrzu wrócił mi węch i smak, oraz cofnęło się zapalenie zatok. Moja przewlekła choroba, także wydaje się znacznie mniej problematyczna. Drzemki popołudniowe nie trwają godziny lecz 10-20 minut. Żaden pracodawca nic nie marudzi, w końcu woli mnie widzieć 1-2 dni niż miałbym się zwolnić.

Dojazdy nie wydają się żadnym problemem. Mamy wiosnę, gdy wstanę rano o 4.50, wtedy o 6.00 siadam do śniadania z żoną w mieście (w dni pracujące). 4 dojazdy tygodniowo, to 300 km, wraz z miastem. Nie kosztuje mnie wiele – po powrocie podłączam elektryka do gniazdka i te 7-8 KWh naładuje w 4 godziny. Za darmo, ponieważ instalacja FV produkuje wystarczająco dużo prądu. 30 KWh/tydzień i 120 KWh/m-c, nawet według cen rynkowych zamyka się w kwocie 150 zł/m-c (ja, jak zaznaczyłem płacę równe 0 zł). Gdybym jeździł benzynową 500-tką żony ok. 500 zł.

I jeszcze jedna kwestia związana z tematem bloga. Oszczędności. Przez 3 tygodnie wydałem na jedzenie – 210 zł, jeśli doliczę miejską kuchnię żony – może 400 zł wyjdzie. Jak to możliwe? Łatwo. Zbieram już nowalijki. Na drzewie rosną sobie czereśnie, więc zamiast po kawałek ciasta, spaceruję do ogrodu. Kawy poza pracą nie piję, zastąpiłem ją kakao (nie chciałem zabierać ekspresu). Najważniejsze. Nie kupuję też głupot, bo po prostu wolę siedzieć na bujanym fotelu (nawet z laptopem, gdy pracuję zdalnie), w ogrodzie lub na werandzie, niż pojechać do miasteczka. Niby mam 7 km do parku w Nałęczowie, ale byłem tam raz – gdy przyjechała rodzina. Tym samym potwierdzam opinię wszystkich „wiejskich” blogerów i vlogerów – życie na wsi, jeśli toczymy je ze zmianą przyzwyczajeń, wychodzi tanio: trochę chleba, coś do niego (może być własny dżem, smalec, szynka z puszki), 2-3 torebki herbaty, dwie łyżeczki kakao, kubek mleka. Na obiad kluski z sosem mięsno-warzywnym, pizza domowa albo miska flaków. Ze słodyczy, kupiłem sobie pół litra lodów i jadłem przez kilka dni po 2-3 gałki. Jeśli doliczę wydatki na rachunki 290 zł (30 zł abonament prądu, 30 zł śmieci, 20 zł woda (sporo podlewam), 90 zł internet, 30 zł komórka, 90 zł uśredniony podatek) oraz inne rzeczy (leki, chemię, kosmetyki, ubrania, ubezpieczenie zawodowe) -390 zł, oraz utrzymanie auta 120 zł, miesięcznie mogę przeżyć, pracując w mieście, za 1200 zł. Oczywiście, gdybym był sam. Bez pracy, byłoby jeszcze o 300 zł taniej (eleganckie ubrania, ubezpieczenie), gdybym obciął szybki internet (zostawił spory limit w komórce) i zamiast garażu miał pomieszczenie na zwierzęta, wydałbym mniej o jeszcze 180 zł. W sumie 720 zł. Pozbywając się auta, zszedłbym do 600 zł. Jak wiecie, planuję takie życie, ale dopiero w lipcu.

Jednocześnie mój poziom zadowolenia, spokoju, satysfakcji, wyluzowania i bycia wypoczętym drastycznie poszedł w górę. Tak jak już napisałem – nawet pracę, te 8 godzin, ale na werandzie lub w ogrodzie, boso i w t-shircie, odczuwam inaczej. Jeśli akurat nie pracuję nad dokumentem, na drugim laptopie pisze te słowa, wstanę po herbatę, zjem garść owoców. Wystarczy, że podniosę oczy znad ekranu i widzę zieleń. Nie męczę się bez klimy, w 27 st. C, bo jej nie potrzebuję – stała temperatura w domu oscyluje wokół 19 st. C (parter), 23 st. C (poddasze) i 20 st. C (weranda w środku dnia). Od 8, siadam z laptopem, w bujaku i na słońcu, po 11 przenoszę się w cień. Rozmowy z klientami o 18 nie męczą mnie, bo nie jestem wykończony całym dniem. A są jeszcze dni urlopu, gdy poza 1-2 godzinami pracy na potrzeby własnej firmy, nie muszę nic. Pracując takim systemem nie tęsknię do emerytury.

Co tracisz zapominając, że istnieją różne poziomy finansowej wolności?

Na moim blogu, od pewnego czasu przewija się pojęcia „wolności finansowej” lub FIRE. Oznaczają one brak konieczności dalszej pracy zawodowej, utrzymywanie się z inwestycji i oszczędności. I jak większość rzeczy na tym świecie, wolność finansową można stopniować. Co więcej trzeba to robić. Tylko jak? Czytaj dalej Co tracisz zapominając, że istnieją różne poziomy finansowej wolności?

Ile można zaoszczędzić na wykonaniu naprawy samodzielnie.

Na blogu wielokrotnie pojawiał się temat „oszczędność poprzez samodzielne wykonywanie czynności”. Obecna sytuacja, podwyżka cen praktycznie wszystkich usług (łatwy do przewidzenia skutek pompowania pensji minimalnej), skłania do DIY. Zwłaszcza w przypadku prostych napraw.

Podam prosty przykład. Jeśli za sam odczyt błędów z komputera pokładowego auta i skasowanie ich płacimy 200 zł, a możemy to zrobić w ciągu 10 minut, sprzętem z internetu za 130 zł, a mamy w rodzinie 5 samochodów (jak ja), jaki sens ma jechanie z taką sprawą do mechanika? Kupiłem sobie urządzenie, ściągnąłem darmowy program na Androida i ustaliłem przyczynę zaświecenia się kontrolki w 3 samochodach, skasowałem błędy. Wydając 130 zł, poświęcając 2 godziny (na umawianie i same wizyty potrzebowałbym całego dnia, ponieważ specjalista od elektryka urzęduje w mieście 100 km oddalonym od mojego i musiałbym wracać pociągiem), zaoszczędziłem 900 zł. Nieźle. Natomiast wielu ludzi pojedzie, nawet i 5 razy, uznając swoje działanie za racjonalne. Jak się wytłumaczy?

  • boję się coś popsuć,
  • nie znam się,
  • to trudne,
  • nie lubię tego.

Każda z takich przyczyn, dla 70-80% dorosłych ludzi, oznacza wymówkę. W dobie instrukcji dla idiotów, filmików z netu, faktycznie wetknięcie urządzenia w gniazdo, połączenie go przez bluetooth czy wifi, użycie aplikacji, to taki problem? Uważam, że żaden. Samo pierwsze użycie (z konfiguracją i poznaniem aplikacji) zajęło mi pół godziny. Kolejne – po 10 minut. Wybór i zakup – godzinę. Takich czynności jest wiele – podłączenie pralki w miejsce zepsutej, podpięcie telewizora, wyrzucenie mebli i złożenie nowych, skucie i położenie płytek. Za każdą z nich ludzie gotowi są płacić wg stawki 100-500 zł za godzinę. Często zarabiając daleko mniej.

Jeden problem, dwa światy. Jak w takiej samej sytuacji patrzą „młodzi wykształceni z wielkich miast” i oszczędny przedsiębiorca.

Mamy dwie rodziny. W pierwszej, oboje małżonkowie pracują w korpo. Zarabiają całkiem sporo, jak na średnie miasto – 15k. Ich jedynym majątkiem jest niewielkie mieszkanie. Kupują większe. W drugim przypadku – ludzie utrzymujący się z firmy, dającej średnio 30k, majątek stanowią budynki przynoszące dochód, właśnie wznoszą kolejny. Problem – wykończenie lokali.

„Młodzi wykształceni z wielkich miast” planują kupić gotowe, nawet kosztem +2k/m2, co oznacza 200 tys. zł kredytu więcej. „Oszczędni przedsiębiorcy” wybierają inną opcję – samodzielne wykończenie, gdzie się da i zlecenie reszty, jak najtaniej (co oznacza lokalne małe firmy). Dzięki temu wykończenie wyniesie 1,2k/m2, przy 200 m2 ma to znaczenie. Wszystko finansują gotówką.

Pozornie 200 tys. zł kredytu, przy dochodach 15k i braku innych obciążeń (pierwsze mieszkanie sfinansowali rodzice, były też jakieś oszczędności), nie stanowi problemu, przecież „mini-ratka” to tylko 1600 zł, a znajomi biorą po 800k i płacą 6000 zł. Podobnie w przypadku przedsiębiorców. 160k dla kogoś, kto zarabia miesięcznie 30k, to są trzy kwartały oszczędności. Oni jednak myślą inaczej. Po co brać ludzi, skoro jest martwy sezon, a pan domu potrafi sporo zrobić. W cyklu życia (to ich kolejny budynek), te kwoty się kumulują, poprzednie dwa wygenerowały oszczędności pozwalające kupić trzecią działkę. Zresztą w ogóle warto żyć oszczędnie, wg moich szacunków za 25% sporych dochodów.

Te dwa style życia pokazują w długim okresie wyraźną różnicę. Korposzczury czują się panami życia za 15k netto, przedsiębiorcy przy dwa razy większych zarobkach, nie świrują z wydatkami, uznawanymi za niekonieczne. Swoje robi też różnica w dochodzie. W efekcie jedni oszczędzą 45k, drudzy 240k. Te roczne kwoty kumulują się, stale przyrastają. Po 40 latach, jedni dadzą dzieciom wykształcenie i kasę na wkład własny do mieszkania, drudzy działające biznesy i przykład. Następcy (akurat w obu przypadkach – dwójka dzieci) zaczną w zupełnie innym momencie. Jeśli powtórzą styl życia rodziców – któż to wie.

Czy da się wycisnąć z życia więcej niż pracując w korpo lub na zwykłym etacie? Trzy sposoby na funkcjonowanie poza utartymi szlakami.

Historia dwóch panów – warszawskiego człowieka sukcesu i moja, każe nam spróbować odpowiedzieć na pytanie, którym kończył się poprzedni wpis. Czy istnieje trzecia droga, dla kogoś, kto nie chce się szarpać, pracować ponad siły, a przede wszystkim nudzi go biuro.

Oczywiście. Ścieżki zawodowe moja i opisywanego syna trenera nie pozostają jedynymi. Możemy jeszcze spróbować zupełnie innych sposobów na życie.

Pomysł pierwszy. Rzemiosło. Nie czarujmy się, dzisiaj nie trzeba być wybitnym, nie trzeba nawet kapitału. Wystarczy gotowość do ubrudzenia się od czasu do czasu, którą ma coraz mniej młodych ludzi. Ostatnio powtarzam mojemu szefowi – jak mnie zwolni – założę firmę wywożącą zawartość szamba lub przepychającą rury. Inwestycja początkowa – kilkadziesiąt tysięcy (beczka lub elektrożmijka). Konkurencja – niewielka. Potrzeby – spore. Stawki? 400-500 zł za godzinę. Można (inaczej niż w doradztwie) nie być VAT-owcem, opodatkować się ryczałem. Mili ludzie, fajne klimaty (chociaż trochę gorzej zasysać gówna w deszczu lub na mrozie). Kupuję to. A kto ma wrażliwe powonienie? Temu zostaje robota stolarza, zduna, serwisanta rowerów, masztalerza, psiego trenera lub hodowcy.

Pomysł drugi. Niebieskie ptaki i artyści. Jeśli wystarcza ci niewiele, nie chcesz pracować w regularnych godzinach? No cóż, idziesz w zawód niebieskiego ptaka. Musisz mieć tylko względnie tani dach nad głową i chęć do kombinowania. Jako artysta-freelancer z głodu nie zdechniesz. Jeśli masz bajerę, przekonasz samorządowców, że warto właśnie Ciebie wspierać. Hodujesz kozy, tu kupisz taniej, tam drożej sprzedasz (bez podatku). Dostaniesz zasiłki, zapomogi itp. Wyślesz żonę do jakiejś pracy i już masz ubezpieczenie zdrowotne.

Pomysł trzeci. Życie na obrzeżu systemu. Praca tylko tyle co potrzeba – do 10 godzin tygodniowo.I to nawet nie praca – jakieś zlecenia, coś dorywczego, może „z ręki do ręki”. Posiadanie hektara ziemi i prowadzenie gospodarstwa rolnego, żeby móc legalnie dorobić na KRUS i płacić niskie składki. W takim przypadku, warunek jest jeden, niskie koszty życia. Jak niskie? W lipcu będę testował zapowiadany model życia za 500 zł miesięcznie. Realnie i długoterminowo, może nie 500 zł, a 1000 zł. To już jest kwota, za którą, produkując żywność, da się przeżyć miesiąc. Nie posiadamy samochodu, albo jakiegoś złomka, niewielki lub stary dom, własny kawałek lasu, staramy się pozyskiwać prąd ze słońca. Nazwałem to „życiem na obrzeżach systemu” a nie pozasystemowym z dwóch powodów. Pierwszy -doświadczenia z pozasystemowcami. Większość z nich twierdzi, że posiadanie ubezpieczenia zdrowotnego, oznacza kontakt z systemem. Drugi – niechęć do stygmatyzowania kogokolwiek. Niektórzy, jeśli przyjdzie im żyć w ten sposób, czują się wyrzutkami społeczeństwa, źle im z całą sytuacją. To błąd, ale nie chcę nikogo piętnować. Każdy żyje, jak chce i tym, co mu przyniósł los. Wybór obrzeży systemu najczęściej oznacza wieś. Dlaczego? Ponieważ tylko na wsi da się tak radykalnie obniżyć koszty.

Jak zreorganizować życie – rzeczywisty przypadek millenalsa.

Całkiem niedawno zwrócono się do mnie, jako „Wujka Sknerusa” o radę dotyczącą zaplanowania dalszego życia finansowego warszawskiej 40-letniej singielki.

Nasza bohaterka wiedzie pełen sukcesów życie zawodowe humanistki. Pracuje w dużym wydawnictwie, jej własne książki i artykuły sprzedają się całkiem nieźle. Ale…. niestety, rynek w branży księgarsko-literackiej mamy wilczy. Rzeczywiste dochody b2b za miesiąc pracy (głównie zdalnej, na miejscu 1 dzień w tygodniu) wynoszą netto (po odliczeniu składek i podatków) 5000 zł. Do tego pozycja pozwala od czasu do czasu (raz w miesiącu) dorobić na artykule przeciętnie 700 zł netto. Wynik dochodowy +5700 zł.

W warunkach wiejskiego slow-life-u fantastyczny pomysł na życie. Niestety mówimy o kompletnie odmiennych realiach. Nasza bohaterka żyje w wynajętym mieszkaniu w Warszawie, na granicy Śródmieścia i Mokotowa. Cena wynajmu małego mieszkania 3500 zł + opłaty. Cóż powiedzieć, na wszystkie inne potrzeby zostaje ok. 1800 zł. Dla kogoś, kto lubi karmelowe latte w Starbuniu (26 zł za dużą porcję, sprawdzałem), powinien raz w tygodniu dojechać pociągiem do Krakowa – żałośnie mało. Millenalsce trochę, dopóki mogą, pomagają rodzice. Nie ukrywają, że obecny stan rzeczy nieco ich niepokoi. Czwarty krzyżyk, czas na stabilizację, a tej nie widać. Szans na kredyt w Warszawie (cena wynajmowanego mieszkania ok. 1,5 mln), patrząc przez najbardziej różowe okulary nie widzę. Rata (zero opcji kredytu 0% z uwagi na wartość początkową), przy wpłacie pierwszej 20% (300 tys. zł) wynosi 9600 zł (800 zł x 12), nawet rodzice-współkredytobiorcy nie ratują sytuacji. Przebranżowienie – nie wchodzi w grę. Co robić? Oto opcje, które widzę:

  1. Skoro praca ma charakter zdalny, zamiast drogiej Warszawy wybrać np. Kielce, położone dokładnie w połowie drogi pomiędzy dwoma głównymi centrami życia. Tam ten wkład własny 300 tys. zł (rodzice z bólem go wyłożą) starczy na całe mieszkanie. Drastycznie spadną koszty dachu nad głową, a przede wszystkim, będzie własny.
  2. Wybrać mieszkanie w Umbrii i raz w tygodniu pokonywać samolotem drogę Rzym-Warszawa lub Rzym-Kraków, a Umbria-Rzym- pociągiem. Ponownie, 300 tys. zł wystarczy na zakup i remont. W pakiecie dostaje się kontakt z inną kulturą, który dla twórcy zawsze jest inspirujący.
  3. Przenieść się do innych krajów z tanim życiem i tam wynajmować za odsetki od 300 tys. zł.
  4. Wybudować domek, na działce niedaleko linii kolejowej (rodzice mają taki grunt) za 200 tys. zł. Własny, tanie utrzymanie, nowoczesne budownictwo nie zje zysków.
  5. Przyjąć ofertę pracy za granicą, np. w ambasadzie jako „attaché kulturalny”, a w zamian dostać mieszkanie służbowe.

Uwaga! Ciekawy blog na horyzoncie.

Niedawno trafiłem w internecie na kolejnego bloga, którego warto poczytać. Jego twórca – Kacper, mój prawie-rówieśnik, zyskał staż pracy do emerytury i powiedział pas pracy. Mieszka sobie na działce, żyje z własnych zbiorów oraz na luzie.

Kogo interesuje tzw. pozasystem, będący w zasięgu ręki, znacznie szybciej niż nawet kawalerka w większym mieście, czytajcie i udostępniajcie: https://codziennoscnadzialce.blogspot.com/ . Niestety taki styl życia nie podoba się Facebookowi i w tym medium Kacper dostał bana. Dlaczego? Nie pojmuje. Nie pisze o kwestiach kontrowersyjnych, tylko zwyczajnym życiu.

Dlaczego udostępniam? Blogów „działkowego minimalisty” Henryka i drugiego Henryka, o którym pisałem ostatnio już nie ma, zniknęły. Mam nadzieję, że Kacper nie zdecyduje się na zaprzestanie pisania, bo jego treści niosą sporą wartość – pokazanie, jak można żyć, będąc zwykłym człowiekiem. Nie aspirując do zmiany świata w sposób wywierania na niego innego wpływu, niż pokazując spraw wielkich, lecz właśnie codzienność. Źródła zarobkowanie Kacpra pozostają klasyczne: sprzedaż nadwyżek plonów, sadzonek, prace dorywcze, sprzedaż złomu. Tak spokojnie da się przetrwać do emerytury, chociaż i on nie podaje dokładnych zestawień finansowych.

Niech żyje Mac. Historia 9-letniej współpracy.

W swoim życiu zmieniłem kilkanaście komputerów stacjonarnych i laptopów. Te ostatnie psują się zdecydowanie częściej. Dlaczego? Przenosimy je z miejsca na miejsce, pracujemy na kolanach, części upakowane są gęsto. Rekordzista w moich rękach przetrwał 2 lata, popękała obudowa, zamulił system. Na drugim biegunie znalazł się tytułowy MacBook pro kupiony w 2015 r. Jest ze mną do dzisiaj. A oto opis i wyliczenia.

Wygląd. Jest dobrze. Starły się litery na dwóch klawiszach. Tu i ówdzie aluminium zarysowałem lub wgiąłem (w okolicach portów). Tyle. Nadal wygląda lepiej niż 2-letnia Toshiba.

Płynność działania. Bez większych problemów. Przymuli na chwilę (mam nawyk otwierania 20 okien przeglądarki na raz) i tyle. A pamiętajcie, że dysk 128 GB i stare kości pamięci 8 GB.

Awaryjność. Wadliwą matrycę wymieniono w ramach akcji serwisowej. Po gwarancji zmieniłem baterię (ok. 650 zł) i klawiaturę (450 zł), którą prawdopodobnie zniszczył mu nawyk jedzenia przy kompie. Tyle. Jak na 9 lat ostrej eksploatacji (w sumie pewnie 10.000 godzin) nieźle.

TCO i wartość rezydualna. Ile jest wart przeciętny laptop po 4 latach? Kilkaset złotych czyli 10-15% wartości początkowej, wynoszącej 3500 zł. A Mac po 9 latach? Nadal 1300 zł (gorsza konfiguracja niż moja, z Allegro) z początkowych 5000 zł. I tu tkwi sukces. Roczne TCO (pełne koszty posiadania) typowego lapka wynoszą (3500-500)/4 = 750 zł. A Maca? (5000-1300+1100)/9=533 zł. Toshiba? (2000-0)/2 = 1000 zł. I to przesądza.Niech żyje Mac.

Dwie drogi. Porównanie korpokariery ze względnym slow life.

Dzisiaj dzielę się refleksją wywołaną rozmową z trenerem sportowym, który wychował syna, pracującego w moim zawodzie, ale kilka lat młodszego. Ten, nazwijmy go „chłopak” wybrał zupełnie inną drogę niż moja. Teraz będzie o skutkach.

Zarabia 2-10 razy więcej ode mnie (kwoty mogę tylko szacować), jako partner w warszawskiej spółce, zajmującej się inwestcjami nieruchomościowymi. Skończył studia w Wielkiej Brytanii i Polsce. Jest kilka lat młodszy ode mnie, ale ma świeżo urodzone dziecko i nowo wybudowanego bliźniaka na Saskiej Kępie. A praca? No cóż, po 12-16 godzin dziennie, 6 dni w tygodniu.

Ja znajduje się w innej rzeczywistości. Studia na lokalnym uniwersytecie, papiery zawodowe zrobiłem późno, przed 40-tką. Dzieci mam trójkę, najmłodszy – młody nastolatek. Praca – dwa przewidywalne, stabilne etaty plus mała firma – w sumie niezły dochód, ale gdzie mi tam do warunków warszawskich. Pracuję po 40-50 godzin tygodniowo (częściowo na urlopach). W porównaniu do warszawskiego, błyskotliwego, pnącego się po szczeblach kariery gościa, słabo.

Skutki? Większość z Was pewnie oglądało film „Firma” z Tomem Cruis’em, oddający dobrze życie w zamożnej lecz wymagającej korpo. Trzeba codziennie dawać z siebie wszystko, klient nasz pan. Nie ma czasu na luz. Dobrze opisał to Tim Ferriss w „Czterogodzinnym tygodniu pracy”, powtarzając scenę w „Narzędziach tytanów”. Uzyskujemy bardzo dobry dochód, stać nas na wszystko, ale… dopóki pracujemy. Młodzi wpadają w pułapkę, sami pchają się na lep. Bo oczywiście, da się „wykorzystać korpo”, popracować 10 lat za sutą pensję, odkładać 70% dochodów, a potem „uciec w Bieszczady”. Powiedzmy sobie prawdę – ile osób tak zrobi? Garstka. Reszta zachwyci się blichtrem. Zresztą, żeby wejść na poziom partnera spółki, trzeba łączyć zdolności z ciężką pracą. Tam nie ma luzu, ani drogi na skróty. Korpo na bieżąco bada wydajność. A praca nie „nine to five” lecz „nine to nine”, sześć dni w tygodniu, z 26 dniami urlopu, wyniszcza.

Przy odrobinie szczęścia, da się inaczej. Niższa pensja, mała własna firma, bezpieczeństwo płynące z różnorodności źródeł dochodów. I znowu, większość moich kolegów z zawodu, owszem przyzwoicie zarabia (tzn. 2-3 średnie krajowe), ale majątku nie gromadzi. Ja, jakoś się wyrodziłem, ograniczając konsumpcję, a zwłaszcza idąc w nieruchomości (nieopodatkowany zysk). Kiedy rodził mi się najstarszy syn, miałem 25 lat, błyskotliwy korposzczur, robil zagraniczne studia i o potomstwie nie myślał. On, co jasne, przez te 20 lat zwiedził świat w większym stopniu i wyższym standardzie. Za 5 lat, ja może będę bawił już wnuki na prywatnej emeryturze, siedząc pod orzechem, on przemieszczał się Volvo za 0,5 mln pomiędzy klubem golfowym, a przedszkolem własnego dziecka. Tak więc dwie drogi. Którą wybierzesz?

I pamiętaj. Obu nam się udało. Przeszliśmy studia, zdaliśmy egzaminy zawodowe, mamy żony, domy itp. Ilu odpadło, próbując to osiągnąć? Z mojego roku na studiach, pewnie połowa. Utknęli ze średnią krajową w urzędzie skarbowym lub z nieco wyższymi poborami lecz 3000 zł raty hipoteki na średnim poziomie w korpo, może w głęboko nieszczęśliwym małżeństwie. A może parafrazując Szymona Hołownię i Władysława Kosiniaka-Kamysza istnieje „trzecia droga”?