Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Bez kategorii – Strona 16 – Oszczędny Milioner

Nie będziesz miał mieszkania i będziesz szczęśliwy. O bzdurach z pewnego wywiadu.

W internetowym dodatku Onetu – noizz.pl ukazał się taki artykuł: https://noizz.pl/spoleczenstwo/czy-kredyty-mieszkaniowe-sa-za-drogie-25-latek-nie-powinien-byc-w-stanie-go-wziac/s7cbltr . Już tytuł mówi wszystko – 25-latek nie powinien móc dostać kredytu mieszkaniowego. Pomijając oczywistą niezgodność z prawem (dyskryminacja), niemożliwość realizacji takiego postulatu (to weźmie go na siebie ojciec), wywiad z szefem Fundacji Rynku Najmu wpisuje się w pewien trend, powiązany z radykalnymi bogaczami, chcącymi zlikwidować klasę średnią. Ale po kolei.

Zacznijmy od rozmówcy. Tomasz Bojęć, wiceprezes Fundacji, to nie żaden ekspert, ale jak piszą o nim: https://crido.pl/people/tomasz-bojec/ „Architekt i strateg wizerunkowy. Wcześniej dziennikarz z wieloletnim doświadczeniem w prasie codziennej, lifestylowej i branżowej. Specjalista w obszarze wpływu ekonomii współdzielenia na rynek nieruchomości, w szczególności w przestrzeniach pracy i usług. Współzałożyciel firmy think co. – real estate research lab, która specjalizuje się w programowaniu inwestycji. Poprzez autorskie metody analityczno-projektowe firma doradza jak tworzyć budynki i przestrzenie, które lepiej odpowiedzą na potrzeby użytkowników, jednocześnie osiągając wyższe zwroty inwestycyjne.” Krótko – działacz i propagator idei (za cudze pieniądze – fundacje), a nie ekonomista, prawnik-praktyk czy choćby człowiek, który dla lokatorów coś zrobił (można wkurzać się na Piotra Ikonowicza, ale dorobku w branży najmu nikt mu nie zabierze). Prezes fundacji kolejny specjalista od „mixed-use” – https://pl.linkedin.com/in/chimczak

Teraz sama fundacja. Jej rada programowa to mieszanina lewicowo-prawicowego „saloniku”. Od działaczki miejskiej Joanny Erbel przez byłego współpracownika Banku Światowego Adama Czerniaka,grupę socjologów, którzy tworzą prawo, aż po współautorkę ustawy o finansach publicznych za pierwszych rządów PiS. Całość widzicie tutaj: https://ryneknajmu.org/rada-fundacji/. Klasyczni lobbyści projektu „wynajmuj zamiast kupować”. Ciekawy jestem jak weszli w posiadanie własnych mieszkań, a może nadal siedzą na wynajmie? Ale dosyć osobistych wycieczek, wracamy do wywiadu.

Tez jest kilka – wszystkie fałszywe.

Pierwsza w formie pytania do dziennikarza (dziwny zwyczaj, raczej jest odwrotnie) „Czy Pani uważa, że jest to normalne, aby dwudziestokilkulatek mógł sobie kupić mieszkanie?” Nic nie ściemniam, naprawdę tak napisali. No otóż „strategu wizerunkowy”, tak jest to normalne. Chcesz tego zakazać? W Polsce, póki co, każdy kto ma pieniądze może pójść do notariusza i podpisać umowę kupna mieszkania, ba (aż strach przyznać) może nawet kupić dom albo jak znany mi (obecnie trzydziestolatek) podjąć decyzję o jego budowie. Aż strach się przyznać w takim towarzystwie, że w zeszłym roku mieszkanie kupił mój dziewiętnastoletni syn a zaakceptował to sam wielki Urząd Skarbowy. Jak mawiał mentor jednej z członkiń Rady Fundacji przecież „jak ktoś ma pieniądze, to skądś je ma”. Młody ma prawo dostać kasę od rodziców albo zarobić ją. Da się to zrobić, jeśli nasza kariera zawodowa zacznie się od własnej firmy, programisty, księgowego, glazurnika, stolarza, a nawet serii wygranych w teleturnieju opartym na wiedzy. Jeśli chcemy być „działaczem ruchów miejskich”, „specjalistą w obszarze wpływu ekonomii współdzielenia na rynek nieruchomości” to faktycznie możemy mieć pewną trudność z gotówką. Widocznie za gadanie i stawianie kontrowersyjnych tez płacą obecnie gorzej niż za rzeczywistą pracę. Ale pocieszę, było państwo wynagradzające „działaczy” – nazywało się PRL. Właśnie powoli wraca.

Co więcej, w państwie mojej młodości (III RP), wielu obecnych pięćdziesięciolatków kupowało mieszkania przed 30-tką. Bez kredytu, bo wtedy mało kto mógł sobie na spłatę pozwolić. Moja koleżanka pojechała na saksy do Grecji, kumplowi dołożył się ojciec-profesor, niektórzy rodzice znajomych sprzedali pole. Proszę zapytać Donalda Tuska, Leszka Millera i Jarosława Kaczyńskiego, którzy rządzili ostatnie 20 lat, dlaczego obecnie m2 mieszkania kosztuje 1,5 średniej pensji, a jeszcze 24 lata temu było to 0,9.

Druga teza „Na zachodzie to jest normalne, że młodzi ludzie mieszkania wynajmują i co więcej, robią to tak długo, aż poczują stabilizację — zarówno finansową, jak i życiową. Naszym problemem nie są więc wysokie ceny mieszkań, ponieważ one są w jakiś sposób uzasadnione: nie możemy oczekiwać, że ich ceny spadną, skoro koszty budowy z roku na rok są coraz większe.” stanowi pomieszanie liberalnego „wolny rynek ureguluje” z bałwochwalczym „na zachodzie to normalne”. Otóż, sytuacja na zachodzie nie wynika z wyborów ideologicznych, ale z dyktatu korporacji. Młodzi tam nie dokonują żadnego wyboru, zachwyceni ideą wynajmu, lecz (co za odkrycie dla Fundacji) często na mieszkanie ich nie stać. Pisałem o rynku we Francji -klitka 8 m2 (pokój z umywalką) w Paryżu kosztuje 80 tys. Euro . Tego chcecie? Pomimo skończonych studiów pan prezes nie rozumie (albo ukrywa to przed czytelnikami noizz.pl), że napędzanie najmu jest w interesie posiadaczy mieszkań czyli bogatych i korporacji, a nie w młodych. I piszę to jako właściciel nieruchomości.

Trzecia teza „Głównym problemem mieszkaniowym w Polsce jest przekonanie, że w okolicach trzydziestki należy mieć mieszkanie na własność. Za frustrację dzisiejszych 20- i 30-latków odpowiedzialni są ich rodzice, a nie deweloperzy. To rodzice od urodzenia wmawiają im, że mają całe życie zapieprzać, aby wziąć kredyt na mieszkanie, a potem strofują ich, aby jak najszybciej go spłacili. To oni są pierwszą grupą, która zmusza młodych ludzi do ograniczenia jakości życia na rzecz kredytu mieszkaniowego. Mówią im, że pomogą z wkładem własnym, ale pod warunkiem, że ci ograniczą wszelkie przyjemności — kawy na mieście, jedzenie w restauracjach, zagraniczne wyjazdy.”. Nie wiem, jakie rodziny zna pan prezes, ale chyba obracamy się w innej bańce. W mojej, rodzice nie namawiają młodych na kredyt, bo często sami go spłacają i wiedzą z czym to się wiąże. Oglądali „Plac Zbawiciela”, czytali „13. pieter” przeszli (lub obserwowali u znajomych) drogę frankowiczów od gehenny do euforii, i widzą co działo się w latach 2021-2022. A wkład własny? Społeczeństwo się rozwarstwia. Albo młodzi muszą na niego zarobić, albo dostają gotowe mieszkanie (po babci, od tatusia). Idąc tropem „salonowej lewicy” proponuję udać się na psychoterapię, bo widocznie gdzieś jest nieprzepracowany problem z opresyjnymi rodzicami, stąd przypisywanie im wszystkich win. Ewentualnie obserwujemy typową bolszewicką agitkę w stylu „starzy źli, młodzi biedni”. Nie wiem, czy warto w tym celu powoływać fundację.

Czwarta teza – „Nie powinniśmy dążyć przez całe życie do tego, aby kupić mieszkanie na kredyt, który będziemy spłacać przez 30 lat. Nie powinniśmy doprowadzać do sytuacji, gdy pracujemy tylko i wyłącznie na raty kredytu. W tym miejscu zastanówmy się, dlaczego Francuzi, Niemcy czy Szwajcarzy mają dobre życie? Dlaczego ludzie stamtąd podróżują w młodym wieku? Ano właśnie dlatego, że się nie zadłużają na pół życia, by mieć mieszkanie. Oni wolą je wynajmować.” Czy naprawdę można być wiceprezesem fundacji, aktywistą, dziennikarzem i cholera wiem kim jeszcze i gadać takie głupoty? Czy Szwajcarzy mają dobre życie bo wynajmują, czy dlatego że są bogatym państwem, nie przeszli komuny i wojen, namawiają do pracy, a tępią ideologię „dej”? Raczej to drugie. I największy błąd, dyskwalifikujący mniemanego specjalistę – przekonanie, jakoby właściciele „pracowali tylko i wyłącznie na raty kredytu” podczas gdy najemcy „mają dobre życie”. Otóż panie „ekspercie” z bożej łaski, weź wreszcie badania (w tym rentier.io, domiporty) i popatrz na liczby. WYNAJEM W POLSCE W DŁUGIM OKRESIE JEST DROŻSZY NIŻ KREDYT. Teraz mamy przejściowo (m.in. przez takich miejskich aktywistów jacy siedzą w fundacji, oraz korporację i drapieżne państwo) i nie na wszystkich rynkach, okres załamania tego trendu. W moim mieście 2 pokoje, 40 m2 kosztują 320 tys. zł (rata kredytu przy pewnym wkładzie – 2500 zł), a wynajem podobnego lokalu…. 2-2,5 tys. zł. Stąd dążenie do zakupu (pomijając ostatni rok) zamiast wynajmowania pozostaje jak najbardziej racjonalne. W końcu z czasem czynsze też rosną. Jeśli rodzic namawia dziecko, to kierując się doświadczeniem, gdyby nie kupili w 2001 za 1700 zł/m2, to w 2007 płaciliby 5000 zł, a dzisiaj 8000 zł/m2. W czasach mojej młodości wynajem mieszkania kosztował 700 zł, a teraz to 2,5 tys. zł. Kto w wieku 25 lat zaczął spłacać kredyt teraz ma śmieszną ratę w wysokości 600 zł. Wróćmy jednak do sedna. Nawet teraz najem pozostaje prawie tak samo drogi jak rata, więc gdzie tu korzyść ?Jasne, może warto faktycznie przeczekać kilka lat (za chwilę ceny zakupu mogą spaść), natomiast twierdzenie o rozsądnym wynajmie do 40-tki to bzdura.

Piąta teza „W związku z tym musimy zadbać o to, żeby młody człowiek czuł, że wynajmowanie mieszkania jest normalne i komfortowe. Powinien mieć też pewność, że nikt nie podniesie mu czynszu z dnia na dzień o 50 proc., tak jak to się stało u nas, gdy inflacja się rozpędziła i właściciele mieszkań, zamiast o kilkanaście procent, podnieśli czynsze o kilkadziesiąt. Mogli to zrobić, bo nie ma dzisiaj prawa, które by im na to nie pozwalało.Uważam, że państwo powinno wprowadzić ustawę, która zabraniałaby podnoszenia czynszu powyżej określonego poziomu, choćby procentowo w skali roku, tak by osoby wynajmujące miały poczucie bezpieczeństwa mieszkaniowego — tego, że nikt nie podniesie im czynszu ot tak, dzięki czemu nie będą musiały się szybko wyprowadzać do czegoś tańszego i zmieniać nagle swojego otoczenia.” Oj, tu mamy groch z kapustą. Najpierw socjalistyczne dążenie do zakazania właścicielom podnoszenia czynszu. Wiele razy z Janem na ten temat dyskutowaliśmy. Tu pan „ekspert”, dziwnie zapomina o Zachodzie. W kraju masowego najmu USA – takie prawo nie istnieje. We Francji – podobnie. W Niemczech, w ograniczonym zakresie. Wreszcie – rynek wbrew mrzonkom kato-socjalistów, nie znosi próżni, a efekty są często odwrotne od zamierzeń „szlachetnych duszyczek” – widzimy to obecnie w naszym kraju. Wprowadzając takie prawo mamy: jeszcze więcej pustostanów (bo ludzie nie mogąc podnosić czynszu, nie wynajmą), oraz większą niepewność najmu (umowy roczne, bo odnowienie umowy nie stanowi podwyżki). Krótko mówiąc, lek pogłębia chorobę, operacja się udała, tylko pacjent zmarł. I koło się zamyka- ponieważ najem nie daje stabilizacji, ludzie wybierają zakup. A rodzice wcale nie muszą ich do tego namawiać.

Teza szósta „Przed wzięciem kredytu powinniśmy mieć oszczędności, za które, gdyby coś się stało, przeżyjemy przez pół roku, płacąc wszystkie należne zobowiązania.” Niby się zgodzę, ale diabeł tkwi w półprawdzie. W Polsce wielu ludzi ma śmieszne oszczędności. Poduszkę bezpieczeństwa, w postaci 6m zarobków, garstka. I w przypadku najmu wcale nie jest lepiej. Lecisz na bruk jeszcze szybciej. Gorzej, najemcy mają te oszczędności na niskim poziomie. Czy działa tu zasada „Jesteś biedny, bo wynajmujesz”, czy „Wynajmujesz, bo jesteś biedny”, nie podejmę się rozstrzygać. Niemniej jednak, takie są fakty. I nie namawiam do zakupu właśnie w tym momencie, ale twierdzenia o czekaniu do 40-tki, włóżmy między bajki.

Siódma teza, w odpowiedzi na pytanie: „A co pan myśli o argumencie, że trzeba mieć swoje mieszkanie, by móc je zostawić dzieciom? Mam kontrargument: po co mam się zadłużać na 30 lat, aby kupić mieszkanie, skoro mam mieszkanie, które zostanie mi po rodzicach i też będę mógł zostawić je dzieciom?” Bez żartów. Jak liczna jest grupa, która „dostanie mieszkanie po rodzicach”? Większość ma rodzeństwo. I kiedy to spadkobranie nastąpi? Jak będziesz miał 50-70 lat. Zresztą, nawet w takiej sytuacji lepiej zostawić dzieciom dwa mieszkania (po sobie i rodzicach) niż jedno. Tak się buduje majątek pokoleń.

Eksperci od Schwaba o Sorosa, wymyślając koło na nowo, zapomnieli, że istnieje remedium na wysokie czynsze i niepewność najmu – tani wynajem komunalny. Wystarczy pojechać do Danii czy Wiednia. U nas tę ideę obrzydziło niestety skutecznie fiasko „Mieszkania+” czy TBS-ów. A prezes Bojęć? No cóż, ciszej nad jego opowieściami, osiągnął coś co wydawało się nierealne, w oderwaniu od realiów przebił samą Agatę Kołodziej.

Ceny nawozów, zboża i pensja. Opłacalność współczesnego rolnictwa, czyli za Gierka chłop miał lepiej.

Na blogu coraz częściej przewijają się tematy rolniczo-ogrodnicze. Ma to związek z intensyfikowaniem przeze mnie innych obszarów zarobkowych, a planowanym wygaszaniem pracy etatowej. Muszę więc czytać różne portale branżowe i wyłapywać takie perełki https://www.farmer.pl/produkcja-roslinna/nawozy/ile-kosztowaly-nawozy-w-latach-70-tych-za-tone-pszenicy-mozna-bylo-kupic-okolo-tone-mocznika,127768.html

Autor artykuły pisze wyraźnie, że w roku 1970 można było kupić tonę mocznika za 3650 zł, a tona pszenicy w skupie kosztowała 3500 zł. Czyli mniej więcej tona za tonę.

W roku 1975 (środkowy Gierek), mocznik kosztował 3200 zł/tona, a pszenica 4050 zł/tonę. Już pszenica była droższa, a opłacalność rolnictwa większa.

Teraz nie mamy cen urzędowych, a notowania zmieniają się regularnie. Trafiłem na artykuł z sierpnia 2022 r., – https://www.tygodnik-rolniczy.pl/articles/rynki-rolne/cena-nawozow-w-rok-wzrosla-o-ponad-3-tys-zl-oplacalnosc-siewu-zboz-bliska-zeru/ w którym podano cenę mocznika 5200 zł/tonę. Pszenicę skupowano po 1400 zł/tonę. Teraz Grupa Azoty trochę spuściła z ceny (podobny mechanizm jak przy Orlenie – gaz tanieje od jesieni – jest już niżej niż przed wojną, ceny nawozów zmienione w lutym) i sprzedaje mocznik za 2800 zł/tona. Co z tego, jeśli pszenica potaniała do 1200 zł/tona. W sierpniu 2021 r. mocznik kosztował 1900 zł/tona, a pszenicę skupowano po 850 zł/tona.

Przypomnę jeszcze raz w 1970 r. za tonę skupionej pszenicy rolnik mógł kupić tonę mocznika, w 1975 r. nawet 1.2 tony. Współcześnie:

= sierpień 2021 – 0,45 tony,

= sierpień 2022 – 0,27 tony,

= styczeń 2022 – 0, 42 tony.

To jeszcze nie wszystko. W 1970 r. średnie miesięczne wynagrodzenie wynosiło 2235 zł czyli trochę ponad 0,6 tony pszenicy i mocznika. W 1975 r. pensja wzrosła do 3913 zł (ponad tonę mocznika i niecałą tonę pszenicy).

W 2021 r. średnia pensja kształtowała się na poziomie 5600 zł, a więc żeby je osiągnąć chłop musiał sprzedać ponad 6 ton pszenicy. Obecnie nieco mniej – ok.5 ton (6000 zł pensja średnia i pszenica 1200/ tonę). Za Gierka chłop miał więc o wiele lepiej. Rolnicy oczywiście tego, kto im zafundował kopa w żyć, wynoszą pod niebiosa.

Jak odwiedziłem moją piekarnię i co z tego wynikło.

W pewne styczniowe popołudnie, żona wysłała mnie po chleb. Nie do piekarni leżącej najbliżej domu, w której chleb robią średni, lecz do ulubionej, lecz dalszej. Miałem kupić dwa bochenki.

Ponieważ trafiłem akurat na porę powrotów z pracy i robienia zakupów, musiałem chwilę poczekać w kolejce. Najpierw przed drzwiami, potem już w środku. Znudzony, rozglądając się dookoła, zobaczyłem na ścianie zdjęcie. Uwieczniono na nim jakieś targi chlebowe, właścicieli firmy stojących w fartuchach z bochenkiem w rękach, a koło nich pewnego wyjątkowo przeze mnie nielubianego polityka, którego uważam za jednego z większych szkodników i wroga przedsiębiorców. Powiedziałem sobie dość – skoro popieracie tego pana, moja noga więcej u was nie postanie. Jak przyciśnie was kryzys (a stanie się to z dużym prawdopodobieństwem, bo nasze „narodowe” PGNiG ani myśli obniżać cen gazu, mimo spadku surowca na rynkach światowych), zmądrzejecie i zaczniecie szukać miodu gdzie indziej.

Z taką myślą wróciłem do domu. Moja żona (jak to żona) na uwagę, że więcej chleba z piekarni X nie zjemy, przywitała mnie „ciepłym” słowem: Czyś Ty, stary, całkiem zwariował? Gdzie jak kupię taki chleb? Ten koło nas jest zdecydowanie gorszy?

Musiałem znaleźć rozwiązanie. Myślałem tylko chwilę.

-Kupimy maszynę do chleba. Sam go zrobię, a nie dam zarobić miłośnikom łobuza. I pojechałem do marketu za 350 zł kupiłem urządzenie. W chwili, gdy piszę te słowa, maszyna do wypieku działa już kilka dni. Pomimo niskiej ceny, chleb wychodzi z niej dobry, dzieci jedzą chętnie. Nie używam polepszaczy, tylko mąkę, wodę, tłuszcz, cukier, sól i jakiej dodatki Na pierwszy ogień poszedł najprostszy biały chleb. Udał się nad miarę. Następnie poeksperymentowałem i zamiast masła poszła oliwa, a cukier zastąpiłem miodem. Efekt – rewelacja – mój najmłodszy nie potrafił się doczekać aż ostygnie, tak pachniało w całym domu . Żona zamilkła. Dzieci uznały, że lepszy ze mnie piekarz niż… firma z tradycjami. Nie wyprowadzałem ich z błędu, nie tłumaczyłem, jak naturalne składniki robią robotę, lecz pławiłem się w pochwałach.

Nie byłbym jednak sobą, gdybym nie policzył wszystkiego, także pod względem rachunku ekonomicznego. Już przedstawiam Wam wyniki.

Cena składników na najprostszy biały, pszenny chleb:

-600 g mąki (ok. 3 zł),

-320 ml wody (grosze),

-2 łyżki masła (30 gr),

-droższe instant (1,40 zł),

-2 łyżki cukru i 1,5 łyżeczki soli (20 gr).

Dodaję jeszcze prąd (1 KWh) -0,7 zł (mógłbym go nie liczyć, bo nawet nieco więcej kosztuje paliwo na dojazd do piekarni).

Razem: 6 zł.

Chleb miodowy (miód zamiast cukru i oliwa zamiast masła) byłby niewiele droższy (oliwa jest tańsza od masła, a miód od cukru).

Za tę cenę mam 900 gramów chleba, czyli cena za kg to ok. 6 ,70 zł. Najtańszy chleb, w odwiedzanej przeze mnie piekarni kosztuje 3,5 zł/bochenek, tak więc 7 zł/kg.

Czy cenę tę mogę jeszcze jakoś obniżyć? Zdecydowanie – korzystając z własnych produktów. Mąkę pszenną z własnej pszenicy (posieję chyba trochę wiosną, na próbę) wyprodukuję taniej niż sklepowa (0,8 zł/kg), zamiast oliwy dodam oleju z orzechów włoskich (mam na działce, zbiorę kilkadziesiąt kilogramów rocznie), kupię tylko: drożdże (1,4 zł), sól (0,05 zł) , miód (0,60 zł), prąd (0,7 zł). Łącznie wyjdzie mi 3,55 zł/0,9 kg – ok. 4 zł/kg. Mniej więcej tyle, ile jeszcze niedawno płaciłem 4,3 zł za 0,5 kg, w zimie dojeżdżając autem (3 chleby na raz – koszt jednego 0,8 zł plus 3,5 zł/bochenek).

A czas? Cały proces trwa 3 h. Długo. Ale mój udział w nim – max. 10 minut. Odmierzenie i wrzucenie kilku składników, wyjęcie z maszyny, potem z formy. Sam dojazd, stanie w kolejce zajmowały mi więcej niż 11 minut/kg chleba.

Wypiekacz ma jeszcze kilka funkcji, których nie przetestowałem (ale zrobię to): przygotowanie ciasta na pizzę (pieczemy w piekarniku), lub na bułki (podobnie).

Czy widzę minusy? Jedynie forma. Wolałbym tradycyjny kształt bochenka.

Toyota Hilux VIII i Fiat 500c – pierwsza jazda.

W sobotę przyjechałem pod dom Hiluksem, a moja żona przyprowadziła swoją 500c. Podróż na dystansie 550 km trwała ponad 6,5 godziny, bo nie forsowałem tempa. Oto pierwsze wrażenia.

Przebieg trasy.

Z 550 km, w tym: 130 km drogami lokalnymi, różnej jakości i szerokości (od tragicznych i wąskich dróżek do świeżej nawierzchni jednopasmowej drogi krajowej), następnie 140 km po autostradzie, 275 km ekspresówki i 5 km po mieście. Co jasne, miasta i miasteczka gęsto znaczyły drogi lokalne. Pozwoliło to sprawdzić auto we wszelkich okolicznościach (poza wyjazdem w teren).

Stan początkowy pojazdów.

Hilux rocznik 2018 2.4 d – 150 KM, wyposażenie DLX (manualna klima, radio CD) przejechał na Korsyce 113 tys. km. Stał na oponach AT. Dotychczasowa eksploatacja, jako pojazdu użytkowego, dała mu się we znaki (pęknięty zderzak, kilka obcierek, podrdzewiałe haki mocujące bagaż). Nie miał jednak żadnych defektów mechanicznych.

Fiat 500c 1,2 FIRE – 69KM, jeździł dotychczas na południu Europy, zrobił od 2010 r. 150 tys. tys. km. Pomimo, że pochodził z Francji, wyposażono go w opony Kormoran (letnie). Zaliczył gradobicie (szereg drobnych wgniotek na nadwoziu). Dach składany (taki trochę welurowy) wyblaknięty. Za to środek (z wyjątkiem pękniętej skóry na boczku fotela – typowe w 500tkach) w fajnym stanie. Nie działała klapa bagażnika (pewnie przekaźnik).

Cena obu była okazyjna i na pewno na nich nie stracę.

Miejsce w środku.

Koń jaki jest – każdy widzi. Fiat 500c to małe auto. 4 miejsca (za mną 5 cm odstępu), więc praktycznie 2-osobowe. Do tego namiastka bagażnika (180 litrów i klapa wielkości małej walizki). Ale nawet wysoki kierowca znajdzie miejsce (z racji szerokości i konsoli skrzyni biegów – problem sprawi tylko wysokiemu i potężnemu).

Hilux, wersja Extra Cab (tzw. półtorej kabiny) – nazywam ją kurołap, bo drzwi tylne otwierają jak w Syrenie 104 (pod wiatr). Pomimo 5,3m długości, ponownie 4 miejsca, z tyłu – siądą co najwyżej niewysocy (tak do 1.6m), o ile kierowca przekracza wymagania feministek. Bagażnika – nie ma. Jest skrzynia (tu wersja z wykładziną, bez rolety i zabudowy). Idealny dla rolnika ew. budowlańca.

Komfort jazdy.

Fiat, z racji krótkiego rozstawu osi, podskakuje na każdym wyboju. Na zniszczonej drodze wiejskiej, żona nie mogła przekraczać 80-tki tak trzęsło. Fakt – w porównaniu z Passatem – słabo.

Hilux, zaskoczył in plus. Naczytałem się jak ucieka tył, tylna oś podskakuje. Drżenia odczułem tylko na spartolonym odcinku ekspresówki (jazda jak po dawnej „zemście Hitlera” w okolicach Wrocławia). W terenie wiejskim – płynął. Komfort wyższy niż w Konie, Hyundaiu i30. Balony na kołach robią robotę.

Widoczność ze środka.

Tym razem zacznę od Hiluxa. Nie ma kamer ani czujników. Siedzi się wysoko, ale trudno wyczuć punkty skrajne przodu i tyłu (kąt patrzenia + niewielka szyba w ścianie grodziowej). Pick upy tak mają.

Podobnie w Fiacie, choć z zupełnie innych powodów – obłości. Tam na szczęście piszczy tylny czujnik, bo szybka wielkości 2 kartek papieru. W lecie (bez dachu, to się zmieni). Przód z kolei krótki.

Funkcjonalność.

Trudno o bardziej różne samochody. Fiat – doskonały w lecie i w mieście. Na trasy nadaje się wyłącznie po dwupasmówkach lub drogach podmiejskich, z racji słabych osiągów nie polecam na zatłoczone drogi krajowe. Toyota – wóz do pracy (wersja DLX – twardy łatwo zmywalny plastik) i w teren. W mieście pomyłka.

Żadne nie sprawdzi się jako auto do wszystkiego.

Spalanie.

Mój konik. Zawsze notuję spalanie, staram się to przeliczać. Tym razem biorę pod uwagę spalanie rzeczywiste (od tankowania do tankowania). A wyszło to tak:

– Fiat 500c: ok. 4.8 l/100 km na odcinku lokalnym (start na zimnym silniku), 5,1 na dwupasmówkach z prędkością (90-110 km). Średnia – 5,07 l/100km. A gdyby jeszcze gaz?

-Toyota Hilux – 6,9 l/100 km na drogach zwykłych, na odcinku ekspresowo-autostradowo-miejskim 7,5 l/100km (prędkość jak Fiat 500c, jechaliśmy jedno za drugim).

Obie wartości uważam za pozytywne, biorąc pod uwagę, że w podobnych warunkach:

Fiat 500 1.3 JTD spalał na 100 km ok. 4 ,5 litra, Passat 1.6 Tdi ok. 5 litrów, Skoda Kamiq 1.0 TSI – 5,5 l, I30 1.4 MPI – 7 l.

Zrobiłem jeszcze test miejski – 6,2 km w warunkach niezbyt intensywnego ruchu (na stację paliw) Wynik 6,5 l/100 km (FIAT) i 10,7 Hilux.

W przypadku Fiata odbiega to in minus od deklaracji producenta (średnio 5.0 l/100km), ale in plus od średniej podawanej na portalach branżowych. Podobnie jest w przypadku Hiluksa. Producent podaje 6,5 l/100 km w trasie i 8,5 l/100 km w mieście. W trasie dałbym radę zbić 0,4 l/100 km, ale w warunkach miasta, przeszło – 2 l/100 km wydaje się całkowicie nierealne. Z kolei portale oceniają zużycie poniżej 9 l/100 km (nawet w trasie) jako nieosiągalne („nigdy nie widziałem 8 z przodu”). Ja, jadąc wozem pierwszy raz, na całkowicie nieznanej trasie (pokonałem ją raz, prawie rok temu) zrobiłem 6,9 l/100 km. Nie taki więc diabeł straszny.

Podsumowanie.

Generalnie z obu aut jestem zadowolony, choć nie poznałem ich największych zalet. Hiluksem nie zjechałem poza utwardzoną drogę, nic nie wiozłem, w Fiacie nie zrzuciłem dachu. Toyota w trasie dała się polubić (a tego nie oczekiwałem), Fiat okazał się oszczędniejszy niż sądziłem (porównując z Pandą 1.1, która w mieście poniżej 8 l/100 km nie schodziła, a w trasie raz wykręciłem 5,5 l/100 km). Bliżej mu do Yarisa 1.0 (auta dla mega skner).

Humor poprawia mi też okazyjna cena nabycia. Wprawdzie jeszcze sporo muszę poprawić (za część już zapłaciłem sprzedającemu), ale pomimo tego, udało się kupić tanio. A o to chodziło – zrobić sobie przyjemność, za niewielkie pieniądze.

Teraz już wiemy, jak zarabiał Orlen. Moje rachuby się sprawdziły.

Trochę miejsca na blogu poświęciłem „nadzwyczajnym zyskom” Orlenu. Państwowy koncern łupił nas, generując z każdego litra paliwa nierynkowy zysk. W tym miejscu widać, jak kiepsko sprawdzają się „narodowe monopole”.

Do tej pory były to prognozy i czytanie między wierszami raportów finansowych. Teraz mamy pewność. Pod koniec grudnia, Orlen obniżył cenę hurtową paliwa o 70 gr/litr PB i 85 gr/litr diesla bez zmiany innych czynników kosztotwórczych. Czyli po ludzku – rabował nas na 70-85 groszy/litrze paliwa.

Zrobił to „wspaniałomyślnie” , abyśmy po 1 stycznia 2023 (wzrost VAT z 8 do 23 %, oraz opłaty paliwowej o 10-14 groszy) nie odczuli wyższych cen. Oczywiście nie jest to żaden gest handlowy, ale odsłonięcie gardy, do tej pory tyle zarabiali „po zbóju”. Może nawet więcej, bo przecież dalej będą generować zyski (zobaczymy raport po I kwartale). Gdybyśmy mieli 5 rafinerii, różnych właścicieli, o taki numer byłoby znacznie trudniej. Wszystkie te BP, Circle-K i inna drobnica kupują bowiem paliwa w hurcie od Orlenu. A ten zarabia, przy okazji pompując inflację. W TVP o tym nie usłyszycie.

Jeszcze raz o emeryturze przedsiębiorcy. Najnowsze dane ZUS.

Kończy się rok, wracamy do tematu emerytury. ZUS, ustami swojej prezes, przypomniał, że przedsiębiorcy na końcu drogi otrzymają emeryturę minimalną. I to nie wypracowaną, lecz państwo jeszcze im dopłaci. Pochylmy się trochę nad tą myślą. Co ona oznacza w praktyce? Czytaj dalej Jeszcze raz o emeryturze przedsiębiorcy. Najnowsze dane ZUS.

O inflacji dla kompletnie zielonych. Żadnych marzeń, panowie.

Ostatnio usłyszałem takie zdanie – jeśli rząd podejmie wszelkie działania i zbije inflację do 10% to ceny spadną. A potem powrócą do poziomu sprzed pandemii.  A w pociągu mój równolatek tłumaczył swojej towarzyszce „Za Tuska było źle, bo emerytury waloryzowano o 0,8%, Kaczyński jest lepszy – ma być kilkanaście procent”. Oba te sądy wskazują na niezrozumienie podstawowego mechanizmu jakim jest inflacja. Czas go wytłumaczyć kompletnie zielonym. Czytaj dalej O inflacji dla kompletnie zielonych. Żadnych marzeń, panowie.