Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Oszczędny Milioner – Strona 138 – Oszczędny Milioner

Mój najtańszy samochód

Jak pewnie wiecie, jestem fanem motoryzacji. Jednocześnie auta szybko mi się nudzą.  Z tego powodu dokonuję częstych zmian w swoim parku maszyn. Przyznając się do swojej słabości (autoholizm?) staram się systematycznie prowadzić klasyfikację wydatków również odnoszących się do samochodów. Na tej podstawie mogę jednoznacznie opisać mój najtańszy w eksploatacji samochód. Ceny oczywiście dotyczą wartości dzisiejszych.

Mam świadomość, że opisywane przeze mnie auta nie wygrają klasyfikacji na auto rodzinne, są bowiem raczej małe, ale nadają się do okazjonalnego przewozu  3-4 osób z założeniem posiadania boxu dachowego i poruszania się z umiarkowanymi prędkościami.  Będą też idealne jako samochód singla lub bezdzietnej pary.

Zatem pierwsze miejsce wśród aut dla oszczędnych zajmuje: Fiat.  Ściśle mówiąc dwa  superoszczędne Fiaty: Uno i Panda.

Uno to wybór zupełnie budżetowy. Egzemplarz z przebiegiem ok. 100 tys. km można kupić już za 1500 zł, przy czym będzie miał silnik 1.0 FIRE (to ważne) i instalację gazową.  Mniej sympatyczne wydaje się to, że kupujemy auto pełnoletnie (1997 r.).

Panda przeznaczam dla bardziej wymagającego odbiorcy. Znajdziemy egzemplarz z podstawowym silnikiem (1.1) z zamontowanym gazem, za cenę ok. 7500 zł, ale kilka lat młodszy (2003 r.). Wnętrze Pandy robi przy tym znacznie przyjemniejsze wrażenie.

Zakładam eksploatację przez 5 lat. Oto wyliczenie przy założeniu przebiegu 10.000 km rocznie.

FIAT UNO

Cena + pakiet startowy (opony, akumulator, płyny, oleje, filtry, rejestracja) –  2.500 zł.

Wartość na koniec okresu – 1.000 zł.

Utrata wartości  (cena z pakietem startowym  wartość na koniec) — 1.500 zł.

Przeglądy przez 5 lat (obowiązkowe, gazowe i okresowe) – 4.000 zł.

Naprawy przez 5 lat (klocki, tarcze, zawieszenie, sprzęgło) – 1.500 zł.

Ubezpieczenie przez 5 lat (oczywiście tylko OC przy moich zniżkach i w mieście) – 1.250 zł.

Paliwo (na dystansie 50 tys. km, cena gazu 2 zł/l) –  8.000 zł.

Razem koszty przez 5 lat – 16.250 zł

Razem koszty rocznie – 3.250 zł.

Koszty 1 km  z utratą wartości –  0,325 zł.

FIAT PANDA

Cena + pakiet startowy – 8.500 zł

Wartość na koniec okresu – 3.000 zł

Utrata wartości – 5.500 zł.

Przeglądy przez 5 lat – 4.000 zł

Naprawy przez 5 lat – 1.200 zł

Ubezpieczenie przez 5 lat – 1.250 zł.

Paliwo (na dystansie 50 tys. km gaz) – 8.000 zł.

Razem koszty przez 5 lat – 19.950 zł.

Razem koszty rocznie = 3990 zł.

Razem koszty 1 km z utratą wartości – 0,399 zł.

W następnym wpisie mój najdroższy samochód.

Czy warto przenosić biuro do centrum?

Spacerując wczoraj po centrum mojego miasta, zauważyłem jak dużo w nim ogłoszeń o wynajęciu lokali. Możesz przebierać wśród miejsc na własne biuro, restaurację, sklep. Dlaczego tak się dzieje?

Problem musi mieć podłoże ekonomiczne, pomyślałem. Analiza ogłoszeń na portalach rynku nieruchomości upewniła mnie, że nie jest to tylko problem Lublina, ale większości dużych miast, ceny spadają, a dalej nie ma chętnych najemców. Oto przyczyny?

Rozwój galerii handlowych

Wraz z inwazją galerii, prawie cały handel (tzn. sieciówki) przeniósł się na przedmieścia. Nawet większe sklepy nie wytrzymały konkurencji i … też wyprowadziły się do galerii. Brak klientów zmusił do zamknięcia lokali ostatnich samurajów.

Strefa parkingowa

Żeby zrobić zakupy, trzeba zaparkować samochód. A to kosztuje. W Lublinie do 1 stycznia 2016 r. już 3 zł za pierwszą godzinę. Niewiele osób ma ochotę płacić za przywilej chodzenia po sklepach. Mniejszy (chociaż także spory) wpływ ma to na knajpki (strefa płatnego parkowania działa do 17). Galerie mają własne parkingi bezpłatne, lub znacznie tańsze.

Korki

Komu chce się najpierw w korkach wracać z pracy, a potem w jeszcze raz tracić w nich czas na dojazd do sklepu? Do galerii jest bliżej. Często powstają one przy szerokich arteriach, które  umożliwiają ruch samochodom.

Inwazja banków

Centra miast, to centra bankowe. Bankowcy tak wywindowali czynsz za lokale na parterze, że zwykła firma nie jest w stanie z nimi konkurować. Efekt? Brak innych podmiotów poza bankami.

W efekcie liczba potencjalnych klientów znacznie zmalała. A bez klientów, żadna firma długo nie pociągnie. Dlatego coraz więcej usług zaczęło się przenosić poza centrum. Widoczne to jest nawet w tradycyjnych branżach ulokowanych na głównych ulicach (lekarze, prawnicy).

Z takiego obrotu sprawy zadowoleni są klienci (nie muszą płacić za parkowanie, nie tracą czasu w korkach). A właściciele firm? Oszczędzają na czynszu i kosztach paliwa.Jakie są to kwoty? Popatrzmy.

Lokal biurowy w centrum (dane z Lublina).

Cena – 1200 zł (30 zł za m2)+ opłaty 300 zł (prąd, woda, internet).

Karta parkingowa (dla firm) – 150 zł,

Paliwo (właściciel i 1 pracownik) – 200 zł.

Razem koszty:  1550 zł.

Lokal w dalszych dzielnicach (w podobnym standardzie).

Cena – 800 zł (już z opłatami),

Karta parkingowa  – zbędna,

Paliwo – 100 zł (nie stoimy w korku),

Razem koszty: 900 zł.

Pozostaje Ci tylko odpowiedzieć sobie na pytanie? Czy moi klienci zapłacą w cenie, te 650 zł miesięcznie za lokalizację (plus niewymierną kwotę w biletach parkingowych)? Coraz więcej właścicieli firm stwierdza, że nie. Dlatego planują wyprowadzić się  poza centrum.

 

Kupić diesla czy benzynę?

Jeszcze kilka lat temu każdy chciał mieć diesla. Teraz preferencje kupujących zmieniły się wyraźnie. Dlaczego?

Diesel jest droższy w zakupie

Silnik diesla jako bardziej skomplikowany i potencjalnie oszczędniejszy będzie kosztował więcej przy zakupie. Ile więcej? W przypadku nowych samochodów będzie to minimum 4-5 tysięcy. W przypadku używanych zazwyczaj około tysiąca złotych. Po co więc dokładać (zwłaszcza z kredytu) jeżeli można wybrać silnik benzynowy i od razu zapłacić mniej.

Diesle cierpią na droższe usterki

Silniki diesla muszą być bardziej skomplikowane, aby spełniać normy zawartości spalin. Trudniej im też uzyskać konie mechaniczne. Mają więcej części. To wszystko powoduje, że diesle cierpią na drogie usterki (zazwyczaj przy przebiegu 100-150 tys. km), których usunięcie kosztuje znacznie więcej. Przykłady:

  • dwumasowe koło zamachowe (często pow.  3 tys. zł),
  • wtryskiwacze (po jednym  na każdy cylinder, a więc 4 tys. za komplet),
  • turbina (minimum 1-2 tys. zł),
  • filtr cząstek stałych (od 2-3 tys.).

Wystąpienie tych usterek w aucie używanym może uszczuplić portfel kierowcy o ok. 10 tys. złotych. Często stanowi to połowę ceny zakupu auta używanego.

Diesle mają tylko niewielką przewagę, jeżeli chodzi o spalanie

Samochód z silnikiem benzynowym w klasie kompakt pali 7-9 litrów. Diesel o podobnej pojemności 5-7 litrów. Różnica będzie niewielka 8-9 zł na 100 km. Jeżeli przeciętny kierowca pokonuje 15 tys. km rocznie, zaoszczędzi max. 1500 zł. Jeżeli doliczymy wyższą cenę zakupu i koszty usunięcia awarii wynik będzie bliski zeru. Kto wybierze model z instalacją LPG (autogazem)  będzie oszczędzał od początku. Koszt 100 km na ropie to min. 21 zł, na benzynie 31 zł, na LPG – 13 zł. Instalacja gazowa zwróci się po półtora roku.

Współczesne benzyniaki są znacznie zrywniejsze

Kiedyś silnik benzynowy oznaczał dobre przyspieszenie do 100 km/h, ale diesel był lepszy w wyprzedzaniu (wyższa elastyczność). Teraz, dzięki turbinom w autach benzynowych, wyniki się wyrównują. Po co więc przepłacać.

Silnik benzynowy oznacza przewidywalność wydatków

Skoro typowa usterka może zniwelować skutki 3-letnich oszczędności na paliwie, po co ryzykować. Lepiej kupić auto, którego koszty eksploatacji da się przewidzieć. Tak też robią menadżerowie flot głosując przy kasie salonu i inni wybierający auta używane.

Gwiazdkowe przeceny. Prawda czy fałsz?

Z  wcześniejszych wpisów wiesz już, że lubię planować wydatki. Uważam to za jeden z fundamentów rozsądnego oszczędzania. Dlatego prezenty gwiazdkowe kupuję w listopadzie. Unikam w ten sposób przedświątecznego tłoku i stresu.

23 grudnia spróbowałem sprawdzić, czy nie przepłaciłem.

Pierwszy prezent. Sprzęt elektroniczny. Kupiony za 779 zł na początku poprzedniego miesiąca. Cena obecna, w najbardziej okazyjnej promocji, 799 zł.

Numer dwa. Zestaw klocków. Cena zakupu 119 zł, obecnie już 129 zł w tym samym sklepie.

Numer trzy. Torebka. Już niedostępna.

I tak dalej, i tak dalej.

Dosłownie jedną rzecz mogę teraz kupić trochę taniej  – mniej więcej o 10%.

Z wieloletnich doświadczeń wiem, że w styczniu będą ogromne przeceny na ubrania i buty zimowe. Z kolei lipiec, to sezon wyprzedaży letnich.

Elektronika najtańsza jest w lutym (chociaż tutaj znaczenie ma kurs dolara).

Sprzęt sportowy okazyjnie kupisz we wrześniu (letni) i marcu (zimowy).

Z zakupem samochodu z poprzedniego rocznika, czekaj nawet do kwietnia (zaoszczędzisz kilka, kilkanaście tysięcy).

W grudniu handlowcy mają żniwa, notują nawet kilkadziesiąt procent rocznych obrotów. Czy myślisz, że wtedy kiedy jest popyt będą obniżać ceny? Po co?

W grudniu zawsze jest drożej.

Czy da się żyć bez samochodu?

Na blogach, których autorzy określają się jako minimaliści forsuje się opcję „no car” czyli bez samochodu. Udowadnia się tam, że życie bez auta jest możliwe, podając dwa argumenty:

  • tak żyli nasi dziadowie lub w wersji religijnej „Jezus nie jeździł samochodem”,
  • istnieje komunikacja publiczna.

Czy zgadzam się z takimi twierdzeniami? W zasadzie nie. Teraz krótko, dlaczego.

Osoby głoszące poglądy o zbędności samochodu zaliczają się do grupy single ew. dinks. Zwłaszcza w dużym mieście z pewnością da się tak żyć. Istnieją autobusy, taksówki, pociągi, samoloty, którymi można dotrzeć w dowolne miejsce świata o praktycznie dowolnej porze dnia i nocy. Zakupy w małym gospodarstwie domowym da się zaplanować. No i po prostu jest taniej.

Ja należę do plemienia dzieciatych. I tu powstaje  problem. Dzieci to inny styl życia. Wymagają dowożenia na zajęcia dodatkowe, do znajomych, do szkoły. Tego nie da się zrobić poruszając się autobusem (czas). Nastolatki pojadą może rowerem, ale co wcześniej. Na wakacje jeździmy samochodem. Daje nam to możliwość wyboru i jest tańsze niż podróże samolotem. Na weekendy (mamy domek wakacyjny i działkę) też samochodem, chociaż ja czasami wybieram rower, na który nie da się jednak zabrać np. 30 kg orzechów czy jabłek.  Cotygodniowe zakupy to kilkadziesiąt kilogramów i nie wystarczy obu rąk aby przynieść je z autobusu.

Opcja „poproś znajomych” nie wchodzi w grę, bo nikt nie będzie woził kilku osób regularnie.

Na wsi komunikacji lokalnej brak, odległości są też zbyt duże.

A co do naszych dziadów? Oni nie mieli samochodu, ale wozy, bryczki, traktory, konie itp. czyli współczesne im odpowiedniki auta. Styl życia też był inny.

Prawdopodobnie dlatego nie znam żadnej rodziny z dwójką dzieci, która obywałaby się bez samochodu (pomijając skrajną biedę i wybór – paliwo albo jedzenie). Sam nie jestem minimalistą lecz zwolennikiem oszczędności racjonalnych. Wyobrażam sobie zatem alternatywę nawet małe auto miejskie typu  Seicento czy Matiz z gazem, ale życia bez auta, już nie.

 

Podwójny efekt pączka

Kiedy kupowałem dzisiaj pieczywo, w małym osiedlowym sklepiku, obserwując ludzi stojących w kolejce, zdałem sobie sprawę, że istnieje chyba coś takiego jak podwójny efekt pączka.

Może pomysł na potrzebę podzielenia się tą myślą, wynikał z rannej pory (przed 6), a może po prostu warto się nad tym zastanowić.

Kiedy kupujesz pączka, zamiast chleba, a potem go zjadasz, osiągasz od razu dwa negatywne skutki – pochłaniasz bombę kaloryczną, oraz pozbawiasz się środków na przyszłe oszczędności.

Chleb, który regularnie kupuję, kosztuje 1,85 zł za 0,5 kg bochenek. Ilość zjadana przeze mnie na drugie śniadanie to 50 g (pierwsze to owsianka), czyli 0,18 zł oraz 120 kalorii, jeśli dodam plasterek szynki (30 kalorii i 0,25 zł)  otrzymam razem 150 kalorii.

Pączek z lukrem kosztuje 1,3 zł, waży 60 g i zawiera 360 kalorii. Czyli potencjalnie zjadasz tyle samo (60g), ale liczba kalorii rośnie ponaddwukrotnie.

Zmieniając tylko ten jeden nawyk (zamiast pączka, kromka chleba z szynką) rocznie zaoszczędzisz rocznie około 320 zł (365 dni x 0,87 zł) i nie pochłoniesz 76.650 dodatkowych kalorii. To około 11 kg dodatkowej masy ciała (lub konieczności spalenia 200 kalorii – 20 minut jazdy na rowerze).

To jest właśnie ten podwójny efekt pączka.

Ile naprawdę zarabiasz?

W amerykańskim stylu życia mieści się zachowanie polegające na pytaniu osób poznanych na przyjęciach o ich zawód a nawet zarobki. Wysokie dochody, zgodnie z protestancką etyką pracy, są czymś, czego nie warto się wstydzić. W Polsce ciągle jest inaczej. Informowanie o stanie konta uchodzi za przejaw szpanerstwa nowobogackich.
Dlatego nie zachęcam do wysyłania mi szczegółowych danych o swoich dochodach pocztą elektroniczną lub zostawiania ich w komentarzach. Po prostu, warto zrobić to wyliczenie dla siebie. Zapewniam, że wynikami będziesz zdziwiony.
Brutto czy netto?
Dawno temu krążył żart, że podawanie wysokości pensji brutto jest jak mierzenie długości męskiego członka z kręgosłupem, którego żadna z partnerek nie ma okazji zobaczyć (chyba, że na zdjęciu rentgenowskim). Tak samo Ty, kwotę brutto (tj. ze wszystkimi podatkami i składkami na ubezpieczenie społeczne) możesz zobaczyć na angażu (umowie o pracę). Potem oglądasz już tylko kwotę netto (rzeczywiście wypłacaną), która jest mniej więcej o 1/3 niższa. Nie bądźmy zatem samochwałami i skupmy się na realnej pensji. Głosuję na kwotę netto.
Ile zarabiasz netto?
Ile zatem zarabiasz netto, czy bliżej Ci do płacy minimalnej (1285 zł), średniej płacy (ok. 2700 zł), czy może Twoje pobory są znacznie lepsze? Pamiętaj o doliczeniu uśrednionych dla 12 miesięcy nagród, premii, dopłat, deputatów, trzynastek itp. Załóżmy, że zarabiasz przeciętną pensję i dodatkowo otrzymujesz rocznie równowartość nieco większą niż wysokość jednej pensji. Twoja pensja netto wyniesie zatem 3.166 zł. Nie zrób tylko błędu, którym celowo posługują się związki zawodowe walczące o podwyżkę – liczenie tylko pensji zasadniczej, bez obecnych w niektórych firmach dodatku stażowego i innych stałych bonusów. Policz wszystko, co wpływa na Twoje konto i dolicz do tego spłaty pożyczek pracowniczych i innych należności, które potrąca Twój pracodawca.

A jaka jest podstawowa stawka godzinowa?
Wiesz już ile zarabiasz miesięcznie. Teraz bierzemy się za to ile oficjalnie czasu poświęcasz na pracę. Potem wyliczymy ile zarabiasz w każdej godzinie. Przeciętny miesiąc pracy to 170 godzin. Odliczmy od niego urlopy, dni wolne itp., a otrzymamy ok. 150 godzin (17 godzin to urlop wypoczynkowy, 3 godziny to święta i inne wolne dni).
Weźmy przykładowe 3.166 zł poborów i podzielmy je przez przeciętny miesiąc pracy wynoszący 150 godzin. Podstawowa stawka godzinowa to ca 21 zł.
Gdybyś był nauczycielem to przy 3.166 zł pensji, wyniesie ona 53 zł. Podstawowy czas pracy nauczyciela to 85 godzin miesięcznie, dodatkowo zamiast 26 dni urlopu ma on wolne aż 80 dni, chociaż nie może z nich skorzystać w dowolnie wybranym terminie. W efekcie nominalnie pracuje miesięcznie 59 godzin zamiast 150.
Skomplikowane ?
Tak się wydaje, a jest jeszcze
Rzeczywista stawka godzinowa
Wymaga ona obliczenia ile czasu faktycznie poświęcasz na pracę. Niełatwo to policzyć, bo w grę wchodzą różne aspekty. Załóżmy, że na dojście do i powrót z pracy poświęcasz codziennie półtorej godziny (to optymistyczne założenie). Prawdopodobnie musisz się jeszcze ogolić lub umalować (ubierasz się przecież niezależnie od wyjścia do pracy), przygotować drugie śniadanie (lub przewidzieć przerwę na lunch). W sumie tracisz w ten sposób około 0,5 godziny dziennie. Być może Twój szef zorganizował Ci bezpłatne nadgodziny (codziennie zostajesz w pracy ok. 1 h), zabierasz pracę do domu? Nauczyciele muszą przygotować się do lekcji, sprawdzić klasówki, wypełnić papiery. Optymistycznie dodaj na jeden dzień pracy około 3h czynności dodatkowych (1,5 h droga, 0,5 h przygotowania, 1h niepłatna praca). Jak zatem teraz wygląda Twój zarobek?
Większość pracowników policzy go tak: 3166 zł podzieli przez 210 godzin (150 + 60) i otrzyma wynik – 15 zł/h.
Czy wiedziałeś, że tyle zarabiasz? Czy zdawałeś sobie sprawę, że na pracę poświęcasz przeciętnie ok. 10 godzin dziennie? Jeżeli odliczyć z doby 6 godzin na sen, to ponad połowa Twojego dnia.

16 lat pracy

Pochwalę się Wam – właśnie skończyłem 16 lat pracy. U swojego pierwszego pracodawcy. Lata te wprawdzie były przerywane epizodami urlopów bezpłatnych, w międzyczasie robiłem też coś zupełnie innego, ale od 16 lat mam umowę o pracę z jedną firmą.

Okrągła rocznica to czas podsumowań, a może nawet porównań (na potrzeby bloga) z tymi którzy zaczynali razem ze mną.

Zaczynałem w księgowości, czyli przy pracy, do której jak dzisiaj wiem kompletnie się nie nadawałem. Szybko  (już po kwartale) zostałem przeniesiony do innego działu, w którym dzieliłem los z koleżankami i kolegami w mniej więcej równym wieku (kilkanaście osób).

Dzisiaj po 16 latach sytuacja wygląda tak:

  • pięcioro  z nas zdobyło dodatkowe uprawnienia i zmieniło stanowisko pracy,
  • 8 osób już zajmuje stanowiska kierownicze,
  • jeden kolega był przez pewien czas posłem,
  • jedna osoba wyjechała do USA,
  • tylko czwórka nadal robi to, co wiele lat temu.

Nasza sytuacja zawodowa w zasadzie zmieniła się radykalnie, teraz czas na refleksję mieszkaniową:

  • ośmioro kupiło większe mieszkania,
  • czworo przeprowadziło się do domu,
  • czworo nadal mieszka w tym samym miejscu.

Czyli jeśli chodzi o sytuację mieszkaniową, jest  także znacznie lepiej.

A jeśli chodzi o finanse:

  • dwóch z nas jest milionerami (czyli statystycznie 12,5 % zostało milionerami),
  • ośmioro (dokładnie połowa) ma kredyt hipoteczny (w tym trójka we frankach),
  • w większości zarabiamy znacznie lepiej np. ja mam 5 razy większą pensję podstawową a dochody ogółem 10 razy większe (w tym z inwestycji) niż 16 lat temu.
  • wydajemy też znacznie więcej, bo urodziły nam się dzieci, bo mamy większe potrzeby no i z powodu inflacji.
  • dwie osoby kupiły samochód z salonu (obaj milionerzy), w dodatku za gotówkę.

Dlaczego o tym piszę? Żeby dać przykład dzisiejszym dwudziestolatkom. Nasze życie statystycznie zmieniło się na lepsze, jedynie czwórka w zasadzie stoi w miejscu, nikomu nie jest gorzej. Wasze życie też takie będzie. Nic nie nastąpi radykalnie, z dnia na dzień. To powolny proces, wspinania się po kolejnych szczeblach. O to właśnie chodzi. O wędrówkę. Skoki pojawią się znacznie rzadziej.

Co wyróżniało tych, którzy najszybciej i najdalej poszli do przodu? Chęć zmian, niezgoda na zastane, inicjatywa, chęć nauki, popróbowania czegoś innego i często praca dłuższa niż 8 godzin (i zazwyczaj nie u jednego pracodawcy). Warto o tym pamiętać.

Na koniec dwa słowa o koledze, który został milionerem. Jakie są jego cechy? Cały czas z pierwszą żoną, przesympatyczną, pracowitą, oszczędną – wzorem prawie biblijnym. Ma wsparcie rodziców i teściów. Nigdy nie nastawiał się na szybki zysk, lecz dorobił się konserwatywnie: nieruchomości, lokaty. Kredyty brał tylko na inwestycje, na niektórych stracił, ale ogólnie wyszedł na spory plus. Nie konsumuje ostentacyjnie, zupełnie nie wygląda na milionera. Nie zarabiał nigdy z pracy gigantycznych pieniędzy. Mnóstwo czyta. I jest po prostu zwykłym facetem, nie wyróżniającym się z tłumu. Podobnie zresztą jak ja.

Największy wróg bogactwa

Tytułowy wróg bogactwa to tzw. „zabijacze czasu”. Zaraz wyjaśnię, dlaczego.

Największym sprzymierzeńcem  zamożności jest czas. Pozwala on cieszyć się życiem, rosnąć inwestycjom, zarabiać, odpoczywać, planować następne posunięcia. Wielu ludzi zupełnie tego nie rozumie. Wydaje się, że cierpią oni z powodu zbyt dużej ilości wolnego czasu – dobra tak cennego, w dzisiejszym zapędzonym świecie. Starają się owe cierpienie złagodzić, wykonując bezsensowne czynności, które nie są ani pożyteczne, ani mądre, ani prowadzące ich do celu. Oglądają programy „rozrywkowe” w telewizji, bezrefleksyjnie (tj. szukając nie odpoczynku, wiedzy, informacji lecz tylko pozornego zajęcia) przeglądają strony internetowe, grają na komputerze/tablecie/konsoli/telefonie itp. Stają się przedmiotem tzw. biernego spędzania wolnego czasu. Mają go tak dużo, że mogą dziennie zmarnować w ten sposób 4-5 godzin dziennie, a więc 120-150 godzin miesięcznie (na pracę etatową przeznaczamy 170 godzin, a na sen 240).

Wyobrażasz sobie? Czas ten można spędzić z rodziną tworząc doskonałą więź z żoną/mężem. Można nauczyć się czegoś pożytecznego (języka obcego), zdobyć nowy zawód. Osoby refleksyjne postarają się pobyć „ze sobą”, mieć chwilę wytchnienia, na spokojną kąpiel, spacer. Aktywni przeznaczą chociaż godzinę dziennie na sport, hobby. Zmierzający skrótem do zamożności znajdą dodatkowe płatne zajęcie i zarobią prawie drugą pensję, którą można zaoszczędzić.

W innych wpisach mówię jaką moc mają dwie dodatkowe godziny dziennie, jak bardzo zmienił moje życie nawyk wstawania o 4, zamiast po 6, a tu marnuje się 2 razy tyle czasu. Już teraz wiesz, dlaczego ja jestem zamożny, a oni biedni (i to biedni pod każdym względem). Tym co nas różni jest sposób wykorzystywania czasu, który w istocie jest pieniądzem.

Dodatkowo „zabijacze czasu” nic nie dają. Co zyskałeś oglądając po kolei 3 paradokumenty, program o wybrykach polityków (wiadomości), potem film o kosmitach i popisy gwiazd na lodzie? Co daje Ci taka „aktywność” przed telewizorem dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, rok za rokiem?  Jaki pozytywny wpływ na Twoje życie ma zdobyty z takim trudem 155 level w grze komputerowej?

Wiesz co straciłeś w zamian? Rodzinę, szansę na bycie lepszym człowiekiem, a wreszcie bogactwo.

Dlatego uczyń wszystko aby już dziś odciąć od tych rozrywek. Zacznij planować swoje życie, tak abyś mógł za rok powiedzieć, że godzin tych nie zmarnowałeś, lecz przeznaczyłeś je pożytecznie.  Życzę Ci tego.

Czy warto brać dodatkową pracę?

Odpowiedź na takie pytanie może być tylko jedna – to zależy. Zależy przede wszystkim od tego, na co chcemy przeznaczyć ekstra środki. Jeżeli na rozrywki, przyjemności i ogólnie na szybkie wydatki, wtedy dodatkowa praca to błąd. Jeżeli na inwestycje, zakup mieszkania, spłatę kredytu wtedy jestem za. Dlaczego?

Minusy:

Dodatkowa praca, to mniej czasu na inne zajęcia.

Nikomu nie trzeba tłumaczyć, że dodatkowe zarobki to nie tylko przyjemność, ale i nadprogramowe obowiązki. Musisz zamiast pracować 40 godzin tygodniowo, poświęcać aż 50-60 godzin. Więcej czasu w pracy to mniej czasu dla dzieci, żony/męża.

Zmęczenie i stan zdrowia.

Jeżeli więcej pracujesz, mniej odpoczywasz, Twój stan zdrowia pogarsza się. Potrafisz być chronicznie zmęczony. Nie bez powodu określono normę czasu pracy na 40 godzin. Zrobiono tak właśnie ze względu na wytrzymałość naszego organizmu.

Plusy:

Zdobywasz dodatkowe doświadczenie.

Nowe zajęcia, to nowe wyzwania. Im więcej pracujesz, tym więcej się uczysz. W efekcie jesteś więcej wart w podstawowej pracy.

Masz alternatywę.

W razie zwolnienia, które wszędzie może się zdarzyć, nie zostajesz na lodzie. Istnieje punkt startowy, z którego dochód, przy odrobinie szczęścia, wystarczy na życie, albo przynajmniej na pokrycie niezbędnego minimum. Możesz też samodzielnie zdecydować o zmianie pracy.

I na koniec bardzo ważne – masz środki na inwestycje.

Pensja podstawowa ma to do siebie, że w przypadku 80% osób akurat wystarcza na życie. Niewiele udaje się oszczędzić (poza szczęśliwcami zarabiającymi znacznie powyżej przeciętnej).  Zatrudniając się dodatkowo, uzyskujesz efekt kilkudziesięcioprocentowej podwyżki. Przeznaczając ją na inwestycję (rozumianą jako odłożone pieniądze w celu ich pomnożenia) lub zakup trwałego dobra (mieszkanie, działka, budowa domu) pomnażasz swój majątek. Spłacając kredyt zmniejszasz swoje zobowiązania, a więc i przyszłe obciążenia.  Jak to wygląda w moim przypadku?

Gdybym pracował tylko w podstawowym miejscu pracy i wydawał na obecnym poziomie,  rocznie zostawałoby mi 1200 zł. Ponieważ jednak działam na kilka frontów potrafię rocznie odłożyć kilkadziesiąt tysięcy. Rozumiesz tę zasadę? Dodatkowa praca była jednym z filarów mojej zamożności. Bez niej nie potrafiłbym niczego odłożyć. Ponieważ bez oszczędzania nie ma inwestycji, nie możesz zacząć pomnażać pieniędzy.

I to jest zasadniczy plus dodatkowego zatrudnienia.