Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Oszczędny Milioner – Strona 137 – Oszczędny Milioner

Nikt po mnie nie będzie płakał

Nie obawiajcie się. Tytułowa deklaracja nie jest objawem depresji piszącego związanej z krótkim dniem, lecz częścią dłuższej wypowiedzi przedstawiciela bractwa przeciwników ubezpieczeń. Sądzą oni, że:

  • kto się ubezpiecza sprowadza na siebie zły los (tak samo jak oszczędzając na czarną godzinę, przyciągamy złe zdarzenia w swoim życiu),
  • nie otrze się łez banknotami,
  • duże pieniądze wywołują wielkie wojny rodzinne, a po nieubezpieczonym na życie „przynajmniej ktoś będzie szczerze płakał”.

O ile z myśleniem magicznym trudno polemizować na poziomie racjonalnym, to jednak warto zauważyć, że nieubezpieczonym również przytrafiają się przykre zdarzenia a nawet, o dziwo, zdarza im się umrzeć. Nie prowadziłem badań statystycznych, chociaż może warto, ale przypuszczam, że prawdopodobieństwo śmierci, wypadku itp. jest równe u osób ubezpieczonych i nieubezpieczonych. Na tym fundamencie: pewność śmierci i możliwość innych nagłych, a niepożądanych wydarzeń zbudowana jest idea ubezpieczeń.

Co do tezy o nieocieraniu łez banknotami, to jest ona co do zasady słuszna. Żadne pieniądze nie zastąpią dzieciom ojca, który zginął w wypadku, żadna kwota nie pozwoli żonie zapomnieć o utracie męża. Spójrzmy jednak z drugiej strony. Otrzymane odszkodowanie ułatwia życie, nie zmusza kobiety, która nigdy nie pracowała do natychmiastowego zarabiania. Daje dzieciom możliwość dokończenia studiów i pozwala pewnie życzliwiej myśleć o zmarłym.

Z kolei przy podziale rodzinnego majątku zaczynają się największe kwasy. Dlatego warto podzielić sumę ubezpieczenia po równo na wszystkich uprawnionych np. żonę i dzieci. Nie powinno się wyróżniać nikogo, zarówno na plus, jak i na minus. Może być i tak, że wypłata ubezpieczenia pozwoli spłacić długi spadkowe (dla osób posiadających kredyt hipoteczny, ubezpieczenie na życie jest zdecydowanie „must have”).

Zdanie, „Nie ubezpieczam się to przynajmniej ktoś będzie po mnie szczerze płakał” usłyszałem od jednego z kolegów jako reakcję na moją opowieść o posiadanej polisie na życie.  Zupełnie się z nią nie zgadzam. Wiem, że pieniądze nie zabiją bólu, nie wypełnią pustki po bliskim, nie ma się co oszukiwać, tak się nie stanie. Pieniądze i uczucia leżą bowiem na różnych półkach w naszym umyśle (patrz teza „Nie ociera się łez banknotami”). Nagły przypływ gotówki, nie zatrzymają łez po stracie kochanej osoby, mogą tylko ułatwić etap żałoby. Tak jak u niekochającego męża/żony/dziecka brak polisy nie sprawi, że ktoś szczerze zapłacze. Tak więc „ubezpieczajmy się”.

Dlaczego wybieram ogrzewanie gazowe?

Piec gazowy, na olej opałowy i ogrzewanie elektryczne mają zasadniczą zaletę – są praktycznie bezobsługowe. Nie wymagają ingerencji właściciela, czyszczenia paleniska, dokładania opału, miejsca do składowania i dodatkowych prac. Nie zanieczyszczają domu. Z tego względu wydają się idealne np. dla osób starszych.  Niestety, każdy kij ma dwa końce, okazują się droższe w eksploatacji.

Podane wcześniej wyliczenia, jak wskazałem dotyczą mojego domu. W Waszych może być zupełnie inaczej. Stary nieocieplony duży dom-kostka położony na wsi, na odkrytym terenie może mieć zapotrzebowanie na energię grzewczą nawet i 50000 kWh/rok. To oznacza, że ogrzewanie go gazem pochłonie blisko 10.000 zł. Przy drewnie już tylko 4.000 zł.

Z kolei  niewielki dom energooszczędny wymaga  nie więcej niż 4000 kWh/rok. Gaz kosztuje zatem 800 zł, a drewno 320 zł.

Zmiana na drewno, wyliczona powyżej, albo winna być dokonana natychmiast (stary nieocieplony dom), albo nigdy (bo nie ma szans się zwrócić przy dobrym ociepleniu).

Wracając jednak do mojego przypadku. Gdybym przestawił się na drewno musiałbym   uwzględnić   dodatkowy   koszt  porąbania drewna  –  przyjmijmy  40 zł/ mp.  Ja potrzebowałbym ok. 8 mp. Taka ilość to już  albo 24 godziny własnej pracy (czyli w praktyce 3 soboty, które miały być wolne, lub 8 popołudniówek) , albo dodatkowy wydatek 320 zł.  Przewaga drewna nad gazem spada do 1700 zł.

Do pieca opalanego drewnem trzeba dokładać. Przyjmijmy optymistycznie 3 razy dziennie, za każdym razem po 5 minut. W sezonie grzewczym to 15 minut dziennie x 180 dni czyli 45 godzin pracy.  Zakładając stawkę z pensji minimalnej wyjdzie mi 450 zł. Drewno jest tańsze o 1250 zł.

A są to wyliczenia optymistyczne. Po pierwsze moja roboczogodzina warta jest przynajmniej 50 zł, a nie 10 zł, więc 45 godzin pracy w sezonie grzewczym to 2250 zł, czyli więcej niż różnica w cenie gazu i drewna.

Poza tym nie mam miejsca na składowanie 16 mp (sezonowanie oznacza zapas przynajmniej na 2 lata). To przestrzeń o podstawie 3 m na 2 m i wysokości 2,6 m.

Podobnie liczy wielu spośród moich sąsiadów i wszyscy przestawili się na gaz.

Gdybym jednak pracował mniej, miał dostęp do własnego lasu, albo stary dom na wsi, decyduję się na drewno.

Ile kosztuje ogrzewanie mojego domu – porównanie gazu, oleju, węgla, drewna, prądu?

Ile kosztuje ogrzewanie (na przykładzie mojego domu)?

Często na forach dotyczących oszczędzania spotykam się z pytaniem – ile kosztuje ogrzewanie domu/mieszkania gazem/prądem/kominkiem/piecem węglowym. Postaram się na nie odpowiedzieć, na przykładzie wyliczeń opartych o zużycie gazu w moim domu.

Jeśli szukacie uniwersalnej odpowiedzi, to brzmi ona – to zależy od domu. Dlaczego?

Zapotrzebowanie domu na ciepło, różni się z powodów takich jak:

  • temperatury na zewnątrz (czyli ciepła kontra chłodna zima),
  • ciepłolubności właścicieli (znam piecuchów, lubiących 24 stopnie jaki i mrozolubnych, którym wystarcza 16 stopni C),
  • wielkości domu (inaczej jest w małym domku, a inaczej w kilkusetmetrowej willi),
  • ocieplenia (istotny wpływ),
  • położenia (strony świata, na otwartym terenie lub gęstej zabudowie).

Podam zużycie z dwóch zim. Jednej ciężkiej (2013/2014), dom jeszcze nieocieplony. Drugiej lekkiej (2014/2015), już po ociepleniu. Mój dom ma 120m2,  położony jest w mieście. Utrzymujemy stałą temperaturę 19.5 stopnia C. Teraz dane. Pierwsza zima – zużycie  ok. 2400 m3 gazu (27000 kWh energii), a kolejna już 1600 m3 (18000 kWh energii).

Załóżmy teraz wartość opałową poszczególnych paliw.  Gaz ziemny (11,25 kWh/m3),  gaz płynny 6,6 kWh/l, olej opałowy 10,09 kWh/dm3, węgiel ekogroszek 6,94 kWh/kg, drewno opałowe 2200 kWh/mp (buk).

Musimy też wziąć pod uwagę, że nie zawsze z 1 kWh pobranej energii uzyskamy 1 kWh ciepła.  Jaki będzie zatem wynik. Kocioł nowszego typu (gaz ziemny, gaz płynny, olej opałowy) posiada sprawność 95%,  kocioł na węgiel i drewno już tylko 75%.

Ceny paliw są następujące (przy uwzględnieniu sprawności)  za  1 kWh rzeczywiście uzyskanej energii i abonamentów (o ile występują):

  • gaz ziemny – ok. 0,19 zł
  • gaz płynny – 0,28 zł,
  • olej opałowy – 0,23 zł
  • ekogroszek – 0,12 zł,
  • drewno opałowe – 0,08 zł
  • energia elektryczna (jedna taryfa) – 0,56 zł,
  • energia elektryczna (druga taryfa) – 0,3 zł.

Po przeliczeniu dzisiejszych cen (mogą się zmieniać) cena ogrania mojego domu będzie następująca:

Nieocieplony                     Ocieplony

Gaz ziemny                       5130 zł                           3420 zł

Gaz Płynny                        7560 zł                           5040 zł

Olej opałowy                     6210 zł                           4140 zł

Ekogroszek                        3240 zł                           2160 zł

Drewno                              2160 zł                           1440 zł

Prąd (2 taryfy)                   8100 zł                          5400 zł

Przy dzisiejszych cenach surowców energetycznych widać, że najtaniej ogrzewać drewnem, a najdrożej prądem.

Jutro policzę koszty inwestycyjne.

Czy opłaca się ocieplać dom – rozważania przy -17

Duże mrozy i ostatni rachunek za ogrzewanie skłoniły mnie do zastanowienia się, czy ocieplenie domu na prawdę się opłaca. Nie mówię tutaj o wyliczeniach na potrzeby kredytów termomodernizacyjnych, ale o twarde dane z praktyki. Oto one.

Kilka lat temu kupiłem nieocieplony dom, budowany w okresie PRL-u – klasyczną kostkę. Rachunki za gaz (ogrzewanie gazowe), które płaciłem, przy jednoczesnym stałym niedogrzaniu niektórych pomieszczeń i nieciekawej  elewacji skłoniły mnie do decyzji – ocieplamy.

Żeby jednak pozostawić koszty na rozsądnym poziomie ograniczyłem się do działań zewnętrznych i stropu, pomijając ocieplenie fundamentów, nieogrzewanej piwnicy i garażu.

Wynik – zużycie gazu mniejsze o 1/3 (liczone przy tych samych temperaturach zewnętrznych) oraz kieszeń lżejsza o prawie 30 tysięcy (przy okazji trzeba było wymienić rury spustowe, drzwi i obróbki blacharskie).  Dużo to czy mało?

Policzmy.

Zużycie gazu przed remontem (wyłączając ten na potrzeby inne niż ogrzewanie) – 2361m3, a po remoncie 1600 m3, zysk 761 m3 czyli około 1600 zł.

Gdyby liczyć klasycznie, inwestycja zwróci się po około 19 latach. Dodając odsetki od kapitału w wysokości 2% rocznie, będzie to 30 lat. Czyli nieopłacalne?

Nie do końca. Zyskałem nową elewację (i tak musiałem ją zrobić, co kosztowałoby mnie około 12 tys. zł) i komfort termiczny – po prostu w domu jest subiektywnie cieplej. Ale, w twardych kategoriach ekonomicznych, nie było warto.

Jak tanio kupić eleganckie ubrania?

Moja praca wymaga eleganckiego stroju. Muszę nosić garnitur, krawat, koszulę ze sztywnym kołnierzykiem i półbuty (zwane czasami trumniakami, bo niektórzy zakładają je dwa razy w życiu w tym na własny pogrzeb).

Żałuję tego stroju podwójnie. Najpierw dlatego, że  wolę dżinsy i koszule w kratkę. Poza tym dress code kosztuje.

Wiesz już, że jestem milionerem, ale nie lubię przepłacać. Dzisiaj historia okazyjnych zakupów.

Jako Polak wybieram polskie marki. Moimi faworytami są:

  • Vistula i Lantier (garnitury, płaszcze),
  • Wólczanka i Lambert (koszule, krawaty),
  • Gino Rossi i Ryłko (buty).

Zapewniają dobrą jakość. A ceny? No cóż.  Regularne będą bardzo wysokie. Ale nie byłbym sobą, gdybym nie próbował zaoszczędzić. Podzielę się z Tobą moim pomysłem.

Firma do której należą marki Vistula, Lantier, Wólczanka i Lambert (nie, nie biorę od nich pieniędzy) wyceniają garnitury na minimum 1300 zł, koszule na nie mniej niż 150-200 zł.

Co roku zmieniam jeden garnitur i około 5-6 koszul. Gdybym kupował w cenach regularnych zostawiam około 2.300 zł w trakcie jednych zakupów.

Postanowiłem pokombinować. Nie, nie jestem  super mózg. Po prostu poczekałem. Do stycznia.

Nagle garnitur zamiast 1300 zł kosztuje 450 zł. Taki wyceniany na 2000 zł, mogę mieć za 600 zł Koszule (6 sztuk) zamiast 1000 zł  kosztowały mnie 290 zł.

Kupiłem też buty Ryłko, płacąc zamiast 429 zł tylko 199 zł.

 

To jest sposób na tanie zakupy. Dlaczego uważam, że tanie? Może po prostu ceny pierwotne były tak zaniżone?

Chyba jednak nie do końca. Za 450 zł dostanę prawie najtańszy garnitur w Tesco. Za 45 zł mam koszulę z Lidla. Jakość – nieporównywalna. Czyli wyszło i dobrze i tanio. Znowu cierpliwość górą.

A może byśmy tak, najmilsza, wpadli na dzień do … Paryża?

Jednym z moich planów jest co roku odwiedzać przynajmniej jedno państwo. 2 lata temu były Niemcy, w ubiegłym roku Chorwacja i Węgry, na ten rok planuję Czechy.  Zacząłem analizować temat tanich podróży, również tych dalekich, bo o ile do Chorwacji można pojechać samochodem, o tyle np. do Gruzji czy nawet Paryża trzeba raczej korzystać z samolotu. Wycieczka lotnicza wydawała mi się bardzo droga, dopóki nie trafiłem na pewną stronę:

http://tanie-loty.com.pl

Nie jest ona zwykłą wyszukiwarką tanich połączeń, jakich wiele w sieci, ale zawiera też forum, oraz rekomendacje korzystnych wyjazdów i co najważniejsze nie są to tylko oferty last minute.

Weźmy tytułowy Paryż 

Wylot 1 marca 2016 (o 13.00 ) z Modlina na podparyskie lotnisko Beauvais i przylot do Polski 5 marca 2016 r. (godz. 18.10) kosztują 250 zł za osobę (2 osoby zapłacą ok. 500 zł). Dojazd z lotniska do Paryża i z powrotem to kolejne 160 zł za osobę (320 zł za dwoje podróżnych). Nocleg w Paryżu. 4 noclegi to dodatkowy wydatek 545 zł (blisko bazyliki Sacre Coeur), lub 1200 zł (Dzielnica Łacińska). Razem romantyczny wyjazd pary będzie kosztował już 1365 zł.  Dla porównania najtańsza wycieczka autokarowa (2 dni jazdy w obie strony), o porównywalnej długości pobytu na miejscu, z noclegami pod Paryżem (codzienne dojazdy) kosztuje ok. 2600 zł za dwie osoby.

Teraz Gruzja

Powitanie wiosny (20-24 marca 2016 r.) w Kutaisi.  Przelot 327 zł (w obie strony w klasie ekonomicznej z wylotem w nocy), za 2 osoby 654 zł. Noclegi (3) w hostelu (pokój 2-os z wanną) blisko centrum kosztują 150 zł (2 osoby). Razem wyjazd dwóch osób na  – 804 zł za trzy dni (wylot o 23), powrót (o 7.10).  Gdybym zabrał moich nastolatków, za 4 osoby zapłacimy tylko 1500 zł.

Czyli da się wyjechać za cenę porównywalną z wakacjami w Polsce ( dojazd z Lublina do Kotliny Kłodzkiej 600 zł własnym samochodem + 450 trzy noclegi w agroturystyce).

Postanowienia i plany noworoczne – czy warto?

Prowadzone od wielu lat badania wskazują, że osoby, które mają pisemne plany i postanowienia noworoczne mają wielokrotnie większą szansę ich realizacji. Podobne zdanie możesz znaleźć w większości książek o samorozwoju i motywacji. Czy jest to prawda? Jak to działa u mnie?

Portal bankier.pl powołując się na wyniki badań  Interaktywnego Instytutu Badań Rynkowych podał, że  w 2014 roku postanowienia noworoczne zrobiło blisko 80 proc. Polaków. Zrealizowało je tylko 8%.

Ze mną jest inaczej. Oto moje postanowienia na 2015 r.

  • zarobić określoną sumę pieniędzy (zrealizowane w 90%),
  • powiększyć majątek o inną sumę (zrealizowane w 60%),
  • oszczędzać minimum 20% dochodów netto (zrealizowane w 150%),
  • wyremontować łazienkę w domu na wsi (zrealizowane w 200%, bo konieczny okazał się remont także drugiej łazienki),
  • zrobić grządki, porządki w garażu, pomalować kraty (zrealizowane w 100%),
  • nauka francuskiego – 700 słów (zrealizowano w 30%),
  • przeczytać 52 książki (zrealizowano w 110%),
  • uprawiać sport minimum 3 razy w tygodniu (zrealizowano w 100%),
  • prowadzić bloga o oszczędnym trybie życia (zrealizowano w 100%),
  • prowadzić stronę własnej firmy (zrealizowano w 100%),
  • napisać książkę (zrealizowano w 50%),
  • przeczytać 365 orzeczeń SN (zrealizowano w 70%),
  • wystartować w biegu na 10 km z czasem poniżej 50 min. (nie udało się),
  • osiągnąć zysk z firmy na określonym poziomie (zrealizowano w 70%),
  • mieć określoną ilość klientów (zrealizowano w 60%),
  • zagrać mazurka op. 68 nr 2 Chopina (zrealizowano w 100%),
  • odłożyć na emeryturę 6000 zł (zrealizowano w 100%).

Jak widzicie mój współczynnik realizacji, nawet na poziomie spełnia/nie spełnia czyli 90% celu oznacza, że go nie osiągnięto, wyniósł 53%. Kompletnym fiaskiem (poniżej 50% celu) zakończyły się tylko 2 postanowienia, czyli częściowo osiągnięto przynajmniej 88% celów. Na czym polega sekret mojej skuteczności?

Po pierwsze cele roczne planuję zgodnie z moimi  długoterminowymi pragnieniami i marzeniami np. posiadanie własnej firmy i dochody z niej wynikają z chęci samowystarczalności finansowej, bieganie i ćwiczenia fizyczne to pochodne planu na bycie zdrowym do późnej starości.

Po drugie moje cele są mierzalne. Nie piszę – więcej biegać, ale uprawiać sport (bieganie, siłownia, rower) minimum 3 razy w tygodniu. Nie piszę  – zarabiać więcej, ale zarobić tyle a tyle.

Po trzecie, stosuje metodę kaizen (drobne zmiany), więc moje cele są realne. Nie ulegam jednak presji łatwych celów (co spowodowało, że musiałem zacząć wstawać bardzo wcześnie).

Po czwarte, sporządzam plan realizacji postanowienia. Rozkładam cel na mniejsze. Przeczytanie 52 książek rocznie, to 1 książka tygodniowo i nieco ponad 4 miesięcznie. Mam co roku listę lektur do przeczytania (w 2015 r. m.in. wszyscy nobliści z lat 2011-2015, Trylogia, 2 książki o sprzedaży, 3 o moim zawodzie). Utwory rozkładam sobie na takty.

Po piąte, regularnie sprawdzam postęp w realizacji celów. W przypadku finansów, codziennie wprowadzam dane o wydatkach i dochodach do arkusza kalkulacyjnego, który liczy postępy.

Po siódme, staram się, przynajmniej raz w tygodniu, zrobić krok naprzód w osiągnięciu każdego z celów.

Po ósme, spisuje wszystkie cele i regularnie je przeglądam.

To są przyczyny, dla których osiągam wielokrotnie lepsze rezultaty niż osoby przeciętne (chociaż do najlepszych stale też mi brakuje). To jest też sekret, tego, że stałem się milionerem.

Czy Twoja praca może wyjechać do Indii?

Dzisiaj, kiedy tak dużo mówi się o globalizacji, wielu zapomina, że ma ona nie tylko pozytywy, ale też i ciemne strony. Jedną z nich jest przenoszenie miejsc pracy do takiego kraju, który pozwala zapłacić mniej. Kiedyś patrzono na Polskę, teraz mówi się raczej o Chinach, Indiach i innych krajach południowej Azji.

Oczywiście nie każdy zawód jest zagrożony. Niektórych czynności po prostu nie da się przenieść za granicę. Ma to ogromne zalety i stanowi, moim zdaniem, jeden z czynników wyboru zawodu przyszłości. Wykonujący go będą czuli mniejszą presję, aby pracować więcej i taniej. Przypatrzmy się popularnym profesjom pod tym kątem. Oczywiście zawsze można zaimportować pracowników, względnie znających język polski, i zastąpić nimi już pracujących, ale to dotyczy wszystkich.

Pracownik budowlany (od operatora pomocnika do inżyniera). 

Budynki wznosi się „tu i teraz”. Nie można (przynajmniej na razie) przetransportować ich samolotem z Chin. Budowa autostrady przez Chińczyków zakończyła się niepowodzeniem. Mamy zawód odporny na globalizację.

Ochrona zdrowia.

Wprawdzie można sobie wyobrazić wyjazd leczniczy na drugi koniec świata, ale większość chce się leczyć blisko domu. Dlatego, lekarze i pielęgniarki raczej nie są zagrożeni.

Usługi turystyczne.

W tej branży nie jest tak różowo. Liczy się dobra pogoda, odległość nie jest problemem. Ta branża jest pod dużą presją, zmniejszoną nieco zagrożeniami terrorystycznymi w wielu miejscach świata.

Prawnicy i księgowi.

Tego da się nauczyć człowieka z zagranicy. Już się to robi. Z drugiej strony małe firmy i klienci prywatni będą woleli (ze względu na koszty i potrzebę osobistego kontaktu) zasięgnąć porady na miejscu. Wyrok – na razie nie jest źle, ale może być gorzej.

Handel.

Od wielu lat jest globalny. Tendencje stale się nasilają. Istnieje handel przez internet. Jednak ciągle bułki, pieczywo i drobne zakupy robimy „za rogiem”. Dlatego praca dla sprzedawcy (pomijając inne problemy: dużą konkurencję, niską barierę wejścia, łatwą zastępowalność) ciągle będzie istniała.

Produkcja.

Firmy produkcyjne ciągle są pod presją. Trudno im konkurować z zalewem produkcji azjatyckiej. Nie wszystko opłaca się ściągnąć z daleka (np. rzeczy ciężkie a niezbyt drogie jak materiały budowlane), ale konkurencja nie śpi.

Rolnictwo.

Produkty rolne łatwo jest dzisiaj sprowadzić. Z drugiej strony ktoś musi pracować na naszej ziemi. Z powodu wyjazdu do miast, oraz przechodzeniu na uprawy z większym zapotrzebowaniem na pielęgnację (owoce, warzywa zamiast zbóż) w wielu gospodarstwach brakuje rąk do pracy.

Analiza najpopularniejszych zawodów wskazuje, że w najlepszej sytuacji są zatrudnieni w sektorach usługowych, gdzie niezbędny jest bezpośredni kontakt z klientem (poza ochroną zdrowia, prawnikami, także fryzjerzy, kosmetyczki),  a w najgorszej pracujący przy produkcji. Ich praca (np. w branży tekstylnej) już jest w Azji.

Jaki procent dochodów należy odkładać ?

Wiele osób, widząc moją zamożność, powstałą z przeciętnych przecież zarobków, pyta mnie jaki procent dochodów powinien odkładać. Odpowiedź, chociaż wydaje się prosta – nie mniej niż 10% średniomiesięcznych wpływów + przynajmniej 50% wpływów ekstra – wcale taką nie jest.

Dlaczego?

Pieniądze nigdy nie są celem samym w sobie. Kto myśli inaczej, ten często jest paskudnym skąpcem, godnym raczej współczucia niż zazdrości. Powinny być one jedynie środkiem do osiągania celów. A te jak wiemy każdy z nas ma inne. Różne cele wymagają odmiennych  środków.

Dodatkowo, istotny jest horyzont czasowy realizacji planów. Jeden chce cele osiągać szybko, inny może czekać latami.

Po trzecie wreszcie, przecież wysokość dochodów ma istotne znaczenie. Inaczej wygląda 10% z 1000 zł, a inaczej ze 100.000 zł. Dlatego staram się skupić na dwóch wersjach wydarzeń – średniej krajowej powiększonej o drobne dochody ekstra i poziomie człowieka 50% przewyższającego tę średnią. Opowiem także co nieco o mojej własnej drodze.

Dwie średnie krajowe (para osiągająca przeciętne dochody)  to 5400 zł. Jeżeli dodamy do tego 300 zł wpływów z różnych zleceń, fuch itp. uzyskamy przeciętną 5700 zł. 10% od tej sumy to 570 zł odłożonych miesięcznie, a więc 6840 zł rocznie. Taka kwota przy  8% stopie zwrotu (jeszcze realną w długim okresie, ale i możliwie bezpieczną) uczyni nas milionerami za 37 lat. Wygląda to mało ciekawie.

Ale wielu z nas otrzymuje ekstra przychody, których zazwyczaj nie traktuje jak pensji. Są nimi nagrody, premie, trzynastki, wypłaty świąteczne itp. Przyjmijmy, że dla osób ze średnią krajową wyniosą one ok. 1 pensji – 5400 zł (2700 na osobę). Starajmy się odłożyć z tego 50%. Roczne oszczędności powiększą się o 2700 zł do 9540 zł, a okres dojścia do miliona skróci do 32 lat.

Spróbujmy teraz zwiększyć  procent odkładanych regularnych dochodów do 30.  Nagle jesteśmy w stanie zaoszczędzić 23.220 zł w każdym roku (20520 z dochodów podstawowych i 2700 z ekstra) Wtedy potrzebujemy już tylko 21 lat.

Jeżeli przewyższamy średnią krajową o 50% (i o tyle też wyższe są nasze dochody ekstra) możemy w każdym roku oszczędzić 14.310 zł przy założeniu 10% z regularnych wpływów i 50% z nadzwyczajnych. Zbliżymy się do miliona w 27 lat. Jeżeli przejdziemy na poziom 30% to nagle uzyskamy 34.830 zł oszczędności i 17 lat do miliona. Mamy szansę stać się milionerami już za niespełna dwie dekady.

Teraz opowieść o mojej drodze. Jest ona nietypowa i nie każdy może mieć tyle szczęścia co ja. Do miliona doszedłem w wieku trzydziestu kilku lat, łącząc wysoką stopę zwrotu (np. z inwestycji w nieruchomość 140 tys., zrobiłem po roku 200 tys., z innej 80 tys. – 370 tys. w ciągu 5 lat) z ponadprzeciętną skłonnością do oszczędzania. Np. jeżeli średnia krajowa wynosiła 2.133 zł, moja żona i ja zarabialiśmy łącznie (w tym ja na 1,5 etatu i zlecenie) – 5240  zł (obie kwoty brutto). Było to netto:  średnia pensja (1523 zł), nasze dochody 3742 zł. Potrafiłem z tego odłożyć 1600 zł  miesięcznie, a więc 42% dochodów. Osiągając wpływy znacznie powyżej średniej (20% większe) jeździliśmy autem za 1500 zł i ogólnie nasze wydatki były skromne.  Teraz nie czuję już potrzeby tak szalonych wyrzeczeń, niemniej jednak nadal odkładamy ok. 1/4 ze znacznie już większych dochodów, żyjąc 25% poniżej poziomu osób zarabiających podobnie i wydających wszystko co do grosza.

Dlatego moim zdaniem, jeżeli chcemy cele finansowe realizować znacznie szybciej, powinniśmy odkładać nie mniej niż 25% comiesięcznego dochodu i 50% dochodów ekstra netto. Wartość odpowiednio 10% regularnych wpływów i 50% nadzwyczajnych wydaje się być niezbędnym minimum.

Mój najdroższy samochód

Ostatnio pisałem o moich najtańszych samochodach. Teraz dla porównania o najgorszej wpadce, czyli aucie, który miał być tani . Aby zachować proporcje ponownie przyjąłem okres użytkowania 5 lat, przebieg 10 tys. km i ceny aktualne.

Najdroższym samochodem w mojej historii jest – Renault Scenic II 1.9 dci. Nie zróbcie mojego błędu i nie kupujcie go. Powodów jest co najmniej kilka. Po pierwsze – gigantyczna utrata wartości (w ciągu 10 lat  od nowości –  90%, dla porównania Fiat Panda -60% i to od dużo mniejszej kwoty), po drugie – potworna awaryjność i zupełna nieprzewidywalność napraw. Reszta nie jest taka zła, ale te dwie pozycje wystarczą. Pora przejść do szczegółów. Przebieg początkowy to 138.000 km.

RENAULT SCENIC II 

Cena + pakiet startowy (opony, akumulator, płyny, oleje, filtry, rejestracja) –  25.000 zł.

Wartość na koniec okresu – 8.000 zł.

Utrata wartości  (cena z pakietem startowym – wartość na koniec) — 17.000 zł.

Przeglądy przez 5 lat (obowiązkowe, i okresowe) – 4.500 zł.

Naprawy przez 5 lat (wymiana silnika, naprawa turbosprężarki, klocki, tarcze, zawieszenie, amortyzatory, czujniki) –  21.000 zł.

Ubezpieczenie przez 5 lat (oczywiście tylko OC przy moich zniżkach i w mieście) – 3.250 zł.

Paliwo (na dystansie 50 tys. km, cena ropy 4,3 zł/l) –  15.050 zł.

Razem koszty przez 5 lat – 60.800 zł

Razem koszty rocznie – 12.160 zł.

Koszty 1 km  z utratą wartości –  1,22 zł.

Dla porównania użytkowany przeze mnie Hyundai i30 z 5 letnią gwarancją, kupiony jako nowy w salonie. Oczywiście, będę nim jeździł  znacznie dłużej niż 5 lat, bo wiem, że w tym okresie utrata wartości jest największa, a auto z przebiegiem 50 tys. km nadal nie będzie awaryjne.

HYUNDAI  i30 

Cena + pakiet startowy (rejestracja) –  50.000 zł (wyprzedaż rocznika + spora zniżka).

Wartość na koniec okresu – 22.000 zł (szacowana).

Utrata wartości  (cena z pakietem startowym – wartość na koniec) — 28.000 zł.

Przeglądy przez 5 lat (obowiązkowe, i okresowe) – 4.200 zł.

Naprawy przez 5 lat (nic- 5 lat gwarancji) –  0 zł.

Ubezpieczenie przez 5 lat (OC +AC przy moich zniżkach i w mieście) – 6.100 zł.

Paliwo (na dystansie 50 tys. km, cena benzyny 4,3 zł/l) –  17.200 zł.

Razem koszty przez 5 lat –   55.500 zł

Razem koszty rocznie – 11.100 zł.

Koszty 1 km  z utratą wartości –  1,11 zł.

Analizując moje wyliczenia, widać wyraźnie, że auto nowe niekoniecznie musi być droższe od używanego (nawet biorąc pod uwagę utratę wartości). Jeżeli jednak cofniesz się do wpisu o samochodach najtańszych – wyraźnie widzisz, że Fiat Panda czy Uno i tak wypadają znacznie, znacznie lepiej.