Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Oszczędny Milioner – Strona 136 – Oszczędny Milioner

Ogrzewanie – oszczędzamy!

Rachunki za ogrzewanie to spory procent naszych budżetów. Czasami, gdy wliczony w czynsz, zupełnie niezauważalny.  Istnieje jednak kilka sposobów na obniżenie tych wydatków. Pierwszym, o ile to możliwe, jest wymiana źródła ciepła. Pisałem już o różnicy w kosztach pomiędzy gazem, drewnem, olejem, węglem i prądem:

http://oszczednymilioner.pl/2016/01/06/93/

Jednak nie każdy ma możliwość takiej zmiany (sąsiedzi, brak miejsca, czasu itp.) lub zwyczajnie, ze względu na koszty, zupełnie się to nie opłaca (może kosztować od kilku do kilkudziesięciu tysięcy).

Każdy kto budował własny dom wie jak ważną rolę spełnia współczynnik przenikania ciepła. Krótko mówiąc im lepsze materiały zastosujemy  i im grubsza będzie ich warstwa tym lepiej. Im szczelniejsze okna i drzwi, tym mniej cennej energii ucieknie na zewnątrz. Oczywiście materiały budowlane różnią się między sobą i tak beton lub stal zupełnie  nie mają własności izolacyjnych, w przeciwieństwie do styropianu, wełny mineralnej, PIR-u, próżni, gazów szlachetnych. Średnimi izolatorami są drewno, cegła. Przykładowo, aby osiągnąć wymagany obecnie współczynnik dla ścian zewnętrznych (0,3) grubość musiałaby być następująca:

– beton – 6 metrów,

– cegła  – 2,5 m,

– drewno – 0,5 metra

– styropian, wełna mineralna – 0,13 metra (13 cm),

– PIR – 0,08 metra (8 cm),

Ponieważ nikt nie będzie budował ścian o grubości 6 metrów powszechnie używa się izolacji.

Z przyczyn znacznego skomplikowania obliczeń trzeba przyjąć prostą zasadę. Jeżeli dom został wybudowany więcej niż 15 lat temu i nie został docieplony, straty energii będą odczuwalne. Jeżeli wzniesiono go w latach osiemdziesiątych lub wcześniej (np. przedwojenna kamienica) to ocieplenie jest must have na liście priorytetów, bo rachunki za gaz będą ogromne. Szczegółową sensowność ocieplenia policzy oczywiście audytor energetyczny. Niemniej jednak moje własne doświadczenia, o redukcji rachunków o 1/3, po ociepleniu ścian 15 cm styropianu (strop był już do docieplony, a okna wymienione),  pozwoli na dokonanie pewnych wstępnych przemyśleń.

Istotne są zatem zarówno grubość materiału ociepleniowego jak i jego rodzaj i jakość. W marketach budowlanych można kupić (zwykle bardzo tanio) wełnę mineralną o współczynniku lambda równym 0,045. Jednocześnie producenci proponują materiały takie jak PIR o parametrach dwa razy lepszych, przy czym cena ich jest 10 razy wyższa.  Każdy musi samodzielnie ustalić, gdzie leży granica opłacalności w relacji koszty/korzyści.

Rodzaj i wiek pieca  służącego do ogrzewania ma istotne znaczenie przy kosztach eksploatacji domu. Dlaczego?  Ponieważ technologia stale idzie naprzód, a rzeczy używane przez kilkadziesiąt lat ulegają dodatkowo stopniowemu zużyciu, zwłaszcza jeżeli nie są należycie konserwowane.  W czasach gdy gaz był tani popularne  były piece o sprawności 70%, oznacza to, że prawie jedna spalonego trzecia gazu szła w komin – są przestarzałe i obecnie nadają się tylko do wymiany. Obecnie sprzedawcy proponują piece kondensacyjne mogące osiągać sprawność nawet 110% (bazując na skomplikowanych rozwiązaniach technologicznych, które działają w określonych warunkach).  Istnieją też solidne piece tzw. atmosferyczne o sprawności 85-95%. Powstaje zatem pytanie – czy zawsze piec kondensacyjny będzie lepszy od atmosferycznego? Nie. Piec kondensacyjny ogrzewając wodę w instalacji ze starymi grzejnikami żeliwnymi przy bardzo niskich temperaturach zewnętrznych osiąga sprawność na poziomie 92-95 %, w tych  samych warunkach piec atmosferyczny ma porównywalne osiągnięcia, będąc tańszym w zakupie i obsłudze. Z kolei przy ogrzewaniu podłogowym lub nowoczesnych grzejnikach i  temperaturach zewnętrznych pow. 0 stopni C, piec kondensacyjny osiąga swoje 104-100% a piec atmosferyczny tylko 85%. Wtedy nawet wyższa cena początkowa oraz większa liczba psujących się elementów rekompensowana jest codziennymi oszczędnościami.  Poza tym po kilkunastu latach, stary kocioł po prostu się zużywa. Nie osiąga już sprawności początkowej.

Piece na węgiel i drewno również powinny być wymienione co 15-20 lat. Oszczędności będą wprawdzie mniejsze, ale komfort spory.  Stare kotły miały mniej ekonomiczny system spalania i sprawność po wielu latach ok. 50%, nowsze są w stanie dojść do 85%.

Niezmiernie istotną kwestią w ocenie kosztów ogrzewania gazem jest utrzymywana temperatura. Nowoczesne instalacje dają możliwość zarówno ustawienia temperatury do jakiej piec podgrzeje wodę (zazwyczaj skokowo w zakresie 40-75 stopni C) jak i temperatury w domu lub poszczególnych pomieszczeniach, a nawet zaplanowania tych temperatur o określonych godzinach tydzień naprzód. Osiąga się to za pomocą termostatów pokojowych, głowic termostatycznych, regulatorów pogodowych itp. Oczywiście każde z tych urządzeń kosztuje i wymaga naszej uwagi, a przynajmniej zestrojenia i okresowego sprawdzenia poprawności działania. Stare instalacje koncentrowały się na centralnym ustawieniu temperatury wody wychodzącej z pieca.

W przypadku kotłów na węgiel i drewno, do starych trzeba było dokładać kilka razy dziennie, a temperatura w domu skakała (np. od 16 do 24 i z powrotem do 16 st.C). Teraz istnieją zasobniki, które pozwalają ograniczyć obsługę do kilkunastu minut dziennie.

Modernizując bardzo stare rozwiązanie najczęściej nie możemy połączyć ich z nowoczesnym sterowaniem takim jak regulatory pogodowe, termostaty pokojowe, ponieważ nie są one kompatybilne ze starym piecem. Pozostają rozwiązania mniej skomplikowane lub wymiana całej instalacji. Kapitalny remont powoduje ruinę całego domu i ogromne koszty (wykuwanie instalacji ze ścian, wymiana wszystkich grzejników, piec podłączeń, zrywanie podłóg i układanie systemu rozdzielaczowego), dlatego warto go robić jedynie przy gruntownej modernizacji (przebudowie) całego domu. Są to rozwiązania opłacalne tylko w wyjątkowych przypadkach i dające oszczędności rzędu 10-20% (kilkaset złotych miesięcznie w roku w domu ocieplonym) przy nakładach rzędu kilkudziesięciu tysięcy zł. Zdecydowanie bardziej opłacalne będzie (jeżeli nie zrobiono tego do tej pory): zastosowanie głowic termostatycznych (koszt 200-300 zł od grzejnika), wymiana nieszczelnych okien drewnianych na plastikowe (przy typowych wymiarach ok. 1000 zł za okno), ocieplenie ścian (100 zł/m2 przy stosowaniu dobrych materiałów), fundamentów i ścian piwnicy (150-200 zł za m2), stropodachu, dachu lub podłogi na nieużytkowym strychu (od 30 zł do max. 100 zł za m2) ponieważ każde z tych działań będzie znacznie tańsze a pozwoli obniżyć rachunki o co najmniej 15%. Jednak najtańszą modernizacją (około 50 zł za grzejnik) konieczną i możliwą także w mieszkaniach jest przyklejenie za każdym grzejnikiem maty termoizolacyjnej. Pozwala ona oszczędzić 10% energii, a nawet w docieplonym domu zwróci się w  niecały rok (kompleksowa modernizacja instalacji grzewczej  przez kilkadziesiąt lat).

Musisz też pamiętać – nie zasłaniaj grzejników. W latach 70-tych i 80-tych panowała moda na zasłanianie ścian i grzejników boazerią z drewna. O ile na ścianie drewno przyczynia się do zmniejszenia kosztów ogrzewania, o  tyle jako obudowa grzejnika już nie. Drewno jest bowiem bardzo dobrym izolatorem. Nagrzane powietrze pozostaje blisko grzejnika, termostat się wyłącza, a w pokoju nadal jest zimno. Jeżeli system jest sterowany inaczej (pogodówka, regulator pokojowy) to ogrzewanie nadal jest  włączone, ale ciepło mniej efektywnie rozchodzi się po pomieszczeniach.  W ten sposób tracimy – ok. 10%  wytworzonej energii (około kilkuset złotych rocznie).  Podobny efekt dają grube zasłony lub firanki opadające na grzejnik, suszące się na nim  pranie. Jeżeli ze względów estetycznych chcemy ukryć mało estetyczne kaloryfery, to osłony wykonajmy z materiałów dobrze przewodzących (metale), lub akumulujących je (kamień).

Dlatego proponuję zupełnie odsłonić grzejniki (możliwe a nawet zalecane są tylko kamienne parapety lub półki nad nimi) i całkowicie zlikwidować drewniane niemodne już obudowy.  Efekt oszczędnościowy daje także zmiana koloru kaloryferów. Chociaż brzmi to jak magia, naprawdę działa. Najlepsze są jasne barwy (biały, srebrny), najgorsze czarny i brązowy. Nowoczesne grzejniki najczęściej fabrycznie  malowane są na biało, ale w starych domach przemalowywano je pod kolor ścian. Oczywiście w ten sposób mniej rzucają się w oczy, ale trzeba wybierać estetyka czy ekonomia.

W przypadku ogrzewania podłogowego, zasada również obowiązuje. Nie kładziemy  dywanów, wykładzin, nie robimy parkietów itp. Cała powierzchnia podłogi jest bowiem jednym wielkim grzejnikiem.

Kolejnym źródłem oszczędności jest przyzwyczajenie się do minimalnie niższej temperatury w pomieszczeniach. Wiem, wiem na początku trudno się przyzwyczaić, ale nie namawiam do radykalnych działań lecz do stopniowego obniżania swoich wymagań.  Osoby mieszkające kiedyś w budynkach z wielkiej płyty, w których wszystkie parametry obliczano dla ogromnych strat ciepła, które było tanie, a potem stopniowo docieplano, przywykły do temperatur w zakresie 23-24 stopnie C.  Stale działające grzejniki wysuszają powietrze, ale i  osłabiały układ odpornościowy. Różnica pomiędzy temperaturą na zewnątrz i wewnątrz była bowiem  znacznie wyższa. Każde wyjście z domu i powrót do niego stanowiły szok dla organizmu. Jednocześnie przywykliśmy, że po domu można chodzić w samej bieliźnie lub letnim ubraniu.

Przeprowadzka do mieszkania z własnym systemem ogrzewania gazowego albo domku jednorodzinnego i utrzymywanie podobnych cieplarnianych warunków skutkuje znacznie wyższymi rachunkami. Obniżenie temperatury do 20-21 stopnia C pozwoli, po krótkim okresie przejściowym, pozostać w strefie komfortu, a jednocześnie spowoduje spadek opłat o około 30%. Dla osób mieszkających w starych domach, kamienicach oszczędności wyniosą nawet kilka tysięcy złotych rocznie, dla pozostałych od 1000 do 2000 zł.  Jeżeli mamy możliwość sterowania temperaturą, możemy nastawić termostat na 24 stopnie C w łazience, w pokojach, kuchni, przedpokoju na 20 stopni C, a w pomieszczeniach gospodarczych na 18 stopni C. Aby operacja miała sens, trzeba wtedy pamiętać  o zamykaniu drzwi.

Są również radykałowie (najczęściej z konieczności) utrzymujący w całym domu 16-17 stopni C, ubierający się w swetry, polary, śpiący we flanelowych piżamach pod  grubymi pierzynami. Nie namawiam nikogo do takich działań, chociaż oszczędności mogą być faktycznie spore. Jeden z klasyków absolutnego minimalizmu Andrew Hallam (autor książki „Millionaire teacher”) opisywał, że przez pewien czas, gdy był jeszcze młody i zbierał na pierwsze lokum, przez całą zimę, w ogóle nie włączał ogrzewania w wynajętym mieszkaniu.  Oczywiście był to jego własny wybór, ale raczej mało rozsądny w przypadku rodzin z dziećmi, osób starszych i spędzających dużo czasu w swoich czterech kątach. Obniżenie temperatury do 19-20 stopni jest jednak rozsądnym wyborem.

W przypadku ogrzewania elektrycznego, koniecznie korzystaj z dwutaryfowego prądu. Będzie znacznie (kilkadziesiąt procent) taniej. Poszukuj też, najtańszego sprzedawcy energii, zaoszczędzisz dalsze kilkadziesiąt procent.

Palący węglem i drewnem muszą pamiętać o prostym fakcie – im lepsze i bardziej suche paliwo, tym taniej. Drewno musi mieć określoną wilgotność. Powinno być suszone przez ok. 2 lata. Użycie go zaraz po ścięciu, to proszenie się o kłopoty i wyrzucanie pieniędzy (trzeba go wtedy kilka razy więcej). Podobnie węgiel, wraz ze wzrostem wilgotności, traci swoje parametry. Dlatego najlepiej kupować go w suchych miesiącach lata i składować w odpowiednich warunkach.

Podsumowując, nawet bez zmiany źródła ciepła możesz zaoszczędzić na kosztach ogrzewania kilkadziesiąt procent. Podobnie na ociepleniu. Radykalne zmiany w starym, źle ocieplonym budynku, ogrzewanym olejem opałowym, mogą zostawić w Twojej kieszeni nawet 90%  dotychczasowych rachunków. Jest o co walczyć.

Oszczędzamy gaz

W moim budżecie domowym, podobnie jak wielu innych właścicieli domów, poważną pozycją jest rachunek za gaz. Używamy go do przygotowania posiłków, podgrzania ciepłej wody użytkowej (czyli mycie, zmywanie), a przede wszystkim do ogrzania domu. Dlatego analizowałem wszystkie dostępne sposoby aby wydatnie obniżyć swoje wydatki w tym obszarze.  O wydatkach na ogrzewanie napiszę jutro, ponieważ pomysły będą niezależne od źródła ciepła.

Oczywistym jest, że jeżeli mamy  piecyk gazowy (termę gazową) do ogrzania wody wodociągowej (a nie np. ciepłą wodę z sieci lub innej instalacji : solary, piec węglowy, pompa ciepła itp.) to wszelkie oszczędności w zużyciu ciepłej wody będą jednocześnie oszczędnościami w zużyciu gazu w proporcji 10 zł/m3 ciepłej wody (wspominałem o tym wczoraj w części dotyczące oszczędzania wody).  Kto mieszka w domku i ma możliwość montażu instalacji solarnej z dopłatą gminy, niech szybko to robi. Jeżeli założymy proporcje ciepła woda/zimna woda jak 1:1, to  podgrzanie 5 m3 wody kosztuje 50 zł w cenie gazu.  Montując solary zaoszczędzimy przynajmniej połowę (nie zawsze działają i wymagają energii elektrycznej) tej kwoty  tj. 25 zł miesięcznie. Większe zużycie wody – np. 20m3 oznacza zysk 50 zł miesięcznie.

Dodatkowo, dla tych którzy nie uzyskają dopłaty (wtedy samodzielny wydatek 10 tys,. zł nie bardzo się opłaci),  warto wspomnieć, że stare piecyki gazowe nie były specjalnie ekonomiczne, posiadały bowiem tzw. wieczny płomień.  Zużywał on 5m3 gazu na miesiąc. Nowoczesne zapalają się tylko w chwili gdy są używane, oszczędzając w ten sposób ok. 10 zł miesięcznie. Co więcej, nowe = sprawniejsze, a więc uzyskujemy więcej ciepła z 1m3 gazu (mniej więcej 20-30%). To kolejne kilkanaście-kilkadziesiąt złotych.  Ponieważ wymiana kosztuje 1000 zł, warto jej dokonać.

Gotowanie posiłków jest sztuką. Nie o tym jednak jest ten wpis (zresztą jestem tak słabym kucharzem, że nie podjąłbym się napisania o niczym innym jak przygotowanie jajecznicy) lecz o oszczędnym korzystaniu z kuchenki gazowej. Zasadą numer jeden jest dobieranie wielkości palnika (zazwyczaj jest jeden bardzo duży, dwa średnie i jeden mały) do rozmiarów garnka, tak aby maksymalnie zapalony płomień nigdy nie wychodził na boczne ścianki. Nie zwiększa to efektywności podgrzewania (czyli potrawa nie gotuje się szybciej), a tylko koszty.  Drugim sposobem oszczędzania jest dobieranie wielkości garnka do ilości potrawy, nie ma sensu gotować kilku ziemniaków w ogromnym rondlu, ani całego czajnika wody, skoro robimy tylko filiżankę kawy.

Dobre efekty daje też gotowanie pod przykryciem. Pamiętasz pewnie z lekcji w szkole podstawowej, że temperatura wrzenia wody  zależy od ciśnienia (im wyższe ciśnienie, tym temperatura wrzenia niższa). Korzystając z pokrywek podnosimy ciśnienie, a więc woda szybciej się gotuje. W ten sposób zużywamy mniej gazu.

Kolejnym czynnikiem  zwiększającym zużycie gazu (nawet o 50%) jest zabrudzenie garnków. Wszelkie okopcenia, osmolenia, tłuszcz oblepiający dno garnka, powodują, że ten trudniej się nagrzewa i potrzeba więcej gazu, aby podnieść i utrzymać temperaturę potrawy. Pamiętajmy o tym, żeby utrzymywać garnek w czystości.

 

Jak oszczędzać na opłatach za wodę i ścieki?

Jak obiecałem dzisiaj o oszczędności na rachunkach za wodę  i ścieki.

Warto zastanowić się na dwoma rodzajami działań – zmniejszeniu zużycia (większe możliwości, ale czasem strata komfortu) i obniżeniu ceny (komfort ten sam, niższe rachunki).

Pisząc o oszczędzaniu wody wylano już morze atramentu, ale ciągle istnieją osoby, które wodę marnują. Do jej oszczędzania skłaniają zazwyczaj dwie przyczyny:  moda na ekologię, oraz niechęć do płacenia wysokich rachunków.

Nie deprecjonując argumentów o kurczeniu się zapasów wody pitnej na świecie, skupię się jednak na kwestiach ograniczenia wydatków.  Zgodnie z założeniami tego bloga (oszczędzanie przy przeciętnych dochodach) nie będę namawiał do radykalnych działań np. mycia się tylko na Wielkanoc i Boże Narodzenie w myśl przysłowia  „Wilk się nie myje, a też żyje”, spłukiwania toalety wodą z prania, zebraną wcześniej do wiader,  budowy zbiornika na deszczówkę podłączonego do instalacji wodnej w domu itp., chociaż znam osoby, które oddają się takim praktykom.  Powiem o przyjemniejszych rozwiązaniach.

W pierwszej kolejności, kup zmywarkę i przestań nią być. Nie wiem jak u Ciebie, ale w mojej rodzinie przez długi czas główną przyczyną kłótni z żoną była konieczność codziennego zmywania góry naczyń, talerzy, kubków i sztućców (tym większej, że mieliśmy wtedy już dwoje dzieci). Wytrzymałem w ten sposób 5 lat, a w końcu, za ekstra pieniądze, kupiłem zmywarkę. Wielka była radość w domu moim. Zmywarka, bowiem, poza oszczędnością (o czym dalej) znacznie upraszcza wykonywanie prac domowych, których nikt  robić nie chce,  mimo iż są konieczne.  Teraz  po dziesięciu latach (i wciąż tej samej zmywarce),spędzając wakacje w domku letniskowym, przypominamy sobie jak to było dzień w dzień zmywać w zlewie.

Teraz dwa słowa o oszczędności. W trakcie zmywania ręcznie przeciętna rodzina zużywa dziennie 80 l wody. Zmywarka zadowoli się ilością 4 razy mniejszą (20 l). W trakcie roku różnica to 22 m3, czyli w moim przypadku ok. 220 zł (stawki za wodę i ścieki mogą się różnić w zależności od lokalizacji), przy 1 zmywaniu dziennie. Miesięcznie oszczędzimy 18 zł.

Dodatkowo zmywarka  nie marnuje  naszego czasu. Wystarczy  włożyć i wyjąć naczynia (nie trzeba nawet suszyć, ani wycierać). Zmywanie ręczne to przy większej rodzinie minimum 30 minut dziennie – miesięcznie 15 godzin, rocznie 180 godzin (czyli tyle ile spędzamy każdego miesiąca w pracy na ośmiogodzinnym etacie). Jeżeli zarabiasz średnią pensję to zyskasz dodatkowo  jedną pensję w roku (lub czas dla rodziny).

Czy korzystasz z prysznica, czy z wanny? Odpowiedź na to niewinne pytanie wiele mówi o Twoich nawykach oszczędnościowych.  Prysznic zamiast wanny to duża oszczędność. Jak duża, sam miałem okazję się przekonać, kiedy rok temu przeprowadziłem się z mieszkania z prysznicem do domu z wanną (nie zmieniając innych nawyków). Rachunki za wodę wzrosły o 50-80%. Zamiast 10m3 miesięcznie zużywaliśmy 18 m3 (i oczywiście po wykonaniu poniższych wyliczeń już pomyślałem o zmianach w łazience).

Przeciętny prysznic zużywa 10-12 l wody na minutę. W trakcie 5 minut wykorzystasz zatem 50 litrów wody. Przeciętna mała wanna (długość 140 cm) ma pojemność  ok. 200 l. Biorąc pod uwagę prawo wyporu i przeciętną masę nalejemy do niej 150 l wody. To 3 razy więcej niż zużyjemy pod prysznicem. Miesięcznie przy 4-osobowej, kąpiącej się codziennie, rodzinie wylejemy przez kanalizację 12 m3 wody. Rocznie to już 144 m3. Gdybyś zdecydował się na dużą wannę albo hydromasaż wartości spokojnie mogą się podwoić. Teraz pora na koszty. Z tytułu ceny zimnej wody (znowu moja stawka) oszczędzę 120 zł miesięcznie, dodatkowo 120 zł na podgrzaniu wody  do akceptowalnej temperatury (10 zł/m3). Zamiana wanny na prysznic daje więc oszczędności 60 zł na osobę/ miesięcznie. Czteroosobowa rodzina zostawi w portfelu 240 zł.

Kolejnym sposobem na oszczędność jest zakręcanie kranu w trakcie mycia zębów. Jeżeli nie zwracasz uwagi czy woda cieknie, czy nie, może poniższe wyliczenie uświadomi ile pieniędzy tracisz. Zgodnie z zaleceniami, mycie zębów powinno trwać ok. 3 minut, nie rzadziej niż dwa razy dziennie. W tym czasie z kranu wycieknie ok. 60 litrów wody. Czteroosobowa rodzina straci ten sposób dziennie 250 l, a miesięcznie 7,5m3.  Tylko zmieniając ten nawyk (i pilnując dzieci, aby robiły tak samo) oszczędzisz miesięcznie  ok. 75 zł.

Likwidacja przecieków to kolejny bezbolesny i sensowny sposób oszczędzania wody, a pośrednio i pieniędzy. Problem dotyczy przede wszystkim starszych instalacji i urządzeń. Jeżeli uszczelka w wc puszcza wodę, chociaż powinna ją zatrzymać powoduje wymierne straty. Jak duże?  Jeżeli strumień (czyli niewiele) ma szerokość 1mm to tracimy ok. 9 l wody na godzinę, a miesięcznie 6,5m3. Czyli przepuszczamy przez toaletę  ok. 52 zł. Cieknący kran (kropla na sekundę) to  0,5 m3 miesięcznie. Niby niewiele (4 zł), ale do czasu kiedy uświadomimy sobie, że to 60 pełnych spłuczek wody, lub 10 szybkich pryszniców.

Tyle o oszczędnym gospodarowaniu wodą. To wyjaśnia dlaczego znam dwuosobową rodzinę zużywającą 20 m3 miesięcznie, a my w piątkę zużywaliśmy 10 m3.

Teraz porady dla właścicieli domów, pozwalające obniżyć rachunki, przy takim samym zużyciu. Niektóre firmy wodociągowe pozwalają na zamontowanie oddzielnego kranu (i wodomierza) w ogrodzie. Płynąca z niego woda jest używana wyłącznie do podlewania, nie trafia więc do kanalizacji. Jeżeli zatem mamy duży i często nawadniany trawnik,  spory otwarty basen (straty przez parowanie) warto przeanalizować taką możliwość.  Zaoszczędzimy około 60% wydawanych w ten sposób pieniędzy, nie płacimy bowiem za ścieki.  Jeżeli codziennie w okresie upałów (tj. około 1 miesiąc w roku) podlewamy ogród przez 0,5 godziny zużyjemy 9m3 wody, na napełnienie basenu ogrodowego o średnicy 350 cm i wysokości ok. 80 cm  i dolewki – 15 m 3 (taki basen mieści prawie 7,5m3 wody). Roczna oszczędność nie będzie może spektakularna  240 zł, ale zauważalna.

Inną kwestią jest podłączenie do kanalizacji. Za m3 odebranych ścieków płaci się kilka złotych. Za wywiezienie szamba (8-9m3), w mojej okolicy ok. 100 zł.  Jeżeli rodzina zużywa 15-18 m3 wody miesięcznie, może wydać albo 80 zł (kanalizacja) albo (200 zł) szambo. Warto powalczyć.

Jak widzisz, warto szukać oszczędności w rachunkach za wodę i ścieki. Po wdrożeniu wszystkich metod w kieszeni zostanie minimum kilkaset zł.

Jak płacić niższe rachunki za media – zapowiedź

Dzisiaj zapowiadam serię – jak płacić mniejsze rachunki. Postaram się omówić je po kolei i podzielić się z Wami wszystkimi trickami, które znam.

Plan jest taki:

16 stycznia – woda i ścieki,

17 stycznia – gaz,

18 stycznia – ogrzewanie,

19 stycznia – telewizja,

20 stycznia – komórki,

21 stycznia – prąd,

22 stycznia – ZUS,

23 stycznia – podatek dochodowy.

Mój sposób na opanowanie rachunków

Na początku samodzielności wszystko wydaje się proste. Musimy zrobić właścicielowi wynajmowanego mieszkania comiesięczny przelew na czynsz i opłaty. Koniec.

Potem sprawy się komplikują. Na przykład tak jak u mnie. Mam do zapłacenia:

  • 4 rachunki za prąd,
  • rachunek za gaz,
  • rachunek za wodę,
  • 2 czynsze,
  • 2 opłaty śmieciowe,
  • 3 rachunki za telefon (prywatny i 2  firmowe),
  • fakturę za kablówkę,
  • fakturę za internet,
  • polisę na życie,
  • składkę w klubie sportowym syna,
  • opłatę za przedszkole,
  • składkę za rytmikę i zajęcia taneczne,
  • składkę ZUS w firmie,
  • stałą fakturę dla księgowej,
  • VAT,
  • podatek dochodowy.

Razem 24 rachunki (20 każdego miesiąca). Nie muszę dodawać, że każdy z nich ma inny termin płatności. Jak sobie z tym radzę? Czy codziennie robię jeden przelew?

Oczywiście nie. Metodą jest grupowanie i automatyzacja.

Czynsze, opłaty śmieciowe, kablówka, internet, polisa na życie, składka sportowa, za rytmikę i taniec, zus, faktura księgowej mają identyczną wysokość co miesiąc. W związku z tym założyłem tzw. stałe zlecenie. Określonego dnia miesiąca, przelew idzie automatycznie. Muszę tylko pamiętać, aby pieniądze znalazły się na koncie.  To już 11 rachunków mniej. Zostaje 9.

Rachunki za prąd przychodzą 2 razy w roku: na raz jako rozliczenie i dwie prognozy. Zlecam ich zapłatę od razu. Nie muszę pamiętać, że pierwszy mam wpłacić np. w styczniu, drugi w marcu a trzeci w maju. Kiedy data nadejdzie bank sam obciąży mi konto. Zostaje 7.

Czas na grupowanie. Rachunki za wodę i gaz przychodzą w ten sposób, żeby zapłacić je do 10, podobnie jak przedszkole. 9. siadam więc do komputera i płacę.

Telefon (x3), podatek dochodowy i zus, przypadają pomiędzy 18. a 25.  Mogę więc spokojnie zapłacić je 18.

Tym sposobem z 20 rachunków każdego miesiąca, robią się  dwie sesje płatnicze (9. i 18.), każda trwająca nie dłużej niż 10 minut.

 

Dom tańszy niż mieszkanie?

Czy naprawdę własny dom może być tańszy niż przeciętne mieszkanie?

Najpierw powiedzmy sobie szczerze – przeciętny nowobudowany dom ma ok. 140 m2,  a mieszkanie jest ponad połowę mniejsze (50-60 m2).

Po drugie, dom nierozerwalnie wiąże się z działką, którą trzeba kupić, zagospodarować, utrzymać.

Przyjąłem także pewne uproszczenie, że dom buduje się samemu na przedmieściach (10 km od centrum miasta), a mieszkanie położone jest bliżej (5 km) i kupowane od dewelopera, co może być słusznym założeniem, o ile wyeliminujemy Warszawę i małe miejscowości, w których mieszkania raczej nie powstają (alternatywa staje się pozorna).

Liczmy zatem (przyjąłem wartości właściwe w moim mieście).

Postawienie

Cena budowy domu  to  3 tys. zł za m2 (u dewelopera tyle kosztuje stan surowy zamknięty, ale przyjmuję system gospodarczy). Mnożąc przez przeciętną powierzchnię otrzymujemy 420 tys. zł. Należy jeszcze dodać cenę działki (150 tys. zł). Razem wydamy na budowę 570 tys. zł. Posiadanie 70 tys. własnych środków znacznie uprości sprawę. Rata kredytu wyniesie 2.500 zł, co przy przeciętnych zarobkach oznacza kwoty niebotyczne. Nawet jednak budowa na własnej działce, systemem „po południu z bratem i szwagrem” przy powierzchni 100 m2, nie zamknie się kwotą niższą niż 200 – 250 tys. zł

Mieszkanie kosztuje 4,5 tys. zł za m2. Należy dodać środki na wykończenie (nie mniej niż 500 zł za m2). Razem zapłacimy m.in.  250  tys. zł. Przy wkładzie własnym 70 tys. rata będzie wynosiła 900 zł.

I tu mamy deweloperów reklamujących „dom w cenie mieszkania”. Będzie tak, o ile porównamy stan surowy zamknięty z wykończonym lokalem, lub nie policzymy działki, lub budujemy na swoim systemem gospodarczym.

Utrzymanie

Taką powierzchnię trzeba przede wszystkim ogrzać. W grupie łatwiej (grzeją sąsiedzi), samemu trudniej. Ale już nawet sama powierzchnia powoduje skok wydatków na ogrzewanie. Przy założeniu gazu ziemnego (najpopularniejsze źródło) w domu wydamy nie mniej niż 1800 zł rocznie, w mieszkaniu spokojnie połowę tej sumy (900 zł).

Dojdzie jeszcze ogródek (sądzę, że przynajmniej 600 zł miesięcznie).

Posiadanie domu na przedmieściach wymusza posiadanie 2. samochodu.Pierwszy też będzie droższy? Ile to kosztuje? Minimum 500 zł, a może być i 3000 zł (SUV z salonu). W mieszkaniu możemy wybrać jedno auto, możemy też całkiem zrezygnować z własnych czterech kółek (komunikacja publiczna).

W mieszkaniu płacimy składkę na nieruchomość wspólną i fundusz remontowy (w nowym raczej symbolicznie – ok. 50- 70 zł miesięcznie). W domu nie ma tej opłaty, ale i tak wydatki nie są mniejsze (koszenie trawnika, przeglądy instalacji).

Nie liczę (bo trudno to zrobić) wzrostu opłat za media (więcej prądu, więcej wody).

Razem

Biorąc pod uwagę zakup i utrzymanie  domu (kredyt+opłaty+koszty dojazdy) wyniesie nas miesięcznie 3250 zł.

Mieszkanie to tylko 1020 zł.

Dom jest więc znacznie droższy niż mieszkanie. Mit obalony. Dom nie może być tańszy niż mieszkanie (chyba, że nie liczysz pracy własnej, działki i kredytu hipotecznego). Do przemyślenia, dla tych, którzy uwierzyli deweloperom.

Sam przeprowadziłem się z 70. metrowego mieszkania do 100. metrowego domu blisko centrum. Szacuję, że moje wydatki wzrosły o 1600 zł miesięcznie. Złożył się na nie: kredyt hipoteczny pomniejszony o zysk z najmu 1100 zł, wzrost opłat o 500 zł. A ja zamieniłem stare mieszkanie ogrzewane prądem na stary dom blisko centrum.

21 książek, które  na pewno  przeczytam w 2016 r.

Jako zwolennik teorii – powiedz mi co czytasz, a powiem Ci kim jesteś, starannie wybrałem swoje książki na 2016 r. Oto niektóre z nich.

Literatura obca

  • Wiliam Shakespeare – Otello, Romeo i Julia, Kupiec Wenecki, Tytus Anronicus, Ryszard II, Henryk IV, Sen Nocy Letniej,
  • Mario Vargas Llosa – Dyskretny bohater,
  • Doris Lessing –  Trawa śpiewa,

Literatura polska

  • Henryk Sienkiewicz – Krzyżacy,
  • Ignacy Chodźko – Domek mojego dziadka,
  • Szczepan Twardoch – Epifania wikarego Trzaski,

Książki o finansach

  • Andrew Carnegie – Jak zostać bogatym,
  • Benjamin Graham – Inteligentny inwestor,
  • David Chilton – The wealthy barber,
  • Philip Fisher – Common stocks and uncommon profits,
  • James Hughes – Family wealth,

Ostrzenie piły

  • Jostein Gaarder – Świat Zofii,
  • Adam Smith – Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów,
  • Leo Babauta – Skup się. Prosta droga do sukcesu,
  • Guy Kawasaki – Sztuka rozpoczynania.

Jakie książki warto przeczytać w 2016 r. ?

Od kilku lat w grudniu tworzę plan książek, które przeczytam w następnym roku. Ponieważ poświęcam na lekturę minimum pół godziny dziennie (ale codziennie), jestem w stanie przeczytać nie mniej niż 4 książki miesięcznie. Żeby nie popaść w rutynę i monotonię wybieram na zmianę spośród 5 kategorii:

  • literatura polska,
  • literatura światowa (w tym koniecznie temat przewodni – w tym roku Szekspir),
  • książki zawodowe,
  • pozycje o finansach,
  • ostrzenie piły (tematy zgodne z moją filozofią życia).

Na podstawie doświadczeń z ostatnich lat, osobom starającym się osiągnąć zamożność polecam 5 książek z kategorii – finanse:

  1. Sekrety amerykańskich milionerów (Th. Stanley, W.Danco).
  2. Jak kontrolować swoje finanse (Sylwia S. Lim)
  3. Jak pomnożyć źródła swoich dochodów (Robert Allen)
  4. Bogaty albo biedny, po prostu różni mentalnie! (T. Harv Eker)

5.   Bezpieczne strategie inwestycyjne (K.Van Tharp, S. Sjuggerud, D.R. Barton Jr.)

Każda z ww. książek kładzie nacisk na trochę inne kwestie, ale wszystkie odnoszą się do budowania zamożności. Ich krótkie opisy (kilkuzdaniowe notatki) poniżej.

Sekrety amerykańskich milionerów

Myśl przewodnia – prawdziwi milionerzy, to nie są te osoby, które uważamy za bogatych. Połowa amerykańskich milionerów kupuje używane samochody, większość nosi tanie ubrania z marketu, niedrogie zegarki. Wydają za to pieniądze na inwestycje. Ci, których uważamy za milionerów, to w przeważającej większości aspiranci – osoby dużo zarabiające, a nie zamożne. Często ledwo wiążą koniec z końcem, żyją na kredyt.

Pozycja pełna danych statystycznych, ale czyta się lekko i daje do myślenia. Wady – nie zawiera praktycznych porad inwestycyjnych, ani oszczędnościowych poza jedną – zawsze wydawaj sporo mniej niż zarabiasz.

Jak kontrolować swoje finanse

Zero filozofii. Czysta esencja wiedzy. Jak zacząć wreszcie osiągać cele finansowe, spłacić kredyty i zacząć żyć.  W porównaniu z pierwszą trochę lakoniczna, ale pisała ją księgowa. Na początek doskonała.

Jak pomnożyć źródła swoich dochodów

Idea książki zaczyna się od konstatacji, że obecnie jedno, a nawet dwa źródła dochodu na rodzinę zupełnie nie wystarczają. Dla bezpieczeństwa potrzebujesz wielu strumieni w tym tzw. pasywnych (wpływy niezależne od pracy). Zawiera kilka strategii inwestowania w nieruchomości. Odnosi się do giełdy, własnej firmy itp. Ponownie pozycja praktyczna.

Bogaty albo biedny po prostu różni mentalnie!

Bogaci, klasa średnia i biedni myślą inaczej. Widzą ten sam świat, ale z obserwacji wyciągają zupełnie inne wnioski. Autor odkrywa myśli o pieniądzach, które nie pozwalają nam się bogacić i zwalcza je po kolei. Napisana bardzo ciekawie i dająca do myślenia.

Bezpieczne strategie inwestycyjne 

Must have dla pragnących zbudować zamożność i rozpoczynających inwestowanie na giełdzie. Pisana przez praktyków dla praktyków, zawiera konkretne pomysły jak zarobić i w co lokować pieniądze. Dodatkowym bonusem jest rozdział o finansach w wydaniu dziecięcym.

Jak niezła nieruchomość stała się najgorszą inwestycją – kredyt w CHF

Na nieruchomościach nie można stracić. Kto nie kupi teraz, zmarnuje życie. Kup zanim ceny znowu wzrosną. Tak krzyczały nagłówki gazet w 2007 r. w szczycie cen nieruchomości. Wiele osób dokonywało zakupu za kwoty, których po pierwsze nie mieli,  po drugie ograniczone tylko fantazją deweloperów. Przykład jest prosty i pochodzi z miasta w którym regularnie spędzałem wakacje – Szczawnicy nad Dunajcem. Wybranie lokalizacji nie ma większego znaczenia bo w czasie hossy na rynku nieruchomości ceny rosły wszędzie.

W 2001 r. można było kupić mieszkanie 50 m2 za 60 tys. zł. W 2006 r. już za 120 tys. zł. Doskonały interes powie ktoś i…. sprzeda. Ale w 2007 r. cena wynosiła już 200 tys. zł. Rozumiesz?  Ponad trzykrotny wzrost wartości w ciągu 6 lat, w tym 80 tys. w ciągu roku. Tak właśnie wyglądał rynek w 2007 r.  Jednocześnie rosły też ceny akcji a frank szwajcarski kosztował 2,2 zł.

Wydawało się, że może być tylko lepiej. Frank zsunie się poniżej 2 zł, a ceny nieruchomości dalej będą rosły.

Nierozsądni dali się omamić.

Mamy rok 2015. Minęło 8 lat. Mieszkanie w Szczawnicy  kosztuje 180 tys. i to tylko dlatego, że jest ich po prostu mało, a miasteczko bardzo się rozwinęło (w Warszawie ceny zsunęły się o 20%, nowe mieszkania są dostępne za 5,8 tys. zł). Franka szwajcarskiego można kupić za 3,9 zł.

I gdzie tu miejsce na najgorszą inwestycję.  Był nim zakup mieszkania w 2007 r., na kredyt denominowany we franku szwajcarskim.  Policzmy.

W 2007 r. 200 tys. to około 91 tys. CHF. Tyle bierzemy kredytu. W ciągu 8 lat z kredytu w najlepszym razie spłacono ok. 1/6 kapitału (czyli ok. 15 tys. CHF). Nadal pozostało do spłaty 76 tys. CHF. Dobrze? Gdzie tam. W tej chwili to ok. 296 tys. zł. Przypomnijmy – za mieszkanie warte 180 tys. zł. Na tym właśnie polega tragedia frankowiczów. Nie wysokość raty (wahała się podobnie jak w złotówkach, choć w innych okresach) lecz właśnie obecna kwota kredytu jest zabójcza. Właściciele mieszkań nie mogą doprowadzić do zamknięcia kredytu tzn. przewalutować, refinansować, zmienić, rozwieść się a nawet … umrzeć, bez zrealizowania gigantycznej straty.

 

 

Jak najlepiej budować swoją zamożność?

Istnieją dwie drogi budowania swojej zamożności i/lub niezależności finansowej: stopniowa, metodą małych kroków, oraz skokowa, polegająca na zrobieniu tzw. złotego strzału (jednej doskonałej inwestycji, biznesu życia itp.).

Nie ukrywam, że jestem gorącym orędownikiem pierwszej drogi do sukcesu finansowego.  Ma ona wiele zalet i tylko jedną wadę (trzeba czekać). Szczegóły poniżej.

Bogać się stopniowo – zalety.

  1. Uczymy się jak być zamożnym.

Zamożność to rola, jak każda inna. Trzeba się w nią wcielić. Doskonałość buduje się latami. To właśnie dlatego zwycięzcy milionów w Lotto, tak często trwonią ogromne pieniądze. Po prostu nie wiedzą jak nimi zarządzać.

My możemy inaczej. Uczymy się jak pieniądz na nas działa, na jakie pokusy nas wystawia. I opracowujemy metody jak się im oprzeć. Duży majątek zdobyty nagle, często uruchamia złe cechy i właśnie one niszczą życie nagłemu milionerowi. Większość stopniowych milionerów nie ma tych problemów. Przyzwyczajają się do pieniędzy i nie przychodzą im do głowy głupie pomysły. Stale podnoszą swoje kompetencje w ramach trójkąta zamożności: zarabiać, oszczędzać, inwestować.

2. Większe prawdopodobieństwo sukcesu.

Jak duża jest szansa trafienia w Lotto, bycia najlepszym sportowcem, zrobienia kariery muzycznej? Bardzo, bardzo niewielka.

Jak duża jest szansa zostania milionerem jako przedsiębiorca? Wysoka (średni majątek polskiego przedsiębiorcy wynosi ok. 800 tys. zł). Milionerem zostanie też prawie każdy, który uczciwie przejdzie ścieżkę opisywaną na tym blogu, a zarabia z mężem/żoną dwie średnie krajowe. Czyli zacznie najpierw być milionerem, zanim zdecyduje się mieć miliony.

Metoda stopniowego budowania bogactwa ma, ze względu na prawdopodobieństwo dojścia do celu, znaczną przewagę nad nagłym deszczem pieniędzy. Pamiętaj o tym.

3. Jest dla każdego – wystarczy być przeciętnym.

Nagły skok zamożności – to droga  dla szczęśliwców. Żeby zostać milionerem stopniowo, wystarczy przeciętność. Przeciętność, czyli dochody na poziomie średniej krajowej, niewyszukane metody inwestycyjne i brak szaleństwa wydatkowego. Na prawdę, uwierz mi, tylko tyle. O szczegółach dowiesz się w kolejnych wpisach.

4. Możesz wprowadzać zmiany, tak że nawet ich nie poczujesz.

Radykalna zmiana stylu życia boli. Wie o tym każdy, kto chociaż raz próbował rzucić palenie, przejść na dietę. Znam przyjemniejszą metodę. Małe kroki. Stopniowe udoskonalenie. Kaizen. Właśnie „kaizen milionera” chcę wam zaproponować. Niedługo napiszę o tym długiego posta.

5. Jest wiele dróg. Możesz znaleźć swoją.

Wielu amerykańskich guru bogactwa mówi: „Ponieważ najwięcej milionerów jest wśród przedsiębiorców, rzuć pracę, załóż firmę, zostań milionerem”. Prawda? Nieprawda. Nie każdy ma predyspozycje, aby prowadzić własną firmę (niestety). Niektórzy są doskonałymi pracownikami, a tragicznymi menedżerami. Po prostu zbankrutują. Nie umieją sprzedawać. Muszą mieć poczucie bezpieczeństwa na etacie itp. Droga stopniowego bogactwa jest dla prawie każdego. Możesz to zrobić będąc nauczycielem. Możesz to zrobić będąc przedsiębiorcą. Możesz to zrobić będąc lekarzem. Możesz to zrobić pracując w sklepie, salonie samochodowym, jako fryzjerka, sędzia, budowlaniec, piekarz. Nie ważne jaki zawód wykonujesz, to droga dla Ciebie.

Jedyna wada.

Nie ma róży bez kolców. W przypadku stopniowego bogacenia kolcami jest czas. Stopniowo nie staniesz się milionerem z dnia na dzień. Jeśli będziesz miał szczęście (tak jak ja) wystarczy może 7-8 lat, jeżeli trafisz na trudniejszy okres, do celu będziesz dochodził 30 – 40 lat. Nie oszukuję, nie ściemniam. Tego nie da się zrobić z dnia na dzień. Uprzedzam, żebyś się nie rozczarował.

Ale życie takie właśnie jest. Nikt nie kończy studiów w tydzień. Nie zostaje mistrzem świata w weekend. Nie zdobywa ośmiotysięczników po wstaniu z kanapy. Nie zbiera jabłek nazajutrz po zasadzeniu drzew. Wszystko co dobre, potrzebuje dojrzeć. Pamiętaj o tym.