Sprawdzone sposoby na wyjście z kieratu ciężkiej pracy.

Kiedy miałem dwadzieścia parę lat ciężko pracowałem. Podobnie było 10 lat później. Chwila otrzeźwienia przyszła, wraz z problemami zdrowotnymi ok. czterdziestki. Wtedy zacząłem kombinować jak wyjść z kieratu „praca-dom-praca”.

Pierwszym olśnieniem była książka „Czterogodzinny tydzień pracy” Tima Ferrissa. Oczywiście nie wszystko da się przystosować do warunków polskich, ale ważna pozostanie idea. Potem, porozmawiałem z moim kolegą, który żonglował 2 etatami, 2 umowami o stałą współpracę oraz dg w ramach 5-dniowego tygodnia pracy. Wreszcie zaobserwowałem kilku kolegów-handlowców i… miałem gotowy materiał na ten wpis. Kieruję go głównie do „typowych cwaniaków” czyli przedstawicieli szeroko rozumianego sektora handlu i usług, którzy chcą mieć ciastko i je zjeść, czyli zachować bezpieczeństwo etatu, a otrzymać swobodę prawie równą działalności gospodarczej.

Porada 1. Sprawdź ile realnie czasu przeznaczasz na pracę.  Zanim zaczniesz coś zmieniać, najpierw dowiedz się na czym stoisz. Zacznij prowadzić pełną ewidencję czasu pracy. Nie chodzi tu o czas spędzony „w pracy” ale „na pracy”. Daje to dwa plusy. Poznajesz rzeczywistą stawkę godzinową (o niej jeszcze napiszę), a jednocześnie masz kontrolę nad produktywnością.

Porada 2.  Rozsądnie korzystaj z urlopu wypoczynkowego.

Co za głupia rada, żachniesz się. Przecież mam urlop i wykorzystuję go. Co ten facet pisze? Teraz weź głęboki wdech i czytaj dalej.

Rozejrzyj się dookoła. Znam wielu pracowników, którzy na urlop nie chodzą. Ba, sam robiłem tak przez wiele lat, tzn. miałem tydzień urlopu na wypoczynek rocznie, a resztę przeznaczałem na pracę. W moim otoczeniu nagminnym zjawiskiem jest urlop zaległy, to jest niewykorzystany w roku, w którym nabyło się do niego prawo (czyli urlop z 2021 r. bierzemy w 2022 r., a nawet w 2023 r.). Całkiem spora grupa nie korzysta z przysługujących jej praw, albo z powodu nacisku pracodawcy (nie udziela urlopów, gdy wpływa wniosek), albo samoograniczeń (wymówka: mam tyle pracy, teraz nie czas). Policz – standardowo masz 26 dni urlopu. To pełnych 5 tygodni i jeszcze 1 dzień. Jeśli na raz weźmiesz  w lecie 2 tygodnie, zostaje Ci jeszcze po tygodniu na  pozostałe 3 pory roku.

Można też inaczej. U jednego pracodawcy jestem w poniedziałek i piątek, u drugiego od wtorku do czwartku. Każdy daje mi urlop. Jeśli wezmę wtorek u jednego, a poniedziałek u drugiego, mam tzw. przedłużony weekend. W efekcie mogę wyjechać w środę po pracy i wrócić w niedzielę wieczorem. Zauważyłeś, że często tak robię? Tym sposobem z 16 dni (bo 2 tygodnie powinno się obowiązkowo wykorzystać w jednym kawałku), powstaje 8 długich weekendów (to po 2 na porę roku). Gdybyś doliczył do tego święta państwowe i inne dni ustawowo wolne od pracy (2 dni BN, 1 WN, 1,3 maja, 1 i 6 stycznia, 1 BC, 15 sierpnia, 1 i 11 listopada) w takim 2022 r. (który wcale nie jest rekordowy) mamy dodatkowych 9 dni (za święto w sobotę dostajemy dodatkowy dzień wolny), dochodzimy do 25 dni i 2 tygodni w lecie. W efekcie mamy przynajmniej jeden długi, czterodniowy weekend miesięcznie.

Możesz także zwiększyć sobie urlop. Jak to zrobić? Nie zawsze się da, ale np. stopień niepełnosprawności daje nam 10 dni dodatkowego urlopu rocznie. To już 36 dni wolnych pojedynczo i 2 tygodnie „ciągiem”. Czyli mamy 2 tygodnie w lecie i 23 długie weekendy (część czterodniowych, a reszta trzydniowych).

Porada 3. Zwolnienia lekarskie. 

Wiem, wiem. Twój pracodawca ich nie lubi, nie toleruje i w ogóle nie da się. Przestań tego słuchać i … rób swoje. Ja, z racji mojej choroby przewlekłej przyjąłem zasadę – raz na rok, 2 lata będę wyjeżdżał do sanatorium do „mojego miejsca w górach”. Wcześniej, z uwagi na sezonowość przeziębień 2-3 tygodnie byłem autentycznie chory (jesień, zima). Nic na to nie poradzę. Działalność jakoś ogarniałem, przesuwając spotkania (czyli na zwolnieniu autentycznie nie pracowałem), do pracy na 8 godzin, nie byłem w stanie przyjść. I nie mówię tu o kombinowaniu, tylko rzeczywistej potrzebie. Może masz szczęście i jesteś zdrowy, ja nie, w efekcie te 2-4 tygodni rocznie wyłączam się z pracy.  Jeśli przyjmę (z sanatorium) górną wersję, to doliczając urlopy i dni ustawowo wolne, mam 55 dni wolnych w roku (26+9+20), a to już średnio … 1 dzień tygodniowo. Czyli jakbym pracował na 4 dni w tygodniu.

Porada 4. Czy możesz spóźniać się do pracy? Albo wyjść wcześniej?

Ja akurat nie stosuję tej metody. Po prostu lubię być punktualnie. Mam jednak koleżankę, która powiedziała swojemu szefowi „To nieludzkie pojawiać się o 7.00” i regularnie przychodziła na 8. Oczywiście, to wyjątek, bo była doskonała, w tym co robi, i nawet w 7 godzin robiła więcej niż inni w 8. Zyskiwała tym sposobem 1 godzinę każdego dnia. Jak myślisz, ile to rocznie? Jeśli założymy 4 dni w tygodniu (bo już wykorzystaliśmy urlop, święta i zwolnienia) to mamy 1 godzinę x 200 dni czyli 200 godzin. To dodatkowych 25 dni wolnych rozbitych na godziny.

Jasne, nie wszyscy mogą się spóźnić. Ale przynajmniej niektórzy wychodzą z pracy wcześniej. Zobacz jakie masz możliwości. Są osoby, którym nie pozwoli na to szef, albo etyka pracy.

Niemniej jednak znałem rekordzistkę, która pojawiała się w pracy na 9, wychodziła zaraz po 13, a miała pracować od 7.30 do 15, więc z 7.5 godziny robiły się 4.

Porada 5. Zniknij w czasie pracy.

Tutaj akurat prym wiodą handlowcy wszelkiej maści. „Ma pilne spotkanie”, „jedzie do klienta”, a w tym czasie siedzi sobie w knajpce, robi zakupy, ćwiczy na siłowni itp. Zawody „biurowe”  znikają np. „w bibliotece”. Znowu, wszystko zależy od Twojej sytuacji, szefa i podejścia do pracy.  Dopóki nie było pandemii ja spokojnie byłem w stanie zniknąć na godzinkę-dwie raz w tygodniu. To już 72 godziny rocznie czyli 9 dodatkowych dni.

Porada 6. Korzystaj z pracy zdalnej.

Pandemia wprowadziła nas w zupełnie inny system. Nagle zdalna okazała się możliwa. Ja sam, poza dg, pracowałem zdalnie. Teraz wszystko wróciło do normy, ale nie do końca. Są pracodawcy, którzy pozwolili przejść na zdalną np. 2 dni w tygodniu. Inni zostawili tylko 1 dzień.

Ja sam korzystam z dobrodziejstwa laptopa i VPN.  W ten sposób, od  czasu do czasu pracuję zdalnie.

Podsumowanie.

Odpowiedzmy sobie na zasadniczą wątpliwość „Ile można zyskać?”. W moim przypadku całkiem sporo.  Koncentracja na wydajności przyniosła mi wynik – efektywnie przepracowane ok. 75 godzin miesięcznie z dwóch etatów tj. mniej niż połowa czasu pracy.

 

4 przemyślenia nt. „Sprawdzone sposoby na wyjście z kieratu ciężkiej pracy.”

  1. Tutaj pełna zgoda. Z tym, że na L4 właściwie nigdy nie chodzę. Ale nie dlatego, że mam gdzieś swoje zdrowie. Po prostu nie choruje.

    Reszta uwag super. Od jakiegoś czasu (Timma Ferrisa też uwielbiam) staram się aby czas po pracy był naprawdę czasem po pracy. Pracować lubię ale wolę pracować mądrze a nie ciężko. Staram się wykorzystywać weekendy, robić sobie sporo krótszych zamiast jednych długich wakacji w roku.

    I ogólnie przeszedłem w taki tryb pól-emerytury. Wszystko mogę ale nic nie muszę 🙂

    I co? Nic. Jeszcze lepiej mi się pracuje i osiągam dobre efekty w pracy ale także poza pracą. Inwestycje, second home … dzięki takiemu podejściu nie wypaliłem się i praca nie jest karą. Jest częścią życia, która autentycznie lubię 🙂

    1. Ja niestety łapie przeziębienia dosyć regularnie.
      I tak, przedłużone weekendy są super. 3-5 dni raz w miesiącu wychodzi lepiej niż 3 tygodnie raz do roku (chociaż specjaliści są innego zdania).
      Jeszcze nie doszedłem do pół-emerytury, ale zbliżam się do niego. Muszę najpierw „wyprawić w świat” swoich starszych synów. Jeszcze 2-3 lata. I może w miejsce jednego etatu pojawi się mini-agroturystyka. Kto wie.
      Swoją pracę też lubię, ale męczy mnie sama świadomość, że muszę siedzieć 8 godzin (a nawet 6, jeśli wyrwę się w ciągu dnia) w biurze. Wolę tak jak dzisiaj, trochę pokosić, popracować piłą, zmęczyć się fizycznie.

  2. Po pierwsze dziękuję za pański blog, który czytam regularnie od lat . Po drugie w większości zgadzam się z pańskimi wnioskami. A po trzecie to korzystam z większości w/w pańskich sposobów. Pracuję w budżetówce na 2 etaty od 8 do 15 z przerwą łącznie 50 min przez 5 dni w tygodniu ale pracuję realnie 42 tygodnie minus święta itp. Uruchomiłem mikrobiznesik, który się rozwija i daje już jakieś mikrodochody. Kredyt na auto spłacony , na mieszkanie końcówka (nadpłaty) ,powoli buduję oszczędności. Ale nie byłoby to możliwe bez oszczędzania na ogrzewaniu (piec na drewno i węgiel zamiast gazu), ogródek, szklarenka, wakacje raz na dwa lata, unikanie pokus „na mieście”. Niemniej aktualne podwyżki cen wszystkiego niszczą moje dochody i wizja pełnej stabilizacji się oddala, niemniej póki co śpię spokojnie. Pozdrawiam

    1. Gratuluję postępów i witam w grupie oszczędnych. Niestety, mamy takie czasy, żeby pójść do przodu trzeba dodatkowo pracować – na rodzinę przypadają 3 etaty. Jeszcze w latach 50-tych ubiegłego wieku, wystarczała jedna pensja. A budżetówka, no cóż, jeśli nie jesteś „u żłobu”, albo lekarzem, to pensyjki marne. Wielu dogania pensja minimalna. Szeregowy po gimnazjum, w woju zarobi 4500 zł (na początek), a nauczyciel po 10 latach, bibliotekarka cieszyliby się z takich poborów. Jak to mówiła pierwsza Solidarność – „Państwo, w którym policjant i wojskowy zarabia więcej niż nauczyciel jest państwem policyjnym”.
      Nadpłacając kredyt, zyskujesz lata wolności i nie przeżywasz 100% wzrostu raty. To dużo. „Ogródek, szklarenka”, z uwagi na ceny żywności, będą popularnym hasłem najbliższych lat. A inflacja? Niszczy oszczędności. Jeszcze wczoraj było na wkład własny, dzisiaj już nie. Wczoraj dało się kupić Golfa, dzisiaj wystarczy na Fabię. Czy poza oszczędzającymi ktoś ma gorzej? Właśnie emeryci, „wstający z kolan”. Za chwilę mieszkanie i jedzenie pochłonie 100% ich dochodów, a nawet nie wystarczy. Zamiast bułeczki, będzie chleb, zamiast masła – margaryna, no i siedzenie w zimnie, bo węgiel, gaz, miejskie c.o. drogie. Wtedy może przejrzą na oczy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *