Rady dla młodych. Jakich zakupów unikać?

Dzisiaj czas na kontynuację porady, aby unikać zakupów rzeczy łatwo tracących na wartości. Czego jeszcze należy się wystrzegać?

Przedmioty, jeśli używasz ich sporadycznie.

Wiadomo, kto ma swoje, ten się nie prosi. Ale o ile słusznie odnosić to do młotka, śrubokręta, scyzoryka itp. rzeczy drobnych o tyle w przypadku np. piły spalinowej czy cykliniarki taka prawda się nie sprawdza. Są to gadżety (piszę o męskich, bo jestem facetem) kosztujące kilka tysięcy złotych. Tymczasem możesz je wypożyczyć za kilkadziesiąt złotych dziennie. Bez sensu jeśli potrzebujesz ich raz na 5 lat.

Przedmioty, które mają podkreślić Twój status.

Nie ma nic złego w podkreślaniu statusu materialnego, o ile Cię na to stać. Jeżeli znajdujesz się na początku drogi przemyśl to dwa razy (albo i pięć). Przykładów z życia znam mnóstwo. Właścicielka samochodu za 40 tys., podczas gdy jej pensja wynosiła 2 tys. W zakupie pomogła rodzina, ale potem trzeba takie auto utrzymać. Garnitur za 5 tys. u kogoś, kto dopiero skończył studia i zatrudnił się za pensję minimalną. Do tego buty, (500 zł)  koszule (5*300 zł), pióro (1,5 tys.), teczka (1,5 tys.), krawaty, skarpetki, bielizna – razem wyprawka za  ponad 10.000 zł, czyli półroczną pensję.  Taki zakup niewiele daje, a przeważnie niszczy budżet. Skoro ja z pewną już pozycją zawodową mogę chodzić w garniturze za 500 zł (przecenionym z 2 tys.), koszulach za 50 zł (przecenionych z 250 zł), pisać piórem za 250 zł, przeznaczyć podobną kwotę na teczkę i buty i wydać … 1,5 tys. na wszystko, to chyba jest inna droga.

Gadżety, które z łatwością da się zastąpić.

Rynek pełny jest cudownych garnków, odkurzaczy automatycznych, laptopów za 20 tys., samochodów za pół miliona. Ktoś je kupuje, i nie zawsze są to ludzie bogaci, czasami tylko tzw. aspiranci (chcący wyglądać na bogaczy).  Czasami to potrzeba zamanifestowania statusu (patrz punkt wyżej), a czasami wiara w reklamę, że konkretny produkt zmieni nasze życie.

Na warsztat biorę kilka rzeczy, które sam bym kupił, gdybym nie potrafił myśleć o alternatywie.

ThermomixMam dwie lewe ręce do gotowania. Dodatkowo, z uwagi na chore zatoki okresowo tracę smak. Co może być cudowniejszego niż garnek, który podpowie mi co i w jakiej kolejności wrzucić, potem to zamiesza i ugotuje. A kosztuje 5000 zł.  I to był punkt wyjścia. Znalazłem sobie tzw. multicooker za 399 zł z książeczką pełną przepisów. A pokroić mięso i warzywa potrafię sam.

Odkurzacz automatyczny. Fajnie jest nie musieć samemu sprzątać. Oferuje to odkurzacz automatyczny (zwany w języku marketingu robotem sprzątającym) za jedyne … 4 tys. zł. Fajnie byłoby mieć takie coś w domu (zwłaszcza, kiedy planuję mieszkać na wsi). Pomyślałem jednak na spokojnie. Mam jeszcze całkiem niezły sprzęt, a wycierać kurze, przejechać mopem, sprzątać łazienkę i tak muszę. Samo odkurzanie zajmie mi 20 minut w tygodniu. Biorąc pod uwagę żywotność elektroniki  (daję takiemu robotowi 5 lat życia) sprzątając sam oszczędzam ok. 15 zł tygodniowo  (4000/260 tygodni). Czyli odkurzam za stawkę 45 zł netto/godzinę.

Drogi laptop. Nie jestem grafikiem, programistą, ani zapalonym graczem. Mój 4-letni MacbookPro, kupiony za 3900 zł całkiem dobrze się sprawdza i podziała jeszcze kolejne 4-5 lat (trzeba będzie pewnie wymienić baterię). Nie potrzebuję nowego sprzętu za 20 tys., a więc… nie kupuje go.

Auto np. Volvo S90. Nie ukrywam – jestem fanem  samochodów, co chyba widać na blogu. Obecnie w domu mamy dwa – Hyundaia i30 kupionego okazyjnie w salonie za 50 tys. z opłatami i  pełnoletnie Porsche Boxster. W pewnym momencie zachorowałem na Volvo S90. Piękny wóz i… znowu zacząłem liczyć. Kosztuje ok. 200 tys. w wersji niewypasionej (można spokojnie zapłacić i 300 tys.) Nawet  w leasingu 100% (wartość rat i wpłaty pierwszej  i ostatniej równa się cenie auta) musiałbym sprzedać Hyundaia na początek i przez 5 lat płacić 2.600 zł miesięcznie. Odliczając podatek i VAT (używane również osobiście, a mam firmę) a uwzględniając wartość końcową kosztowałoby mnie ok. 14.000 zł rocznie. Do tego przegląd, ubezpieczenie i drobne naprawy 9.000 zł. Razem samochód kosztowałby mnie 23.000 zł rocznie. Mój Hyundai przez pierwsze cztery lata (liczę, że trend się utrzyma) był znacznie tańszy – 5000 zł. Czy warto dopłacać 18.000 zł rocznie, żeby jeździć Volvo? Jak dla mnie nie.

Ekspres do kawy. W pewnym momencie bardzo wkręciłem się w temat kawy. Poczytałem fora dla kawoszy i tam każdy ekspres za mniej niż 3000 zł (z oddzielnym młynkiem, koniecznie manualny) uważany jest za badziewie.  No i się zaczęło. Co? Śledzenie, chodzenie po sklepach. W jednym zaproponowano mi automat Jury (Bentley wśród ekspresów) za… 10.000 zł. Jeżeli pożyje on 10 lat (jak obiecuje producent) a pijemy z żoną razem 4 kawy dziennie, to same odsetki (2%) i amortyzacja (10%) kosztować mnie będą 1200 zł rocznie czyli 0,9 zł/kawę.  Dlatego wybrałem ekspres z Lidla za 200 zł i ręczny młynek za 100 zł. Czy mój sprzęt jest tak dobry jak ten za 10.000 zł. Nie oszukujmy się, nie. Ale wystarczająco dobry już tak.

I właśnie „wystarczająco dobry” to klucz przy doborze zamienników.

Tzw. dobra luksusowe.

Kupując je płacisz za markę. Oczywiście producent wmawia Ci, że płacisz za jakość. To co najwyżej ćwierć prawdy. Czy pióro za 10.000 zł jest 50 razy lepsze niż to za 200 zł? Nie, to limitowany model np. Montblanc.

Czy szpilki od znanego projektanta za 5 tys. są 15 razy lepsze niż Ryłko za 300 zł? Nie.

Czy Audi A3 jest 2 razy lepsze od Skody czy Opla?

I znowu. Jeżeli Cię stać, możesz je kupić. Jeśli nie, nie warto stawiać na luksus.

Najnowsze modele wszystkiego.

Obecnie wymiana modeli postępuje bardzo szybko. Producenci nie mają czasu wszystkiego przetestować. Stąd tzw. choroby wieku dziecięcego – ogromna awaryjność. Schodzący model jest wiec nie tylko lepszy, ale i tańszy. Po co zatem przepłacać, zwłaszcza kiedy różnice nie są wielkie (jak w przypadku Samsunga S9 i S8).

Ta zasada dotyczy elektroniki, samochodów, rowerów (mój kolejny bzik). Ma też ogromne znaczenie (nie z powodu na awaryjność, ale cenę) w świecie mody. Ubiegłoroczny garnitur za 500 zł, czy tegoroczny za 2000 zł? Co wybierasz? Ja ten tańszy.

Rzeczy, które ma Twój sąsiad/sąsiadka.

Amerykanie mają takie powiedzenie „Compete Jonses” – dorównywanie sąsiadom. Nie warto kupować nowego auta, tylko dlatego, że sąsiad zmienił. On kupił Passata, to ja Audi. Mam takiego kumpla. Dzieci poszły z domu, już z nim nie jeżdżą, a on kupił nowego SUV-a. Pytam go: Po co? A on mi, żeby X (jego szef), gul skoczył. Potem X też kupił SUV-A i to lepszej marki, zamiast kompakta. Bzdura.

Takie myślenie to droga donikąd. Dodajmy, kosztowna droga donikąd (akurat kumpla stać, ale X, z tego co wiem, ma dom na spory kredyt). W przypadku auta za 100 tys., sama utrata wartości przez pierwsze 5 lat wyniesie 10 tys. zł/rok.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *