Rady dla młodych. Życie osobiste.

Ta część wpisu jest dla mnie najtrudniejsza. Dlaczego? Ponieważ wiem doskonale (sam kiedyś byłem młody), że dwudziestolatkowie rad w tym obszarze chcą słuchać najmniej. Poza tym, przygotowanie tego wpisu wymaga wyrwania i obnażenia kawałka własnej duszy, a bardzo nie lubię tego robić. Niemniej jednak – obiecałem. A dodatkowo pamiętajcie, szczęśliwe życie osobiste to najważniejszy składnik szczęścia, determinujący poczucie zadowolenia z życia w znacznie większym stopniu niż pieniądze czy praca. Dlatego zaczynamy.

Nie bierz ślubu zbyt wcześnie.

Ślub przed 25-30 rokiem życia to potężne obciążenie. Z jednej strony wymaga podjęcia stanowczej decyzji (o co może łatwiej, bo teoretycznie większość 23 latków już do niej dojrzewa), z drugiej wymusza zaangażowanie sporych środków finansowych. Jak dużych? Zgodnie z dzisiejszymi standardami trzeba mieć mieszkanie – większość dąży do tego, żeby było własne. To koszt minimum 40-100 tys. na pierwszą wpłatę, koszty notarialne, odświeżenie. Wesele i ślub też kosztuje (dowiadywałem się u młodszych kolegów, mnie ten problem nie dotyczy) – w granicach 40-60 tys. zł. Czyli finanse na początek to 80-160 tys. zł. Do tego dochodzi comiesięczne obciążenie ratą kredytową za 80% własnego kąta i opłaty. Czyli standardowo ok. 1300 zł. To prawie cała pensja minimalna, a na początek nie zarabia się zbyt wiele (znam wyjątki, ale to tylko wyjątki). A jeśli pozostaniemy przy wynajmie. W moich okolicach samodzielne małe dwa pokoje kosztują minimum 1300 zł + opłaty, czyli ok. 1600 zł. Gdy wynajmujemy wspólny pokój w  większym mieszkaniu (a tak robi większość znanych mi studentów), to zmieścimy się w 900 zł za 2 osoby.  Oczywiście radę tę kieruję do młodych żyjących w mieście, bez własnego mieszkania (czyli 90% znanych mi).

Pozwolę sobie jeszcze na jedną uwagę. Nie bez powodu, przed wojną, warunkiem ślubu była niezależność finansowa.  Z tej przyczyny wielu mężczyzn żeniło się jako trzydziestolatkowie (ich żony były znacznie młodsze). Na wsi niezależność tę dawało przepisanie części gospodarstwa przez rodziców, w mieście uzyskanie zawodu i stabilnej pracy. Działanie na zasadzie „jakoś to będzie” jest najgorszym możliwym scenariuszem.

Jakich cechy przyszłego małżonka ułatwiają przyszłe szczęście i bogactwo.

Wiele osób wokół mnie tkwi w nieudanych małżeństwach. Sporo już się rozwiodło. Na czym zatem polega sekret szczęścia w tym obszarze? Na właściwym doborze współmałżonka i wykształceniu pewnych cech w sobie.

Po pierwsze, niech będzie oszczędny. Dwie oszczędne osoby, to recepta na zamożność. Nawet jedna rozrzutna, może wysadzić w powietrze wszystkie starania o lepsze warunki finansowe. Zbyt wiele widziałem w mojej firmie klientów z ogromnymi kredytami konsumpcyjnymi (200-400 tys. zł), żeby tego nie napisać. Obserwuje kolegów zarabiających podobnie do mnie (a nawet lepiej), którym widoki na dostatek zniweczyły zamiłowanie do drogich alkoholi lub wydatki żony w galeriach handlowych. Z kolei, kiedy patrzę na podobne do nas oszczędne pary dostrzegam różnicę. I różnica jest gigantyczna. Moja żona woli naprawiać trzyletni telefon niż go wymienić („przyzwyczaiłam się”), nie wymaga wakacji all inclusive, jej marzeniem jest używane auto za 15 tys. zł.

Po drugie, niech będzie pogodny. Kiedyś słusznie uważano, że żona jest ozdobą domu i wnosi do niego radość. Ale przecież to ostatnie dotyczy także męża. Sympatyczniej i prościej jest iść przez życie z kimś,  kto ciągle się uśmiecha, żartuje zamiast narzekać i strzelać focha.

Po trzecie, nie patrz na majątek. Małżeństwo lepiej się układa, kiedy dwie osoby dorabiają się wspólnie. Moja żona i ja na początek mieliśmy starego malucha, mieszkanie komunalne do remontu i dwie pensje w budżetówce. Tym bardziej doceniam naszą obecną sytuację majątkową. Z innej strony, ciągle spotykam się z osobami, które wyrzekają „wziąłem/wzięłam ją/jego w jednej koszuli”. Nawet od młodszych koleżanek słyszę „dlaczego on zarabia mniej ode mnie, niech się weźmie do roboty”.

Po czwarte, warto szukać osoby pracowitej. Właśnie pracowitość jest jednym z filarów zamożności. Nigdy nie zdecydowałbym się na ślub z tzw. księżniczką, która tylko wymaga, a ona może leżeć,  pachnieć i przyjmować hołdy i wam też to odradzam (męska wersja to narcyz).  Pracowity, znając wartość pieniądza, nie daje łatwo złapać się na lep konsumpcji, potrafi obywać się bez wielu podobno niezbędnych dzisiaj przedmiotów.

Po piąte, wystrzegaj się egoistów, nastawionych tylko na spełnianie własnych marzeń. Kiedy kupowałem Porsche, moja żona usłyszała od koleżanki „Jak mogłaś mu na to pozwolić. Facet ma zarobić na rodzinę, a nie wydawać na głupoty”. Moja żona ma kapitalną cechę – potrafi się cieszyć cudzą (w tym moją) radością. Nie usłyszałem słowa skargi na sportowy wóz, fortepian i inne tzw. fanaberie. Z kolei, ja zawsze staram się zachować pewną hierarchię – najpierw potrzeby rodziny (dom, niezawodny samochód, wykształcenie dzieci), a potem przyjemności. Najpierw praca, potem odpoczynek, nigdy odwrotnie.

I na koniec, szukaj osoby bez której nie możesz żyć, a nie takiej z którą da się żyć. Nie wierzę w „związki z rozsądku”. Tylko miłość.

Kultywuj relacje.

Przeprowadzone w wielu krajach badania jednoznacznie wskazują – wyznacznikiem szczęścia nie jest stan konta, ale jakość relacji z innymi. Szczęśliwi są ludzie, którzy mają rodzinę, przyjaciół, a także czas by się z nimi spotkać. Niby takie proste, jednak często o tym zapominamy w ciągłym biegu.

Znajdź sobie hobby.

Co to jest hobby? To zajęcie, które pozwala się odstresować i zrelaksować. Coś co lubisz. Nie musi być kosztowne (np. bieganie, rozwiązywanie krzyżówek itp.), ani szpanerskie (safari w Kenii, wspinaczka w Himalajach). Tu nie chodzi o to aby komukolwiek imponować.  Najbogatsi ludzie świata wybierają często proste, pierwotne przyjemności – łowienie ryb, polowanie, czytanie, oglądanie filmów. Dzięki hobby odzyskujesz równowagę psychiczną. Ja staram się sporo czasu spędzić na działce, w „moim miejscu w górach”, na rowerze itp. Kosząc przez kilka godzin, oczyszczam umysł z problemów, z którymi stykam się w pracy. Wracam do domu zupełnie spokojny, gotowy na wyzwania kolejnego tygodnia.

Podsumowując, pomocnikami w uzyskaniu szczęścia są: własne nastawienie, właściwy dobór partnera życiowego, grono przyjaciół i hobby.  Nie ma tu miejsca na pieniądze. O nich w kolejną środę (w tym dylemat – kupić czy wynająć).

7 przemyśleń nt. „Rady dla młodych. Życie osobiste.”

  1. Brat w przyszłym roku bierze ślub.
    Ceny są z kosmosu np. 5 tys kamerzysta. Koszt wesela ok 60 tys.
    Masakra. Skłaniam się raczej ku obiedzie imprezie dla najbliższych.
    Tym bardziej, że zapraszamy większość osób z którymi nie utrzymujemy prawdziwego kontaktu.
    Ślub i potomstwo również odkładam w czasie min 26-28 A najlepiej gdy moja sytuacja finansowa będzie stabilna. Tymczasem żyje skromnie i odkładam jak najwięcej. W przeciwieństwie do moich rówieśników ( kredyty, raty , telefon za 5 tys ? – nie ma problemu gdzie przeznaczają 70 % zarobków na spłatę).
    Skromne kobiety w moim wieku poznamy po tym że nie dodają 10x dziennie zdjęcia że swojego życia na instagram. ( nie mam Facebooka od 6 lat i jestem bardzo zadowolony nie żyje na pokaz robię wszystko dla siebie)
    Ps. Wędkarstwo może być drogie gdy się bardzo wciagasz tym bardziej jak lowisz nad Wisłą 100 zł na przynęty na spinning to minimum tyg .
    Karta kosztuje ok 500 zł na rok.
    Naszczescie jest bieganie i siłownia wybudowana przez kolegów ok 20 lat temu:)

    1. Tak, ja też zauważyłem, że koszty ślubu i wesela uznawane kiedyś za niezbędne to teraz ledwo wierzchołek góry lodowej. Kamerzysta faktycznie 5 tys. Fotograf minimum 3 tys.(a i drugie 5 tys. nie jest uważane za szaleństwo), bo musi być profesjonalny. Do tego film z dotychczasowego życia pary, lekcje tańca, wynajem auta. Suknia ślubna – sky is the limit, ale nie mniej niż 4-5 tys. Koszt talerzyka w moim mieście to 200-250 zł + ciasto, alkohol, owoce. Oczywiście salę trzeba ustroić (minimum dwa tysiące zł) podobnie jak kościół. Ale i tak rozsypał mnie pomysł prezentów dla gości (sic!), specjalne kotyliony, zaproszenia, tematy przewodnie. To już jest cały przemysł, mający wmówić młodym dziesiątki drobnych wydatków (nawet te po 200-300 zł składają się do kilku tysięcy).
      Całe wesele mojego brata sprzed 20 lat, które odbywało się w restauracji kosztowało ze wszystkim 6 tys. zł. Biorąc pod uwagę inflację, obecnie nie powinno wyjść więcej niż 20 tys. Tylko właśnie pojawiły się nowe „niezbędne” koszty.
      Polecam pomysł rezygnacji z wesela. Ja zamiast wesela dostałem od rodziców pół działki pod miastem, na odkupienie drugiej połowy od ciotki miałem nazbierane. Po 5 latach działkę sprzedałem i wykupiłem mieszkanie. No i miałem dach nad głową.
      A teraz widzę młodszą koleżankę, podkreślającą niezbędność wesela i ślubu z pompą (na które nota bene rodzice obojga biorą kredyt 2 x 30 tys.), a wiedzącą że w żaden sposób nie stać ją choćby na pierwszą wpłatę na mieszkanie i stale wynajmuję. To po prostu kwestia priorytetów.
      A co do kosztów wędkowania. Znam to. Rosną w miarę wciągania zajawki. Możesz kupić wędkę z Lidla, a możesz i Mercedesa wśród wędek. Miałem paru kumpli, którzy tylko zastanawiali się jak wmówić żonie, że kolejna wędka stoi w piwnicy już 2 lata. Potem dochodzi łódź, przyczepa pod łódź, odpowiedni samochód do przyczepy itp.

  2. A ryby biorą o dziwo rzadziej niż na pierwsza teleskopowa wędkę od Dziadka za 30 zł ( przynajmniej u mnie hehe)

    1. Ale marketing producentów wędek wmawia nam, że bez cuda z włókna węglowego, sygnalizatora brań itp. w ogóle nie ma co iść nad wodę.

  3. W dawnych czasach zwykle na mężczyźnie spoczywał ciężar utrzymania rodziny (żony, dzieci); żona zwykle nie pracowała (mam na myśli czasy jeszcze przed wojną). Konsekwencje były dwie: po pierwsze, często istniała duża różnica wieku pomiędzy mężczyzną a kobietą (co najmniej 10 lat), ponieważ mężczyzna musiał osiągnąć stabilizację finansową zanim się ożenił. Po drugie, wbrew opiniom, jakie krążą dzisiaj, że dawniej wszyscy młodo się pobierali, bardzo wiele osób do śmierci pozostawało samotnych – zarówno kobiet, jak i mężczyzn, bo po prostu nie było ich stać na to, aby zawrzeć związek małżeński. Jeśli mężczyzny nie było stać na utrzymanie rodziny, to często umierał będąc w stanie wolnym. Czasem mam wrażenie, że do tych czasów wracamy. 90% ludzi w tym kraju nie zarabia nawet średniej pensji. Z kolei za minimalną pensję żyć jest trudno (bo w zasadzie cała pensja mogłaby iść na wynajem mieszkania).

    1. Dokładnie. Uwielbiam wszystkie książki-wspomnienia.Pod koniec XIX w. mężczyzna żenił się po 30, kobieta miała 16-20 lat. Poza kwestiami finansowymi decydowały też inne – uważano, że on „powinien wyszumieć się” a ona „musi być czysta”. Tego szukano.
      Wyjątki zdarzały się wśród bogatych (rodziców stać było na oddanie części majątku dla dzieci – i to dzieci w liczbie mnogiej).
      Z drugiej strony – co do możliwości powrotu do tych czasów. Zdecydowanie nie. Aczkolwiek zauważam niepokojący trend – rosnące wymagania finansowe młodych kobiet. Z kolei dzisiaj, a to trend narastający niewielu dwudziestolatków chce się żenić, najpierw zabawa, skończenie studiów, a potem ślub. Mnie to już nie dotyczy, ale faktycznie stanowić będzie problem. W dniu swojego ślubu niewiele miałem – marny dach nad głową (mieszkanie komunalne do remontu), auto na kredyt i pensję będącą odpowiednikiem dzisiejszego „3000 zł brutto”.Trochę dorabiałem i dzięki temu stać mnie było na ten kredyt. Żona wzięła mnie takim jakim byłem, a sama miała jeszcze mniej (trochę mebli, stary maluch), bo pół roku wcześniej zaczęła pierwszą pracę.
      Dzisiaj moje 30-letnie koleżanki oczekują: mieszkania, samochodu, wystawnego wesela itp. Ma to dać albo narzeczony albo rodzice. Z drugiej strony powstaje pewien paradoks. Płaczą, gdy ich równolatek zarabia mniej (nieudacznik), płaczą gdy więcej (patriarchat i męska przemoc). Z kolei 40-latki rozpaczają – już nie ma wrażliwych, normalnych facetów.
      Mam kumpla, który pracuje w kancelarii, zajmującej się rozwodami. To co opowiada nie nadaje się na bloga, bo żaden mężczyzna nie będzie chciał się żenić i wyginiemy 🙂

  4. Zawsze się zastanawiałem, skąd ci wszyscy faceci biorą te dziewczyny, narzeczone, żony, kochanki i konkubiny. Mam 40 lat i nigdy w żadnym związku nie byłem…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *