Ceny paliwa idą w górę. Czy warto kupować auto elektryczne?

Po serii wpisów dotyczących nieruchomości postanowiłem na chwilę wrócić do mojego konika – samochodów. Dzisiaj postaram się odpowiedzieć na pytanie o ekonomiczny sens zakupu samochodu elektrycznego.  Przyjmę przy tym najbardziej optymistyczne założenia – ceny prądu na poziomie 0 zł. Taki wynik da się osiągnąć wyłącznie ładując na darmowych stacjach w dużych miastach. Nie oceniam czy warto tracić np. godzinę na ładowanie, stwierdzam – da się to zrobić za darmo.

Najtańszym samochodem na polskim rynku jest Renault Twizy. Kosztuje niespełna 34.000 zł. To tylko 4 tys. więcej niż najtańsza Dacia Sandero pomyślisz, ale… Ale są dwa. Po pierwsze Twizy, to auto dwuosobowe, albo jeśli wybierzemy nieco większy bagażnik jednoosobowe. Po drugie, cena nie zawiera… drzwi ani akumulatora. Tak, dobrze przeczytałeś, to nie żart – za akumulator i drzwi musisz dodatkowo zapłacić.  Zatem cena za najtańsze auto elektryczne w rzeczywistości wyniesie ok. 55.000 zł. 

Najtańszym autem w ogóle będzie Dacia Sandero. Kupimy ją za 30.000 zł. Jej spalanie wynosi ok. 6,5 l benzyny za każde 100 km (dane pochodzące z rzeczywistych testów, a nie katalogu producenta).

Zacznijmy zatem porównywać nieporównywalne. Zapomnijmy na chwilę o różnicy w wielkości (z Sandero bardziej porównywalne byłoby Renault ZOE za ponad 120.000 zł). Zapomnijmy o utracie wartości, naprawach i przeglądach. Weźmy pod uwagę tylko trzy parametry:  odsetki od kapitału (załóżmy, że kupujemy za gotówkę), koszty ubezpieczenia (3 % pakiet), koszt paliwa i zacznijmy liczyć.

Różnica w cenie 25.000 zł to przy 5% stopie zwrotu z kapitału (minimalistycznie) 1250 zł rocznie.  Na ubezpieczeniu zaoszczędzimy 750 zł.  Razem jesteśmy do przodu 2.000 zł. Przy obecnych cenach benzyny 4,7 zł/l na taniej stacji w moim mieście i spalaniu na poziomie 6.5 l/100 km, koszt przejechania Sandero tych 100 km wyniesie ok. 30 zł. Czyli mając mniejsze Twizy zwróci się ono dopiero po przebiegu blisko 7.000 km rocznie. Nie sądzę, żeby znalazł się desperat, który pokona tym autem takie przebiegi (wóz nadaje się wyłącznie do miasta).

Teraz bardziej sensowne porównanie: Sandero i Zoe. Różnica w cenie to 90.000 zł. Oznacza to dodatkowe koszty kapitału 4.500 zł, a ubezpieczenia 2.700 zł. Razem na Zoe wydamy już 7.200 zł rocznie. Sandero za taką kwotę da się zatankować (nadal 30 zł/100 km), tak aby przejechało 24.000 km.

Jeśli dodamy dodatkowy parametr (utratę wartości) i założymy pesymistycznie (dla Sandero), że będzie ona równomierna tj. 70% przez 10 lat, nagle liczby zmienią się na niekorzyść hybryd. Różnica pomiędzy Twizy i Sandero zwiększy się o kolejne 7% z 25 tys. zł (czyli blisko 6 tys. km), a pomiędzy Zoe a Sandero również o 7% ale z 90 tys. zł (czyli 21 tys. km). Aby zakup zwrócił się, przy przypomnijmy darmowym prądzie musielibyśmy przejeżdżać rocznie w przypadku Twizy 13 tys. km, a Zoe 45 tys. km.

Już wiecie dlaczego auta elektryczne nie są w Polsce popularne. Po prostu ich zakup zupełnie się nie opłaca.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *