Dlaczego nie radzę oszczędzać na edukacji?

Jeśli czytaliście serię moich ostatnich wpisów być może uderzył Was jeden fakt – relatywnie wysokie wydatki na edukację. Dlaczego nie warto na tym oszczędzać?  Ponieważ jedynym pewnym sposobem wyrwania się z zaklętego kręgu biedy (niskie dochody=niewielkie oszczędności=niewielki majątek=niewielkie inwestycje=niskie dochody) jest edukacja. Alternatywą dla czystej wiedzy może być tylko własny biznes, ale i wtedy trzeba mieć wiedzę oraz pieniądze na początek. Powiem to na własnym przykładzie. 10 lat temu zarabiałem (netto czyli na rękę) ok. 3800 zł. Potem wydałem 17 tys. na własną edukację, zdobyłem dodatkowe uprawnienia i teraz moja pensja u tych samych  pracodawców wynosi … 7300 zł. Wydatki na edukację zwróciły się w 4 miesiące.

Nie każdy będzie miał takie szczęście i możliwości, ale… zawsze warto przeliczać. Często już sama znajomość języka obcego umożliwia nam lub naszemu dziecku zarobienie za granicą 3-4 krotności wynagrodzenia pobieranego w Polsce. Nie trzeba jednak nigdzie wyjeżdżać.

Niewykwalifikowany robotnik zarabia nie więcej niż  8-10 zł za godzinę. Hydraulik, glazurnik, dekarz, stolarz itp. kilka razy więcej. Znam elektryków dojeżdżających do klienta Porsche Cayenne.

Nauczyciel dyplomowany dostaje na etacie pensję o połowę wyższą niż jego dyplomowany odpowiednik.

Radca prawny w administracji zarabia o 40% więcej niż przeciętny pracownik.

W przypadku wyszkolonego sprzedawcy, wynagradzanego prowizyjnie te różnice są znacznie większe.

Wiedza to jednak nie tylko formalne wykształcenie. To szereg umiejętności, które zdobywamy na praktycznych kursach, szkoleniach. Rozwija się je przez całe życie.

No dobrze, ale wielu magistrów pozostaje dzisiaj bez pracy, albo wykonuje zupełnie niezgodną z kierunkiem wykształcenia. Co im powiedzieć?

Wiedza, to nie papierek. Często skończenie np. socjologii, politologii, kulturoznawstwa nie daje żadnej przewagi praktycznej. Zresztą ilu politologów może wchłonąć rynek pracy? Trzeba najpierw rozpoznać czy na dane umiejętności jest aktualnie zapotrzebowanie i będzie się utrzymywało przez najbliższe 10 lat. Nie słyszałem o bezrobotnym programiście, stolarzu czy lekarzu.  Kto pójdzie na łatwiznę i wybierze kierunek kształcenia, który najłatwiej skończyć, raczej nie znajdzie zatrudnienia w swoim zawodzie.

Dlatego właśnie moja rodzina wydaje na edukację minimum 1000 zł miesięcznie. Przeznaczamy je na naukę języków, sport (zdolne dziecko) i studia.

 

 

Czy warto pracować za 1500 zł?

Jako jeden ze skutków programu „Rodzina 500+” media podają niechęć do pracy za pensję minimalną i  niewiele większą (czyli 1350-1700 zł). Czy to prawda i czy za takie pieniądze  nie warto pracować?

Najpierw trochę filozofii, czyli pytanie co daje nam praca. Dla niektórych będzie to kontakt z innymi ludźmi, przyjemne (chociaż często niezbyt głębokie) relacje, dla innych szansa samorealizacji, uregulowanie planu dnia, nadanie celu w życiu. Jednak dla większości praca to sposób na zapełnienie portfela. Czy można inaczej zaspokoić te potrzeby? Zastanówmy się.

Spotkania z ludźmi mają miejsce w różnych miejscach. Można zapisać się do klubu sportowego, zdecydować na wolontariat, zacząć kolejne studia. Sposobów jest sporo. Większość z nich daje także szansę na samorealizację. Zresztą, umówmy się, etat za pensję w okolicach minimalnej to nie są prace szczególnie satysfakcjonujące lecz raczej zestaw powtarzalnych czynności (chociaż niekiedy w biurze). Najtrudniej poradzić sobie z planem dnia. Do pracy trzeba wstać, przyjść (lub przyjechać), wykonać obowiązki (pod nadzorem szefa), wrócić do domu. Nagle dzień np. od 6 do 16 mamy zapełniony (czyli np. 10 godzin z  17-18 nieprzesypianych). Nie pracując, mamy więcej czasu dla siebie. Dla jednych to zaleta, dla innych wada. A cel w życiu? W pracy za pensję minimalną? Nie, chyba raczej nie o to chodzi.  Pozostaje wypełnienie portfela, krótko mówiąc musimy mieć pieniądze na życie? Czy te 1350-1700 zł da się zarobić w inny sposób?

Zakładam, że nie mamy do czynienia z osobami bogatymi (taka kwota to odsetki od 500-700 tys. zł), a więc odpada rentierka. Pozostają prace sezonowe, zlecenia, fuchy. Wyobraźmy sobie zbieracza owoców. Można spokojnie zarobić za dniówkę 100 zł czyli miesięcznie 2500 zł (w Polsce). Za granicą będzie to nawet 2,5 raza więcej (6000 zł). Czyli w grę wchodzi opcja – pół roku (a nawet 3 miesiące) pracy sezonowej, w budowlance, a pozostała część roku konsumowanie jej owoców.  Takie życie wybiera całkiem spora liczba osób. A co w przypadku utraty zdrowia, wypadku, starości? Tutaj pojawia się problem. Można ubezpieczyć się lub zbierać na emeryturę, ale ile osób to robi? Nagle nie ma dochodów. Z wiekiem ubywa nam sił. Do czasu zmiany prawa, pozostawał jeszcze sposób „na rolnika” (zakup hektara ziemi i ubezpieczenie w KRUS). Teraz jego realizacja staje się mocno utrudniona (ziemię rolną można kupić tylko od najbliższej rodziny).

Jak widzicie, nie znalazłem zbyt wielu argumentów do pracy za niewielką pensję. Po prostu, da się takie kwoty zarobić inaczej. Jeśli pracujemy, to dlatego, że nie widzimy innego sposobu.

Natomiast nie przekonuje mnie argument 500+. To są pieniądze do wydania na dzieci.  Nie służą temu, żeby ojciec/matka mogli siedzieć bezczynnie. Myślenie „mam 500 zł (lub 1000)  i nic nie muszę”  to krok w złym kierunku. Zwłaszcza, że 1350 – 1700 zł da się spokojnie zarobić w inny sposób niż na etacie, bo np. w ciągu pół roku robót sezonowych. Tylko czy za tę kwotę można utrzymać rodzinę? To już temat na kolejny wpis.

Kooperacja księgowych – sposób na mieszkanie.

Księgowi codziennie stykają się z pieniędzmi. Powinni o nich wiedzieć znacznie więcej. Czy tak jest zawsze? Nie, ale znam wielu księgowych, którzy są wyjątkowo oszczędni, po prostu rozumieją wartość pieniądza i starają się go pomnożyć. Czasami mają problem z inwestowaniem, ale w oszczędzaniu są naprawdę dobrzy. Dzisiaj jedna historia z życia wzięta.

Pewna całkiem spora spółka zatrudniała 10 księgowych. Pracowały one ze sobą od lat, zarabiając w sumie niewielkie pieniądze – ok. 3/4 średniej krajowej (w przeliczeniu na dzisiejszą wartość pieniądza  2000 zł netto). Ich mężowie mieli nieco lepsze pensje, ale rodziny uzyskiwały ok. 2 średnich krajowych (czyli były blisko mojego wzoru oszczędnego milionera). Kiedy po kolei dorastały dzieci, pojawiła się potrzeba zapewnienia im mieszkań. Księgowe nie miały wyjątkowych ambicji – myślały o kawalerkach. Zaczęły liczyć.

Skoro kawalerka kosztuje 40 średnich pensji, nie bardzo mają szanse odłożyć taką kwotę samodzielnie, tym bardziej w krótkim okresie. Co robić? Każda potrafiła zaoszczędzić 20% pensji swojej i męża, czyli ok. 40% średniej. Ponieważ było ich 10, razem miały już 4 średnie pensje miesięcznie. Czyli co 10 miesięcy mogły kupić kawalerkę. Postanowiły wykorzystać efekt synergii.

Po kolei każda z nich kupowała mieszkanie dla dziecka, pozostałe oddawały jej swoje oszczędności. Potem następna i następna. Przez 100 miesięcy (ok. 8 lat) wszystkie dysponowały mieszkaniem dla dziecka.  Gdzie tu geniusz? Przecież w 8 lat zbierając oddzielnie kupiłyby mieszkania? No tak, ale tutaj wyglądało to trochę inaczej. Pierwsza dostała klucze już po 10 miesiącach, a dopiero ostatnia po 8 latach. Średni czas oczekiwania wynosił niespełna 5 lat. Rozumiesz?

Oczywiście, takie współdziałanie wymaga albo wyjątkowego zaufania, albo mocnych zabezpieczeń, nie jest jednak niemożliwe. Przemyśl to. Może znasz osoby, z którymi jesteś w stanie powtórzyć osiągnięcie księgowych?

Kaizen milionera. Część IV.

Dzisiaj czwarta część serii „Kaizen milionera”. Kontynuuję opisywanie 10 zasad kaizen, stosowanego do zdobywania majątku.

Wybieraj proste rozwiązania, nie czekając na te idealne.

To zaskakujące, jak często zapominamy o tej prawdzie. Oczekiwanie na idealny moment przypomina czekanie na Godota, który nigdy nie nadchodzi. Żyjemy w określonych warunkach, w określonym czasie. Nie możemy zmienić przeszłości, nie potrafimy przewidywać przyszłości. Naszym czasem jest teraźniejszość. Tu i teraz.

Tu i teraz musisz zarabiać.

Tu i teraz musisz oszczędzać.

Tu i teraz musisz inwestować.

Nie ma lepszego momentu do wykonania pierwszego kroku niż TERAZ.

Nie zastanawiaj się co by było gdybyś dwa lata temu kupił akcje, trzy lata temu rzucił pracę, spotkał inną kobietę/innego mężczyznę.

Dzisiaj też są okazje inwestycyjne na giełdzie. Teraz też możesz zmienić pracę. Teraz też jest czas aby  kogoś poznać. A więc…. nie czekaj na idealne rozwiązania, działaj teraz. Staraj się jednocześnie znajdować najprostsze rozwiązanie.

A więc: nieskomplikowane metody by oszczędzać (piszę o nich na blogu), nieskomplikowane metody by zarabiać więcej, nieskomplikowane metody by inwestować (pełna klasyka: własna firma, akcje, nieruchomości).

Z pewnością im bardziej złożony produkt/usługa, tym większa szansa, że zarobi ten, kto Ci go sprzedaje. Przykłady? Kredyty hipoteczne w CHF sprzedawane w szczycie słabości tej waluty, polisy inwestycyjne, z których wycofanie wymagało zapłacenia kary równej 90% wpłaconych środków (mówiąc po ludzku po roku dostawałeś 10% swoich pieniędzy), lewarowane zakupy na forex-ie, na których traci 95% „inwestorów” (dla pocieszenia – bankrutują też profesjonalni uczestnicy obrotu np. wielkie banki – ponieważ zmiana rynku o 1% powoduje stratę 50% kapitału – rekordowe platformy oferują lewar 1:1000 – to tak jakbyś grał w ruletkę).

Użyj sprytu zamiast pieniędzy.

Jak zarobić pieniądze nie mając pieniędzy? Odpowiedź na to pytanie wydaje się być typową kwadraturą koła. Co jednak jeśli spróbujesz użyć sprytu?

Co trzeba zrobić, żeby więcej zarabiać? Trzeba albo pracować więcej (poświęcić dodatkowy czas), albo pracować mądrzej (za wyższą stawkę godzinową). Co wybierasz? Dorabianie czy podwyżkę/zmianę pracy? A może i jedno i drugie. Na początek nie zarobisz w ten sposób milionów. Ale pamiętaj istotą kaizen są drobne kroki we właściwym kierunku. Nawet dodatkowe 200 zł miesięcznie przybliża Cię do zamożności.

Spryt w oszczędzaniu nie polega na cięciu wszystkich wydatków do kości. Tak zrobi sknera. Oszczędny milioner radzi rozsądne oszczędzanie. Szukanie oszczędności tam gdzie nikt się ich nie spodziewa. Podam kilka moich rozwiązań na poziomie milionerskim. To nie są dylematy na codzienne zakupy. Mają jedynie podkreślić, że skoro może milioner (wprawdzie oszczędny) to może przeciętny Kowalski.

W pracy muszę dobrze wyglądać. Klienci kupują moje usługi (a tak na prawdę mnie) oczami. Jednocześnie  nie jestem na tyle szalony aby szastać pieniędzmi. Potrzebowałem paru artefaktów, aby wyglądać jak Pan Obkupiony i jednocześnie nie zbankrutować. Musiałem znaleźć sposób zamiast pieniędzy.

Czasami wożę klienta swoim samochodem. Muszę wzbudzać podziw. Czy samochód marki Porsche jest wystarczający? Niewątpliwie. No cóż, nowy kosztuje 300 tys. zł. Nie oszalałem. Jak mieć Porsche i kilkaset tysięcy w kieszeni? Kupić używany? Otóż można mieć dobrze wyglądające używane Porsche za cenę nowej gołej Dacii Sandero i 10% wartości auta salonowego.

Kolejna rzecz. Zegarek. Klient patrzy mi na rękę i widzi …. Omegę. Nowa kosztuje minimum 15 tys. zł. Lepsze modele zaczynają się od 25 tys. zł. Nie oszalałem na punkcie zegarków. Pragnę zachować obie nerki. Czy jest jakiś sposób? Otóż można mieć wyglądający jak nowy zegarek Omegi za 5% ceny (800-1200 zł). Trzeba zdecydować się na podobnie wyglądający model sprzed kilkudziesięciu lat.

Trzeci atrybut – pióro. Słyszałeś o marce Montblanc? Moi klienci słyszeli. Kiedy podpisuję dokumenty czarnym Meisterstuck 149 (topowy model firmy do kupienia za prawie 4000 zł), nikt nie wie, że wydałem na niego mniej niż 25% tej sumy. Przy okazji dementuję powszechną plotkę. Stalówka pióra jest tak twarda, że nie układa się do ręki właściciela. Dlatego spokojnie można pożyczać cudze pióro, a nawet kupić używane.

Rozumiesz moją ideę (a w zasadzie moją interpretację kaizen w budowaniu zamożności)? Nie chodzi o to aby być sknerą, żyć jak sknera, wyglądać jak sknera. Chodzi o to, aby wyglądać jak milion dolarów za maksimum 5-25% ceny sklepowej przedmiotów, których używamy. Nie namawiam do noszenia używanej bielizny, butów, koszul itp., bo to aby zaoszczędzić byłaby przesada (sknerstwo). Ale zegarek, pióro, samochód – czemu nie. Nie chodzi o to, aby wakacje spędzać na RODOS (Rodzinne Ogrody Działkowe Ogrodzone Siatką), ale o znalezienie np. lotu do Mediolanu za 300 zł w obie strony. Używaj sprytu zamiast pieniędzy.

A jak jest z inwestowaniem? Podobnie. Szukaj akcji, które mają szanse dać Ci zysk wielokrotnie większy niż lokata. Zamiast zanosić pieniądze do banku, załóż własną firmę. Kupuj działki w przyszłościowych lokalizacjach. Wynajmuj mieszkania. Podam przykład mojej córki chrzestnej. Mieszka w Anglii i zajmuje się marketingiem w sieci. Jej klienci to niecuchnący gotówką założyciele start-upów. Co zrobiła moja mądra bratanica? Zaproponowała im istotne zniżki w cenie usługi w zamian za 10% udziałów w firmach. Doszła do następującego wniosku. Miesięcznie wykona 5 zleceń. W roku 60. Ze 60 klientów:  58 zbankrutuje, 1 osiągnie pewien zysk, ale 1 rozwinie się w większe przedsiębiorstwo. Jeśli jej założenie będzie prawdziwe w 25% to za 10 lat będzie miała 10% udziałów w 2-3 przyzwoitych firmach przynoszących jej stały dochód. Jednocześnie ciągle zarabia na bieżąco (klienci mniej, ale płacą). To się nazywa używanie sprytu zamiast pieniędzy.

 

Kaizen milionera. Część III.

Dzisiaj kolejne dwie zasady kaizen, przystosowane do warunków oszczędnego milionera.

Odrzucaj ustalony stan rzeczy.

Nie musisz godzić się na to co jest. Na przeciętność, bylejakość, słabość. Powiem więcej – absolutnie nie powinieneś. To, że wszyscy w pracy biorą kredyt na wakacje spłacany potem cały rok to norma, ale Ty możesz być inny. Bądź inny. Wielu lekceważy swoje obowiązki, niech Ciebie to nie dotyczy. Jeśli czerpiesz wzorce to od lepszych, nigdy od gorszych. Rób tak w każdym obszarze, a odniesiesz sukces. Odnoś tę zasadę do życia rodzinnego, pracy, i oczywiście do budowania zamożności. Jak to wygląda w praktyce?

Nikt z nas nie rodzi się oszczędnym. Prawie nikt z nas w pierwszej pracy (pierwszym roku działalności gospodarczej)  nie zarabia kokosów. Nikt nie jest inwestorem od kołyski (chociaż oczywiście niektórzy mają większe predyspozycje). Wykształcenie w sobie tych cech to efekt pracy, ciężkiej pracy, krok po kroku. Tu bardzo rzadko są drogi na skróty.  Zacznij od tego, że przestajesz być zadowolony ze swojej sytuacji w każdym z trzech obszarów trójkąta zamożności (chyba, że masz akurat powody do dumy). W konsekwencji podejmujesz decyzję – trzeba coś zmieniać. Tego czegoś musisz się dowiedzieć. Zaczynasz zbierać wiedzę. Wprowadzasz drobne usprawnienia. W efekcie po kilku, kilkunastu, kilkudziesięciu latach docierasz do celu. Jesteś milionerem.

Wymówki, że czegoś się nie da zrobić, są zbędne.

Jak najłatwiej zniszczyć szansę na realizację dobrego pomysłu? Powiedzieć sobie – tego nie da się zrobić, a następnie szukając wymówek, dlaczego tak jest. Takie samousprawiedliwianie do niczego nie prowadzi, nic nie zmienia na lepsze w Twojej sytuacji. Stojąc w miejscu, cofasz się. Jedna z najpopularniejszych zasad motywacyjnych brzmi: Kto chce szuka sposobu, kto nie chce szuka powodu. Bądź tym, który szuka sposobu. Zawsze jest jakiś sposób. Znam wiele takich przypadków wśród zwykłych ludzi. Nie wszyscy są milionerami, nie wszyscy nawet chcą nimi być, ale wszyscy osiągnęli niesamowity postęp w stosunku do swojej sytuacji sprzed 10-20 lat. Jak to się stało? Szukali sposobu, zamiast wymówek. Kombinowali. Próbowali. Podchodzili raz z lewej, raz z prawej. Mylili się, popełniali błędy, to przecież część ich nauki. Wyciągali wnioski, poprawiali i znów stawali do walki. Każdego dnia.

Wyobraź sobie taką sytuację. Ja nie muszę – wiem, że jest prawdziwa. Młody chłopak. Mieszka na wsi. Do najbliższego miasta akademickiego 70 km. Najpierw 10 km na piechotę, potem 60 km autobusem. Szkołę skończył z przeciętnymi wynikami. Marzy o tym, aby pewnego dnia zostać radcą prawnym lub adwokatem. Uczy się. Dostaje się na prawo. Wielu kolegów ma rodziców: sędziów, notariuszy, adwokatów, radców prawnych, prokuratorów, wykładowców akademickich, u niego w domu nikt nie skończył żadnej szkoły, ojciec od wielu lat pije. Jakie ma szanse? Wydaje się, że bliskie zeru. Ale stale pielęgnuje swoje marzenia. Nie dostaje się na aplikację raz, drugi. Otrzymuje propozycję wsparcia swoich starań w nieuczciwy sposób. Odrzuca ją. W końcu zmieniają przepisy. Dzieciom z nieprawniczych rodzin łatwiej zdać egzamin. Dostaje się na aplikację, ale nie ma członka rodziny, prowadzącego za rękę. Jest mu trudno. Powtarza jeden rok. Kończy. Przystępuje do egzaminu końcowego. Porażka. Za drugim razem jest lepiej. Spełnia swoje marzenie. Teraz stawia sobie cel ambitniejszy, chce być bardzo dobry w tym co robi. Konsekwentnie do niego dąży. Teraz przemyśl to jeszcze raz. Jakie były szanse na powodzenie?  Bliskie zeru. Ile osób w jego sytuacji dokonuje tego samego? Prawie nikt. Co zatem wyróżnia, tego mecenasa spośród innych? Determinacja. Dążenie do celu. Szukanie sposobu.

Mówię Ci. Da się zdobyć milion od zera. Nie trzeba go ukraść. Jeśli będziesz miał determinację i szczęście zajmie to kilka lat. Jeśli tylko determinację, wtedy pewnie 20 może 30. Nie szukaj wymówek. Nie myśl, że wszyscy tak robią, Nie bądź taki jak wszyscy.

Wymówki w oszczędzaniu są proste. Słyszałeś je wielokrotnie. Za mało zarabiam. Nie mam z czego oszczędzać. Oszczędzać mogą bogaci. Muszę kupić to, albo tamto. Człowiekowi z moją pozycją nie wypada jeździć używanym samochodem. Najnowszy smartfon jest po prostu najlepszy. Chcę pożyć naprawdę, a nie wegetować. Przecież zasługuję na wakacje all inclusive dwa razy do roku. W moim środowisku wszyscy biorą kredyty – ja też muszę. Nie da się kupić mieszkania bez kredytu.  To tylko kilka wymówek-nieprawd. Nie daj się im. Szukaj sposobu żeby oszczędzać. Znaleźć tańszy zamiennik. Kupić używany samochód „dla osób z Twoją pozycją”. Zastąpić najnowszego smartfona, wersją prawie o połowę tańszą (ubiegłoroczny flagowiec). Spełniać marzenia o podróżach tanim kosztem (np. zacznij od moich wpisów o tanich lotach). Staraj się zebrać gotówkę, aby nie korzystać z kredytu.  Rozumiesz ideę?

Podobnie będzie z zarabianiem. Klasyka to trzy pseudomądrości. W moim zawodzie nie da się  dorobić. Nie mam czasu na dodatkową pracę/działalność zarobkową? Nie ma dobrej pracy dla człowieka z moim wykształceniem. To zmień zawód. Lepiej zarządzaj czasem. Uzupełnij wykształcenie.

A inwestowanie? Nie mam wiedzy. Nie potrafię. Nigdy tego nie robiłem. Nie mam kapitału. Znane? Znane. To zacznij z małym kapitałem, wtedy nieuchronne porażki mniej bolą. Nie masz wiedzy, to dokształcaj się. Warren Buffet też nie urodził się inwestorem (chociaż umówmy się, raczej Ty i ja mu nie dorównamy). Idź krok po kroku. Wykorzystuj swoje szansy. Kilka z nich, może przenieść Cię do miliona w krótkim czasie.

Na koniec o wymówce braku czasu. Tutaj podam swój własny przykład. Od 7 do 16 pracuję zawodowo. Po godzinach prowadzę własną działalność (średnio dwie godziny dziennie + częste urlopy). Mam dużą rodzinę, co oznacza dowożenie, przywożenie, zebrania, zabawy, naukę itp. Dodatkowo jestem właścicielem starego domu na wsi z prawie półhektarową działką (ogród, sad, warzywnik), na którym spędzam weekendy. Gdzie tu miejsce na aktywność fizyczną i bloga? Proste. Od 4 do 6 rano. Da się? Da się. Właśnie tak.  Próbowałem pisać popołudniami. Nie zdało to egzaminu. Szukałem sposobu. Znalazłem.

 

Opiekunka do dziecka, czy matka w domu? Aspekt finansowy.

Morze atramentu wylano chwaląc zalety obu tych rozwiązań, ja jednak skupię się na jednej tylko stronie medalu  – wpływie na finanse rodziny. Opiekunka to ktoś, komu trzeba zapłacić (wyłączamy babcie).

Aby należycie ocenić opłacalność należy znać trzy zmienne:

  • wysokość potencjalnych zarobków matki,
  • koszty opiekunki,
  • dochody poza pensją matki.

Pierwsza zmienna może przybierać różne wartości. Od pensji minimalnej (lub ułamka tej pensji jeśli pracuje na część etatu lub ma umowę cywilnoprawną) do kwot pięcio-, a nawet sześciocyfrowych. Zatem im wyższa pensja matki, tym większy sens płatnej opieki.

Koszt opiekunki zależy zasadniczo od jej kwalifikacji, doświadczenia oraz rynku. Inny jest w Warszawie, a inny w niewielkiej miejscowości z dużym bezrobociem. Przyjmuję pewien przedział od 1000 zł (za 190 godzin w miesiącu w małej miejscowości) ) do 3000 – 4000 w tym samym czasie w Warszawie.

Dochody poza pensja matki mają często znaczenie rozstrzygające. Jeśli wynoszą one kilkanaście tysięcy złotych, to nawet strata średniej krajowej nie będzie tragedią i zaczną być oceniane czynniki pozafinansowe.  Z drugiej strony samotna matka, raczej nie ma wyboru, chyba że skorzysta z pomocy rodziny, pomocy społecznej lub dostaje wysokie alimenty.

Żeby ułatwić decyzję stworzyłem przykładowe modele.

Matka z pensją minimalną, ojciec zarabia niewiele powyżej. Dochód rodziny 2700 netto, 1 dziecko.

W takiej sytuacji sprawa wydaje się prosta.  Najtańsza opiekunka poprosi o 1000 zł, który nawet płacony „pod stołem” prawie zrówna się z pensją matki. Jeżeli dodamy możliwość otrzymania świadczeń państwowych wyłącznie przy pensji męża (dochód na osobę w rodzinie niespełna 500 zł) to do bilansu musimy doliczyć minimum 1000 zł (rodzinne + 500 na dziecko+ dodatek z tytułu opieki nad dzieckiem). I nagle opiekunka zaczyna być droższa, a państwo daje prawie tyle samo co pensja. To paradoks, że najbiedniejsi często spędzają czas z dziećmi. Tam po prostu „nie opłaca się” pracować.

Matka zarabia 2000 zł, ojciec średnią krajową. Dochód rodziny 4700 zł, 2 dzieci.

Tu już sytuacja wydaje się bardziej skomplikowana. Dochody męża nie pozwalają rodzinie „załapać się” na świadczenia rodzinne i dodatki, a tylko na świadczenie wychowawcze (500 na dziecko). Opiekunka weźmie nieco więcej – załóżmy, że ekwiwalent pensji minimalnej 1300 zł. I zaczynamy liczyć. Jeśli matka pójdzie do pracy, to stracą 1800 zł, a zyskają 2000 zł. Różnica jest tak niewielka, że proponowałbym matce zostać w domu.

Matka zarabia średnią krajową, ojciec 2 takie średnie. Dochód rodziny 8100 zł, 2 dzieci.

W takiej rodzinie opiekunka nawet wymagająca oddania połowy pensji matki, może się opłacić (finansowo). Brak bowiem jakiejkolwiek pomocy państwa, a zostaje zawsze druga połowa pensji. Znowu wybór zależy od emocji, chociaż finansowo jest jasny.

Jak widzicie, najbardziej opłaca się nie pracować matce zarabiającej grosze. Wszystkie świadczenia państwowe, jeśli nie pracuje, zrównują się prawie z jej poborami. Dodanie do bilansu opiekunki generuje czystą stratę. A milionerzy? Zazwyczaj zarabiają na tyle dobrze, że nawet strata na 2-3 lata pensji żony nie stanowi większego problemu. Są więc w identycznej sytuacji jak najbiedniejsi.

 

 

 

 

 

Ile tracisz, kończąc przypadkowe studia?

W ciągu ostatnich dwudziestu lat odsetek studentów  wzrósł gwałtownie. Kiedyś studiowało 3% potem 20% a obecnie około 50%  dwudziestolatków.

Jednocześnie niewielu z nich (a także ich rodziców) zastanawia się czy studia te (często płatne) mają jakikolwiek sens. Wybór na zasadzie  – skoro na medycynę i tak się nie dostanę, na biologię mnie nie przyjęli, to pójdę na filologię ukraińską  – to najgorsza decyzja z możliwych.

Nadprodukcja absolwentów na kierunkach humanistycznych (politologia, kulturoznawstwo itp.) spowodowana niewielkim kosztem prowadzenia zajęć (głównie pomieszczenia i prowadzący) ma jeden poważny skutek – bezrobocie przyszłych magistrów, lub ich praca poniżej kwalifikacji. To również niskie pensje, tych którym udało się znaleźć zatrudnienie.

Jaki jest koszt. Spróbowałem to policzyć.

Po pierwsze – niezarobione pieniądze. Załóżmy nawet, że kończąc liceum, przez 5 lat dostaje się pensję minimalną (co nie jest prawdą) – 1300 zł x 60 miesięcy – 78.000 zł. Jeżeli dziewczyna zamiast studiować, zostanie np. fryzjerką, a chłopak budowlańcem to może zarobić sporo więcej.

Po drugie – doświadczenie. W wieku dwudziestu kilku lat, pracujący zaraz po szkole ma już 5 lat stażu pracy i najważniejsze – umiejętności konkretnie wyceniane przez rynek. Absolwent ma dyplom w kieszeni i przed nim albo  dalsza nauka albo zdobywanie pozycji od zera. Doświadczenie = wyższa pensja. Doświadczony pracownik zarobi z pewnością 500-600 zł więcej, niż pensja minimalna. Przez kolejne 5 lat da to: 500 x 60 =30.000 zł

Po trzecie – koszty studiów. Rok studiów humanistycznych kosztuje 4000 zł. Przez 5 lat zapłacimy 20.000 zł. Dobry kurs zawodowy może być bezpłatny (środki UE) lub znacznie tańszy (3000-5000 zł).

Zatem różnica między wyborem konkretnego zawodu bez studiów i nieprzemyślanym kierunkiem na uczelni to nawet 128.000 zł. Wystarczy na małe mieszkanie na start (poza największymi miastami).

A wystarczy rozważyć model szwajcarski. Idę do pracy. Jeśli mnie interesuje, dokształcam się i wybieram na uniwersytet. Wtedy nie będą to pieniądze wyrzucone w błoto.

 

 

 

Czy warto inwestować we własną edukację? Trzy przykłady.

Kiedyś mówiono dzieciom „Ucz się ucz, bo nauka to do potęgi klucz”. Teraz z kolei ciągle słyszymy, że sprawny glazurnik (układający płytki, lub w niektórych regionach Polski, kafle) może zarobić kilka tysięcy miesięcznie, a absolwenci studiów nie mają pracy. Jak to więc jest z tą nauką? Podam trzy przykłady i postaram się wyciągnąć ogólny wniosek.

W firmie pracowała Pani zajmująca się myciem szkła. Wyjątkowo przykładała się do swoich obowiązków. Mimo, że była samotną matką (a może właśnie dlatego) poszła do Szefa i powiedziała: „Jeśli skończę studia (kierunkowe) to czy zostanę przeniesiona do lepiej płatnych zajęć”. Usłyszała  „tak”.  Zapisała się więc na studia, przyniosła indeks z dobrymi ocenami i dyplom, a Szef zmienił umowę o pracę. Dostała podwyżkę o 500 zł/miesięcznie.  Studia zwróciły się w 2 lata.

Przez wiele lat  byłem zatrudniony  jako szeregowy pracownik. W pewnym momencie znalazłem informację, że po 4 latach nauki i zdaniu egzaminu mogę uzyskać kwalifikacje specjalisty. Poszedłem do przełożonego, który powiedział mi: za 3 lata dwóch specjalistów idzie na emerytury, jeśli skończysz przyjmiemy Cię na miejsce jednego z nich. Podjąłem wyzwanie, mimo że byłem już dobrze po trzydziestce, a takie uprawnienia zdobywają zazwyczaj ludzie młodsi o 10 lat.  Nauka kosztowała mnie ok. 20 tys. Po 4 latach ja przyniosłem papiery, a Szef dotrzymał obietnicy. Uzyskałem podwyżkę, która w ciągu niespełna roku pokryła koszty edukacji.

Pan Marian pracujący w biurze, słyszał, że osoby z wyższym wykształceniem zarabiają więcej. Skończył więc administrację (5 lat, 20 tys.), po czym złożył dokument w kadrach i upomniał się o podwyżkę. Dostał … 50 zł miesięcznie. To kwota, która (nie licząc potencjalnych odsetek) zwróci się po 30 latach pracy. Jeśli odsetki jednak uwzględnimy… nigdy.

A ogólna rada jest taka. Jeśli masz realną możliwość, żeby zmienić pracę na lepszą, idź na dodatkowe kursy, zdobywaj wykształcenie. Jeśli nie, to zamiast marzyć o ciepłym biurze,  lepiej zrób kurs kierowcy kat. C, lub spawacza i zacznij naprawdę zarabiać. Ja postąpiłbym właśnie tak.

 

Czy warto rzucać pracę, żeby otrzymać 500 zł na dzieci – studium przypadku?

Jest sobie całkiem przeciętna rodzina. Mają dwoje dzieci. Kobieta pracuje 8 godzin dziennie, otrzymując niewiele więcej niż pensję minimalną (1400 zł). Mężczyzna zarabia znacznie lepiej 3100 zł netto. Kiedy usłyszeli o programie Rodzina 500+ zaczęli liczyć.

W chwili obecnej (są małżeństwem) otrzymają 500 zł, tylko na pierwsze dziecko, bo ich łączny dochód przekracza próg 800 zł dochodu netto na członka rodziny. Dochody męża uniemożliwiają otrzymanie jakichkolwiek świadczeń od państwa (świadczenia rodzinne, pomoc społeczna, dodatek mieszkaniowy).

A gdyby tak kobieta rzuciła pracę? Wtedy dochód wyniesie już tylko tyle, co pensja męża – 2780 zł.  Na osobę to niespełna 700 zł (dokładnie 695 zł). Nagle otrzymają 1000 zł na dwójkę dzieci. Powinni dostać też dodatek mieszkaniowy, czyli 128 zł.  Próg do świadczeń rodzinnych zostanie przekroczony. Razem zyskają 628 zł tracąc 1400 zł dochodu. Nadal mało ciekawie.

A gdyby zdecydowali się na separację? Wtedy sytuacja radykalnie się zmienia. Kobieta nagle staje się bardzo biedna. Ponieważ nie pracuje i utrzymuje się wyłącznie z alimentów (800 zł na dwoje dzieci)  dostaje:

  • 1000 zł na dwoje dzieci (świadczenie wychowawcze czyli 500 zł na dzieci),
  • 400 zł dodatek mieszkaniowy,
  • 236 zł świadczenia rodzinne,
  • 100-200 zł pomoc społeczna (sądzę, że są to kwoty minimum) a nawet 450 zł.

Razem separowana rodzina zyska (w stosunku do dwóch osób pracujących, żyjących w małżeństwie) nawet 1536 zł czyli więcej niż pensja kobiety, której w takim wypadku opłaca się zostać w domu. Chyba nie do końca o to chodziło ustawodawcom.

 

 

21 książek, które  na pewno  przeczytam w 2016 r.

Jako zwolennik teorii – powiedz mi co czytasz, a powiem Ci kim jesteś, starannie wybrałem swoje książki na 2016 r. Oto niektóre z nich.

Literatura obca

  • Wiliam Shakespeare – Otello, Romeo i Julia, Kupiec Wenecki, Tytus Anronicus, Ryszard II, Henryk IV, Sen Nocy Letniej,
  • Mario Vargas Llosa – Dyskretny bohater,
  • Doris Lessing –  Trawa śpiewa,

Literatura polska

  • Henryk Sienkiewicz – Krzyżacy,
  • Ignacy Chodźko – Domek mojego dziadka,
  • Szczepan Twardoch – Epifania wikarego Trzaski,

Książki o finansach

  • Andrew Carnegie – Jak zostać bogatym,
  • Benjamin Graham – Inteligentny inwestor,
  • David Chilton – The wealthy barber,
  • Philip Fisher – Common stocks and uncommon profits,
  • James Hughes – Family wealth,

Ostrzenie piły

  • Jostein Gaarder – Świat Zofii,
  • Adam Smith – Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów,
  • Leo Babauta – Skup się. Prosta droga do sukcesu,
  • Guy Kawasaki – Sztuka rozpoczynania.