Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Praca – Strona 13 – Oszczędny Milioner

Kaizen milionera. Część III.

Dzisiaj kolejne dwie zasady kaizen, przystosowane do warunków oszczędnego milionera.

Odrzucaj ustalony stan rzeczy.

Nie musisz godzić się na to co jest. Na przeciętność, bylejakość, słabość. Powiem więcej – absolutnie nie powinieneś. To, że wszyscy w pracy biorą kredyt na wakacje spłacany potem cały rok to norma, ale Ty możesz być inny. Bądź inny. Wielu lekceważy swoje obowiązki, niech Ciebie to nie dotyczy. Jeśli czerpiesz wzorce to od lepszych, nigdy od gorszych. Rób tak w każdym obszarze, a odniesiesz sukces. Odnoś tę zasadę do życia rodzinnego, pracy, i oczywiście do budowania zamożności. Jak to wygląda w praktyce?

Nikt z nas nie rodzi się oszczędnym. Prawie nikt z nas w pierwszej pracy (pierwszym roku działalności gospodarczej)  nie zarabia kokosów. Nikt nie jest inwestorem od kołyski (chociaż oczywiście niektórzy mają większe predyspozycje). Wykształcenie w sobie tych cech to efekt pracy, ciężkiej pracy, krok po kroku. Tu bardzo rzadko są drogi na skróty.  Zacznij od tego, że przestajesz być zadowolony ze swojej sytuacji w każdym z trzech obszarów trójkąta zamożności (chyba, że masz akurat powody do dumy). W konsekwencji podejmujesz decyzję – trzeba coś zmieniać. Tego czegoś musisz się dowiedzieć. Zaczynasz zbierać wiedzę. Wprowadzasz drobne usprawnienia. W efekcie po kilku, kilkunastu, kilkudziesięciu latach docierasz do celu. Jesteś milionerem.

Wymówki, że czegoś się nie da zrobić, są zbędne.

Jak najłatwiej zniszczyć szansę na realizację dobrego pomysłu? Powiedzieć sobie – tego nie da się zrobić, a następnie szukając wymówek, dlaczego tak jest. Takie samousprawiedliwianie do niczego nie prowadzi, nic nie zmienia na lepsze w Twojej sytuacji. Stojąc w miejscu, cofasz się. Jedna z najpopularniejszych zasad motywacyjnych brzmi: Kto chce szuka sposobu, kto nie chce szuka powodu. Bądź tym, który szuka sposobu. Zawsze jest jakiś sposób. Znam wiele takich przypadków wśród zwykłych ludzi. Nie wszyscy są milionerami, nie wszyscy nawet chcą nimi być, ale wszyscy osiągnęli niesamowity postęp w stosunku do swojej sytuacji sprzed 10-20 lat. Jak to się stało? Szukali sposobu, zamiast wymówek. Kombinowali. Próbowali. Podchodzili raz z lewej, raz z prawej. Mylili się, popełniali błędy, to przecież część ich nauki. Wyciągali wnioski, poprawiali i znów stawali do walki. Każdego dnia.

Wyobraź sobie taką sytuację. Ja nie muszę – wiem, że jest prawdziwa. Młody chłopak. Mieszka na wsi. Do najbliższego miasta akademickiego 70 km. Najpierw 10 km na piechotę, potem 60 km autobusem. Szkołę skończył z przeciętnymi wynikami. Marzy o tym, aby pewnego dnia zostać radcą prawnym lub adwokatem. Uczy się. Dostaje się na prawo. Wielu kolegów ma rodziców: sędziów, notariuszy, adwokatów, radców prawnych, prokuratorów, wykładowców akademickich, u niego w domu nikt nie skończył żadnej szkoły, ojciec od wielu lat pije. Jakie ma szanse? Wydaje się, że bliskie zeru. Ale stale pielęgnuje swoje marzenia. Nie dostaje się na aplikację raz, drugi. Otrzymuje propozycję wsparcia swoich starań w nieuczciwy sposób. Odrzuca ją. W końcu zmieniają przepisy. Dzieciom z nieprawniczych rodzin łatwiej zdać egzamin. Dostaje się na aplikację, ale nie ma członka rodziny, prowadzącego za rękę. Jest mu trudno. Powtarza jeden rok. Kończy. Przystępuje do egzaminu końcowego. Porażka. Za drugim razem jest lepiej. Spełnia swoje marzenie. Teraz stawia sobie cel ambitniejszy, chce być bardzo dobry w tym co robi. Konsekwentnie do niego dąży. Teraz przemyśl to jeszcze raz. Jakie były szanse na powodzenie?  Bliskie zeru. Ile osób w jego sytuacji dokonuje tego samego? Prawie nikt. Co zatem wyróżnia, tego mecenasa spośród innych? Determinacja. Dążenie do celu. Szukanie sposobu.

Mówię Ci. Da się zdobyć milion od zera. Nie trzeba go ukraść. Jeśli będziesz miał determinację i szczęście zajmie to kilka lat. Jeśli tylko determinację, wtedy pewnie 20 może 30. Nie szukaj wymówek. Nie myśl, że wszyscy tak robią, Nie bądź taki jak wszyscy.

Wymówki w oszczędzaniu są proste. Słyszałeś je wielokrotnie. Za mało zarabiam. Nie mam z czego oszczędzać. Oszczędzać mogą bogaci. Muszę kupić to, albo tamto. Człowiekowi z moją pozycją nie wypada jeździć używanym samochodem. Najnowszy smartfon jest po prostu najlepszy. Chcę pożyć naprawdę, a nie wegetować. Przecież zasługuję na wakacje all inclusive dwa razy do roku. W moim środowisku wszyscy biorą kredyty – ja też muszę. Nie da się kupić mieszkania bez kredytu.  To tylko kilka wymówek-nieprawd. Nie daj się im. Szukaj sposobu żeby oszczędzać. Znaleźć tańszy zamiennik. Kupić używany samochód „dla osób z Twoją pozycją”. Zastąpić najnowszego smartfona, wersją prawie o połowę tańszą (ubiegłoroczny flagowiec). Spełniać marzenia o podróżach tanim kosztem (np. zacznij od moich wpisów o tanich lotach). Staraj się zebrać gotówkę, aby nie korzystać z kredytu.  Rozumiesz ideę?

Podobnie będzie z zarabianiem. Klasyka to trzy pseudomądrości. W moim zawodzie nie da się  dorobić. Nie mam czasu na dodatkową pracę/działalność zarobkową? Nie ma dobrej pracy dla człowieka z moim wykształceniem. To zmień zawód. Lepiej zarządzaj czasem. Uzupełnij wykształcenie.

A inwestowanie? Nie mam wiedzy. Nie potrafię. Nigdy tego nie robiłem. Nie mam kapitału. Znane? Znane. To zacznij z małym kapitałem, wtedy nieuchronne porażki mniej bolą. Nie masz wiedzy, to dokształcaj się. Warren Buffet też nie urodził się inwestorem (chociaż umówmy się, raczej Ty i ja mu nie dorównamy). Idź krok po kroku. Wykorzystuj swoje szansy. Kilka z nich, może przenieść Cię do miliona w krótkim czasie.

Na koniec o wymówce braku czasu. Tutaj podam swój własny przykład. Od 7 do 16 pracuję zawodowo. Po godzinach prowadzę własną działalność (średnio dwie godziny dziennie + częste urlopy). Mam dużą rodzinę, co oznacza dowożenie, przywożenie, zebrania, zabawy, naukę itp. Dodatkowo jestem właścicielem starego domu na wsi z prawie półhektarową działką (ogród, sad, warzywnik), na którym spędzam weekendy. Gdzie tu miejsce na aktywność fizyczną i bloga? Proste. Od 4 do 6 rano. Da się? Da się. Właśnie tak.  Próbowałem pisać popołudniami. Nie zdało to egzaminu. Szukałem sposobu. Znalazłem.

 

Opiekunka do dziecka, czy matka w domu? Aspekt finansowy.

Morze atramentu wylano chwaląc zalety obu tych rozwiązań, ja jednak skupię się na jednej tylko stronie medalu  – wpływie na finanse rodziny. Opiekunka to ktoś, komu trzeba zapłacić (wyłączamy babcie).

Aby należycie ocenić opłacalność należy znać trzy zmienne:

  • wysokość potencjalnych zarobków matki,
  • koszty opiekunki,
  • dochody poza pensją matki.

Pierwsza zmienna może przybierać różne wartości. Od pensji minimalnej (lub ułamka tej pensji jeśli pracuje na część etatu lub ma umowę cywilnoprawną) do kwot pięcio-, a nawet sześciocyfrowych. Zatem im wyższa pensja matki, tym większy sens płatnej opieki.

Koszt opiekunki zależy zasadniczo od jej kwalifikacji, doświadczenia oraz rynku. Inny jest w Warszawie, a inny w niewielkiej miejscowości z dużym bezrobociem. Przyjmuję pewien przedział od 1000 zł (za 190 godzin w miesiącu w małej miejscowości) ) do 3000 – 4000 w tym samym czasie w Warszawie.

Dochody poza pensja matki mają często znaczenie rozstrzygające. Jeśli wynoszą one kilkanaście tysięcy złotych, to nawet strata średniej krajowej nie będzie tragedią i zaczną być oceniane czynniki pozafinansowe.  Z drugiej strony samotna matka, raczej nie ma wyboru, chyba że skorzysta z pomocy rodziny, pomocy społecznej lub dostaje wysokie alimenty.

Żeby ułatwić decyzję stworzyłem przykładowe modele.

Matka z pensją minimalną, ojciec zarabia niewiele powyżej. Dochód rodziny 2700 netto, 1 dziecko.

W takiej sytuacji sprawa wydaje się prosta.  Najtańsza opiekunka poprosi o 1000 zł, który nawet płacony „pod stołem” prawie zrówna się z pensją matki. Jeżeli dodamy możliwość otrzymania świadczeń państwowych wyłącznie przy pensji męża (dochód na osobę w rodzinie niespełna 500 zł) to do bilansu musimy doliczyć minimum 1000 zł (rodzinne + 500 na dziecko+ dodatek z tytułu opieki nad dzieckiem). I nagle opiekunka zaczyna być droższa, a państwo daje prawie tyle samo co pensja. To paradoks, że najbiedniejsi często spędzają czas z dziećmi. Tam po prostu „nie opłaca się” pracować.

Matka zarabia 2000 zł, ojciec średnią krajową. Dochód rodziny 4700 zł, 2 dzieci.

Tu już sytuacja wydaje się bardziej skomplikowana. Dochody męża nie pozwalają rodzinie „załapać się” na świadczenia rodzinne i dodatki, a tylko na świadczenie wychowawcze (500 na dziecko). Opiekunka weźmie nieco więcej – załóżmy, że ekwiwalent pensji minimalnej 1300 zł. I zaczynamy liczyć. Jeśli matka pójdzie do pracy, to stracą 1800 zł, a zyskają 2000 zł. Różnica jest tak niewielka, że proponowałbym matce zostać w domu.

Matka zarabia średnią krajową, ojciec 2 takie średnie. Dochód rodziny 8100 zł, 2 dzieci.

W takiej rodzinie opiekunka nawet wymagająca oddania połowy pensji matki, może się opłacić (finansowo). Brak bowiem jakiejkolwiek pomocy państwa, a zostaje zawsze druga połowa pensji. Znowu wybór zależy od emocji, chociaż finansowo jest jasny.

Jak widzicie, najbardziej opłaca się nie pracować matce zarabiającej grosze. Wszystkie świadczenia państwowe, jeśli nie pracuje, zrównują się prawie z jej poborami. Dodanie do bilansu opiekunki generuje czystą stratę. A milionerzy? Zazwyczaj zarabiają na tyle dobrze, że nawet strata na 2-3 lata pensji żony nie stanowi większego problemu. Są więc w identycznej sytuacji jak najbiedniejsi.

 

 

 

 

 

Ile tracisz, kończąc przypadkowe studia?

W ciągu ostatnich dwudziestu lat odsetek studentów  wzrósł gwałtownie. Kiedyś studiowało 3% potem 20% a obecnie około 50%  dwudziestolatków.

Jednocześnie niewielu z nich (a także ich rodziców) zastanawia się czy studia te (często płatne) mają jakikolwiek sens. Wybór na zasadzie  – skoro na medycynę i tak się nie dostanę, na biologię mnie nie przyjęli, to pójdę na filologię ukraińską  – to najgorsza decyzja z możliwych.

Nadprodukcja absolwentów na kierunkach humanistycznych (politologia, kulturoznawstwo itp.) spowodowana niewielkim kosztem prowadzenia zajęć (głównie pomieszczenia i prowadzący) ma jeden poważny skutek – bezrobocie przyszłych magistrów, lub ich praca poniżej kwalifikacji. To również niskie pensje, tych którym udało się znaleźć zatrudnienie.

Jaki jest koszt. Spróbowałem to policzyć.

Po pierwsze – niezarobione pieniądze. Załóżmy nawet, że kończąc liceum, przez 5 lat dostaje się pensję minimalną (co nie jest prawdą) – 1300 zł x 60 miesięcy – 78.000 zł. Jeżeli dziewczyna zamiast studiować, zostanie np. fryzjerką, a chłopak budowlańcem to może zarobić sporo więcej.

Po drugie – doświadczenie. W wieku dwudziestu kilku lat, pracujący zaraz po szkole ma już 5 lat stażu pracy i najważniejsze – umiejętności konkretnie wyceniane przez rynek. Absolwent ma dyplom w kieszeni i przed nim albo  dalsza nauka albo zdobywanie pozycji od zera. Doświadczenie = wyższa pensja. Doświadczony pracownik zarobi z pewnością 500-600 zł więcej, niż pensja minimalna. Przez kolejne 5 lat da to: 500 x 60 =30.000 zł

Po trzecie – koszty studiów. Rok studiów humanistycznych kosztuje 4000 zł. Przez 5 lat zapłacimy 20.000 zł. Dobry kurs zawodowy może być bezpłatny (środki UE) lub znacznie tańszy (3000-5000 zł).

Zatem różnica między wyborem konkretnego zawodu bez studiów i nieprzemyślanym kierunkiem na uczelni to nawet 128.000 zł. Wystarczy na małe mieszkanie na start (poza największymi miastami).

A wystarczy rozważyć model szwajcarski. Idę do pracy. Jeśli mnie interesuje, dokształcam się i wybieram na uniwersytet. Wtedy nie będą to pieniądze wyrzucone w błoto.

 

 

 

Czy warto inwestować we własną edukację? Trzy przykłady.

Kiedyś mówiono dzieciom „Ucz się ucz, bo nauka to do potęgi klucz”. Teraz z kolei ciągle słyszymy, że sprawny glazurnik (układający płytki, lub w niektórych regionach Polski, kafle) może zarobić kilka tysięcy miesięcznie, a absolwenci studiów nie mają pracy. Jak to więc jest z tą nauką? Podam trzy przykłady i postaram się wyciągnąć ogólny wniosek.

W firmie pracowała Pani zajmująca się myciem szkła. Wyjątkowo przykładała się do swoich obowiązków. Mimo, że była samotną matką (a może właśnie dlatego) poszła do Szefa i powiedziała: „Jeśli skończę studia (kierunkowe) to czy zostanę przeniesiona do lepiej płatnych zajęć”. Usłyszała  „tak”.  Zapisała się więc na studia, przyniosła indeks z dobrymi ocenami i dyplom, a Szef zmienił umowę o pracę. Dostała podwyżkę o 500 zł/miesięcznie.  Studia zwróciły się w 2 lata.

Przez wiele lat  byłem zatrudniony  jako szeregowy pracownik. W pewnym momencie znalazłem informację, że po 4 latach nauki i zdaniu egzaminu mogę uzyskać kwalifikacje specjalisty. Poszedłem do przełożonego, który powiedział mi: za 3 lata dwóch specjalistów idzie na emerytury, jeśli skończysz przyjmiemy Cię na miejsce jednego z nich. Podjąłem wyzwanie, mimo że byłem już dobrze po trzydziestce, a takie uprawnienia zdobywają zazwyczaj ludzie młodsi o 10 lat.  Nauka kosztowała mnie ok. 20 tys. Po 4 latach ja przyniosłem papiery, a Szef dotrzymał obietnicy. Uzyskałem podwyżkę, która w ciągu niespełna roku pokryła koszty edukacji.

Pan Marian pracujący w biurze, słyszał, że osoby z wyższym wykształceniem zarabiają więcej. Skończył więc administrację (5 lat, 20 tys.), po czym złożył dokument w kadrach i upomniał się o podwyżkę. Dostał … 50 zł miesięcznie. To kwota, która (nie licząc potencjalnych odsetek) zwróci się po 30 latach pracy. Jeśli odsetki jednak uwzględnimy… nigdy.

A ogólna rada jest taka. Jeśli masz realną możliwość, żeby zmienić pracę na lepszą, idź na dodatkowe kursy, zdobywaj wykształcenie. Jeśli nie, to zamiast marzyć o ciepłym biurze,  lepiej zrób kurs kierowcy kat. C, lub spawacza i zacznij naprawdę zarabiać. Ja postąpiłbym właśnie tak.

 

Czy warto rzucać pracę, żeby otrzymać 500 zł na dzieci – studium przypadku?

Jest sobie całkiem przeciętna rodzina. Mają dwoje dzieci. Kobieta pracuje 8 godzin dziennie, otrzymując niewiele więcej niż pensję minimalną (1400 zł). Mężczyzna zarabia znacznie lepiej 3100 zł netto. Kiedy usłyszeli o programie Rodzina 500+ zaczęli liczyć.

W chwili obecnej (są małżeństwem) otrzymają 500 zł, tylko na pierwsze dziecko, bo ich łączny dochód przekracza próg 800 zł dochodu netto na członka rodziny. Dochody męża uniemożliwiają otrzymanie jakichkolwiek świadczeń od państwa (świadczenia rodzinne, pomoc społeczna, dodatek mieszkaniowy).

A gdyby tak kobieta rzuciła pracę? Wtedy dochód wyniesie już tylko tyle, co pensja męża – 2780 zł.  Na osobę to niespełna 700 zł (dokładnie 695 zł). Nagle otrzymają 1000 zł na dwójkę dzieci. Powinni dostać też dodatek mieszkaniowy, czyli 128 zł.  Próg do świadczeń rodzinnych zostanie przekroczony. Razem zyskają 628 zł tracąc 1400 zł dochodu. Nadal mało ciekawie.

A gdyby zdecydowali się na separację? Wtedy sytuacja radykalnie się zmienia. Kobieta nagle staje się bardzo biedna. Ponieważ nie pracuje i utrzymuje się wyłącznie z alimentów (800 zł na dwoje dzieci)  dostaje:

  • 1000 zł na dwoje dzieci (świadczenie wychowawcze czyli 500 zł na dzieci),
  • 400 zł dodatek mieszkaniowy,
  • 236 zł świadczenia rodzinne,
  • 100-200 zł pomoc społeczna (sądzę, że są to kwoty minimum) a nawet 450 zł.

Razem separowana rodzina zyska (w stosunku do dwóch osób pracujących, żyjących w małżeństwie) nawet 1536 zł czyli więcej niż pensja kobiety, której w takim wypadku opłaca się zostać w domu. Chyba nie do końca o to chodziło ustawodawcom.

 

 

21 książek, które  na pewno  przeczytam w 2016 r.

Jako zwolennik teorii – powiedz mi co czytasz, a powiem Ci kim jesteś, starannie wybrałem swoje książki na 2016 r. Oto niektóre z nich.

Literatura obca

  • Wiliam Shakespeare – Otello, Romeo i Julia, Kupiec Wenecki, Tytus Anronicus, Ryszard II, Henryk IV, Sen Nocy Letniej,
  • Mario Vargas Llosa – Dyskretny bohater,
  • Doris Lessing –  Trawa śpiewa,

Literatura polska

  • Henryk Sienkiewicz – Krzyżacy,
  • Ignacy Chodźko – Domek mojego dziadka,
  • Szczepan Twardoch – Epifania wikarego Trzaski,

Książki o finansach

  • Andrew Carnegie – Jak zostać bogatym,
  • Benjamin Graham – Inteligentny inwestor,
  • David Chilton – The wealthy barber,
  • Philip Fisher – Common stocks and uncommon profits,
  • James Hughes – Family wealth,

Ostrzenie piły

  • Jostein Gaarder – Świat Zofii,
  • Adam Smith – Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów,
  • Leo Babauta – Skup się. Prosta droga do sukcesu,
  • Guy Kawasaki – Sztuka rozpoczynania.

Czy Twoja praca może wyjechać do Indii?

Dzisiaj, kiedy tak dużo mówi się o globalizacji, wielu zapomina, że ma ona nie tylko pozytywy, ale też i ciemne strony. Jedną z nich jest przenoszenie miejsc pracy do takiego kraju, który pozwala zapłacić mniej. Kiedyś patrzono na Polskę, teraz mówi się raczej o Chinach, Indiach i innych krajach południowej Azji.

Oczywiście nie każdy zawód jest zagrożony. Niektórych czynności po prostu nie da się przenieść za granicę. Ma to ogromne zalety i stanowi, moim zdaniem, jeden z czynników wyboru zawodu przyszłości. Wykonujący go będą czuli mniejszą presję, aby pracować więcej i taniej. Przypatrzmy się popularnym profesjom pod tym kątem. Oczywiście zawsze można zaimportować pracowników, względnie znających język polski, i zastąpić nimi już pracujących, ale to dotyczy wszystkich.

Pracownik budowlany (od operatora pomocnika do inżyniera). 

Budynki wznosi się „tu i teraz”. Nie można (przynajmniej na razie) przetransportować ich samolotem z Chin. Budowa autostrady przez Chińczyków zakończyła się niepowodzeniem. Mamy zawód odporny na globalizację.

Ochrona zdrowia.

Wprawdzie można sobie wyobrazić wyjazd leczniczy na drugi koniec świata, ale większość chce się leczyć blisko domu. Dlatego, lekarze i pielęgniarki raczej nie są zagrożeni.

Usługi turystyczne.

W tej branży nie jest tak różowo. Liczy się dobra pogoda, odległość nie jest problemem. Ta branża jest pod dużą presją, zmniejszoną nieco zagrożeniami terrorystycznymi w wielu miejscach świata.

Prawnicy i księgowi.

Tego da się nauczyć człowieka z zagranicy. Już się to robi. Z drugiej strony małe firmy i klienci prywatni będą woleli (ze względu na koszty i potrzebę osobistego kontaktu) zasięgnąć porady na miejscu. Wyrok – na razie nie jest źle, ale może być gorzej.

Handel.

Od wielu lat jest globalny. Tendencje stale się nasilają. Istnieje handel przez internet. Jednak ciągle bułki, pieczywo i drobne zakupy robimy „za rogiem”. Dlatego praca dla sprzedawcy (pomijając inne problemy: dużą konkurencję, niską barierę wejścia, łatwą zastępowalność) ciągle będzie istniała.

Produkcja.

Firmy produkcyjne ciągle są pod presją. Trudno im konkurować z zalewem produkcji azjatyckiej. Nie wszystko opłaca się ściągnąć z daleka (np. rzeczy ciężkie a niezbyt drogie jak materiały budowlane), ale konkurencja nie śpi.

Rolnictwo.

Produkty rolne łatwo jest dzisiaj sprowadzić. Z drugiej strony ktoś musi pracować na naszej ziemi. Z powodu wyjazdu do miast, oraz przechodzeniu na uprawy z większym zapotrzebowaniem na pielęgnację (owoce, warzywa zamiast zbóż) w wielu gospodarstwach brakuje rąk do pracy.

Analiza najpopularniejszych zawodów wskazuje, że w najlepszej sytuacji są zatrudnieni w sektorach usługowych, gdzie niezbędny jest bezpośredni kontakt z klientem (poza ochroną zdrowia, prawnikami, także fryzjerzy, kosmetyczki),  a w najgorszej pracujący przy produkcji. Ich praca (np. w branży tekstylnej) już jest w Azji.

Ile naprawdę zarabiasz?

W amerykańskim stylu życia mieści się zachowanie polegające na pytaniu osób poznanych na przyjęciach o ich zawód a nawet zarobki. Wysokie dochody, zgodnie z protestancką etyką pracy, są czymś, czego nie warto się wstydzić. W Polsce ciągle jest inaczej. Informowanie o stanie konta uchodzi za przejaw szpanerstwa nowobogackich.
Dlatego nie zachęcam do wysyłania mi szczegółowych danych o swoich dochodach pocztą elektroniczną lub zostawiania ich w komentarzach. Po prostu, warto zrobić to wyliczenie dla siebie. Zapewniam, że wynikami będziesz zdziwiony.
Brutto czy netto?
Dawno temu krążył żart, że podawanie wysokości pensji brutto jest jak mierzenie długości męskiego członka z kręgosłupem, którego żadna z partnerek nie ma okazji zobaczyć (chyba, że na zdjęciu rentgenowskim). Tak samo Ty, kwotę brutto (tj. ze wszystkimi podatkami i składkami na ubezpieczenie społeczne) możesz zobaczyć na angażu (umowie o pracę). Potem oglądasz już tylko kwotę netto (rzeczywiście wypłacaną), która jest mniej więcej o 1/3 niższa. Nie bądźmy zatem samochwałami i skupmy się na realnej pensji. Głosuję na kwotę netto.
Ile zarabiasz netto?
Ile zatem zarabiasz netto, czy bliżej Ci do płacy minimalnej (1285 zł), średniej płacy (ok. 2700 zł), czy może Twoje pobory są znacznie lepsze? Pamiętaj o doliczeniu uśrednionych dla 12 miesięcy nagród, premii, dopłat, deputatów, trzynastek itp. Załóżmy, że zarabiasz przeciętną pensję i dodatkowo otrzymujesz rocznie równowartość nieco większą niż wysokość jednej pensji. Twoja pensja netto wyniesie zatem 3.166 zł. Nie zrób tylko błędu, którym celowo posługują się związki zawodowe walczące o podwyżkę – liczenie tylko pensji zasadniczej, bez obecnych w niektórych firmach dodatku stażowego i innych stałych bonusów. Policz wszystko, co wpływa na Twoje konto i dolicz do tego spłaty pożyczek pracowniczych i innych należności, które potrąca Twój pracodawca.

A jaka jest podstawowa stawka godzinowa?
Wiesz już ile zarabiasz miesięcznie. Teraz bierzemy się za to ile oficjalnie czasu poświęcasz na pracę. Potem wyliczymy ile zarabiasz w każdej godzinie. Przeciętny miesiąc pracy to 170 godzin. Odliczmy od niego urlopy, dni wolne itp., a otrzymamy ok. 150 godzin (17 godzin to urlop wypoczynkowy, 3 godziny to święta i inne wolne dni).
Weźmy przykładowe 3.166 zł poborów i podzielmy je przez przeciętny miesiąc pracy wynoszący 150 godzin. Podstawowa stawka godzinowa to ca 21 zł.
Gdybyś był nauczycielem to przy 3.166 zł pensji, wyniesie ona 53 zł. Podstawowy czas pracy nauczyciela to 85 godzin miesięcznie, dodatkowo zamiast 26 dni urlopu ma on wolne aż 80 dni, chociaż nie może z nich skorzystać w dowolnie wybranym terminie. W efekcie nominalnie pracuje miesięcznie 59 godzin zamiast 150.
Skomplikowane ?
Tak się wydaje, a jest jeszcze
Rzeczywista stawka godzinowa
Wymaga ona obliczenia ile czasu faktycznie poświęcasz na pracę. Niełatwo to policzyć, bo w grę wchodzą różne aspekty. Załóżmy, że na dojście do i powrót z pracy poświęcasz codziennie półtorej godziny (to optymistyczne założenie). Prawdopodobnie musisz się jeszcze ogolić lub umalować (ubierasz się przecież niezależnie od wyjścia do pracy), przygotować drugie śniadanie (lub przewidzieć przerwę na lunch). W sumie tracisz w ten sposób około 0,5 godziny dziennie. Być może Twój szef zorganizował Ci bezpłatne nadgodziny (codziennie zostajesz w pracy ok. 1 h), zabierasz pracę do domu? Nauczyciele muszą przygotować się do lekcji, sprawdzić klasówki, wypełnić papiery. Optymistycznie dodaj na jeden dzień pracy około 3h czynności dodatkowych (1,5 h droga, 0,5 h przygotowania, 1h niepłatna praca). Jak zatem teraz wygląda Twój zarobek?
Większość pracowników policzy go tak: 3166 zł podzieli przez 210 godzin (150 + 60) i otrzyma wynik – 15 zł/h.
Czy wiedziałeś, że tyle zarabiasz? Czy zdawałeś sobie sprawę, że na pracę poświęcasz przeciętnie ok. 10 godzin dziennie? Jeżeli odliczyć z doby 6 godzin na sen, to ponad połowa Twojego dnia.