Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
kiepski interes – Strona 6 – Oszczędny Milioner

Genialny biznesmen Mentzen – jak życie zweryfikowało szumne zapowiedzi.

Dzisiaj, zgodnie z obietnicą z komentarza, zapowiedziana analiza debiutu giełdowego Kancelarii Mentzen.

Z punktu widzenia twórcy firmy – pomysł doskonały i wielokrotnie powtórzony – sprzedać część akcji w ofercie publicznej i zachować kontrolę nad spółką. Na tej zasadzie działa wiele startupów i tak zaczynało sporo znanych firm. Właściciel ma pieniądze na dalsze inwestycje oraz dywersyfikuje ryzyka.

Diabeł jednak tkwi w szczegółach. A konkretnie w uczciwości układu: sprzedający – inwestor. Pomimo licznych regulacji prawnych, niektórzy, w tym sam Sławomir Mentzen, do propozycji win-win nie dorośli. Z daleko idącymi skutkami.

Historia giełdy pełna jest przykładów ludzi powtarzających ” barany idą na rzeź, a wilki się bogacą”. I jakoś tak się składa, że zawsze znajdzie się wilk jak i barany. Szkoda, że tracą na tym wszyscy. Widziałem upadki Krauzego, Czarneckiego i wielu, wielu innych. Zawsze zaczynało się od zbyt optymistycznych założeń potem szła fala mody, nieuczciwość i właśnie… upadek guru. Mentzen wszedł już na drugi etap.

Zbyt optymistyczne założenia. Czytam memorandum informacyjne Kancelarii. Zgodnie z przepisami powinno ono zawierać analizę ryzyka. Zmieszczono ją na kilku stronach, pełnych okrągłych zdań. Np. odnośnie ryzyka nieosiągnięcia wyników historycznych spółki opisano je tak: „Należy zwrócić uwagę, że w Memorandum przytaczane są wyniki historyczne spółki Kancelaria Mentzen sp. z o.o., będącej spółką zależną Emitenta. Historyczne wyniki nie gwarantują osiągnięcia podobnych wyników w przyszłości. Nie można zagwarantować, że Grupa Emitenta utrzyma w kolejnych latach dynamikę wzrostu przychodu oraz rentowność działalności. Dlatego też inwestorzy analizując wyniki finansowe Grupy Emitenta, powinni wziąć pod uwagę ryzyko pogorszenia dynamiki przychodów, ryzyko zmniejszenia przychodów czy też ryzyko pogorszenia lub utraty rentowności prowadzonej działalności.” Już taki postawienie sprawy, w skrócie „mogę zarobić mniej” odstręcza od spółki inwestorów szukających wartości. Baranom nie przeszkadza. Dlaczego? Ponieważ barany nie czytają memorandów, a jeśli nawet to zrobią, nic nie rozumieją.

A co tam znajdziemy? Opis całego modelu biznesowego. Oczywiście, jak łatwo się domyśleć opiera się on na założeniach popularności modelu subskrypcji (abonamenty księgowe, prawne, podatkowe, marketingowe) oraz samego założyciela spółki. Są tabelki, optymistyczne analizy oraz takie passusy: „Dodatkowym czynnikiem zwiększającym rozpoznawalność Grupy jest osoba Prezesa Zarządu – Pana
Sławomira Mentzena będącego osobą publiczną, która aktywnie wykorzystuje media społecznościowe
do komunikacji oraz posiada znaczące zasięgi i wielu obserwujących. Zdaniem Emitenta jest on obecnie
najpopularniejszym i najbardziej znanym doradcą podatkowym w Polsce. Według wiedzy Emitenta
żaden inny doradca podatkowy nie generuje zbliżonych zasięgów w Internecie. ” Na str. 93 mamy piękne wykresy słupkowe obrazujące wzrost przychodów w kolejnych latach. Baran widzi rok 2024 jako kolejny wyższy słupek, w czym pomaga mu wskazanie, że w latach 2019-2023 nastąpił wzrost w każdej dziedzinie o ponad 100%, a średnio o 111%. Czyli niby nie obiecujemy (ryzyko wyniku historycznego), ale popatrzcie.

Nieuczciwa przewaga. Sprzedaży podlegały akcje o nominalnej wartości 0,1 zł za cenę …. 36 zł. Pokazuje to skalę przebitki oferującego. Ale nie to jest najważniejsze. Oczy otwiera dopiero strona 82 Memorandum – Sławomir Mentzen gwarantował sobie ponad połowę głosów, posiadając 25% akcji spółki zależnej generującej większość przychodów. Sprzedaży podlegała spółka-matka dysponująca 74,99% kapitału spółki-córki, ale tylko 49,99 głosów. I to jest właśnie nieuczciwa przewaga.

Toksyczne powiązania. Na str. 84 Memorandum znajduje się punkt „Inne powiązania”. I tam znajdziemy cuda. Otóż np. Sławomir Mentzen kupił od spółki nieruchomość wg… wartości bilansowej tj. „cenie wcześniejszego nabycia, powiększonego o zapłaconą prowizję pośrednika” do tego finansując zakup (1 80%) kompensatą spłaty pożyczki udzielonej wcześniej przez samego Sławomira Mentzena. Co rozumie z tego baran? Po cenie bilansowej czyli uczciwej. Co rozumie Oszczędny Miloner? Ktoś robi nas w jajo. Nie wiemy za ile kupiona była wcześniej nieruchomość i co najważniejsze – kiedy. Ja też chciałbym kupić dzisiaj budynek po cenie zakupu sprzed 5 lat, a może nawet 10, tego nie wiemy. Nie znamy też warunków pożyczki, może było to typowe „hodowanie długów” a może uczciwy deal na zasadach rynkowych?

Dalej idą kolejne wydarzenia. Spółka pożyczała pieniądze od pana Mentzena (suma zwracana kompensatą ok. 1,7 mln), a następnie sama pożyczała te złotówki …. innej spółce pana Mentzena (400 tys.) oraz jego ojcu (400 tys.). Tu znamy oprocentowanie – 8% w 2023 r. – mniej niż wynosiła rynkowa stawka przy kredycie hipotecznym. Memorandum milczy o zabezpieczeniach.

Nie to jest jednak najlepsze. Sprawozdanie finansowe pokazuje, że w lutym 2024 r. sprzedawane są akcje spółki posiadającej na dzień 31.12.2023 r. aktywa niecałe 123 tys. zł (sic!) oraz przychody ze sprzedaży 20 tys. zł przy zysku ok. 15 tys. zł.

Nawet „kura znosząca złote jajo” czyli zależna spółka (faktyczna kancelaria) miała następujące wskaźniki:

  • wartość bilansowa – niespełna 15 mln zł (z czego 9 mln to wartości niematerialne i prawne, a 1,3 mln należności krótkoterminowe). Do tego spółka miała prawie 3 mln zobowiązań, co przy rodzaju działalności winno stanowić lampkę ostrzegawczą.
  • teraz rachunek zysków i strat: ok. 21 mln przychodów i 17 mln kosztów, to przy takiej działalności (usługi wysokomarżowe) ledwie 20% zysku (nieco ponad 4 mln), czyli wynik słaby.

Weźmy Kruk SA. Stabilna spółka z podobnego sektora. Cena/Wartości księgowej ok. 2 (XDD sporo więcej), cena zysk 7.9 (XDD wg danych ubiegłorocznych i ceny IPO – 9). Gdzie sens, gdzie logika? Żadnej marży za niepewność. Krukowi nie przydarzają się kwartały ze spadkiem zysku o 75%. W pierwszym półroczu 2024 r. zysk XDD spadł z 2.1 mln do 1.2 mln, a Kruka w tym tylko 1 kwartale wzrósł z 234 mln do 338 mln. Zobaczcie skalę i trend. Jak ma sens kupowanie spółki małej i słabej, skoro da się kupić duża i dobrą, która dodatkowo płaci dywidendę, a nie ją planuje?

Idziemy dalej. Struktura zatrudnienia opiera się o kontrahentów b2b, umowach zlecenia i umowach o dzieło. Ze 121 pracowników, tylko 26 ma umowę o pracę. Typowy model „śmieciówkowy”

Znowu – dla mnie – jakieś jaja. To się zupełnie kupy nie trzyma (a w zasadzie spina – dla wilka, nie dla owiec).

Mamy za sobą pierwszy etap upadku – zbyt optymistyczne założenia i dokumenty oparte na niedopowiedzeniu i nieprawidłowym zidentyfikowaniu ryzyk. Oczywiście, człowiek doświadczony, od razu widzi zagrożenia (vide: moje wcześniejsze uwagi o niejasnych powiązaniach, uprzywilejowaniu założyciela itp.) i nie zainwestuje w taki podmiot, ale baran tak zrobi, bo moda.

Moda. Pokolenie fanów Sławomira Mentzena, nazywane pogardliwie „kucami”, miłośnicy Tik-toka, piwa z Mentzenem, na sprawozdaniach finansowych się nie zna, a i niewiele wałów widziało. Stąd kierując się zasięgami poszło na zakupy. Spółkę z dochodem 4 mln zł wyceniono na 36 mln zł. https://strefainwestorow.pl/artykuly/debiut-ipo/20240627/debiut-mentzen-newconnect

Spółce nadano ticker XDD, popularny w necie, ale nie mający nic wspólnego z poważną kancelarią prawno-podatkową.

I wtedy zaczął się etap drugi.

Nieuczciwość i niekompetencja. Spółka zadebiutowała na giełdzie 2 lipca 2024 r., kilka miesięcy od oferty, powyżej ceny emisyjnej i… dalej drożała. Do czasu. Już 25 lipca 2024 r. opublikowała raport za 2 kwartał 2024 r. będący sporym rozczarowaniem. Przychody spadły z 6,2 mln do 4,9 mln. Zysk z działalności operacyjnej zwalił się na łeb z 1,8 mln do 670 tys. zł. Zysk netto wyniósł tylko 400 tys. zł

Czy memorandum przewidywało taką ewentualność? Poza ogólną bajką – Nie. Wręcz przeciwnie zachwalano stabilność modelu subskrybcyjnego.

Co się stało? Założyciel – Sławomir Mentzen lekceważył problem – pisząc „wstępniak” do sprawozdania https://www.bankier.pl/static/att/ebi/2024-07/0000162888_202407250000155061.pdf , wstępniak tak kuriozalny, że każdy powinien się z nim zapoznać, zanim przyjdzie mu oddać głos na tego pana. Stanowi on zaprzeczenie tego, jak należy tworzyć listy do akcjonariuszy. Zauważam to nie bez pewnej satysfakcji ponieważ przed takimi przedstawicielami „partii od biznesu” ostrzegałem kilkukrotnie. Co więc zrobiono źle:

  1. zwalono winę na okoliczności zewnętrzne, przedstawiając władze spółki jako bezwolne ofiary. Winni są wszyscy: Krajowa Izba Radców Prawnych, rząd, który tym razem nie grzebał w podatkach, wreszcie …. inwestorzy, którzy stworzyli sobie błędne projekcje przyszłych zysków (pamiętacie „słupki” ze str. 93 memorandum?).
  2. jeśli gdzieś widziano własną winę to w publikowaniu zbyt małej ilości filmów na youtube (sic!).
  3. pokazano kancelarię prawno-podatkową jako grupę ofiar i błaznów na czele z Naczelnym Błaznem – Sławomirem Mentzenem, który popisał się takimi bon-motami:
  • Przypominam też, że zysk nie jest według mnie dobrą miarą funkcjonowania przedsiębiorstwa, dlatego też nie staram się maksymalizować zysku.
  • Nie mamy bezpośredniego wpływu na wysokość przychodów, mamy za to wpływ na poziom zadowolenia naszych klientów i na jakość naszych usług.
  • Jeżeli ktoś nie ma do tego nerwów, powinien sprzedać akcje Mentzen S.A.
  • Myślę, że dobrze się stało, że słabszy kwartał pojawił się już teraz, może dzięki temu więcej ludzi się przekona, że prognozowanie naszych wyników jest rzeczywiście bez sensu. Mi jeszcze nigdy nie udało się ich przewidzieć, więc już jakiś czas temu zarzuciłem wszelkie próby ich prognozowania..
  • Na początku raportu znajduje się skonsolidowane sprawozdanie całej grupy Mentzen. Poniżej umieściliśmy sprawozdania poszczególnych spółek, których czytanie nie ma większego sensu.
  • W tym samym czasie okazało się, że działalność Kancelarii Mentzen nie podoba się Krajowej Izbie Radców Prawnych, której zasady etyki zabraniają radcom prawnym świadczenia usług na rzecz spółek kapitałowych, więc konieczne było utworzenie spółki Mentzen Legal Sp. k. i przeniesienie do niej wszystkich radców prawnych. Kiedy dokonaliśmy tej jakże istotnej zmiany i uspokoiliśmy sumienia Szanownych Członków Krajowej Rady Radców Prawnych, mogliśmy wziąć się w końcu do pracy, która ma znaczenie dla polskich przedsiębiorców.

Większego bałwaństwa dawno nie czytałem. Jeśli to nie są czerwone flagi, jak one wyglądają? Prezes zarządu spółki giełdowej, który w jednym dokumencie przyznaje się, że nie zależy mu na zysku, nie ma wpływu na przychody, uważa prognozy wyników za pozbawione sensu, podobnie jak czytanie sprawozdań finansowych trafi jako antyprzykład na wszelkie szkolenia. Porównanie go z Buffetem, a nawet Czarneckim kompletnie… nie ma sensu. Potem było już tylko gorzej. Szef korporacji prawno-podatkowej przyznał się, że zlecił zakup akcji własnego podmiotu po cenie 34 zł, a następnie cofnął tweeta, komunikując „prawnicy kazali mi usunąć tweeta, to usunąłem”. Nie wiem co ten gość pali, ale chcę poznać jego dealera. Otwieram paczkę czipsów i czekam na ostatni etap – upadek. To się nie może skończyć inaczej. Już tłumaczę dlaczego.

Każdy ma pewien obraz doradztwa podatkowego i prawnika. Facet w garniturze, fachowiec, wyważony sąd. Jego celem jest uspokojenie a nie rozhuśtanie klienta. Dlatego czarne garnitury, biurka z prawdziwego drewna, dywany i eleganckie biura, Mercedesy i Volvo, niski głos i spokojny ton. Niektórzy, nawet jeśli robią wały, starają się jednocześnie zachować pozory. Mentzen, błazen z portali społecznościowych, robi dokładnie odwrotnie i dlatego traci klientów.

Inwestor ma też w głowie stereotyp prezesa spółki giełdowej. To ciężko pracujący gość, rozumiejący branżę, który wraz z zespołem fachowców wypruwa sobie żyły, żeby osiągnąć zysk i zapewnić sutą dywidendę. Tymczasem facet przyznaje się na piśmie (czyli po pewnej refleksji), że na zysku mu nie zależy, na przychody nie ma wpływu, w zamian, w sprawozdaniu finansowym publikuje opinie pracowników dotyczące doskonałej atmosfery w dziale prawnym, który przynosi gigantyczne straty. Do tego nie zna przepisów (historia z tweetem), pomimo iż żyje z doradztwa prawnego.

Spółka błędnie zidentyfikowała zagrożenia. Powodów tak drastycznego spadku zysku w II kwartale 2024 próżno szukać w memorandum informacyjnym z początku roku. Przyczyny mogą być dwie: ordynarny wał lub ignorancja. Nie wiem, który gorszy, ale po kabotyństwie raportu oba prawdopodobne.

Kancelaria Mentzen opiera się na niewydajnym modelu subskrybcyjnym. Kochani, jestem trochę w branży doradczej. Widzę i znam marże. Zyski brutto na poziomie 20% uważam za śmieszny. 8% z drugiego kwartału za tragiczny, zwłaszcza przy agresywnym cięciu kosztów i unikaniu umów o pracę. Świadczy to o dwóch rzeczach: Mentzen nie jest żadnym geniuszem oraz z nieznanych mi przyczyn wybrał model działania, którego nie rozumiał i nie przetestował wystarczająco. Dlaczego? Otóż świadczy o tym jedna rzecz. W II kwartale spadły mu przychody jednorazowe (jak nazywa memorandum „projektowe”) i zysk zleciał na łeb na szyję. Cały zespół prawników siedział na d… i brał pieniądze, co Menzten w jednym z wywiadów przyznał mówiąc, że udzielali wsparcia abonamentowcom. A zatem winę za niski zysk ponosi nie spadek przychodów (też zastanawiający), lecz zbyt niskie stawki abonamentu lub mała ilość subskrybentów w stosunku do kosztów. Na tym przejechało się mnóstwo firm, w tym wynajmujących auta na minuty (w tym Panek). Nie znam ksiąg rachunkowych spółki, ale wystarczy mi tyle, co wiemy, żeby wyciągnąć wniosek. Albo urealni się koszty, albo trzeba podnosić ceny. Obie drogi okażą się bolesne.

Sukcesom przeszkadza ego założyciela. Przyczyna sukcesu IPO stanie się obciążeniem w dalszej działalności i powodem upadku. Pół biedy, gdy CEO ma wizję, rozumie branżę, ale Sławomir Mentzen nie dysponuje nawet tym. Opowiada o kancelarii prawno-podatkowej jak o grach komputerowych. Spółka przez to zalicza fatalne wyniki, a klienci odwracają się. Barany już liżą się po zadanych cięciach kapitału (spółka jest na rynku niecałe 2 miesiące, a maksimum cenowe wynosi 71 zł, przy minimum 35 zł). Długo tej rzezi nie wytrzymają.

EDIT: Wpis powstawał przez pewien czas. Niedawno Sławomir Mentzen ujawnił – zdiagnozowano u niego zaburzenia – Zespół Aspergera i… wszystko stało się jasne. Opowiada głupoty, ponieważ nie pojmuje jak zostaną odebrane. Na prezesa giełdowej spółki, przyznacie, poważny problem.

Co kobieta zyskuje w tradycyjnej rodzinie?

Przyjmijmy na chwilę tradycyjną rodzinę. Mąż pracuje, żona siedzi w domu i zajmuje się nim. Model coraz rzadziej spotykany, bo i dzieci rodzi się coraz mniej. Jakie zyski ma z niego kobieta?

Mniej stresu związanego z pracą zawodową. Dzisiaj praca zaczyna przypominać walkę o życie. Coraz mniej normalnych szefów, coraz więcej wariatów. Gigantyczna presja na wyniki i nadgodziny. Do tego łatwo ludzi zwolnić. Stąd głównym stresorem staje się praca. Znam całą grupę osób, przyjmujących leki na depresję lub przeżywających każdy poniedziałek i ranek. Większość z nich – kobiety (faceci może mają grubszą skórę).

Mniej zmartwień, lepsze zdrowie, dłuższe życie. Kto nie śpi po nocach, myśląc żeby zapłacić rachunki? Na pewno nie tradycyjna żona. Jeśli dodamy do tego zdrowsze posiłki, wyniszczającą rolę pracy – „kobiety domowe” żyją dłużej.

Stabilność. Singielka nie ma lekko. Nowoczesna żona/partnerka także. Musi się starać, a i tak w każdej chwili, może zostać wymieniona na nowszy model. Nie znam osobiście nikogo, kto zostawiłby niepracującą matkę swoich dzieci, a w innych konfiguracjach -całkiem sporo przypadków. W efekcie singielki przeważnie bywają neurotyczne, spięte itp. Czy mówimy o skutku, czy przyczynie – nie mnie rozstrzygać.

Dach nad głową, jedzenie, ubranie, auto, wakacje. Złośliwi powiedzą – tyle samo dostawał niewolnik (poza wakacjami) jednak koszt darmowego noclegu i wiktu da się wyliczyć. W dużym mieście – pewnie jakieś 2500 zł/osobę w wersji minimum.

Własnego niewolnika, który na kobietę zarabia. Pół-żartem, pół-serio, ale da się na tradycyjne małżeństwo spojrzeć w ten sposób. Gdyby małżeństwo skończyło się (rozwód, ale i śmierć) niepracująca kobieta dostanie połowę majątku. Ile to jest? W mojej rodzinie, sam dom wart jest 1 mln zł. Połowa -pół miliona. Jeśli małżeństwo trwa już 23 lata – równowartość dotychczasowej pensji mojej pracującej żony. Mam znajomych, którzy na same wakacje wydają 100 tys. zł/rok, a pracuje tylko mąż, więc tradwife jeśli spojrzymy na całość dostaje całkiem sporo. Wiele też daje. I na tym polega tajemnica.

Ile straciłem nie robiąc kariery w Warszawie?

Pisząc o pensjach po studiach we Wrocławiu i innych miastach, wpadłem na pomysł stworzenia „rzeczywistości alternatywnej”, cofnięcia się w czasie. Zamiast pójścia do biura w dużym mieście wschodniej Polski zaczynam karierę i rozwijam ją w Warszawie. Jak dzisiaj wyglądałoby moje życie?

Firmy analizujące wynagrodzenia podały twarde dane. Gdybym był ambitny jak prof. Matczak, miał szczęście, zrobił karierę w Warszawie, dziobał po 16 godzin dziennie, dzisiaj byłbym partnerem w warszawskiej spółce z dochodami brutto 30-60 tys. zł miesięcznie, z domem na kredyt w Konstancinie, BMW X5 w leasingu, wczasami w tropikach, po pierwszym zawale i problemami w życiu osobistym (lub wręcz przeciwnie – małym dzieckiem na stanie). De facto dostawałbym 20-40 tys. zł netto, które może osłodziłyby mi wszystkie niedogodności. Ciężko harując nie miałbym czasu na inwestowanie, kombinowanie, urlop .

Zostając w swoim „grajdołku” zarabiam (bez wzrostu wartości inwestycji) na poziomie dolnej granicy warszawskiego partnera. Jeśli odliczę mu ratę w Konstancinie (10k, a ja nie mam już żadnej), dobijam „średniej warszawskiej” w czołówce mojego zawodu (poza partnerami – może 10%, istnieje jeszcze 90 % planktonu „specjalistów” różnych szczebli). Jednocześnie, w lipcu siedziałem w biurze 14 dni z 23 , a w sierpniu 3 dni z 22, co oznacza, że w wakacje pojawiałem się tam przez 17 dni z 45 czyli ok. 37% czasu. Na koniec tego okresu mam jeszcze, do wykorzystania do końca roku:

  • 21 dni urlopu u jednego pracodawcy,
  • 12 dni pracy zdalnej okazjonalnej,
  • 11 dni urlopu u drugiego.

Co więcej warszawiacy nie mają szansy skończyć pracy, chyba że przenieśliby się na Podlasie, spieniężając konstancińską willę i spłacają kredyt. Wtedy jednak zaliczyliby radykalną zmianę statusu. O dziwo, paru z nich już policzyło i podjęło taką decyzję (chociaż czasami Podlasie zastąpili Sycylią, Wyspami Kanaryjskimi itp.).Jak zwykle, kombinowanie popłaca.

Odpowiadając na tytułowe pytanie – nie jadąc do Warszawy, nic nie straciłem, a nawet sporo zyskałem (czas, luz, rodzinę). Bez nowej X5-tki potrafię żyć.

Dlaczego opłaca się być singlem? Wyliczenie kosztów niepłatnej pracy mężczyzn.

Zaczynam od końca – wyliczenia stawek rynkowych za niepłatną pracę mężczyzn. Chodzących normalnie do roboty. Moje rzeczywiste czynności.

Zarządzanie kapitałem. Zaczynam z grubej rury. 4 h miesięcznie po 600 zł/h = 2400 zł.

Asystent płatności. Brzmi pięknie, a chodzi o płacenie rachunków. Zajmuje mi 2 h/tydzień po 50 zł/h = 400 zł/m-c.

Ogrodnik. 32h/m-c. Lightowo. 640 zł.

Barista. 2 razy dziennie podawanie kawy i 2 razy dziennie herbaty. 20h x 40 zł = 800 zł.

Barman. Nie samą kawą człowiek żyje. Trzeba wybrać wino, otworzyć, polać. 4h/m-c x 40 zł = 160 zł.

Mechanik, pracownik myjni. 3 h po 20 zł i 2 h po 50 zł. Razem 160 zł/m-c.

Śmieciarz. Wynoszenie i sortowanie. 6h/m-c. 120 zł.

Budowlaniec. Średnia stawka 100 zł/h i 4 h/m-c. 400 zł.

Kierowca. Odbierz, zawieź. 30 zł x 20h = 600 zł.

Suma 5720 zł. Nieźle. Jak wspomniałem, piszę o sobie, człowieku, który spędza w pracy i na pracy (w tym dg) średnio 260 h/m-c, zarabiając znacznie ponad średnią krajową. No i realnie w domu robię niewiele. Gdybym policzył moich kolegów, wyszłoby znacznie więcej (jeden na samo dowożenie spożytkowuje 80h/m-c, a sprząta też mieszkanie, gotuje).

O niepłatnej pracy kobiet, czyli dlaczego młodym mężczyznom nie spieszy się do żeniaczki.

Do napisania tego posta skłonił mnie umieszczony na jednej z rolek postulat rozliczenia w małżeństwie tzw. niepłatnej pracy kobiet. Wyliczenie, z założeniem, że kobieta prowadzi dom, a mężczyzna pracuje, opiera się na negowaniu tezy „mężczyzna utrzymuje kobietę” i wygląda tak (wartości miesięczne):

  • niania – 3200 zł (20 dni x 8 h x 20 zł),
  • gotowanie 1500 zł (25 zł x 2 h x 30 dni),
  • sprzątanie 1800 zł (30 zł 3 h z 30 dni),
  • pranie 240 zł (20 zł x 12),
  • zakupy 200 zł (50zł x 4),
  • organizacja imprez domowych 60 zł (4×15 zł/h),
  • Suma 7000 zł.

Na koniec konkluzja, że „jeżeli mężczyzna nie przelewa takiej kwoty na konto żony, znaczy że właśnie tyle, dzięki jej pracy oszczędza.”

Tego rodzaju, nazwijmy po imieniu, pierdolenie, opiera się na nieznajomości matematyki i fundamentalnego przepisu Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego, który brzmi tak:

art. 27 KRiO – Oboje małżonkowie obowiązani są, każdy według swych sił oraz swych możliwości zarobkowych i majątkowych, przyczyniać się do zaspokajania potrzeb rodziny, którą przez swój związek założyli. Zadośćuczynienie temu obowiązkowi może polegać także, w całości lub w części, na osobistych staraniach o wychowanie dzieci i na pracy we wspólnym gospodarstwie domowym.

Pogrubiony tekst wyjaśnia nam wszystko – żadnemu domownikowi nie należy się wynagrodzenie za prace domowe, niezależnie czy jest aktywny zawodowo, czy nie. Skutek – dyskwalifikacja całości rozważań. Teraz, skoro rozprawiliśmy się z łatwością z brakiem wiedzy autorki filmiku, przejdźmy do wyliczeń. Jedynym składnikiem, do którego nie mogę się przyczepić są stawki godzinowe.

Obliczenia bazują na kompletnie pozbawionych podstaw założeniach:

  1. rodzina ma wspólne dzieci wymagające stałej opieki,
  2. mężczyzna całkowicie nie udziela się w domu,
  3. prowadzenie gospodarstwa domowego wymaga tyle czasu, ile tam przedstawiono
  4. beneficjentem „usług” jest wyłącznie mężczyzna.

Każde z nich da się zdyskwalifikować.

Rodzina ma wspólne dzieci wymagające stałej opieki. W praktyce jest zupełnie odwrotnie. Stałej opieki wymagają niemowlęta i dzieci przed-przedszkolne czyli do 3 r.ż. Takich jest w Polsce 1,5 mln, z czego część przypada na rodziny wielodzietne. Kobiet mamy ok. 14 mln w wieku „małżeńskim”. Część z nich to single, bezdzietne matki itp. Generalnie możemy założyć, że temat posiadania dzieci „wymagających stałej opieki” dotyczy może 1,2 mln kobiet w wieku małżeńskim, co 12 Nie pracuje może co 2 . Wyciąganie na podstawie 4% (100%/ 24) wniosków o całości, wydaje się mocno przesadzone. Większe dzieci w czasie pracy mężczyzny przejmuje zazwyczaj przedszkole, szkoła. A np. 12-latek (takiego mam na stanie), angażuje matkę średnio 1 h dziennie.

Mężczyzna całkowicie nie udziela się w domu. Kompletna bzdura. Nie znam takiego przypadku. W najbardziej tradycyjnych domach facet ma swoje obowiązki: wykonywanie domowych napraw, dbanie o auta, płacenie rachunków, pilnowanie inwestycji, palenie w kotle c.o./kominku, część zakupów, kilka razy w tygodniu odprowadzanie dzieci do przedszkola/szkoły/na zajęcia dodatkowe, prowadzenie ogrodu. Patrząc damską logiką i jemu trzeba płacić. A tu stawki okazują się wysokie. Pokażę szczegóły poniżej.

Prowadzenie domu wymaga tyle czasu, ile przedstawiono. Podsumujmy, kobieta ma poświęcać na nieodpłatne prace domowe ok. 330 godzin/m-c, a zatem 11 godzin dziennie przez 7 dni w tygodniu. To jakieś żarty. I już wykazuję, skąd bierze się błąd, bo wynik, jak powiedziałem absurdalny. Niania – faktycznie (o ile są dzieci w wieku przedszkolnym, a facet nie udziela się wcale) – 90h miesięcznie (30 dni x 3 h) zamiast 160 h. Optymistycznie. Jeżeli kobieta włączy TV, a sama ogląda serial, trudno płacić jej jak opiekunce. Gotowanie – część jedzenia się zamawia, max. 30 godzin (czyli połowa zaproponowanych). Pranie – max. 8 razy w miesiącu po 15 minut – czyli 2 h/miesiąc – zamiast 12. Zakupy – dzisiaj się zamawia, nikt normalny nie spędza 2 h tygodniowo w markecie. Organizacja imprez – może 1h miesięcznie . I już z 330h zrobiło się 123 h, z czego. 3/4 to opieka nad małym dzieckiem (które jak wskazano ma 4% kobiet). Bez dziecka 1 h dziennie i tylko wtedy, gdy kobieta sama pierze, gotuje, robi zakupy. Czy to usprawiedliwia niepracowanie?

Beneficjentem usług jest wyłącznie mężczyzna. Przecież to jakiś absurd. Czy pralnia płaci pracownikom za upranie ich własnych ciuchów, a kelner zjada nasze posiłki? Kobieta nic nie je? Składniki dostaje darmo? Dziecko należy tylko do faceta? A mieszkania spadają z nieba? Pytania można mnożyć.

Teraz popatrzcie. Młodzi mężczyźni słuchają takich głupot i myślą „wszystkie kobiety są takie”. W konsekwencji nie chcą się żenić.Bo i po co? Skoro posiłek można zrobić samodzielnie. Podobnie pranie. A tu trzeba słuchać pretensji albo oddać 130% średniej pensji. Nie warto. Żeby jednak trud nie poszedł całkiem na marne – obiecuję serię wpisów – Dlaczego opłaca się być singlem, żeby dostarczyć (z przymrużeniem oka) argumentów i naszej płci.

Co zamiast kredytu 0%? Polityka mieszkaniowa.

Wygląda na to, że obecne władze na dobre zrezygnowały z kredytu 0%. I… dobrze, ponieważ mówimy o projekcie, który będzie kosztował miliardy złotych. Ile konkretnie? I co w zamian?

Jeżeli przyjmiemy wiedzę, że na program PiS „Bezpieczny kredyt 2%” wydajemy w 2024 r. ok. 941 mln, możemy założyć, że koszty te urosną lawinowo (w tym roku tylko dopłaty z poprzedniego roku i początku obecnego, a za 10 lat – 10 razy tyle). Dodając, że 0% to nie 2 %. Powinniśmy liczyć się z docelowymi kosztami na poziomie 10-15 mld zł/rok, o ile stopy procentowe nie zaczną spadać. Ogromne pieniądze. Co można za nie zrobić?

Koszt budowy domu w systemie wielorodzinnym wyniósł na początku 2024 r. nieco poniżej 7000 zł/m2 (z kosztem działki). To pewna średnia. Warszawa ma drożej, taki Białystok taniej. Przy domu jednorodzinnym – 5500 zł/m2 + działka. Przyjmijmy zatem średnią z działką te 7000 zł. Co można zrobić?

Po pierwsze – wprowadzić ulgi podatkowe na budowę i zakup do zaspokojenia własnych potrzeb mieszkaniowych. Żeby takie rozwiązanie miało sens dla ludzi mniej zarabiających, odliczenie musiałoby odjąć także składkę zdrowotną i społeczne (które refundowałoby państwo). Zysk – w pierwszym progu, powyżej kwoty wolnej ok. 30% (13+9+12) czyli 27 tys. zł/rok. Czas 5 lat. Potem stop. Jasne, rozwiązanie typowo dla klasy średniej. Zysk wymierny, nawet przy limicie np. 0,5 mln zł. Dlaczego? Ponieważ na początku roczny koszt rynkowego kredytu od takiej kwoty to…..40 tys. zł (przy oprocentowaniu 8% tyle dopłacałoby państwo do kredytu 0%). Ludzie normalnie spłacaliby ratę, a dostawali zwrot, który można by przeznaczyć na nadpłatę (i skrócenie okresu kredytowania o 5 lat za pierwszym razem). Dałoby się w ten sposób dofinansować o połowę większą grupę, nie pasąc przy okazji banków (kto wybudowałby za gotówkę – ten miałby taką samą ulgę). Jaki jeszcze sens ma ulga? Motywuje do legalnego zarabiania, bo tylko wtedy odliczymy maksimum. Praca na czarno = zero. Praca za minimalną +20% – ulga śmiesznie niska (30% z 62 tys. zł to ok. 10 tys. zł).

Po drugie – kredyt udzielony przez państwo wspólnotom mieszkaniowym na budowę tzw. współdomów na potrzeby własne (dom wielorodzinny, finansowany przez przyszłych właścicieli z pominięciem dewelopera). W moim mieście budowano tak w latach 30-tych i 50-tych XX w., więc pomysł nie jest nowy. Zbiera się grupa znajomych, kolegów z pracy, kupują działkę, dostają kredyt państwowy (niechby na 2% przez 10 lat), budują, powstają wyodrębnione lokale i kredyt dzieli się proporcjonalnie między nie i wpisuje na hipotekę. Firmy budowlane zarabiają. Producenci materiałów – też. Koszt? Przy koszcie budowy 5500 zł/m2 i średnim mieszkaniu 65 m2 – ok. 360 tys. zł kredytu i 16 tys. zł kosztów w pierwszym roku (oprocentowanie kredytu 2%, obligacji państwowych 6,4%, jeśli stopy spadną – mniej). Da się sfinansować ponad 2 razy więcej niż dziś, bez negatywnych skutków (zwinięcie budowlanki).

Po trzecie – państwowy kredyt na budowę domu systemem gospodarczym. Wracamy do podstaw. Działkę trzeba mieć. Na niej zbudujemy do 70 m2. Koszt budowy – 5500 zł/m2. Razem ok. 385 tys. zł. Na taką kwotę państwo udziela nam kredytu na 2%. Samo pożycza na 6,4%. W pierwszym roku ponosi wydatek 17 tys. zł, ale to i tak ponad 2 razy mniej niż przy dzisiejszym rozwiązaniu. Gdyby dom miał 35 m2 plus poddasze (da się, przy takich założeniach zbudować za 250 tys. zł, a przy własnej pracy, może nawet mniej), nakład państwa wynosiłby ok. 11 tys. zł/szt. Efektywność działań państwa rośnie 3,5-krotnie.

Po czwarte – tani kredyt 0% dla budownictwa społecznego (towarzystwa, spółdzielnie) z regulowanym czynszem. Taki TBS lub spółdzielnia buduje blok z 20 mieszkaniami po 50 m2 średnio czyli 1000 m2. Przy koszcie budowy 7000 zł/m2 potrzebuje 7 mln zł kredytu. Zapłaci niecałe 20.000 zł raty wyłącznie kapitałowej. Żeby ją uregulować potrzebuje zebrać 20 zł/m2 czynszu. A to oznacza 1000 zł/50 m2 dla mieszkańca (plus koszty eksploatacji). Koszt dla państwa 22 tys. zł/rok/mieszkanie, równy odsetkom od obligacji. I dopłata byłaby zarówno do majątku spółdzielni/towarzystwa jak i najemcy. Ten musiałby zostać starannie wyselekcjonowany (źródło dochodów). Państwo może wybudować 2 razy tyle mieszkań, co dotychczas przy kredycie 2%.

Po piąte – ulgi podatkowe w podatku od najmu z możliwością zwrotu VAT od budowy, przy przeznaczeniu na wynajem instytucjonalny. Pomysł przedwojenny, który zbudował mnóstwo kamienic po Wielkim Kryzysie w II RP (bez VAT-u, którego nie było). Wracamy do wyliczeń. Wybudowanie mieszkania – 350 tys. zł. W tym VAT 8% = 26 tys. zł – to się odlicza na początku (dla firmy bez rewelacji, dla osoby prywatnej – już zysk). Do tego podatek od najmu – mamy ryczałt 8,5% do 100 tys. zł i 12,5% powyżej tej kwoty. Firma na CIT płaci 9% od dochodu. I taki prywatny inwestor (a w zasadzie grupa) buduje taką kamienicę 20. mieszkaniową. Czynsz rynkowy wynosi dajmy na to 40 zł/m2, czyli przychód (ryczałt liczy się od przychodu) czyli mamy przychód na mieszkaniu średnio 2000 zł/m-c i 24.000 zł/rok. Podatek (nieuiszczony) to 2000 zł/rok. Jeśli odejmiemy jeszcze te 26 tys. z VATł, podzielone na 20 lat, dostajemy z podatkiem 3300 zł/rok. Pamiętając, że do kredytu 0% państwo dopłacało na początku 40.000 zł, damy radę zbudować ponad 10 razy tyle domów na wynajem.

Każda z przedstawionych propozycji ma swoje wady, ale wszystkie pozostają efektywniejsze niż kredyt 0%.

Przedsiębiorca, pracownik, rolnik, alkoholik. Kto ma gorzej? Licytacja trwa.

Całkiem niedawno trafiłem na ten artykuł: https://wir.org.pl/asp/renta-alkoholowa-a-rolnicza-emerytura,1,artykul,1,4645 . Sygnowany: „Biuro WIR” zawiera m.in. takie zdania „W kontekście tego niebywałym jest fakt, że najniższa emerytura rolnicza po co najmniej 25-letnim okresie ciężkiej pracy na roli i opłacaniu w tym czasie składek na rolnicze ubezpieczenie emerytalno-rentowe od 1 marca 2024 r. wynosi tyle samo, czyli 1 780,96 zł! Środowisko rolnicze tym faktem mocno zbulwersowane. Przekazujemy to pod rozwagę decydentom. Jeśli nie docenia się w Polsce ciężkiej pracy, to wkrótce nie będzie komu pracować. To wysoce demoralizujące dla społeczeństwa.”

Wielokrotnie na blogu pisałem o „drodze KRUS”, tak więc czas odpowiedzieć na stanowisko WIR.

Po pierwsze – emerytura rolnicza należy się nie za 25 lat ciężkiej pracy, lecz stażu ubezpieczeniowego (płacenia składek). Uświadamiam panów z biura WIR – żeby ubezpieczyć się w KRUS wcale nie trzeba ciężko pracować. Można kupić hektar przeliczeniowy, zarejestrować gospodarstwo w gminie, zgłosić się do KRUS, płacić te 160 zł miesięcznie (jeszcze 10 lat temu było to 84 zł/m-c) i po 25 latach dostać emeryturę. Żadnego obowiązku prowadzenia jakiejkolwiek działalności rolniczej, nikt tego nie sprawdza.

Po drugie – jak widać z powyższego, taki rolnik przez 25 lat wpłacił tyle, ile wybierze w jednym roku. Obliczenia są proste, chociaż nie udało mi się dotrzeć do składek za całe 25 lat. Skoro 10 lat temu rocznie wpłacono ok. 1000 zł, a teraz 1960 zł, wpłacone przez 25 lat składki (nominalnie) równają się (lub nawet są mniejsze) niż roczne świadczenie. Dalej uważacie to za zły interes? I mówimy o człowieku, który może mieć 49 ha sadu i zarabiać de facto miesięcznie kilkadziesiąt tysięcy złotych.

Po trzecie – rolnik też może dostać tzw. rentę alkoholową. Dlaczego nie? Przypuszczam, znając realia, że całkiem spora beneficjentów świadczenia ubezpieczyła się w KRUS, a nawet była rolnikiem.

Po czwarte – rolnicy nie płacą podatku dochodowego a składki KRUS wystarczają na ułamek świadczeń, co oznacza, że na tzw. renty alkoholowe składają się pracujący, zleceniobiorcy i przedsiębiorcy, a nie rolnicy. Głównymi dawcami kasy na system emerytalno-rentowy są pracujący, przedsiębiorcy i zatrudnieni na umowach cywilnoprawnych. Dokładnie w takiej kolejności. Zatem, kto nie płaci, niech zamilknie.

Po piąte – alkoholicy akcyzą i VAT-em pracują na swoje renty. Wiecie ile jest podatków w butelce wódki? 80%. Jeśli pijak wypija flaszkę dziennie – odprowadza tym samym 600 zł podatków miesięcznie. 4 razy tyle co rolnik składki emerytalno-rentowej. Jeszcze jakieś pytania, działacze Wielkopolskiej Izby Gospodarczej?

Po szóste – renty nie dostaje się za pijaństwo, lecz trzeba wykazać ciężką chorobę. Idźmy do źródeł. Chorobami poalkoholowymi są schorzenia psychiczne, marskość wątroby, zapalenie trzustki, nowotwory i problemy z sercem. Nie zazdroszczę i wiem jak wygląda walka z ZUS-em – droga przez mękę.

Po siódme – żeby dostać rentę należy wykazać się stażem pracowniczym, a to kosztuje składki. Podstawowym warunkiem renty jest staż pracy (różny w zależności od wieku) i powstanie niezdolności w czasie ubezpieczenia. Tłumacząc na polskie – jeśli zostałeś schorowanym alkoholikiem w wieku 35 lat musiałem przepracować (lub mieć inny okres składkowy) minimum 5 lat, a tak naprawdę pewnie z 10. A jeszcze alkoholik z marskością wątroby żyje krócej niż rolnik.

Po siódme – porównajmy rolnika z przedsiębiorcą. Dla przedsiębiorcy te 10 lat oznacza jedno – ok. 130 tys. zł odprowadzonych składek na dg plus pewnie drugie tyle podatków dochodowych. Policzcie – 26 tys. zł/rok plus te 7200 zł od wódki czyli 32 tys. zł. Może nie był Vatowcem. Ile odprowadza rolnik ? Średnio ok. 25 razy mniej. Czyli przedsiębiorca-pijak przez rok włożył do budżetu niż ten rolnik przez 25 lat. I rolnik nadal płacze. A porównuję go z pijakiem na minimalnym ZUS-ie.

Po ósme – porównajmy rolnika ze mną. Zarabiam dobrze, pije umiarkowanie, ale gdybym pił na ostro? Jak wyglądałbym?Tylko w 2023 r. odprowadziłem ok. 80 tys. zł składek plus 25 tys. zł podatku dochodowego (VATu nie liczę, mimo, że jestem VATOWCEM). 105 tys. zł w ostatnim roku. Jak to się ma do rolnika? W tym samym roku (2023) zapłacił ok. 1800 zł czyli 1/58 moich składek i podatku dochodowego. Już przepracowałem 25 lat, czyli tyle ile ten rolnik. Gdybym teraz szedł na rentę dostanę świadczenie rentowe w wysokości 6500 zł czyli 78 tys. zł/rok. Czyli rolnik przepracował 25 lat i dostanie emeryturę w wysokości 27% mojej renty, ale ja tylko przez rok odprowadziłem 4 razy więcej podatków dochodowych i składek niż on przez całe ćwierćwiecze. Wygląda sprawiedliwie?

CBDU. Przedsiębiorca i pracownik to w Polsce dojna krowa. Ten ostatni ma chociaż szansę na L4, a właściciel jednoosobowej firmy, nawet tego nie dostanie, bo wtedy nie zarabia. Poza okresem pandemii, przedsiębiorca nie dostaje żadnych dopłat, żadnego klęskowego. A zatrudniony – zawsze figę. Pracownik-pijak i przedsiębiorca-pijak na minimalnym ZUS-ie przez ostatni rok odprowadzili więcej składek i podatków dochodowych niż rolnik przez cały okres niezbędny do emerytury minimalnej. Ba, ich akcyza i VAT od wypitej wódki były 4 razy większe niż składki rolnicze. Natomiast rolnicy najwięcej płaczą. Zapraszam na bloga krzykliwi panowie z WIR-u. Czas zobaczyć twarde liczby.

Jeszcze raz o bezsensie polityki stałego wzrostu PKB.

Współczesne państwo (politycy) dążą do stałego wzrostu PKB. Ponieważ do jego wyliczenia służy wartość wytworzonej i sprzedanej pracy (darmowej nikt nie liczy) oraz towarów, inżynieria społeczna wymusza odejście od zrób-to-sam, a przejście do kupowania wszystkiego na wolnym rynku. Razem z agresywną polityką podatkową (dochodowy, składka zdrowotna, składki ZUS) całość prowadzi do stałego wzrostu cen, inflacji. Taki stan rzeczy jak pisałem, pozostaje korzystny dla państwa (bo od ceny liczy się podatki), a opłakany w skutkach dla obywateli. Jednocześnie państwo preferuje usługi, ponieważ tam można narzucić wyższe marże (a więc znowu – podatek). Efekt – absurdalne ceny i zachowania.

Dwie opowieści, kumpla z pracy i trenera mojego syna, pokazują to w szczegółach. Pierwszy planował urządzić ogród. Nic skomplikowanego – założenie trawnika oraz rozłożenie agrowłókniny między iglakami. Za obie usługi firma krzyknęła 5000 zł. Wiecie ile czasu zajęła praca? 2 dni. Trawnik wymagał pomocy członka rodziny z traktorem (czyli 1,5 dniówki + 4 h maszyna), agrowłóknina – została położona solo. Czyli 2,5 dniówki człowieka i pół dniówki traktora miały kosztować 5500-6500 zł. Odliczając komercyjne wypożyczenie i zatankowanie (niech będzie 500 zł) mamy 5000-6000 zł za 2,5 dnia – 2000-2400 zł/dniówkę. Teraz popatrzcie, ile trzeba dostawać, żeby zarobić pensją netto (znowu podatki) taką stawkę? Skoro firma dyktuje takie warunki, na pewno znajdują się ludzie gotowi płacić te absurdalne kwoty za proste i niewymagające prace fizyczne. Przecież zaorać, zbronować, wyrównać, posiać, zwałować potrafi przysłowiowy „każdy głupi”. Nie piszę o super skomplikowanych, rzemieślniczych zajęciach.

A’propos rzemieślniczych zajęć. Trener opowiadał mi inną historię. Dziecko poprosiło go o nowe biurko. Cena w sklepie, egzemplarza porządnie wykonanego i dla nastolatki 1500 zł – 1/4 pensji nauczycielskiej. Coś takiego: https://yrke.pl/meble-biurowe/biurka-szkolne/biurko-szkolne-jan-rozowe?gad_source=1&gclid=Cj0KCQjwmMayBhDuARIsAM9HM8cql1hEau5m6UDd8X8gjD1MQLNkb2hUrSJyR4AaVwylUNWWMBBqk-0aAoraEALw_wcB . Trener doszedł do wniosku, przecież to nic skomplikowanego. Narzędzia miał, płyty i wkręty kupił za 300 zł. Po 6 godzinach biurko stało gotowe. Niecała dniówka pracy, pozwoliła zaoszczędzić 1200 zł oraz zyskać satysfakcję. Teraz tym samym sposobem, „po staremu” z teściem i szwagrem bierze się za budowę domu, w trakcie…nauczycielskiego urlopu dla poratowania zdrowia.

Spójrzmy na obie te opowieści z perspektywy przeciętnego człowieka. Korposzczur zarabia nieźle, ale całą nadwyżkę pensję wrzuca w zakup usługi i de facto… płacenie podatków. Porównajmy ponownie człowieka „do-it-yourself” oraz właśnie korposzczura.

Pierwszy – za 200 tys. zł kupił działkę 2000 m2, 15 km od centrum miasta. Uzbroił ją, zamówił u sąsiada (bez podatku) stan surowy zamknięty, który z projektem wyszedł go 2000 zł/m2. Czyli (niewielki dom) 400 tys. zł (działka+roboty+materiał). Wykańczał sam, płacąc fachowcom tylko za niezbędne czynności (montaż pieca c.o., elektryka), więc zmieścił się w 6500 zł/m2. Dom w stanie „do wejścia” kosztował razem z działką 650 tys. zł.

Korposzczur wolał pracować zawodowo, jak mu nakazywała ogólna narracja. Ponieważ przeszedł wszystkie szkolenia ze sprzedaży, wytargował segment na działce 300 m2, położony 10 km od centrum miasta (5 km bliżej niż samodzielnego), płacąc za stan deweloperski 130 m2 (większy metraż domu, ale działka mniejsza) 1 mln zł. Zostało mu jeszcze 300 tys. zł na wykończenie. Cała inwestycja kosztowała 1.3 mln zł. Dwa razy więcej.

I teraz policzmy. Samodzielny pracował jako nauczyciel w szkole. Zarabiał 6500 zł/m-c, podobnie jak jego żona. Razem mieli 13.000 zł pensji. Żeby spłacać kredyt (niestety okazało się to konieczne) na 80% wartości domu z działką, musieli zadłużyć się na 520 tys. zł. Rynkowa rata (bez żadnych 0% czy 2%) wyniosła 4160 zł. Zostanie im na pozostałe wydatki 8.840 zł. Ponieważ nauczyciele (co udowodnił dr Stanley, w swoich badaniach milionerów), należą do grupy oszczędnych, spokojnie dadzą sobie radę. Jedno auto, niewiele wyjść do knajp, brak drogich ubrań i wakacji w tropikach. Duża działka pozwoli na warzywnik, a samochód, używana Skoda Skala nie służy do reprezentacji, za to kosztuje 800 zł/m-c. Wakacje – raz w roku, do agroturystyki – 5000 zł, plus obozy dziewczynek 6000 zł. W sumie miesięcznie, po odliczeniu tych wydatków (średnio – 800 zł auto, 900 zł wakacje) zostaje 7140 zł. Dodatkowe roczne wynagrodzenie tzw. trzynastkę oraz 800+ można odłożyć na emeryturę lub przyszłe potrzeby.

Wróćmy do korposzczura. Jego pensja to 13 tys. zł miesięcznie (netto), a żony 7000 zł. Razem dostają 20.000 zł. Kredyt na 80% wartości wykończonego domu (1.040 mln) kończy się ratą … 8320 zł. Co to oznacza? Na wszystkie wydatki zostaje 11.680 zł. A te są niebagatelne. Żona domaga się SUV-a, którego trzeba spłacić i utrzymać (2500 zł), trzeba wyjechać na wakacje minimum 2 razy w roku (lato+narty) oraz na dwa „długie weekendy”. Przy czteroosobowej rodzinie oznacza to wydatek – średnio 3000 zł/m-c. I już z 11.680 zł zostaje …. 6180 zł. A trzeba jeszcze gdzieś wyjść, żyć „na poziomie”. Na ten cel przeznacza się całe roczne premie oraz 800+ za dzieci.

Jak widzicie, korposzczur funkcjonuje od wypłaty do wypłaty, łatając dziury premiami i modląc się, aby firma nie planowała redukcji. Para nauczycieli cieszy się domem, rosnącymi oszczędnościami i… każdym dniem. Od Ciebie zależy, który model wybierzesz. Dla zaskakującej liczby młodych ludzi, marzeniem pozostanie powtórzenie stylu rodem z korpo, napędzanego przez państwo (podatki…).

Podwyżka stawki podatku od najmu? Jeden z najgłupszych pomysłów, o których słyszałem.

Wczoraj wiele portali internetowych powtórzyło informację zawartą m.in. tutaj https://www.money.pl/podatki/jest-plan-podwyzki-popularnego-podatku-uderzy-we-wlascicieli-wynajmujacych-mieszkania-7037327669443360a.html . Mam nadzieję, że informacja z „otoczenia Ministra Finansów” okaże się fake newsem.

Streśćmy ją jednak. Rząd szykuje podwyżkę stawki ryczałtu od najmu. Minister podobno wskazuje na dwie zalety: zwiększą się wpływy do budżetu państwa oraz zachęci się ludzi do inwestycji kapitałowych. Większych bzdur ostatnio nie czytałem. Dlaczego? Już wyjaśniam.

Po pierwsze – żeby inwestować w akcje, trzeba dysponować minimalną wiedzą. Ci, którzy kupują nieruchomości, często jej nie mają. Czyli zachęcamy ludzi, by tracili pieniądze. Bardzo mądrze. Może jeszcze zaproponujemy im Forex?

Po drugie – nikt o zdrowych zmysłach nie wierzy, że ktoś kto „nie chce stracić, więc wybiera nieruchomości” ruszy masowo po akcje. Dla niego ryzyko okaże się zbyt wielkie. Raczej rząd szuka chętnych na obligacje i wciska ludziom głupoty.

Teraz drugi argument – wzrost wpływów podatkowych państwa. Nie żartujmy. Wspomniany artykuł zawiera dane. Na przestrzeni 25 lat liczba podatników rozliczających najem wzrosła z ok. 200 tys. do 1 mln czyli 5-krotnie. A podstawa opodatkowania z 4 mld do 25 mld. Dlaczego? Ponieważ zachęcono ich do tego niskimi podatkami. Po prostu wiele osób wyszło z szarej strefy i zgłosiło najem, albowiem podatek wynosił efektywnie 0% (amortyzacja do Polskiego Ładu), albo 8,5/12,5% ryczałtu od przychodów (czyli realnie pewnie jakieś 10-15%, przyjąłem niżej wyliczenia do średniej 12.5%). Podniesienie podatku przyniesie kilka wydarzeń:

  1. wzrośnie liczba wynajmów niezgłoszonych, co spowoduje… spadek wpływów do budżetu, a nie żaden wzrost. Im wyższe oszczędności, tym więcej osób zaryzykuje.
  2. osłabi się ochrona najemcy (brak umowy, wpłaty z ręki do ręki, żeby uniknąć podatku),
  3. załamie się sprzedaż nowych mieszkań, czyli wyłamiemy szprychy koła zamachowego gospodarki, ponieważ wiele z nich kupowanych jest na wynajem. . Dodatkowo spadną wpływy z VAT-u i PKB. Bardzo mądrze – za jednym pociągnięciem zmniejszyć przychody państwa, utopić najemców i narazić na ryzyko „inwestorów”.

Jak już pisałem, mam nadzieję, że info okaże się ostatecznie fake newsem. Zyski państwa pisane są patykiem na wodzie np. 4% od 25 mld to 1 mld, a na podatkach pośrednich, zasiłkach dla branży budowlanej, meblarskiej, materiałowej, państwo straci wiele więcej, zresztą zaraz pojawi się luka w dochodach (szara strefa), więc nawet ten 1 mld zaistnieje tylko w teorii. Na blogu wspominam o tym wielokrotnie – poziom opodatkowania i oskładkowania w Polsce jest horrendalny. Przekracza nierzadko (jdg i pracownicy trochę powyżej średniej) 50%. Połowę z faktury zabiera państwo. Połowa kosztów utrzymania etatu nie dociera do kieszeni podatnika. Teraz jeszcze najem. Nie zapominajmy – ryczałt od przychodów. Pokażę to na przykładzie.

Zarabiam dajmy na to 150 tys. zł/rok w jdg wg skali podatkowej (184.500 z VAT). Z tego płacę:

  • 34.500 zł VAT,
  • 19.200 zł ZUS,
  • 13.500 zł zdrowotna,
  • 20.400 podatku dochodowego.

Zostaje mi 96.900 zł o ile nie mam kosztów (wtedy wprawdzie płacę niższe podatki, ale do kieszeni spływa jeszcze mniej, bo 50% każdego wydatku się marnuje). Dobrze czytacie 96.900 zł ze 184.500 zł – 52,5% kwoty z faktury.

Idziemy dalej. Po latach (ilu? 10) oszczędzania kupuję za 300.000 zł używaną kawalerkę (za nową jeszcze więcej) w dużym mieście na wynajem. I znowu tracę , bo trzeba zapłacić:

  • PCC – 6000 zł (2%),
  • VAT od czynności notarialnych -1000 zł.

Następnie wydaję na meble 40000 zł, z których kolejne 30% to podatki – 12.000 zł.

Przez 10 lat zapłaciłem ich 876.000 zł z firmy i przy zakupie i urządzeniu mieszkania jeszcze 19.000 zł. Razem 895.000 zł, żeby zacząć wynajmować.

Zawieram umowę na wynajem za 2000 zł/m-c. 24.000 zł/rok. Z tego 4800 zł odprowadzam do spółdzielni, co 10 lat robię remont i odświeżenie (30.000 zł tj. 3000 zł/rok). Podatek od nieruchomości pominąłem. Zostaje mi 16.200 zł netto, ale podatek (8,5%) płacę od 24.000 zł. Tym sposobem efektywna stawka wynosi nie 8,5% ale 12,5% – więcej niż stawka podatku dochodowego na pierwszym progu skali (i bez kwoty wolnej). Nie mam możliwości odliczenia strat (niepłacący najemcy, dewastacje) obecnych ani z lat ubiegłych. Nie odliczę ulgi na dzieci ani żądnej innej. Razem, żeby otrzymywać przez następne 20 lat 14.823 zł/rok netto (po odjęciu podatku – czyli za cały okres dwóch dekad) ok. 300.000 zł zapłaciłem w podatkach 922.540 zł (895.000 zł + 27500 od najmu). Oczywiście, gdybym dochody przehulał, praca i tak byłaby opodatkowana, niemniej jednak stosunek podatków do dochodu netto (3 do 1 na przestrzeni 30 lat) przeraża. Pokazuje też skalę opresji państwowej.

Do czego to prowadzi? Do rozrostu szarej strefy (w tym luka VAT). Jak to mówili „Nigdy się małpy nie nauczą”, chociaż ekonomiści znają tę prawdę od kilkudziesięciu (co najmniej) lat. A drugie wyjście? Lepiej dostać mieszkanie socjalne i 2000 zł/m-c z zasiłków, bo od tego podatków nie płacisz. Absurd.

Do czego prowadzi analfabetyzm gospodarczy.

Kiedy poprzedni rząd ściągał do Polski setki tysięcy ton zboża rolnicza Solidarność siedziała cicho. Kiedy minister Kowalczyk najpierw obiecywał ceny 1800 zł/tonę pszenicy, a potem doprowadził do spadku na poziomy z roku 2021, robiła podobnie. Dopiero, gdy zmieniła się władze, i na jaw wyszły skutki poprzednich bredni, oni tez pojawili się na ulicach. Dlaczego? Ponieważ, niestety, zwykłego chłopa łatwo podburzyć. Nie zna podstaw ekonomii, co zaraz pokażę na przykładzie.

W moim regionie zaczęli płakać producenci truskawek. Jako przykład swojej biedy podali skup owoców przemysłowych (na mrożonki, dżemy) za 2,5 zł/kg. Wiecie, co to truskawka przemysłowa? Odmiany rodzące owoce o niewielkiej 1,5-2,5 cm wielkości. Drobnica. Popyt jest na owoce duże, ładnie wybarwione, słodkie. Zresztą nawet plon z nich kilkukrotnie większy na ha. Po co więc upierać się przy przemysłówce, nabijając kabzy korporacjom?

No właśnie, przejdźmy do deserowych. Tu słyszę płacz – nie opłaca się zbierać i płacić ludziom za zbiór. To wymyślono „samozbiór”. Mieszczuch przyjeżdża na plantację i nazrywa sobie sam, a potem zapłaci. Zanim pomysł stał się modny, uśmierciła go chciwość. Właśnie ten analfabetyzm gospodarczy. Rolnik przy samozbiorze (trzeba dojechać 30-50 km od miasta) oczekuje 9 zł/kg. Jakie mamy ceny w mieście? 8-12 zł/kg. Oczywiście taka kalkulacja kompletnie nie ma sensu. Po co dojeżdżać, zbierać samemu, skoro można kupić na targu albo w sklepie za podobną cenę? I potem zaczyna się płacz, że ludzie kupują serbskie, marokańskie, ukraińskie, rumuńskie (dodatkowo sprzyja im klimat). Kupują, bo wychodzi taniej, niż pojechać na pole i zebrać samodzielnie. Komu za to podziękować? Pompującym pensję minimalną do rozmiarów nierynkowych, podnoszącym podatki, stymulującym inflację, Obajtkowi od gazu, wyrzucającemu ceny nawozów sztucznych w kosmos (i znowu zdziwienie, że Polska je importuje, gdy nasze czynią produkcję nieopłacalną).

I albo potrafimy tanio produkować, albo dobrze sprzedać albo zostaniemy skansenem rolniczym Europy. Najlepszy przykład – szparagi. Niemiec płaci 10E/h robotnikowi rolnemu za zbiór i pielęgnację i jeszcze swoje zarobi. A Polak woli produkować jak ojce, truskawki przemysłowe Senga Sengana, za które płacą mu 2,5 zł. Produkuje, sprzedaje po takich cenach i płacze. Po czym znowu bezmyślnie powtarza cykl. Niestety w tym okazuje się podobny do korposzczura, oczekujacego, że kolejna korpo będzie bardziej work-life balance friendly. Nie ma opcji. Warto zrozumieć podstawy ekonomii, żeby nie kręcić się w kołowrotku.