Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Styl życia – Strona 57 – Oszczędny Milioner

Czy da się utrzymać rodzinę za 1500 zł? Ekstremalna tabela.

Dzisiaj kończę serię wpisów o ekstremalnym oszczędzaniu. Przytoczone w tabeli kwoty nie są absolutnie przeznaczone aby być wzorem dla przeciętnie zarabiających.  Stanowią raczej wyjątkowe minimum (z założeniem sporej ilości własnego czasu, mieszkania z rodziną i braku jakichkolwiek większych zakupów) jeśli radykalne oszczędności są konieczne.  Odnoszą się do utrzymania, rozumianego jako bieżące życie. Nie ma w nim miejsca na jakiekolwiek sprzęty domowe  (choćby w wymianę pralki), prezenty, wakacje. Jeśli jedzenie to najtańsze lub wyhodowane na działce, jeśli auto to najtańsze i mało eksploatowane, jeśli ubrania to z second handu. Edukacja ogranicza się do wydatków niezbędnych (możliwe 1 zajęcia w domu kultury).  Tylko w ten sposób można zejść poniżej 1500 zł w przypadku rodziny 3 lub 4 osobowej. Moja rodzina nigdy nie zbliżyła się do podanych kwot, mimo że żyjemy oszczędnie.

SingielPara 2+12+2
Jedzenie150300450600
Mieszkanie75150225300
Wydatki własne60120180240
Transport10208585
Edukacja 00100200
RAZEM29559010401425

 

Czy da się utrzymać rodzinę za 1500 zł? Cięcie do kości – opłaty za mieszkanie i media.

Ostatnim poważnym źródłem oszczędności są opłaty za mieszkanie i media.

W tabeli wstępnej przyjąłem następujące kwoty (w nawiasie lokum wynajęte): singiel – 320 zł (420 zł), para – 430 zł (840 zł), rodzina 2+1 – 540 zł (1090 zł), rodzina  2+2 – 670 zł (1420 zł).

Cięcie do kości można przeprowadzić na kilka sposobów.

Najprościej jest nadal dzielić mieszkanie z innymi osobami. Najczęściej będzie to rodzina. Mieszkając z rodzicami singiel płaci tylko swój udział w opłatach – 120 zł, oszczędza więc minimum 300 zł. Para w analogicznej sytuacji jest do przodu już 600 zł.  Mała rodzina (2+1) zajmując część mieszkania rodziców zostawia w kieszeni 800 zł, a nieco większa (2+2) nawet 1000 zł.  Z kolei wynajem wspólnie z osobami obcymi można polecić tylko singlom, ewentualnie parom. Zamiast kawalerki na dwoje (koszt ok. 600 zł), lepiej wynająć 2 pokoje na dwie pary (800 zł czyli 400 zł na parę).

A osoby, które mają własne mieszkania?  Przyjąłem, że singiel za małą kawalerkę płaci 200 zł, para podobnie, rodzina 3- i 4- osobowa wydaje 250 zł za niewielkie dwa pokoje.  W takiej sytuacji da się może urwać 50 zł wybierając tzw. mieszkania bezczynszowe. Płacimy w nich tylko niewielką składkę na wspólnotę, fundusz remontowy i ogrzewanie. Wielkiego zysku raczej nie należy się spodziewać.

Inną kwestią jest oszczędzanie na opłatach za media. W wersji wstępnej przyjąłem 110-120 zł na osobę. Składa się na to koszt wody, prądu, gazu. Czy może być taniej? W zasadzie tak. Moja rodzina (5 osób) zużywa miesięcznie gazu za 150 zł, wody za 170 zł, a prądu za 180 zł. Średnia wychodzi ok. 100 zł za osobę. Gdzie widzę rezerwy? Gdybyśmy używali prysznica zaoszczędzimy na wodzie ok. 10 zł za osobę oraz na gazie podobną kwotę. Mamy już oszczędność 20 zł.  Rozsądniejsze korzystanie z komputera (nastolatki) zmniejszyłoby rachunki za prąd o 5 zł na osobę. Singiel może zatem zmniejszyć wydatki do 75 zł, 2 osoby do 150 zł, rodzina 2+1 do 225 zł, a 2+2 do 300 zł.

Jak widać rodzina 2+1,  wynajmująca dotychczas mieszkanie, po procedurze cięcia do kości,  zamiast wydawać 1090 zł zejdzie do 225 zł (jeżeli wróci do domu/mieszkania rodziny i zapłaci tylko koszt liczników). Rodzina 2+2 zamiast 1400 zł wyda tylko 300 zł.

Rozpoczęcie procesu radykalnego oszczędzania może w ekstremalnych przypadkach pozwolić przeżyć za 1500 zł rodzinie 3-4 osobowej. Szczegóły w tabeli z komentarzem już w czwartek.

Czy da się utrzymać rodzinę za 1500 zł? Cięcie do kości – koszty transportu.

W podstawowym wpisie przyjąłem następujące założenia: osoby samotne kupują bilety miesięczne po 85 zł sztuka, a mała rodzina (2+1 i 2+2) jeździ bardzo tanim samochodem (200 zł). Czy da się taniej?

W przypadku pary i singla pewnym sposobem jest poruszanie się piechotą lub rowerem. Wtedy koszty transportu wyniosą okrągłe 0 zł. Konieczność podjechania autobusem 2-3 razy w miesiącu również uczyni wydatki w tej kategorii niezauważalnymi (10-20 zł). Nie jest to jednak droga dla każdego.

Niewielka rodzina powinna już  zastanowić się nad samochodem.  Nie musi być używany codziennie (np. ja do pracy idę piechotą, a żona odprowadza synka do przedszkola i też porusza się na własnych nogach), ale większe – tygodniowe zakupy warto przywozić zamiast nosić. Mały pojazd, serwisowany samodzielnie nie powinien wydrenować kieszeni. Tanie ubezpieczenie obowiązkowe (duże zniżki, zamieszkanie na wsi) Fiata Seicento/Uno/Punto kosztuje nawet poniżej 200 zł, a dokładnie 184 zł.  Oczywiście brak zniżek i warszawski adres mogą wywindować cenę polisy do kwoty kilka razy wyższej.  Dalsza część rocznych kosztów eksploatacji to przegląd. Klasyczna wymiana oleju i filtrów nie powinna kosztować drożej niż 200 zł, do tego podbicie dowodu w stacji kontroli pojazdów 100 zł. Jeśli mamy szczęście i nie musimy planować większych napraw, lecz tylko wymiany eksploatacyjne bądźmy gotowi na zakup: opon 600 zł raz na 5-10 lat  (60-120 zł rocznie), akumulatora 300 zł raz na 5 lat (60 zł rocznie), zawieszenia 100-200 zł raz na 5 lat (20-40 zł), a razem średniorocznie można zmieścić się w  140-220 zł. Zatem, pomijając koszty paliwa musimy być przygotowani na wydatki nie niższe niż 620-1220 zł rocznie (miesięcznie 50-100 zł). Pozostaje nam jeszcze zakup paliwa. Kto mało jeździ (2-5 tys. rocznie) ten zaoszczędzi.  Benzyna będzie kosztowała 600-1500 zł rocznie (50-120 zł miesięcznie). W sumie okazjonalne korzystanie z auta (2000 km rocznie) pozwala na zmniejszenie kosztów do 100 zł miesięcznie (50 zł serwis i ubezpieczenie, 50 zł paliwo). Zasilanie gazem oznacza podniesienie wydatków serwisowych (o 10 zł miesięcznie) i zmniejszenie cen paliwa do 25 zł miesięcznie. W sumie mała rodzina może wydać na transport  85 zł średnio-miesięcznie (o ile nie przekracza przebiegu 2000 km rocznie, czyli ok. 40 km tygodniowo).

 

Czy da się utrzymać rodzinę za 1500 zł? Tabela.

Dzisiaj publikuję obiecaną tabelę do czwartkowego wpisu.

 

SingielPara2+12+2
Jedzenie
3006007501200
Mieszkanie własne (wynajęte)320 (420)430 (840)540 (1090)670 (1420)
Wyd. własne60120180240
Transport85170200200
Edukacja00200400
RAZEM765 (865)1320(1730)1890 (2440)2710 (3450)

Czy da się jeszcze obniżyć koszty życia?  Teoretycznie, tak.  Rezerwy tkwią w opłatach i jedzeniu, przy większej rodzinie, także w kosztach transportu. Jak to zrobić, napiszę w środę.

 

 

Czy da się utrzymać rodzinę za 1500 zł?

Idea bloga jest taka – przedstawiam drogę oszczędnych milionerów, milionerów za średnią krajową. Dzisiaj analizuję położenie osoby zarabiającej znacznie mniej (ok. 50-60 % przeciętnej pensji).  Pomimo tego, na tytułowe pytanie nie ma prostej odpowiedzi. Ile rodzin, tyle sytuacji. Aby jednak nie poprzestać na truizmach postaram się przedstawić pewne warianty.

Problem pierwszy. Rodzina, czyli  ile osób. Singiel, para (dwójka dorosłych). Czy są dzieci? Ile ich jest? W jakim wieku?

Problem drugi.  Mieszkanie. W Warszawie? W innym mieście? Na wsi? Własne? Wynajęte? Na kredyt? Jakiej powierzchni?

Problem trzeci. Standard życia. Tutaj akurat nie ma złudzeń. Nie da się żyć wystawnie za 1500 zł.

Problem zdefiniowany. Przystępujemy do jego rozstrzygnięcia.

Wynajęcie samodzielnego pokoju w Warszawie (1 osoba) to koszt przynajmniej 500 zł. W większych miastach będzie to ok. 300-400 zł.  Koszt wynajęcia mieszkania zaczyna się od 800 zł za kawalerkę (znowu większe miasta).  Podobnie będzie z ratą kredytu.  Własne i spłacone lokum pozwala na ograniczenie się do czynszu (minimum 150-200 zł za małe mieszkanie). Zatem rodzina z chociażby jednym dzieckiem jeśli nie ma własnego M nie przeżyje za 1500 zł.  Single i para przechodzą do dalszej analizy nawet w wynajętym. W Warszawie tylko single.  Rodziny, choćby 2+1, odpadają jeśli kupiły na kredyt lub wynajmują, chyba że mieszkają na wsi (wtedy koszt wynajmu może wynosić 400-500 zł).

Poza kosztami czynszu mamy jeszcze opłaty przynajmniej: prąd, wodę, ogrzewanie. Trzeba liczyć, nie mniej niż 110 zł za osobę.

Każdy z nas musi coś jeść. Absolutne minimum to 300 zł na osobę (10 zł dziennie).

Potrzebujemy też ubrań, środków czystości, kosmetyków. Tutaj przyjąłem 60 zł na osobę jako poziom 0.

Standard w postaci telefonu komórkowego (20 zł za 1 numer), internetu (40 zł na rodzinę) również warto wziąć pod uwagę.

Przynajmniej 200 zł kosztuje utrzymanie samochodu (z paliwem). Podobna kwota pozwoli opłacić bilety komunikacji zbiorowej 2-3 osobom.

Koszt dziecka w przedszkolu to kolejne minimum 200 zł (z wyżywieniem), podobnie w wieku szkolnym podobnie (obiady w szkole, podręczniki, komitet rodzicielski).

Nie liczę tutaj dostępu do kultury (bezpłatne wejściówki), wyjazdu na wakacje, wydatków na hobby.

W poniedziałek zrobię szczegółową tabelę. Dzisiaj tylko podam wynik. Za 1500 zł przeżyć może co najwyżej para we własnej kawalerce.  Rodzina rozumiana jako trzy osoby – nie ma mowy, jeśli jest na swoim. Samo jedzenie pochłonie im 900 zł, do tego 330 zł na opłaty,  150 zł czynszu,  200 zł za przedszkole i już przekraczamy założoną kwotę.

 

 

Czy warto pracować za 1500 zł?

Jako jeden ze skutków programu „Rodzina 500+” media podają niechęć do pracy za pensję minimalną i  niewiele większą (czyli 1350-1700 zł). Czy to prawda i czy za takie pieniądze  nie warto pracować?

Najpierw trochę filozofii, czyli pytanie co daje nam praca. Dla niektórych będzie to kontakt z innymi ludźmi, przyjemne (chociaż często niezbyt głębokie) relacje, dla innych szansa samorealizacji, uregulowanie planu dnia, nadanie celu w życiu. Jednak dla większości praca to sposób na zapełnienie portfela. Czy można inaczej zaspokoić te potrzeby? Zastanówmy się.

Spotkania z ludźmi mają miejsce w różnych miejscach. Można zapisać się do klubu sportowego, zdecydować na wolontariat, zacząć kolejne studia. Sposobów jest sporo. Większość z nich daje także szansę na samorealizację. Zresztą, umówmy się, etat za pensję w okolicach minimalnej to nie są prace szczególnie satysfakcjonujące lecz raczej zestaw powtarzalnych czynności (chociaż niekiedy w biurze). Najtrudniej poradzić sobie z planem dnia. Do pracy trzeba wstać, przyjść (lub przyjechać), wykonać obowiązki (pod nadzorem szefa), wrócić do domu. Nagle dzień np. od 6 do 16 mamy zapełniony (czyli np. 10 godzin z  17-18 nieprzesypianych). Nie pracując, mamy więcej czasu dla siebie. Dla jednych to zaleta, dla innych wada. A cel w życiu? W pracy za pensję minimalną? Nie, chyba raczej nie o to chodzi.  Pozostaje wypełnienie portfela, krótko mówiąc musimy mieć pieniądze na życie? Czy te 1350-1700 zł da się zarobić w inny sposób?

Zakładam, że nie mamy do czynienia z osobami bogatymi (taka kwota to odsetki od 500-700 tys. zł), a więc odpada rentierka. Pozostają prace sezonowe, zlecenia, fuchy. Wyobraźmy sobie zbieracza owoców. Można spokojnie zarobić za dniówkę 100 zł czyli miesięcznie 2500 zł (w Polsce). Za granicą będzie to nawet 2,5 raza więcej (6000 zł). Czyli w grę wchodzi opcja – pół roku (a nawet 3 miesiące) pracy sezonowej, w budowlance, a pozostała część roku konsumowanie jej owoców.  Takie życie wybiera całkiem spora liczba osób. A co w przypadku utraty zdrowia, wypadku, starości? Tutaj pojawia się problem. Można ubezpieczyć się lub zbierać na emeryturę, ale ile osób to robi? Nagle nie ma dochodów. Z wiekiem ubywa nam sił. Do czasu zmiany prawa, pozostawał jeszcze sposób „na rolnika” (zakup hektara ziemi i ubezpieczenie w KRUS). Teraz jego realizacja staje się mocno utrudniona (ziemię rolną można kupić tylko od najbliższej rodziny).

Jak widzicie, nie znalazłem zbyt wielu argumentów do pracy za niewielką pensję. Po prostu, da się takie kwoty zarobić inaczej. Jeśli pracujemy, to dlatego, że nie widzimy innego sposobu.

Natomiast nie przekonuje mnie argument 500+. To są pieniądze do wydania na dzieci.  Nie służą temu, żeby ojciec/matka mogli siedzieć bezczynnie. Myślenie „mam 500 zł (lub 1000)  i nic nie muszę”  to krok w złym kierunku. Zwłaszcza, że 1350 – 1700 zł da się spokojnie zarobić w inny sposób niż na etacie, bo np. w ciągu pół roku robót sezonowych. Tylko czy za tę kwotę można utrzymać rodzinę? To już temat na kolejny wpis.

Niepapierosowy milioner.

Dzisiaj chcę napisać o pewnym szczególnym sposobie na uzyskanie oszczędności, pozwalających w perspektywie czasu zostać milionerem. Metoda wydaje się banalnie prosta – rzucić palenie i zaoszczędzone środki inwestować.

Inspiracją dla mnie stał się mój zamożny znajomy. W wieku 30 lat postanowił zerwać z nałogiem. Co miesiąc notował znaczne oszczędności. Regularnie też, zamiast je wydawać kupował akcje wybranych spółek GPW.  Osiągał przy tym rozsądną stopę zysku. Obecnie już na emeryturze (wcześniejszej jak to nauczyciel), cieszy się owocami swoich działań – a jest to pakiet akcji o wartości przekraczającej milion złotych. Czy dzisiaj da się powtórzyć jego rezultaty?

Oczywiście. Poniżej przedstawiam stosowne wyliczenie. Paczka papierosów kosztuje ok. 14 zł. Ktoś, kto pali dziennie jedną paczkę wydaje miesięcznie 420 zł (znam też rodzinę, która na papierosy wydawała 2.000 zł miesięcznie, ale i dochody miała nieprzeciętne).  Taką kwotą do odłożenia dysponuje przeciętny już-nie-palacz. Do obliczenia drogi do miliona potrzebne są dwie zmienne – okres oszczędzania i oczekiwana stopa zwrotu.  Założyłem, że osoba inwestująca w akcje, jest w stanie osiągać zyski na poziomie 8% rocznie (średni zysk rynku akcji w długim okresie). Ponieważ posłużyłem się przykładem znajomego, to początek drogi milionera przypadnie na 30 rok życia, a koniec na moment przejścia na emeryturę. Oszczędzanie będzie więc trwało 37 lat.

Czas na wynik. Przez 37 lat, inwestując co miesiąc 420 zł, zarabiający 8% rocznie uzyska dokładnie …. 1.148.495 zł czyli ponad milion złotych wpłacając niespełna 200.000 zł. W dodatku w bonusie dostanie zdrowie.

A co z inflacją? No cóż, zawsze odkładamy aktualną cenę papierosów. A ta rośnie szybciej niż inflacja. Szczerze mówiąc, znacznie szybciej.

 

Tniemy koszty posiadania samochodu i… kupujemy mieszkanie nad morzem.

Wczoraj pisałem o rodzinie, która koniecznie postanowiła kupić samochód z salonu. Jego miesięczny koszt wynosi 1500 zł. Przy przeciętnych dochodach (ok. 6000 zł) jest to możliwe, ale wymaga rezygnacji z wielu innych przyjemności. Kompromisem wydawało się auto pięcioletnie. Utrzymanie to równy 1000 zł miesięcznie. Dzisiaj propozycje dla osób, które chcą oszczędzać więcej niż 10% dochodu i mogą przeznaczyć na auto znacznie mniejsze kwoty.

Skoro auto pięcioletnie będzie za drogie może warto szukać starszego? 10-letniego Opla Astrę kupimy już za 15 tys. zł. Na paliwo wydamy 10-15% więcej czyli ok. 350 zł. Ubezpieczenie (wyłącznie OC) uda nam się znaleźć (o ile mamy zniżki i nie mieszkamy w Warszawie) za 40 zł miesięcznie, przegląd będzie nas kosztował ok. 40 zł, a naprawy 100 zł miesięcznie. Jeśli dodamy do tego nieuzyskane odsetki ( 3% rocznie od ceny zakupu) 40 zł i utratę wartości 125 zł, miesięczny koszt utrzymania samochodu zamknie się w 700 zł. Nie prowadziłem rozważań dotyczących kredytu. Przyczyna jest prosta. Jeżeli nie umiemy zebrać 15 tys. oszczędności przy dochodach 6000 zł miesięcznie, to nie stać nas na taki samochód. W jaki sposób pokryjemy bowiem ewentualne rachunki za naprawę. W kilkunastoletnim aucie mogą wynieść nawet 2-3 tys. zł.

Jeśli te 15 tys. to dla nas za drogo, szukajmy dalej. Może nastoletnia Dacia Logan. Jej cena to równe 7,5 tys. zł (i trafiają się egzemplarze  z gazem). Tutaj koszty będą minimalne. Paliwo to 175 zł, OC 40 zł, przegląd 60 zł (dodajmy instalację gazową), naprawy 70 zł (i to pesymistycznie), nieuzyskane odsetki to dalsze 20 zł, a utrata wartości będzie symboliczna 65 zł. Razem miesięczny koszt utrzymania spadnie do 430 zł. Czy może być jeszcze taniej?

Rozejrzyjmy się za używanym Daewoo Lanosem. To prosta, chociaż już pełnoletnia konstrukcja. Kupimy go za 3 tys. zł. Ile wyniesie nas utrzymanie? Paliwo będzie podobne jak w Dacii – 175 zł, OC też – 40 zł, przegląd zrobimy za 50 zł (z gazem), naprawy nie będą droższe niż 60 zł, nieuzyskane odsetki to tylko 10 zł, a utrata wartości 30 zł (a czasami nawet nic jeśli potrafimy utrzymać wóz w dobrym stanie). Razem miesięcznie wydamy nie więcej niż 365 zł.

Na koniec propozycja dla całkiem małych rodzin (max. 3 osoby), pragnących utrzymać samochód za absolutne grosze – Fiat Seicento z gazem. Wystarczy na niego 1,5 tys. zł (czyli tyle ile na ubezpieczenie samochodu salonowego). Koszt gazu, ze względu na niewielkie spalanie obniży się do 120 zł, OC kosztuje 30 zł miesięcznie (pojemność silnika), przegląd – 50 zł, a na naprawy wystarczy 40 zł, nieuzyskane odsetki to symboliczne 5 zł, a utrata wartości kolejne 5 zł. Razem kosz miesięczny nie będzie wyższy niż  250 zł.

Co zrobić, żeby było jeszcze taniej? No cóż, wyjście jest tylko jedno – mało jeździć. Wszystkie wyliczenia robione są dla przebiegu 12 tys. km rocznie (1000 km miesięcznie). Obniżając tę wartość o połowę, utrzymamy Fiata Seicento za niespełna 200 zł (dokładnie 190 zł) miesięcznie. To mniej więcej tyle co dwa bilety miesięczne komunikacji miejskiej w moim mieście, a średni dzienny przebieg auta to możliwe 15-20  km.  A nie trzeba stać na przystankach.

Jaki wniosek płynie z ostatnich dwóch wpisów? Mamy dwie podobne rodziny, jedna decyduje się na auto z salonu, druga na stare Seicento. Obie jeżdżą tyle samo. Jedna wydaje rocznie 18000 zł na samochód (1500 zł miesięcznie), druga 3000 zł (miesięcznie 250 zł). Jedna nie oszczędza nic, a druga 15 tys. zł. Po 10 latach jedna nadal nie ma nic (bo tylko zmienia samochody na lepsze), a druga kupuje dwupokojowe mieszkanie nad morzem. Pierwsza bardzo się dziwi, jak to możliwe i  zaczyna przebąkiwać o tym, że pierwszy milion trzeba ukraść.

 

Czy przeciętną rodzinę stać na nowy samochód?

Pomysł na tytułowy wpis pojawił się, kiedy podczas mojej ostatniej choroby podczytywałem  ulubione forum o oszczędzaniu. Osoba o przeciętnych dochodach (ok. 6 tys. miesięcznie na rodzinę) dziwiła się dlaczego tak ciężko się żyje z kredytami na głowie (hipoteczny i samochodowy). Nijak nie potrafiła zrozumieć, że wydając na spłatę kredytu 50%  dochodu nagle tak na prawdę żyje za jedną pensję. I jak to mówił bohater bajki – kończy się rumakowanie.

No właśnie, czy rodzinę z przeciętnym dochodem stać na nowe auto?

Dokonując analizy, czynię następując założenia. Samochód jest całkiem przeciętny (klasa kompakt, podstawowy silnik), czyli cena nie przekroczy 60 tys. i raczej nie wystarczy na diesla. Rodzina ma oszczędności (przynajmniej 20% na wkład własny lub zakup całkowicie za gotówkę). Alternatywą jest rozejrzenie się za autem używanym.  Zaczynamy.

Aby zastanowić się – stać nas czy nie – trzeba znać realne koszty. Składają się na nie: paliwo, ubezpieczenie, przegląd, naprawy, to oczywiste. Ja dodaje jeszcze koszty kredytu, utratę wartości i ewentualnie nieuzyskane odsetki.

Koszt paliwa zależy od rocznych przebiegów. Ja zakładam około 1000 km miesięcznie. Przy obecnych cenach benzyny (ok. 4,4 zł/l) trzeba być przygotowanym na ok. 310 zł miesięcznie.

Ubezpieczenie to pochodna miejsca zamieszkania i często posiadanych zniżek.  Sądzę, że wystarczy  130 zł miesięcznie (jednorazowy roczny wydatek 1600 zł), przy założonej przez nas wartości samochodu.

Pierwsze przeglądy nie są drogie. Zmieścimy się w ok. 60 zł miesięcznie (jednorazowy wydatek ok. 700 zł).

Na naprawy teoretycznie nie wydamy. Ale przecież trzeba kupić opony (w tym zimowe), wycieraczki. Zużywają się części eksploatacyjne. Przyjąłem realny koszt 50 zł miesięcznie.

Podsumowując, przeciętna osoba powie – stać mnie – to tylko 550 zł miesięcznie. Co więcej auto używane wcale nie będzie  tańsze (chyba że założymy gaz). Za paliwo zapłacimy podobnie (310 zł), za ubezpieczenie niewiele taniej – 100 zł, przegląd w stacji nieautoryzowanej ok. 40 zł. Tylko naprawy zależą od szczęścia i wyboru konkretnego egzemplarza. Skoro jednak to prosty silnik benzynowy, nie powinno być drożej niż 100 zł miesięcznie. Razem używany samochód będzie kosztował, według zdania przeciętnej osoby ok. 550 zł, czyli tyle samo co nowy. Skoro tyle samo, to po co przepłacać?

Niestety to tylko pozory. Jeśli mamy gotówkę, to musimy ją wydać. Tracimy w ten sposób przyszłe odsetki. Różnica pomiędzy nowym a używanym autem (30.000 zł) to ok. 900 zł rocznie (75 zł miesięcznie) nieuzyskanych odsetek. Dochodzi jeszcze utrata wartości. Nowy wóz, kupowany na 5 lat, stracił połowę początkowej ceny – 30.000 zł (co oznacza 6000 zł rocznie i 500 miesięcznie). Używany też zmniejszy wartość o połowę, ale to tylko 250 zł. Zatem, nawet jeśli dysponujemy oszczędnościami, koszt samochodu salonowego wyniesie 1200 zł (550 zł +150 zł + 500 zł), a używanego tylko 875 zł (550 zł + 75 zł +250 zł).

Zakup na kredyt zmienia tę proporcję jeszcze bardziej, o dodatkowe 150 zł miesięcznie. Wtedy zamiast 1500 zł zł mamy koszt ok. 1000 zł. I nagle okazuje się, że utrzymanie samochodu zabiera 1/4 dochodu. Czy przeciętną rodzinę na to stać? Jeśli zrezygnuje z oszczędzania i ma mieszkanie kupione za gotówkę – może tak. Czy warto? Nie sądzę.  Oczywiście, nawet ten 1000 zł to nie koniec drogi. Można kwotę tę jeszcze zmniejszyć (co jednak powodowałoby porównanie dwóch zupełnie różnych aut). O tym jutro.

 

Czy da się odkładać 95% zarobków?

Jakiś czas temu jeden z blogerów umieścił wpis o sensacyjnie brzmiącym tytule, obiecującym przejście na emeryturę w ciągu kilku lat. Ponieważ  lubię dowiedzieć się czegoś nowego, zacząłem czytać. Szczerze mówiąc, spodziewałem się raczej historii wspaniałych inwestycji. Jakie było moje zdziwienie, gdy doczytałem, że wystarczą zupełnie zwyczajne stopy zwrotu (rząd kilku procent). Krótko mówiąc, wpis opierał się na jednej radzie – trzeba oszczędzać 95% zarobków. Czy to jest w ogóle wykonalne?

Od razu odpowiadam. W świecie oszczędnego milionera – nie. A dlaczego? Powody są dwa. Droga oszczędnego milionera opiera się o trzy filary:

  • przeciętne zarobki,
  • zakaz sknerstwa,
  • trójkąt zamożności.

Gdyby przyjąć przeciętne zarobki na poziomie proponowanym przeze mnie (średnia krajowa + 20% jako dorobienie), singiel o dochodach w okolicach 3000 zł, musiałby żyć za… 150 zł miesięcznie. DINKS-y za 300 zł na parę. To tak nie działa. Także kolejne filary zostają potrzaskane. Zakaz sknerstwa to m.in. niedopuszczanie myśli o żerowaniu na innych oraz oszczędzaniu na podstawowych potrzebach. Bez tego nie da się żyć za 150 zł/osobę. Samo jedzenie kosztuje więcej, a gdzie koszty dachu nad głową, ubrań itp. ? No właśnie, muszą być pobrane z kieszeni rodziny, współlokatora. Czyli sknerzymy. Także trójkąt zamożności tak nie działa. Jak pamiętacie ma on trzy boki: oszczędzanie, zarabianie, inwestowanie. Powinny być mniej więcej równe. Tymczasem żyłując oszczędności, przestajemy zwracać uwagę na pozostałe elementy.

Jako minimum kosztów życia na osobę przyjmuję tzw. minimum socjalne tj.  1077 zł (dane za grudzień 2015 r.). Jeszcze niżej jest minimum egzystencji (granica biologicznego wyniszczenia)  – 545 zł (dane za 2015 r.). Czyli, gdyby oszczędzać na wszystkim (np. wydatki na jedzenie 200 zł, na mieszkanie ok. 250 zł), aby osiągnąć poziom oszczędności wskazany przez tego blogera, musielibyśmy zarabiać ok. 10.000 zł. Zarabiać 10.000 zł (netto!) i żyć na poziomie minimum egzystencji. Jak mawiała moja babcia, trzeba mieć nie po kolei w domu. Zwróćmy uwagę, że cały czas mówimy o singlu. Rodzina 2+1 żyłaby za 1500 zł zarabiając 30.000 zł netto miesięcznie. Nie znam nikogo takiego i… całe szczęście.

Dlatego odkładanie 95% zarobków,  to rada czysto teoretyczna, dla osób, które zarabiają raczej w okolicach 100.000 zł miesięcznie.

Ja nadal będę koncentrował się na wspieraniu przejścia drogi do miliona przez osoby zarabiające przeciętnie.