Co tracisz zapominając, że istnieją różne poziomy finansowej wolności?

Na moim blogu, od pewnego czasu przewija się pojęcia „wolności finansowej” lub FIRE. Oznaczają one brak konieczności dalszej pracy zawodowej, utrzymywanie się z inwestycji i oszczędności. I jak większość rzeczy na tym świecie, wolność finansową można stopniować. Co więcej trzeba to robić. Tylko jak?

Pierwszy etap to możliwość utrzymania biologicznego życia. Coś w stylu Seneki: dach nad głową, życie  (jedzenie), ubranie. Koniec. Zupełne podstawy.

Potem następuje możliwość zaspokojenia potrzeb wyższych. Dorzucamy: rozwój (naukę), ubezpieczenia, transport (w podstawowym zakresie), jakieś prezenty, drobne kieszonkowe.

Trzeci poziom zawiera w sobie przyjemności: wakacje, lepsze ciuchy, jakiś gadżet od czasu do czasu, spełnienie marzenia. Na tym poziomie żyje sobie klasa średnia.

Etap czwarty – osiągamy finansowe cele. Altruistyczne (pomoc innym ,wsparcie zwalczania głodu w Afryce, albo lokalnego schroniska dla psów) i inne.

Etap piąty i ostatni – stać nas na większość rzeczy, o których pomyślimy. Oczywiście, dla jednych to jacht, samolot, własna wyspa, dla innych dom z widokiem na rozlewisko.

I teraz, żeby było jasne. Dla każdego z nas, poszczególne poziomy są reprezentowane przez inne kwoty miesięcznych wydatków, bo mamy różne rodziny, odmienne style życia i marzenia.  Żeby pokazać jak to działa, posłużę się własnym przykładem.

Poziom I. Ponieważ spłaciłem już wszystkie zobowiązania, dach nad głową, po dokonaniu korekt (montaż solarów, fotowoltaiki), nie byłby kosztowny w sumie 640 zł: 90 zł na wodę, 150 zł na gaz, 30 zł podatku, 90 zł na internet, 80 zł na komórki, 50 zł na drewno (przygotowanie własnego), 100 zł wywóz śmieci, prąd 50 zł (abonament). Ubrań trochę już nazbierałem, są ciuchlandy, ale jak włączę moją żonę i rosnącego syna – 400 zł muszę policzyć. Z jedzeniem sprawa byłaby prostsza – mając wolność finansową większość przygotuję na wsi. Będę potrzebował 1200 zł (z kosmetykami, chemią, lekami). W sumie damy radę za 2240 zł.

Poziom II. Tutaj doliczam naukę syna 600 zł (w tym sport), jedno auto 300 zł, ubezpieczenia (300 zł), kieszonkowe 400 zł, prezenty 300 zł, jakieś wyjścia jedzeniowe, odciążenie od produkcji – 1000 zł. Razem z pierwszym drugi etap to 5140 zł.

Poziom III.  Jeśli potrzebuję doliczyć lepsze ciuchy (300 zł), wakacje (mieszkanie wakacyjne+dom na wsi + wydatki na miejscu) – 1000 zł, gadżety (100 zł), marzenia (600 zł), dom na wsi (300 zł) . Dodaję do poprzednich i  mam 7440 zł.

Poziom IV. W moim przypadku wchodzi w grę zmiana samochodu (1000 zł), utrzymanie tego bloga (30 zł), dla żony też coś (drugie auto, jej pomysły) – 1000 zł, syn (wymiana komputera itp.) 500 zł. Razem 9970.

Poziom V.  Nawet, gdybym się nie ograniczał – pewnie wystarczy mi jakiś dom nad morzem (a nawet 3 pokoje np. w Chorwacji), dobre auto (ale jakie jest „dobre” ciągle się zmienia – pewnie poza Mercedesa E-klasse wiele bym nie wyszedł), 2-3 wycieczki turystyczne rocznie to też max. bo prosty ze mnie człowiek i cenię sobie spokój. Tu już poziomu pieniężnego nie wpisuję, ale połowa klasy średniej chce tak żyć.

A co tracisz, zapominając o tym?  Umiejętność cieszenia się pierwszym poziomem i dążenie do ostatniego, jako jedynego rozwiązania.

2 komentarze do “Co tracisz zapominając, że istnieją różne poziomy finansowej wolności?”

  1. Mam 30 lat i o FIRE słyszałem już jakiś czas temu. Nie wiedziałem nawet że dążę do FIRE. Cały czas akumuluje kapitał żeby za jakieś 10 lat przystopować z pracą i żyć na wsi w swoim domu. Sama idea jest fajna ale dla tych którzy są pewni że nie chcą mieć na FIRE żadnej pracy. Mnie natomiast zadowoli tzw Barista FIRE czyli praca na pół etatu tak żeby obracać się w jakimś środowisku i ciągle uczyć się jakichś rzeczy. Szkoda byłoby tak totalnie odpuścić i nie robić nic bo człowiek się może szybko zastać umysłowo i fizycznie. Myślę że nawet prosta praca typu rozwozenie jedzenia jest tutaj wskazana.

    Odnośnie poziomów niezależności finansowej to po latach za granicą i zwiedzeniu Europy uważam, że własny dom, jakieś tam auto/motocykl i możliwość wykonywania niedrogiego hobby jest już bardzo w porządku rozwiązaniem żeby uciec z matrixa. Z biegiem lat razem z partnerką doszliśmy do wniosku, że do szczęścia potrzebne jest niewiele a jeśli utnie się największe koszty jakimi są kredyty i nadmierna konsumpcja to można w PL żyć za małe pieniądze a bardzo godnie.

    1. Coraz więcej praktyków FIRE zaczyna odkładać, żeby MÓC nie pracować. Co to znaczy? Stać mnie na niepracowanie, ale czy faktycznie rzucę robotę zależy ode mnie. Sam wybieram. Wielu z tych ludzi radykalnie zmieniło swoją ścieżkę zawodową np. z bankierów inwestycyjnych stali się stolarzami, albo z IT przeszli do gastro właśnie.
      Życie na wsi (co widzę w ostatnim czasie, spędzając tam 2/3 tygodnia i… jednocześnie pracując etatowo) daje zupełnie inny poziom komfortu. Praca zdalna, kiedy podnosisz oczy znad ekranu na zieleń, zamiast na białą ścianę, na przerwę wychodzisz do ogrodu, zamiast do zatłoczonego pokoju socjalnego itp. sporo zmienia. Ja nawet przestałem potrzebować wyjazdów wakacyjnych. W takich warunkach da się też tanio żyć, o ile postanowimy funkcjonować „po wiejsku”.
      Do mnie osobiście brak pracy wyłącznie po to „by się nie zastać”, raczej nie przemawia. Dlaczego? Na wsi jest tyle do zrobienia, że nuda i brak zajęcia nam nie grozi. A umysłowo? Ile książek można przeczytać, przedstawień, koncertów odwiedzić. Praca większości ludzi kompletnie nie stymuluje intelektualnie. Pomijam powtarzalne zajęcia fizyczne (zakład produkcyjny przy taśmie, na kasie w sklepie), ale nawet biuro dla wielu nie wymaga żadnego wysiłku. I druga rzecz. Zajęcie etatowe, choćby 20 godzin w tygodniu (czyli pół etatu) ogranicza możliwości podróżowania, a wielu na „wczesnej emeryturze” chciałoby coś zobaczyć. I z tego klinczu widzę dwa wyjścia. Pierwsze, o którym już pisałem na blogu, praca zrywami za dobre stawki (kwartał pracy, 9 miesięcy odpoczynku). W ciągu 3 miesięcy damy radę się sprężyć, a resztę roku, nawet nie musimy myśleć o robocie. Drugie – coś w rodzaju Barista FIRE, ale w płatnym zawodzie. Czyli przez 10 godzin w tygodniu zarabiam tyle, co w gastro przez 20 albo i lepiej. Tracę zdolność do jeżdżenia po świecie, ale zyskuję znacznie więcej luzu. Do czegoś takiego staram się zmierzać.
      Dlaczego nie stanę za barem, nie zgłoszę się do firmy dowożącej, na Bolta, sieciówki odzieżowej albo czegoś podobnego? Ponieważ potrafię liczyć i zwracam uwagę na warunki pracy. Na „gorszym” etacie mam nominalnie 2 razy po 8 godzin pracy, a w rzeczywistości 12 godzin. W takich warunkach stawka godzinowa netto wynosi (wyliczona jak w YMYL z kosztem dojazdu, ubraniem itp.) – 100 zł, czyli 4 razy więcej niż za barem. Gdybym się uparł mogę przejść na zlecenie z 8 godzinami pracy tygodniowo w biurze (1 dzień na 2 tygodnie), za 2000 zł netto, albo za nawet nieco lepszą kasę, takim samym nakładem sił, prowadzić szkolenia. W kawiarni musiałbym spędzać odpowiednio 48 lub 30 godzin tygodniowo. Nie widzę sensu.
      A życie w Polsce, w odpowiednich warunkach (własny dom, ogród, brak drogiego hobby i świrowania z wydatkami) daje szansę na najłatwiejszą ucieczkę z matrixa. Najprostszą i najtańszą. Nie trzeba zrywać wszelkich więzów (rodzinnych, przyjacielskich), przenosić się do innej kultury, przeżywać rozczarowań. Prostym sposobem można zrobić test czy damy radę, kiedy jest najtrudniej (2 tygodnie urlopu w agroturystyce na przełomie listopada/grudnia). Żadne Tajlandie, Kostaryki nie są potrzebne, nikt nam noża pod żebro nie wsadzi, albo nie zażąda opłaty za przyjęcie do szpitala. Jak się dobrze ustawimy, to nawet do morza, albo w góry damy radę dojechać w 30 minut i za niewielkie pieniądze.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *