Co robić w sytuacji ogromnej inflacji? Radzą politycy partii rządzącej, Warren Buffet i oszczędny milioner.

Inflacja przebiła 12%. W efekcie rosną ceny praktycznie wszystkiego oraz oprocentowanie kredytów. Niektórzy pechowcy – kredytobiorcy z lat 2020-2021 płacą 2 razy większe raty. Tematem zainteresowali się dziennikarze i zadają pytania. Są odpowiedzi głupsze i mądrzejsze, albo zupełnie „od czapy”. Co powiedziano?

Politycy. 

„Kredyty trzeba spłacać”. Bardzo zabawne, prawda? Powiedział to były perukarz z teatru, potem wiceminister, obecnie poseł z dochodami ok. 200 tys. zł rocznie (częściowo nieopodatkowanymi), własnym domem, bez kredytu. Tekst podobny do słynnego prezydenckiego „Weź kredyt, zmień pracę” lub królewskiego „Niech jedzą ciastka”. Autor może i zajmuje ważną funkcję, ale kompletnie nie rozumie problemu – z czego spłacać kredyt, gdy rata to 50-60 % dochodu rodziny.

„Oszczędzać”. Byłbym hipokrytą, gdybym się nie zgodził. Jest jedno „ale”. Przy takim wzroście wydatków nie wystarczy zwykłe oszczędzanie. Trzeba zmienić się w mega sknerę.  Dodatkowo w okresie galopującej inflacji i drożyzny. Podam przykład z własnego podwórka. Stawki za gaz wzrosły o 60%.  Zamiast 4000 zł, musiałbym płacić 6400 zł. Żeby zejść choćby do zeszłorocznego poziomu wydatków musiałbym obniżyć temperaturę w domu do 13 stopni Celsjusza (każdy stopień mniej to 6%). Kompletnie nierealne. Alternatywa  – inwestycja w ocieplenie 40-50 tys., żeby zaoszczędzić 10-20%  strat i temperatura 16 stopni C.

Podobnie jest ze jedzeniem. Ceny wzrosły o 20%. Żeby tylko wyjść na 0 musiałbym przerzucić się z oleju i masła na smalec. Jeść ziemniaki (2 zł/kg) zamiast chleba (7 zł/kg). Zamienić wędlinę (30-40 zł/kg) na dżem (5 zł/kg).  Zanotowanie oszczędności wymagałoby oszczędzania ilościowego, picia herbaty z pokrzyw zamiast normalnej, wydzielania dzieciom posiłków.

Mógłbym też zrezygnować z dodatkowej nauki dzieci, sprzedać samochód, przestać jeździć na wakacje. I nie piszę tego ironicznie. Do takich działań właśnie jest zmuszana, ta rzekomo bogata „klasa średnia”. Kredyt hipoteczny na dwa pokoje  w Warszawie to w końcu 4600 zł.  A segment? Ten kosztowałby już 9000-10000 zł w ratach.  Kolejny pomysł rządzących obalony.

„Spłacić kredyt w całości”. Kolejny myśliciel, myślał i wymyślił. Zazwyczaj ludzie biorą kredyt na mieszkanie bo…. nie mają gotówki. Z czego więc mieliby spłacać całe zobowiązanie (przypomnijmy, kilkaset tysięcy lub ponad milion) za jednym razem? Ja mogłem sobie na to pozwolić, ale jestem wyjątkiem. W 95% wypadków takich scenariusz nie będzie realny.

Tyle o politykach. Teraz niech przemówi Warren Buffet. Dał on jedną, ale za to kapitalną radę. W czasie inflacji najlepiej inwestować w siebie – we własne umiejętności i kwalifikacje. Czy to prawda? Oczywiście, jestem tego najlepszym przykładem. Ponad 10 lat temu podjąłem taką decyzję. Zdobycie uprawnień kosztowało mnie 20 tys. zł. Teraz zysk z takiego działania wynosi ponad 100 tys. zł/rok  wyższej pensji netto.

Co zatem robić? Przebranżawiać się, uczyć. Znowu cofnę się do pracy biurowej.  Moi koledzy z pierwszego miejsca pracy przynoszą do domu ok. 3500 zł miesięcznie, ze wszystkimi dodatkami. Glazurnik/płytkarz/kaflarz bierze 9000 zł za jedną łazienkę (bez podatku – do ręki), a spokojnie zrobi w miesiącu 2 takie łazienki. Nawet odkładając na boku na emeryturę, widzisz chyba różnicę.

Nauczyciel matematyki zarabia 4000 zł. Programista 4 razy więcej. Przykłady można by mnożyć (operator koparki kontra urzędnik, handel samochodami przeciw etatom w banku, stolarstwo zamiast gry na flecie w filharmonii). No i oczywiście doskonalenie umiejętności inwestowania.

Tak, Warren Buffet ma lepsze pomysły niż rządzący.

Porady oszczędnego milionera.

Znajdź dodatkową pracę. Bilans domowy można zrównoważyć na dwa sposoby – zmniejszając wydatki, albo zwiększając dochody.  Extra praca tzw. fucha jest może wyczerpująca i trudno tak żyć przez lata, ale czasem trzeba. Pracownicy z biura wożą żarcie w knajpie, malują mieszkania, jeżdżą Boltem czyli wykonują prace studenckie. O ile oczywiście nie mają konkretnych umiejętności  i kapitału (prowadzenie szkoleń, firma na boku, handel). Ile można dorobić? Obecnie moja firma równa się dochodowi z jednego etatu, a poświęcam na nią ok. 50-60 godzin miesięcznie.

Zrób to sam. Wykonując coś samodzielnie oszczędzasz i nabywasz cenne umiejętności. Poświęcasz tylko jedną rzecz – czas. Dlatego lepiej dorobić zawodowo, ale czasem się nie da. Moje pomysły – kupowanie jedzenie poza systemem oficjalnym – od chłopa, lub samodzielna produkcja. Dalej – wszelkie domowe naprawy. Wreszcie samodzielna nauka języka. Moja żona gotuje (wielka oszczędność i zysk w smaku). Stworzyłem miejsce wakacyjne za ułamek kosztów all inclusive,  dodatkowo zyskując na wartości. Polecam – w kieszenie zostanie co najmniej kilka stówek miesięcznie.

Zrezygnuj z nadmiaru. Tu pole do popisu jest szerokie, ale zakładam, że pisze tu do „średniaków”. Sprzedaj jeden samochód. Mając 5 km do pracy możesz chodzić na piechotę lub jeździć rowerem zamiast kupować paliwo, parking czy płacić za bilety.  Zrezygnuj z subskrypcji, abonamentów itp. Zamień księgarnię na bibliotekę. Ogranicz zakupy ubrań do minimum. Nie stołuj się „na mieście”. To lepsze niż rezygnacja z korepetycji dla dzieci lub marznięcie w domu. Wreszcie sprzedaj ten wielki telewizor na raty 0% i zmniejsz miesięczne obciążenia. Łatwiej odżałować  TV niż przejadać fundusz awaryjny.  Pamiętacie może jeszcze moje „plany B” czy stress testy? Gdybym musiał wynająłbym dom (za cenę równą mojej niższej pensji), przeniósł się do mniejszego mieszkania albo na wieś. Wynająłbym mieszkanie i działkę w górach,  Zostałbym z jednym, ale „gotówkowym” i oszczędnym autem. Sam robiłbym wędliny z mięsa kupionego w ubojni, piekłbym chleb itp. W salonie postawiłbym kozę i chodził zbierać chrust do lasu, zamiast płacić za gaz. W ten sposób zredukowałbym koszty, nawet  2/3.  Oczywiście kosztowałoby mnie to mnóstwo czasu, ale gdyby taka była konieczność, co robić.  Minimalne koszty życia, które policzyłem dla mojej rodziny zamykałyby się w 3500 zł za 3 osoby. To tyle ile wziąłbym za wynajem domu. Nie każdy ma taki komfort, że ma wolny dom w dużym mieście, ale mówimy o wydatkach (bez kredytu) na poziomie pensji minimalnej + jakieś zasiłki (w tym 500+).

Negocjuj, sądź się, walcz. To opcja nie dla każdego, ale osiągalna. Może uda ci się znaleźć w umowie jakąś nieformalność, sprawdź niedozwolone klauzule umowne. Są kredyty na spłatę zobowiązań w innych bankach, może uda Ci się wynegocjować lepsze warunki. Staraj się obniżyć marżę.

Sprzedaj nieruchomość obciążoną kredytem. Taka decyzja zawsze będzie trudna, ale czasem konieczna. Popatrz na moich przyjaciół (to częsta sytuacja w klasie średniej). Pobrali się jako ludzie dojrzali. Każde miało swoje mieszkanie w innym mieście, w tym żona na niewielki kredyt (rata 700 zł). Wynajęli oba, zyskując 3000 zł „odstępnego” i kupili na kredyt dom. Rata tego kredytu wynosiła 2500 zł. Dom kosztował ich zatem tylko 200 zł (3000 – 2500- 700)+ własna gotówka jako wkład własny i remont. Interes prawie idealny. I wtedy przyszła „klątwa Glapińskiego”. Z 700 zł zrobiło się 1100 zł. Z 2500 zł już 3750 zł, co całkowicie zmieniło rachunki, bo zamiast -200, wyszli na – 1850 zł (3000-3750-1100). Co teraz? Wystarczy wrócić do jednego z mieszkań, a dom sprzedać, spłacając kredyt. W ten sposób da się upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Najpierw zarobi na domu 400.000 zł  i odzyska 200 tys. zł (kosztował 700 tys., obecnie do sprzedania za 1 mln 100 tys., po spłacie  kredytu 0,5 mln, zostanie jeszcze 600 tys.), z których to można uciąć nie tylko mniejszy kredyt żony (120 tys.), ale dodatkowo kupić coś rzeczywiście inwestycyjnego, równoważąc utratę dochodu z wynajmu. Przychód nie zmniejszy się i pozostanie na poziomie 3000 zł, koszty kredytów spadną tymczasem z 4850 zł do 0. Czyli z obecnych – 1850 zł zrobi się +3000 zł. Super sprawa.

Nie każdy ma taki komfort, to tylko przykład. Przy takich odsetkach, opłaca się jednak policzyć, czy:

  1. zmienić 3 pokoje na 2, a 2 na 1,
  2. lepszą dzielnicę zastąpić gorszą,
  3. wynająć (lub sprzedać) miejsce parkingowe, sprzedać auto i nadpłacić kredyt,
  4. uciec na wieś lub do małego miasteczka,
  5.  podkulić ogon i najgorsze przeczekać u rodziców (ew. wrócić do współdzielonego wynajmu studenckiego – polecam raczej młodym i niedzieciatym),
  6. wziąć sublokatorów.

Każde z przedstawionych wyżej rozwiązań ma wady (zwłaszcza sprzedaż mieszkania z zyskiem może oznaczać podatek), ale każde też lepsze jest niż zastąpienie kawy palonym ziarnem zbóż, wypisanie dzieci z angielskiego, wreszcie zaprzestanie regulowania zobowiązań.  Do przemyślenia.

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *