Jeszcze o korzyściach z rzucenia pracy etatowej.

Mój wpis o problemach wynikających z biurowej pracy na etacie cieszył się popularnością odwiedzających. Postanowiłem rozwinąć temat, pokazując jak te 3 tygodnie wpłynęłyby na moje dochody oraz co więcej dałem radę zrobić.

Powtórzmy liczby: W ciągu 3 tygodni (15 potencjalnych dni pracy +6 dni weekendów) przebywałem w biurze 2 dni i 4 godziny. W tym czasie:

  1. byłem na L4 8 dni (nieco ponad połowę czasu), na urlopie 4 dni, oraz 3 dni w pracy.
  2. odbyłem 2 spotkania wyjazdowe, 2 zdalne (z domu) i 1 w moim mieście, które zakończyły się uzyskaniem dla moich pracodawców kwoty odpowiadającej mojemu miesięcznemu wynagrodzeniu brutto.
  3. Krótko mówiąc w 10 godzin właściwej pracy (spotkania i przygotowanie do nich) plus czas dojazdu – kolejne 6 godzin zarobiłem równowartość mojej lepszej miesięcznej pensji, na którą normalnie spędzam 12 dni w biurze.

Ponadto:

  • codziennie przesypiałem od 7 do 10 godzin,
  • napisałem łącznie 4 wpisy na bloga i 100 stron (prawie 5 dziennie) książki o finansach osobistych (poprzednie 35 strony zajęły mi 3 miesiące porannej pracy),
  • prawie wynegocjowałem synowi nowy kontrakt sportowy,
  • przeczytałem 7 książek liczących razem ponad 2,5 tys. stron,
  • spędziłem z rodziną dodatkowych kilkadziesiąt godzin, praktycznie codziennie (poza okresem intensywnych objawów choroby), zaplanowałem i kupiłem wszystkie prezenty mikołajkowe i gwiazdkowe, omówiłem z żoną przeprowadzkę na wieś,
  • ustabilizowałem ciśnienie krwi.

Nie przypominam sobie podobnych 3 tygodni.

Na tym polega paradoks produktywności – robiąc mniej osiągamy lepsze wyniki. Znam to już z przeszłości. Podczas urlopu bezpłatnego, kiedy założyłem dg,w pierwszym roku zarabiałem regularnie 3 razy więcej niż na etacie, pracując 60% czasu. Jaka nauka z tego płynie? Jeśli chcę poprawić rezultaty, muszę rzucić jeden etat. Zaplanowana na początku grudnia droga, wydaje się całkowicie właściwa. Usunięcie pobocznych, właściwych dla etatu eksperta questów (ciągle ktoś przerywa pracę pytaniami), wystrzeliło efekty w kosmos. Mechaniczne czynności: odbieranie maili, odpowiedzi na nie, rozmowy telefoniczne, proste zadania, trwające 10 minut niweczyły pracę zaplanowaną na godziny. Co więcej, zauważyłem, że siedząc w domu lub na wyjeździe mam większą łatwość zabrania się do pracy i mniejszą skłonność do odkładnia. Lenistwo jako lek na prokrastynację – brzmi ciekawie.

Stąd decyzja o dramatycznym ograniczeniu zadań.. Tak jak pisałem w odpowiedzi Piotrowi dla mnie etat stracił sens. Muszę siedzieć na tyłku 15 dni w miesiącu (i tak mało), w sytuacji, w której w 2 dni jestem w stanie zarobić równowartość 12 dniówek etatu. Logiki w tym zero. Drugi pracodawca płaci jeszcze gorzej – częściowo w efekcie polityki podatkowej państwa (składki 29% i podatek 32%) netto dostaję o połowę mniej niż brutto. Ten pójdzie na pierwszy ogień.

Natomiast wróćmy do tematu wpisu – korzyści z rzucenia większości pracy etatowej:

  • odzyskane 10 dni w miesiącu, które mogę przeznaczyć na rodzinę, wieś, bloga, firmę, naukę nowego zawodu, remonty – na co tylko zechcę,
  • zwiększona motywacja do czynności przynoszących wymierne efekty,
  • znacznie lepszy sen i ciśnienie krwi,
  • brak uczucia zagonienia, kiedy dzień rozpoczyna się o 5.30, a kończy o 21 (czasami do 12 miałem już napisane 4 strony książki), zamiast zaczynać o 17.30 po zjedzeniu obiadu i drzemce i kończyć o 21,
  • więcej odhaczonych ważnych zadań, przy lepszej jakości pracy (mniej błędów do poprawy).

Wszystko to za cenę zmniejszenia dochodów z etatu o 43% brutto i ledwie 33% netto (podatki!).

Praca biurowa szkodzi. Eksperyment na samym sobie.

Na blogu często pojawiają się wyniki eksperymentów, wzorowanych na słynnym Buckminsterze Fullerze – człowieku, który zrewolucjonizował rozwój osobisty. Głównym przedmiotem badań jest sam badacz, oceniający, jak zmiana pewnych parametrów, wpływa na życie.

W moim przypadku, eksperyment wykonał się sam. W końcu listopada zachorowałem. Nie tak lajtowo, ale z potężnym kaszlem, bólem w boku – no zapalenie oskrzeli a może nawet płuc (sugerowano mi gorsze choroby, ale się nie potwierdziły). Krótko mówiąc – na 2 tygodnie zostałem wyłączony z pracy. A ponieważ przed nimi miałem niewiele siedzenia w biurze (przez całe 5 dni – 9 h i 20 minut), więc mogę powiedzieć, jak brak chodzenia do biura przez 3 tygodnie wpłynął na moje życie, głównie w aspekcie zdrowotnym.

Pierwszy plus – lepsze spanie. Tu opowieść jest krótka – przesypiałem całą noc, budząc się rano. Skończyły się początkowe etapy bezsenności, czyli wstawanie na 2 godziny ok. 2-3 w nocy.

Drugi plus – brak problemów z żołądkiem. Dość podobnie jak wyżej, mógłbym odesłać do historii Marcina z Kalpapady. Długotrwały stres załatwia jelita i żołądek, co skutkuje zgagami, a przede wszystkim gigantycznym pobudzeniem perystaltyki. Fachowo i wersji zaawansowanej (na którą cierpiał Marcin) co 10 minut jesteś w toalecie. U mnie nie przekroczyło to rozmiarów rozsądnych (3-4 wizyty w środku dnia) i do czasu… aż nie przestałem chodzić do biura. Teraz jakbym w ogóle nie miał żołądka i dalszej części przewodu pokarmowego. Moja nieformalna ankieta wśród pracowników biur – problem dotyczy praktycznie wszystkich. Czy winne są długie godziny na siedząco, stres, czy dieta (trudno jeść regularnie), nie wiem. Chociaż stawiam na połączenie wszystkich trzech. Kiedy jesteś na ciągłym ASAP-ie i nie możesz popełniać błędów, żołądek płata ci figle. I praktycznie wszystkim na długim zwolnieniu (urlopie) objawy ustępują. W moim przypadku – wbrew logice, bo brałem antybiotyki, które powinny zadziałać wręcz odwrotnie.

Trzeci plus – zdrowy kręgosłup. Praktycznie każdy biuroszczur walczy z bólami zwyrodnieniowymi kręgosłupa, to taka choroba zawodowa. Dotyka zarówno dyrektorów regionalnych (6-8h dziennie w aucie), jak i sekretarkę. Siedzenie ogromnie obciąża aparat ruchu, a przed komputerem, podwójnie. Przez ostatnie 2 tygodnie kręgosłup nie wiedziałem, że mam kręgosłup, całkiem nic. W pozycji siedzącej spędzałem 2-3 godziny, resztę albo leżałem (na początku), albo stałem/chodziłem.

Czwarty plus – więcej czasu. Niby oczywiste, ale warto napisać. Nawet pierwszy tydzień, z dwoma podróżami służbowymi (wtorek – 270 km autem, czwartek 360 km pociągiem), trzema spotkaniami z klientami, siedzeniem środę w biurze, oraz długim zebraniem w piątek (poza firmą) dał mi sporo wolnego. Jadąc pociągiem przeczytałem książkę, przygotowałem się do spotkania i jeszcze chwilę zdrzemnąłem. Podróż samochodem przerwałem skrętem po rewelacyjny ser (24 m dojrzewający) oraz dobrym obiadem. Pomimo tego: kupiłem prezenty mikołajkowe, wykonałem szereg zadań firmowych itp. Poza wtorkiem (konieczność pobytu u pracodawcy nieco ponad godzinę) i środą (dniem biurowym) miałem możliwość pospania dłużej, albo (co właśnie się stało), napisania sporej ilości tekstu, zjedzenia w spokoju śniadania z żoną i synem oraz odwiezienia go do szkoły.

Piąty plus -rodzina. Nie należę do ludzi, którzy cieszą się chwilami spędzonymi bez rodziny. Wręcz przeciwnie. Wspólne śniadania mają dla mnie wartość dodaną. Natomiast w dniach pracy zawodowej są nierealne. Młody normalnie idzie do szkoły na 8-9-10, a jako nastolatek – wstaje w ostatniej chwili, gdy mnie już nie ma w domu. Ta przyjemność normalnie mnie omija. Ale nie w czasie wolnym od biura. Podobnie z żoną, wprawdzie wstajemy podobnie i nawet pracujemy blisko siebie, ale czym innym wspólnie wypita kawa i droga do pracy, a czym innym spędzenie razem całego dnia. Da się omówić wszystkie tematy, na które nigdy nie ma czasu, a nawet zwyczajnie pobyć razem.

Szósty plus – relaks. Pochodna poprzednich pięciu. Skoro niczym się nie stresuje, spędzam czas z rodziną, nigdzie się nie spieszę, poza płucami nic mnie nie boli – diagnoza może być jedna – pełen relaks. I do tego taki, który uważałem za niemożliwy – we własnym domu, bez wyjeżdżania, bez wspomagaczy.

Wnioski. Te 3 tygodnie pomogły mi podjąć kilka ważnych decyzji, które dość intensywnie chodziły mi po głowie. W przyszłym roku ograniczam liczbę dni biurowych do (średnio) 1-2 dni w tygodniu, nawet, gdybym zaliczył w ten sposób spadek pewnych dochodów do kwoty mniejszej niż średnie wynagrodzenie tj. 5200 zł. Na jednym etacie powiem pa,pa, na drugim zmniejszę wymiar czasu pracy. Zostanie mi firma (jak się przekonałem, znacznie mniej stresująca) oraz szereg zajęć pobocznych. Uzgodniłem też z żoną – definitywnie wyprowadzamy się na wieś.

Oszustwo „instagramowego życia”.

W lecie tego roku Noizz.pl, odwiedzane przeze mnie z uwagi na serię „Ruinersi” (opowieści o ludziach, którzy kupili stare domy i przeprowadzili remont) rozpoczęła nowy cykl – historie emigrantów. Bazowały one często na stałym schemacie: wyjazd na studia, miłość do obcokrajowca, początkowe trudności, szczęśliwe zakończenia i własny biznes na miejscu. Jednocześnie odnośnik do bohatera odcinka, a w zasadzie jego biznesu (organizacja wakacji dla Polaków, szukanie im nieruchomości na miejscu).

Nie byłaby to rzecz warta wzmianki, gdyby nie konwencja „instagramowego oszustwa”, a więc skupiania się na „sukcesie”, a pomijania realności scenariusza (kosztów, źródeł finansowania). Osobiście, staram się tępić taką metodę opisu cudzego i własnego życia, ponieważ tworzy fałszywy obraz świata. A ten skusi naśladowców, podejmujących decyzje bez świadomości możliwych kłopotów.

Pierwszy przykład. Polka poznaje Francuza, wyjeżdża do Prowansji, nie znając języka, rejestruje się jako bezrobotna, dostaje za darmo kurs francuskiego oraz 700 E stypendium. Mieszka z rodzicami wybranka, nie znającymi z kolei angielskiego, ale przyjmującymi ją z otwartymi rękami. W ogóle wszyscy są mili i przyjemni, krajobrazy piękne, jedzenie smaczne i tańsze niż w Polsce (sic!). Już ta część historii wydaje się nazbyt optymistyczna, albo wręcz nieprawdziwa. W Prowansji tańsze mogą być wybrane lokalne produkty żywnościowe i tylko w sezonie, który tam przypada wcześniej (czyli np. truskawki albo czereśnie w kwietniu). Podobnie jest we Włoszech – taniej kupimy oliwę, kawę w knajpie i… koniec. Gdyby na tym się skończyło, jeszcze można wybaczyć różowe okulary, natomiast to dopiero początek. Potem pojawiają się filtrowane zdjęcia pensjonatu Polki, wybudowanego na miejscu. I stawiamy sobie pytania? Jak ktoś, kto zarabia 700 E (potem może 1500 E) jest w stanie zbudować dom? Oczywiste będzie, że przyczyny mogą być dwie, a artykuł o nich milczy:

  1. dziewczyna przywiozła kasę z Polski (i raczej powyżej 250k Euro, może i 2 razy tyle),
  2. wszystko sfinansowali partner lub jego rodzice, czyli dom nie należy do Polki.

I na tym można zakończyć. Mówimy o scenariuszu nierealnym dla większości emigrantów, ewentualnie o pakowaniu się w kłopoty. Sam znam dziewczynę, która pojechała na wycieczkę, poznała starszego o dekadę Włocha, pomagała mu w knajpie (taki sam raj), a po 15 latach wyrzucił ją z domu z niczym (wypłacił nawet wspólne oszczędności z konta). Wróciła do Polski po 40-tce, bez prawa wykonywania zawodu (nie miała szkoleń, za to długą przerwę), oszczędności, znajomości itp. Próbowała jakiś interesów (import wina), ale wyłożyła się na braku kapitału i doświadczenia. I tak wygląda rzeczywistość bez lukrowania. Oczywiście pewnej liczbie może się udać (jak zawsze), inni przebiją się ciężką pracą, ale emigracja nie stanowi (i nigdy nie stanowiła – wystarczy poczytać Gombrowicza czy Marai) lekkiego chleba. Instagram o tym nie wspomina.

Pięć powodów dla których jeszcze nie rzuciłem etatu.

Jeśli nie pamiętacie, przypomnę – ponad rok temu umieściłem na blogu wpis o zamiarze rezygnacji z pracy. Do dzisiaj nie zrealizowałem tego zamiaru. Ponieważ właśnie miałem czas „usiąść i pomyśleć na spokojnie” dlaczego tak się stało, postanowiłem przekuć porażkę w sukces i napisać o tym kilka słów.

Przyczyna pierwsza – ludzie. W obu moich miejscach zatrudnienia jestem obecny od ćwierć wieku. Kawał czasu. Z tego powodu poznałem całkiem sporą grupę wspaniałych ludzi. Część namówiłem do przejścia tam, gdzie lepiej płacą. Szkoda mi ich zostawić . Mam świadomość, że coraz bardziej odstaję od większości stylem życia, podejściem do świata, czy poglądami na świat, ale mimo tego, po prostu – szkoda.

Przyczyna druga – własna działalność gospodarcza. Ten punkt wymaga obszerniejszego komentarza. Większość osób założenie własnej firmy skłoniło do rzucenia etatu, najszybciej jak to możliwe. Dlaczego ze mną jest inaczej? Mam ciastko i zjadam ciastko. Dysponuję pewną pensją i ekstra kasą z dg. Nigdy nie martwię się czy wyrobię swoje. Mogę pójść na urlop i w tym czasie odpuścić. W DG byłbym cały czas na wysokich obrotach, tam nie da się robić na pół gwizdka. Zresztą połączenie dochodów etat+praca+inwestycje zapewnia mi całkowity finansowy luz. Dosłownie – nie muszę się martwić o pieniądze. A że pracuję więcej? Trudno. I jeszcze jedno – etat= mniej składek ZUS w DG – płacimy tylko zdrowotną.

Przyczyna trzecia – nie jest wcale tak źle. Z powodu dużego stażu pracy, korzystam z wielu przywilejów. Bez problemu dostaję możliwość pracy zdalnej (24 dni w roku), mam sporo urlopu, nikt nie złości się na sanatorium. W efekcie – jestem w biurze średnio 3 dni w tygodniu, a dodatkowe 0,5 dnia na zdalnej. Pracuję w centrum, z niezłym dojazdem, nie muszę siedzieć w zamknięciu (sporo chodzę). Wiadomo zdarzają się gorsze momenty, okresy spiętrzenia zadań, ale generalnie – tragedii nie ma.

Przyczyna czwarta – pieniądze. Zarabiam całkiem sporo. Za średnio 3,5 dnia pracy w tygodniu zarabiam z dodatkami i nagrodami – ponad 2,5 średniej krajowej. Powiedzmy sobie szczerze – odrzucamy chętniej to, co mocno nas uwiera. Dla wielu moja praca wygląda super, dla mnie znośnie.

Przyczyna piąta – lenistwo. I to znośnie wystarcza, aby leń we mnie, nie cisnął papierami. Skoro nie przemęczam się, nieźle zarabiam, robię swoje, nie cierpię, a tylko doświadczam drobnej niedogodności w postaci dupogodzin, nie dostaję silnego kopa, żeby dokonać zmiany. Z drugiej strony, mocno wierzę, że lenistwo zmusi mnie w końcu do rzucenia „gorszego etatu” z niższym przelicznikiem pensja/efektywna godzina pracy. Zyskam w ten sposób sporo czasu – weekend zacznę w czwartek po południu, a skończę we wtorek rano. Pewnie nastąpi to w przyszłym roku, kiedy zmieni się szefostwo.

Ile straciłem nie robiąc kariery w Warszawie?

Pisząc o pensjach po studiach we Wrocławiu i innych miastach, wpadłem na pomysł stworzenia „rzeczywistości alternatywnej”, cofnięcia się w czasie. Zamiast pójścia do biura w dużym mieście wschodniej Polski zaczynam karierę i rozwijam ją w Warszawie. Jak dzisiaj wyglądałoby moje życie?

Firmy analizujące wynagrodzenia podały twarde dane. Gdybym był ambitny jak prof. Matczak, miał szczęście, zrobił karierę w Warszawie, dziobał po 16 godzin dziennie, dzisiaj byłbym partnerem w warszawskiej spółce z dochodami brutto 30-60 tys. zł miesięcznie, z domem na kredyt w Konstancinie, BMW X5 w leasingu, wczasami w tropikach, po pierwszym zawale i problemami w życiu osobistym (lub wręcz przeciwnie – małym dzieckiem na stanie). De facto dostawałbym 20-40 tys. zł netto, które może osłodziłyby mi wszystkie niedogodności. Ciężko harując nie miałbym czasu na inwestowanie, kombinowanie, urlop .

Zostając w swoim „grajdołku” zarabiam (bez wzrostu wartości inwestycji) na poziomie dolnej granicy warszawskiego partnera. Jeśli odliczę mu ratę w Konstancinie (10k, a ja nie mam już żadnej), dobijam „średniej warszawskiej” w czołówce mojego zawodu (poza partnerami – może 10%, istnieje jeszcze 90 % planktonu „specjalistów” różnych szczebli). Jednocześnie, w lipcu siedziałem w biurze 14 dni z 23 , a w sierpniu 3 dni z 22, co oznacza, że w wakacje pojawiałem się tam przez 17 dni z 45 czyli ok. 37% czasu. Na koniec tego okresu mam jeszcze, do wykorzystania do końca roku:

  • 21 dni urlopu u jednego pracodawcy,
  • 12 dni pracy zdalnej okazjonalnej,
  • 11 dni urlopu u drugiego.

Co więcej warszawiacy nie mają szansy skończyć pracy, chyba że przenieśliby się na Podlasie, spieniężając konstancińską willę i spłacają kredyt. Wtedy jednak zaliczyliby radykalną zmianę statusu. O dziwo, paru z nich już policzyło i podjęło taką decyzję (chociaż czasami Podlasie zastąpili Sycylią, Wyspami Kanaryjskimi itp.).Jak zwykle, kombinowanie popłaca.

Odpowiadając na tytułowe pytanie – nie jadąc do Warszawy, nic nie straciłem, a nawet sporo zyskałem (czas, luz, rodzinę). Bez nowej X5-tki potrafię żyć.

FIRE na próbę albo GAP FIRE

Naczelną zasadą idei FIRE (wczesnej emerytury) pozostawało zakończenie aktywności zawodowej. Następnie wyewoluowały kolejne podtypy tego sposobu na życie:

  • FAT FIRE – „na bogato”. Zgromadzone środki muszą starczyć na wiele przyjemności.
  • LEAN FIRE – „biednie”. Po przejściu na emeryturę, żyjemy za niewielkie pieniądze. Taką opcję propaguję na blogu. Bo czymże innym jest wyprowadzka na wieś, utrzymywanie jednego auta, rezygnacja z wielu zbędnych wydatków,
  • Classic FIRE – „normalnie”. Żyjemy zwyczajnie, ani nie tniemy nadmiernie wydatków, ani nie uważamy się za królów życia.

Jeśli połączymy FIRE z dorobkiem umysłowym Tima Ferrissa („mikroemerytury” przez całe życie, zamiast końca aktywności w określonym wieku) możemy sobie wyobrazić jeszcze jeden sposób – GAP FIRE. O nim traktuje dzisiejszy wpis.

GAP FIRE może okazać się cennym doświadczeniem, FIRE na próbę. Na czym ma polegać?

Z kapitału żyjemy przez pewien czas. W zależności od potrzeb i możliwości – od pół roku do kilku lat. Potem normalnie wracamy „do kieratu”. Czy to ma sens? Moim zdaniem tak. Dlaczego.

Po pierwsze – jak mówi przysłowie – „Lepszy rydz, niż nic”. Znacznie lepiej mieć rok wolnego, niż ciągle zapieprzać w matriksie.

Po drugie – możemy się zregenerować. Długa i stresująca praca wywołuje w nas określone niekorzystne zjawiska – choroby zawodowe i zwyrodnieniowe (my, biurowcy – kręgosłup). Brak czasu dla siebie (praca pochłania minimum 65% naszego aktywnego funkcjonowania (przy założeniu klasycznego stylu życia: na etacie 8h, przygotowanie, dojście, powrót, dekompresja – 3 h, sen 7h, łączny czas aktywności – 17 h). Nagle możemy ten czas odzyskać i przeznaczyć na to, co dla nas ważne. Dość szybko zauważymy powrót życiowej energii.

Po trzecie – mamy okazję przetestować styl życia. FIRE wcale nie jest dla każdego, przecież istnieją ludzie, którzy „nie mogą żyć bez pracy”. Osobiście do nich nie należę, ale nie mierzmy każdego własną miarą. Dlatego tak ważne będzie testowanie. Warto spróbować, co dla nas ważne, sensowne, ile realnie potrzebujemy, jak brak pracy wpływa na codzienną rutynę.

Po czwarte – w ten sposób realizujemy marzenia. Odzyskany czas można albo zmarnować albo wykorzystać. M.in. na realizację marzeń. W czasie FIRE damy radę spełnić wiele marzeń, które wymagają niewiele pieniędzy, a sporo czasu.

Wszystkie te powody skłaniają, aby chociaż przemyśleć ten rodzaj próbnego FIRE. Może po pół roku przestaniemy o nim marzyć. Teraz czas na konkrety. Jak to zrobić?

Widzę trzy drogi do celu, przedstawię je od najbardziej radykalnej do najłatwiejszej.

Złożyć wypowiedzenie. Po prostu rzucamy pracę. Tracimy etat, o kolejny zaczniemy się martwić przed powrotem. W ten sposób mogą zachować się osoby pewne swego. Większości to nie dotyczy. Nie jest tak łatwo ponownie zatrudnić się na podobnych warunkach. Nie żyjemy w USA.

Wziąć urlop bezpłatny. Tu powinno być łatwiej (chociaż jak pisałem – nie zawsze). Idziemy do szefa i prosimy o rok wolnego. W tym czasie nic nie zarabiamy, ale powrót mamy prawie pewny. Urlop się kończy, wracamy do roboty.

Skorzystać z uprawnień „państwa dobrobytu”. Jeżeli jesteśmy ubezpieczeni dysponujemy kilkoma opcjami. Pierwsza – zasiłek chorobowy. Wady – musimy cierpieć na jakieś schorzenie, powodujące niezdolność do pracy (od złamanej ręki do depresji), a maksymalny czas to pół roku (potem mamy świadczenie rehabilitacyjne), no i wielu rzeczy nie zrobimy (wiążą nas zalecenia lekarskie). Druga – ułatwienia dla młodych rodziców. Dziecko umożliwia „odpoczęcie” od etatu na kilka lat (zwolnienie ciążowe, macierzyński, wychowawczy, zaległy urlop). Wady – odpoczynek mamy w teorii, wielu rzeczy nie zrobimy. Natomiast zaletą, w każdej z opcji, niezmiennie pozostaje uzyskiwanie dochodu, pomimo nieobecności w pracy, i przynajmniej w teorii, szansa na powrót.

Skoro mamy możliwości, z czego będziemy żyli? No cóż, oszczędności nadal potrzebujemy. Jeśli wybierzemy wypowiedzenie, czy urlop bezpłatny, na nasze konto wpłynie równe 0 zł. A wydatki jednak jakieś mamy. Brak koła ratunkowego w postaci dobrze zarabiającego współmałżonka, każe pomyśleć i policzyć źródła utrzymania. Chcesz zaczynać, zacznij od siebie – zgodnie z takim mottem, przedstawiam Wam wyliczenia.

W moim przypadku, wydatki minimalne, z zachowaniem pewnych proporcji (rok bez wakacji) mogą kształtować się na poziomie ok. 4600 zł, w tym :

  • 800 zł opłaty,
  • 300 zł utrzymanie domu na wsi i działek,
  • 300 zł auto,
  • 700 zł nauka syna,
  • 800 zł (ubrania, kieszonkowe, ubezpieczenia, prezenty),
  • 1500 życie,
  • 200 rezerwa na wydatki nadzwyczajne.
  • Tyle potrzebuję. Przejadając oszczędności i zakładając GAP FIRE przez rok, muszę dysponować nadwyżką 55.200 zł. Takie oszczędności wydam w 12 miesięcy. W przypadku uprawnień pracowniczych (w moim przypadku raczej zwolnienie plus zasiłek) spokojnie dam radę i bez nich (zasiłek chorobowy przekroczy znacznie potrzeby. Gdybym nie chciał przejadać oszczędności (czyli klasyczne FIRE), zakładając zysk 6% netto (obligacje, dywidendy), powinienem zgromadzić ok. 920.000 zł w inwestycjach. Wtedy żyłbym tylko z odsetek, dywidend. Jak widzicie, pierwsza opcja pozostaje znacznie łagodniejsza.

Jeszcze jedno porównanie na koniec. GAP FIRE kontra Barista FIRE. Ten drugi model to praca „na pół gwizdka”. Żeby zarobić 55.200 zł (pokrycie kosztów), musiałbym miesięcznie przynosić 4600 zł. W moim przypadku oznacza to pracę realną 1 dzień w tygodniu przez pełną dniówkę, albo pn-pt po 2 godziny dziennie, przy zachowaniu stawki godzinowej (czyli nie w knajpce lecz jako freelancer w swoim zawodzie).

Każdy z modeli FIRE nie będzie odpowiadał wszystkim. Od Ciebie zależy, czy wybierzesz klasyczne FIRE (porzucenie pracy, by nigdy do niej nie wrócić), Barista Fire (pracować znacznie mniej lub w nieskomplikowanym otoczeniu) czy GAP Fire (czasowe uwolnienie od obowiązków zawodowych).

Jeszcze raz o idei „życia bez pracy”.

Wyjaśnijmy sobie na początku – nie zamierzam pisać o błogim lenistwie na leżaku, lecz o rezygnacji ze stałej pracy zawodowej. Wszelki freelance, dorabianie, okazjonalna działalności gospodarcza – ok. Fizyczne zajęcia wokół własnych potrzeba (wytwarzanie jedzenia) – jak najbardziej. W rozważaniach wykluczam wyłącznie etat i dg w godzinach od-do, 5 dni w tygodniu, 170 godzin w miesiącu. Czy we współczesnym społeczeństwie, taka idea pozostanie utopią, a może są ludzie, którzy tak żyją?

Tak – są. I dzielą się na kilka grup.

Zacznijmy od rentierów. Rentier, posiadacz kapitału, ulokowanego w akcjach, obligacjach, pożyczkach, funduszach itp. przynoszącego mu dywidendę, odsetki, wzrost wartości. Tu rachunek wydaje się prosty. Trzeba posiadać 25-krotność rocznych wydatków, żeby żyć z kapitału. Proste. Czy znam rentierów? Jasne. Część z nich spieniężyła własne firmy, część odziedziczyła kapitał.

Następnie posiadacze nieruchomości. Radykalna lewica nazywa ich „czynszojadami”. Całkiem spora grupa. Środki potrzebne na przeżycie czerpią z wynajmu czy dzierżawy. Wielu wykonuje nisko płatne zawody, a radzi sobie całkiem nieźle. Jak to możliwe? Po pierwsze dobra nieruchomość daje całkiem niezły zwrot bieżący. Z domu wartego 1,2 mln zł, dostanę 60 tys. zł rocznego czynszu netto. Niskie opodatkowanie (ryczałt 8,5%) im sprzyja. Struktura rodzinna ludzi zamożnych bywa następująca – 4 dziadków, 2 rodziców, 1 dziecko. Czasem pojawiają się różne ciotki/wujkowie, po których coś tam się dziedziczy. W efekcie scenografka teatralna posiada 3 mieszkania w Warszawie, dochód z najmu ok. 10 tys. zł (w jednym mieszka sama), czyli znacznie wyższy niż pensja. Czy taką drogę da się powtórzyć? No cóż. Czasem tak (mamy zamożnych krewnych, dobre zarobki, możemy skupować lub odziedziczyć), czasem nie (przy obecnych cenach, znam efektywniejsze sposoby zarabiania niż czynsz najmu). Niewątpliwą zaletą pozostają preferencje podatkowe.

Wolni strzelcy. Zwani też z angielskiego freelancerami. Od zawodów stricte inteligenckich (pisarz, dziennikarz, lekarz, adwokat) do zupełnie fizycznych (stolarz, robotnik rolny). Kluczem pozostaje wysoka (znacznie wyższa niż przeciętna) stawka godzinowa. Tę uzyskamy albo w Polsce, albo na saksach. Wtedy da się żyć, nie czerpiąc dochodu ani z kapitału, ani z nieruchomości. Dlaczego? To proste. W jednym z wpisów pokazałem, jak za 4.5 tys. zł/m-c może żyć rodzina trzyosobowa (trzeba mieć tylko własne budynki i kawałek ziemi na wsi). Jeżeli nasza stawka godzinowa wynosi 100 zł brutto (ok. 70 zł netto), potrzebujemy 64 godzin pracy miesięcznie, gdy zarabia 1 osoba, i 32 godzin, gdy dwie. Tak, nie ściemniam – 32 godziny miesięcznie, ok. 1 dnia w tygodniu. Chyba warto powalczyć o taką niezależność?

Opisywałem też na blogu historię mojego kumpla z dzieciństwa – 3 miesiące „na szparagach” zapewniają mu kasę na rok. No i dostanie dwie (śladowe) emerytury. Zamiast „u Niemca” może być sezonowa praca w Polsce (choć rodak łatwiej oszuka).

Handlarze. Jak śpiewał zespół mojej młodości Big Cyc „Tu kupisz, tam sprzedasz, nie weźmie Cię bieda”. Handel to najlepszy sposób na lekkie życie, tylko nie każdy ma w sobie tę żyłkę. No i trzeba dysponować kapitałem obrotowym. Jednak potencjał jest. Jeżeli za kg jabłek producent dostaje 1 zł, a w mieście płacą 3.5 zł, za kg malin rolnik otrzyma 10-15 zł, a 40 km dalej 10 zł kosztuje 200-gramowe pudełko, przebitkę da się zrobić. Jeżeli na aucie za 50 tys. zł, zarabiam bez podatku, po pół roku, całe 5 tys. zł, to potencjał istnieje (mogę też sprzedać po miesiącu i podatek zapłacić). Pomijam zakup i sprzedaż nieruchomości, bo o fliperach pisała już chyba cała popularna prasa.

Każda z wymienionych wyżej grup, poświęcając od 1 godziny miesięcznie do 32 godzin, potrafi zarobić na życie zamiast chodzić do roboty 170 godzin. Dlaczego więc większość wybiera etat? O tym w kolejnym wpisie.

Lepsza praca wypiera gorszą.

Ostatnio jeden z moich kolegów zmienił robotę. Pracowaliśmy razem przez kilkanaście lat, a wcześniej chodziliśmy do jednego liceum. Jako prawie pięćdziesięciolatek dostawał ok. 6.5 tys. zł netto za 40 godzin w tygodniu intensywnej pracy. Miał dom podmiejski, pasję (psy), którą trudno realizować z biura.

I po poszukiwaniach znalazł Świętego Graala. Dostał etat w Warszawie z 90% pracą zdalną (musi pojawić się 1-2 razy w miesiącu). Podwyżka o 20% i zero kosztów dojazdu. No i wreszcie siedzi sobie w ogrodzie ze swoimi pupilami.

Dotychczasowy pracodawca bronił się przed zdalną, zarzucał zadaniami i wymaganiami, płacił nieźle jak na moje miasto, ale bez szału. W efekcie – stracił dobrego pracownika. Moja refleksja na ten temat – jak w tytule. Ludzie nie są głupi, pójdą tam, gdzie im lepiej. Pracodawca, opowiadający „zaprowadzę dyscyplinę”, zabraniający wychodzić z budynku w przerwie śniadaniowej, szybko straci najlepszych, ponieważ warunki się zmieniły. Coraz więcej firm proponuje pracę z domu, daje odrobinę luzu. Nie mówię o „owocowych czwartkach” czy „piątkach bez garnituru”, tylko elastycznym czasie pracy (przychodzę od 6 do 12 i muszę zostać 8 godzin), możliwości pogrania w rzutki w pokoju socjalnym, czy rozliczaniu z zadań a nie dupogodzin.

Przedsiębiorca, pracownik, rolnik, alkoholik. Kto ma gorzej? Licytacja trwa.

Całkiem niedawno trafiłem na ten artykuł: https://wir.org.pl/asp/renta-alkoholowa-a-rolnicza-emerytura,1,artykul,1,4645 . Sygnowany: „Biuro WIR” zawiera m.in. takie zdania „W kontekście tego niebywałym jest fakt, że najniższa emerytura rolnicza po co najmniej 25-letnim okresie ciężkiej pracy na roli i opłacaniu w tym czasie składek na rolnicze ubezpieczenie emerytalno-rentowe od 1 marca 2024 r. wynosi tyle samo, czyli 1 780,96 zł! Środowisko rolnicze tym faktem mocno zbulwersowane. Przekazujemy to pod rozwagę decydentom. Jeśli nie docenia się w Polsce ciężkiej pracy, to wkrótce nie będzie komu pracować. To wysoce demoralizujące dla społeczeństwa.”

Wielokrotnie na blogu pisałem o „drodze KRUS”, tak więc czas odpowiedzieć na stanowisko WIR.

Po pierwsze – emerytura rolnicza należy się nie za 25 lat ciężkiej pracy, lecz stażu ubezpieczeniowego (płacenia składek). Uświadamiam panów z biura WIR – żeby ubezpieczyć się w KRUS wcale nie trzeba ciężko pracować. Można kupić hektar przeliczeniowy, zarejestrować gospodarstwo w gminie, zgłosić się do KRUS, płacić te 160 zł miesięcznie (jeszcze 10 lat temu było to 84 zł/m-c) i po 25 latach dostać emeryturę. Żadnego obowiązku prowadzenia jakiejkolwiek działalności rolniczej, nikt tego nie sprawdza.

Po drugie – jak widać z powyższego, taki rolnik przez 25 lat wpłacił tyle, ile wybierze w jednym roku. Obliczenia są proste, chociaż nie udało mi się dotrzeć do składek za całe 25 lat. Skoro 10 lat temu rocznie wpłacono ok. 1000 zł, a teraz 1960 zł, wpłacone przez 25 lat składki (nominalnie) równają się (lub nawet są mniejsze) niż roczne świadczenie. Dalej uważacie to za zły interes? I mówimy o człowieku, który może mieć 49 ha sadu i zarabiać de facto miesięcznie kilkadziesiąt tysięcy złotych.

Po trzecie – rolnik też może dostać tzw. rentę alkoholową. Dlaczego nie? Przypuszczam, znając realia, że całkiem spora beneficjentów świadczenia ubezpieczyła się w KRUS, a nawet była rolnikiem.

Po czwarte – rolnicy nie płacą podatku dochodowego a składki KRUS wystarczają na ułamek świadczeń, co oznacza, że na tzw. renty alkoholowe składają się pracujący, zleceniobiorcy i przedsiębiorcy, a nie rolnicy. Głównymi dawcami kasy na system emerytalno-rentowy są pracujący, przedsiębiorcy i zatrudnieni na umowach cywilnoprawnych. Dokładnie w takiej kolejności. Zatem, kto nie płaci, niech zamilknie.

Po piąte – alkoholicy akcyzą i VAT-em pracują na swoje renty. Wiecie ile jest podatków w butelce wódki? 80%. Jeśli pijak wypija flaszkę dziennie – odprowadza tym samym 600 zł podatków miesięcznie. 4 razy tyle co rolnik składki emerytalno-rentowej. Jeszcze jakieś pytania, działacze Wielkopolskiej Izby Gospodarczej?

Po szóste – renty nie dostaje się za pijaństwo, lecz trzeba wykazać ciężką chorobę. Idźmy do źródeł. Chorobami poalkoholowymi są schorzenia psychiczne, marskość wątroby, zapalenie trzustki, nowotwory i problemy z sercem. Nie zazdroszczę i wiem jak wygląda walka z ZUS-em – droga przez mękę.

Po siódme – żeby dostać rentę należy wykazać się stażem pracowniczym, a to kosztuje składki. Podstawowym warunkiem renty jest staż pracy (różny w zależności od wieku) i powstanie niezdolności w czasie ubezpieczenia. Tłumacząc na polskie – jeśli zostałeś schorowanym alkoholikiem w wieku 35 lat musiałem przepracować (lub mieć inny okres składkowy) minimum 5 lat, a tak naprawdę pewnie z 10. A jeszcze alkoholik z marskością wątroby żyje krócej niż rolnik.

Po siódme – porównajmy rolnika z przedsiębiorcą. Dla przedsiębiorcy te 10 lat oznacza jedno – ok. 130 tys. zł odprowadzonych składek na dg plus pewnie drugie tyle podatków dochodowych. Policzcie – 26 tys. zł/rok plus te 7200 zł od wódki czyli 32 tys. zł. Może nie był Vatowcem. Ile odprowadza rolnik ? Średnio ok. 25 razy mniej. Czyli przedsiębiorca-pijak przez rok włożył do budżetu niż ten rolnik przez 25 lat. I rolnik nadal płacze. A porównuję go z pijakiem na minimalnym ZUS-ie.

Po ósme – porównajmy rolnika ze mną. Zarabiam dobrze, pije umiarkowanie, ale gdybym pił na ostro? Jak wyglądałbym?Tylko w 2023 r. odprowadziłem ok. 80 tys. zł składek plus 25 tys. zł podatku dochodowego (VATu nie liczę, mimo, że jestem VATOWCEM). 105 tys. zł w ostatnim roku. Jak to się ma do rolnika? W tym samym roku (2023) zapłacił ok. 1800 zł czyli 1/58 moich składek i podatku dochodowego. Już przepracowałem 25 lat, czyli tyle ile ten rolnik. Gdybym teraz szedł na rentę dostanę świadczenie rentowe w wysokości 6500 zł czyli 78 tys. zł/rok. Czyli rolnik przepracował 25 lat i dostanie emeryturę w wysokości 27% mojej renty, ale ja tylko przez rok odprowadziłem 4 razy więcej podatków dochodowych i składek niż on przez całe ćwierćwiecze. Wygląda sprawiedliwie?

CBDU. Przedsiębiorca i pracownik to w Polsce dojna krowa. Ten ostatni ma chociaż szansę na L4, a właściciel jednoosobowej firmy, nawet tego nie dostanie, bo wtedy nie zarabia. Poza okresem pandemii, przedsiębiorca nie dostaje żadnych dopłat, żadnego klęskowego. A zatrudniony – zawsze figę. Pracownik-pijak i przedsiębiorca-pijak na minimalnym ZUS-ie przez ostatni rok odprowadzili więcej składek i podatków dochodowych niż rolnik przez cały okres niezbędny do emerytury minimalnej. Ba, ich akcyza i VAT od wypitej wódki były 4 razy większe niż składki rolnicze. Natomiast rolnicy najwięcej płaczą. Zapraszam na bloga krzykliwi panowie z WIR-u. Czas zobaczyć twarde liczby.

Czy da się wycisnąć z życia więcej niż pracując w korpo lub na zwykłym etacie? Trzy sposoby na funkcjonowanie poza utartymi szlakami.

Historia dwóch panów – warszawskiego człowieka sukcesu i moja, każe nam spróbować odpowiedzieć na pytanie, którym kończył się poprzedni wpis. Czy istnieje trzecia droga, dla kogoś, kto nie chce się szarpać, pracować ponad siły, a przede wszystkim nudzi go biuro.

Oczywiście. Ścieżki zawodowe moja i opisywanego syna trenera nie pozostają jedynymi. Możemy jeszcze spróbować zupełnie innych sposobów na życie.

Pomysł pierwszy. Rzemiosło. Nie czarujmy się, dzisiaj nie trzeba być wybitnym, nie trzeba nawet kapitału. Wystarczy gotowość do ubrudzenia się od czasu do czasu, którą ma coraz mniej młodych ludzi. Ostatnio powtarzam mojemu szefowi – jak mnie zwolni – założę firmę wywożącą zawartość szamba lub przepychającą rury. Inwestycja początkowa – kilkadziesiąt tysięcy (beczka lub elektrożmijka). Konkurencja – niewielka. Potrzeby – spore. Stawki? 400-500 zł za godzinę. Można (inaczej niż w doradztwie) nie być VAT-owcem, opodatkować się ryczałem. Mili ludzie, fajne klimaty (chociaż trochę gorzej zasysać gówna w deszczu lub na mrozie). Kupuję to. A kto ma wrażliwe powonienie? Temu zostaje robota stolarza, zduna, serwisanta rowerów, masztalerza, psiego trenera lub hodowcy.

Pomysł drugi. Niebieskie ptaki i artyści. Jeśli wystarcza ci niewiele, nie chcesz pracować w regularnych godzinach? No cóż, idziesz w zawód niebieskiego ptaka. Musisz mieć tylko względnie tani dach nad głową i chęć do kombinowania. Jako artysta-freelancer z głodu nie zdechniesz. Jeśli masz bajerę, przekonasz samorządowców, że warto właśnie Ciebie wspierać. Hodujesz kozy, tu kupisz taniej, tam drożej sprzedasz (bez podatku). Dostaniesz zasiłki, zapomogi itp. Wyślesz żonę do jakiejś pracy i już masz ubezpieczenie zdrowotne.

Pomysł trzeci. Życie na obrzeżu systemu. Praca tylko tyle co potrzeba – do 10 godzin tygodniowo.I to nawet nie praca – jakieś zlecenia, coś dorywczego, może „z ręki do ręki”. Posiadanie hektara ziemi i prowadzenie gospodarstwa rolnego, żeby móc legalnie dorobić na KRUS i płacić niskie składki. W takim przypadku, warunek jest jeden, niskie koszty życia. Jak niskie? W lipcu będę testował zapowiadany model życia za 500 zł miesięcznie. Realnie i długoterminowo, może nie 500 zł, a 1000 zł. To już jest kwota, za którą, produkując żywność, da się przeżyć miesiąc. Nie posiadamy samochodu, albo jakiegoś złomka, niewielki lub stary dom, własny kawałek lasu, staramy się pozyskiwać prąd ze słońca. Nazwałem to „życiem na obrzeżach systemu” a nie pozasystemowym z dwóch powodów. Pierwszy -doświadczenia z pozasystemowcami. Większość z nich twierdzi, że posiadanie ubezpieczenia zdrowotnego, oznacza kontakt z systemem. Drugi – niechęć do stygmatyzowania kogokolwiek. Niektórzy, jeśli przyjdzie im żyć w ten sposób, czują się wyrzutkami społeczeństwa, źle im z całą sytuacją. To błąd, ale nie chcę nikogo piętnować. Każdy żyje, jak chce i tym, co mu przyniósł los. Wybór obrzeży systemu najczęściej oznacza wieś. Dlaczego? Ponieważ tylko na wsi da się tak radykalnie obniżyć koszty.