Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Praca – Strona 4 – Oszczędny Milioner

Mój typowy poniedziałek po odejściu z jednej pracy.

Dzisiaj kolejny dowód na to, że czasami trzeba ograniczyć pracę etatową – zapis typowego dnia na działalności gospodarczej (31.03.2025) i jego porównanie z dotychczasowym doświadczeniem.

Zacznijmy od czasu.

Etat:

– Pobudka 5.30,

– Wyjście do pracy 6.10,

– Powrót z pracy 16.00.

Firma:

  • Pobudka 4.30.
  • Praca nad książką i blogiem 4.30-6.00,
  • Ponowny sen 6.00-7.20,
  • Rozmowa z teściem – 7.40-8.30,
  • Działalność plus pomoc przyjaciołom – 8.30-12.10,
  • Pisanie – 12.10 – 13.00,
  • Wizyta na poczcie, w piekarni, w sklepie elektronicznym – 13.00-14.00,
  • Ponownie działalność (jedno niewielkie zadanie) – 14.00-15.00
  • Obiad – 15.00-16.00.

Jak widzicie, w przypadku etatu odpadło wiele ważnych czynności (przede wszystkim pisanie bloga i książki), na które zwyczajnie nie mogłem sobie pozwolić. Także moja możliwość pomocy przyjaciołom okazywała się ograniczona. Dochodziła za to droga – 1h 50 minut.

Dodatkowo „w firmie” jestem po obiedzie o 16, a na etacie dopiero wchodziłem w drzwi, popołudniem zostaje jeszcze 0,5 godziny luzu.

Nie mniej ważny był aspekt pieniężny.

Na etacie zarabiałem ok. 600 zł netto/dzień. W firmie – pracując o połowę mniej, bo 4h – ok.1100 zł.

Na koniec drobna uwaga dla zachłystujących się działalnością – na etacie płacili mi za obecność, co czasami oznaczało 2h efektywnej pracy, a czasami 8h. Własna dg – działa inaczej – wyfakturowuję czas faktycznie przepracowany. Muszę zatem powściągnąć wrodzone lenistwo i zakasywać rękawy. Nie każdemu takie rozwiązanie pasuje.

Ile zarobisz, pracując 2-3 dni w tygodniu.

Najprostsza odpowiedź – to zależy, nikogo chyba nie zadowoli. Czas na dokładniejsze analizy.

Obecnie tkwimy w paradygmacie pracy 40 godzin/tydzień czyli 5 x 8 godzin, z wolnym weekendem, czyli w klasycznym korpoświecie. Czy da się ułożyć wszystko inaczej? Ile wtedy zarobimy?

Przykład 1. Praca 3 x 12 godzin lub 2 x 24 godziny. Są zawody, w których da się pracować systemem 12, a nawet 24 godziny ciągiem. W ten sposób w 2-3 dni wypracujemy równoważnik pełnego etatu. Często nawet za więcej niż średnią pensję (lekarze, pielęgniarki) , ale załóżmy ją – ok. 6000 zł netto.

Przykład 2. Niektóre uprzywilejowane zawody, z krótszym systemem czasu pracy. Przyczyną mogą być czynniki szkodliwe, albo po prostu wola ustawodawcy (nauczyciele). Ci ostatni mają 18 godzin lekcyjnych przy tablicy – bez problemu zmieścisz się w 3 dniach i dostaniesz długi urlop w bonusie. Nauczyciel ze stażem pracy i dodatkami, w praktyce średnią krajową zarobi.

Przykład 3. Kontrakt. Tracisz przywileje z umowy o pracę, ale zyskujesz wolność. Umawiasz się z pracodawcą, że będzie ci płacił za efekty. Tak robią lekarze, prawnicy, ale i IT, sprzedawcy, budowlańcy itp. Nazywamy ich wolnymi zawodami lub precyzyjniej freelancerami. Status pośredni pomiędzy jednoosobową firmą, a pracownikiem. I tutaj zarobki zależą od umiejętności – zawodowych i negocjacyjnych. Znam ludzi z rzeczywistą stawką 50 zł/h brutto, jak i 1000 zł/h brutto (lekarze). W efekcie pracując tyle co 3 standardowe dni (24 h/tydzień, ok. 100 h/m-c) zarobimy 5000zł -100.000 zł/m-c.

Przykład 4. Własna firma. Tutaj już pełne warunki rynkowe. Znam ludzi harujących przez 3 dni w tygodniu po 12 h/dobę, a potem leżących na luzie, znam i takich, którzy pracują przez 1,5 tygodnia, a potem mają wolne. Stawki? Znowu – zorientuj się we własnym zawodzie. W wielu budowlanych 100 zł/h plus. Pisałem już o serwisancie pieca c.o. – z fakturą 500 zł/godzinę (realnie 300 zł netto). Ale np. właściciele małych sklepów na wsi – ich dochody w stosunku do czasu są bliskie pensji minimalnej.

Wnioski. Generalnie celem powinna być przynajmniej średnia krajowa zarobiona w 3 dni, ale szukaj punktu odniesienia we własnym zawodzie.

Rzuciłem drugą pracę. Co się dzieje, kiedy zmniejszam zobowiązania zawodowe?

Niespełna 3 tygodnie temu cisnąłem papierami i teraz pracuję w systemie wtorek-czwartek oraz prowadzę małą działalność gospodarczą. Ponieważ kilkanaście dni pozwala na wyciągnięcie pewnych wniosków, zrobiłem to i chcę się z Wami nimi podzielić. Co się stało i co się nie stało?

  1. Płacę mniej podatków i składek.

Paradoks systemu podatkowego w Polsce polega na tym, że im więcej pracujesz (zarabiasz), tym wyższe podatki płacisz. Tak działa tzw. progresja w podatku dochodowym od osób fizycznych. Dodatkowo akurat etat jest najgorzej opodatkowaną formą zdobywania pieniędzy. Jak to działało w moim przypadku?

Otóż władza populistów przyczyniła się do gigantycznego wzrostu pensji, za którym nie poszło analogiczne zwiększenie progów podatków i składek . Paradoks zrozumie każdy, kto zna zjawisko inflacji. Wytłumaczę je na moim przykładzie. Od 2014 r. zarabiam nieco ponad 2,5-krotność średniej krajowej, która w 2015 r. wynosiła 4121 zł. Pierwszy próg podatkowy był wtedy na poziomie 85 tys. zł czyli ktoś zarabiający przeciętnie znajdował się na poziomie 0,58 progu zobowiązującego zapłaty 32% podatku. Tym sposobem, rozliczając się z żoną, byłem w stanie zejść pod próg, mając 2,6 krotność średniej krajowej (ona ok. 60% średniej), a więc razem 1,8 kwoty I-go progu podatkowego. Teraz zarabiając podobną krotność średniej krajowej, pomimo podwyższenia progu, w 2024 r. byliśmy na poziomie ponad 2,8 jego wartości, czyli płaciliśmy podatek 32% od prawie 100.000 zł. Stało się tak pomimo iż w stosunku do przeciętnego wynagrodzenia zarabialiśmy podobnie. Miłośnicy Jarosława powiedzą „Ale obniżono podatek w pierwszym progu skali z 18% do 12% oraz dodano kwotę wolną 30.000 zł zamiast 3091 zł”. I na to mam odpowiedź. Ponieważ jednocześnie wprowadzono zakaz odliczenia składki zdrowotnej od podatku i zmieniono podstawę tej składki (tam ulgi nie ma). Tym samym, nawet ktoś zarabiający przeciętnie zapłacił tych danin….. dwa razy więcej.

Popatrzcie: 4121 x 12 = 49.452 zł -3091 = 46361 zł x 19,25%=8924 zł, podczas gdy teraz:

8900×12=106.800 zł-30.000=76.800 *0,12= 9216 zł (podatek) + 106.800 x 9% = 9612 , a razem 18.828 zł.

Niby zarabia 2 razy więcej, ale faktycznie tyle samo, bo 1 średnią krajową no i wydatki też wzrosły prawie 2-krotnie, podobnie jak obciążenie podatkowe.

Ale wróćmy do mnie. Niekorzystna zmiana systemu opodatkowania oznaczała dla mnie, nie tylko zapłatę ok.32.000 zł dodatkowego podatku dochodowego, ale i 27.000 zł dodatkowej składki zdrowotnej. Razem prawie 60.000 zł więcej (i na składkę nie działają żadne ulgi). W efekcie – cała druga pensja opodatkowana była następująco: 32% podatku (0 zł kwoty wolnej, bo tę już wykorzystałem), 9% składki zdrowotnej, 13,71% składek społecznych. Razem: 54,71% podatków i składek. Niektórzy doliczyliby jeszcze 2% PPK, ale ja uważam je za oszczędność. Co to znaczy w praktyce? Moja pensja netto wynosiła jedynie 45% pensji brutto. Nieźle, prawda? W rzeczywistości nie traciłem zatem ok. 10 tys. zł miesięcznie (brutto), lecz ledwie 4500 zł (54 tys. zł/rok). Kwota zapłaconych podatków i składek spadła przy tym o o 66 tys. zł rocznie.

2. Nie straciłem tak wiele dochodu.

Napisałem o tym powyżej. Realnie moja pensja zmniejszyła się o 4500 zł/m-c (już po uwzględnieniu nagrody rocznej). Gdybym doliczył ponoszone dodatkowo wydatki (składka na zz), dotarcie do pracy (koszt + niezapłacony czas), składki, ubranie, wyjdzie mi ok. 4200 zł. I tę sumę muszę brać pod uwagę w rozliczeniach.

3. Odzyskałem sporo czasu.

Nominalnie 2 razy w tygodniu = 104 dni w roku x 9,5 godziny (dojście + praca+powrót) = 988 godzin/rok = 82,33 h/m-c.

Realnie wygląda to inaczej. Od 104 dni muszę odliczyć urlop (20 dni) oraz dni ustawowo wolne (3) oraz typowe zwolnienia (4 dni). Zostaje 77 dni. Ale…. przychodzenie 2 dni w tygodniu do pracy, wcale nie oznacza, że w inne nie mam żadnej roboty. Pracodawca zawracał mi głowę i w pozostałe, a także w czasie urlopu. Szacuję, że było to dodatkowych 25 dni (4 godziny/tydzień). Stąd wynik wydaje się prosty – 103 dni w roku (978,5h).

Teraz mój weekend zaczyna się w czwartek po południu, a kończy we wtorek rano. .

4. Trzeba było ten czas zagospodarować.

Zagospodarowanie dodatkowych 978,5 h rocznie nie nastręczało wielkich problemów. Mogłem:

  1. znaleźć podobną pracę, ale za wyższą pensję (i płacić jeszcze więcej podatków),
  2. zaliczyć dodatkowo nawet 978,5 h płatnych godzin w firmie (podobny skutek jak etat),
  3. wykonywać w tym czasie prośby innych. Słowa mojego syna: świetnie, to przyjedziesz wyremontować mi mieszkanie. Żona też znalazła dla mnie jakieś zajęcie: będziesz mnie woził do pracy i robił zakupy.
  4. spełniać marzenia (wydanie i promocja książki, przeprowadzka do domu na wsi, stworzenie prawie samowystarczalnego siedliska, inwestowanie itp.).
  5. lenić się.
  6. podzielić czas pomiędzy zajęcia z punktów 2-5.

Co wybrałem? Ponieważ do tego kroku przygotowywałem się od 6 miesięcy, wiedziałem doskonale, że wybiorę pkt 6. I tak (wartości roczne):

  • 260 godzin przeznaczę na firmę,
  • 260 godzin na prośby innych,
  • 400 godzin na własne marzenia,
  • 58,5 godziny na lenistwo.

Dzięki temu i zarobię dodatkowo ok.2 tys. zł/m-c, i zrobię te zakupy do domu, i spełnię marzenia i będę miał statystycznie ok. 1 godzinę tygodniowo na poleżenie do góry brzuchem. Wróćmy do istoty – odzyskałem 978,5h, podczas których zarabiałem 4,5 tys. zł/m-c, a teraz poświęcam na firmę 260 godzin (27%), a zarabiam 2 tys. zł/m-c (44%). Czysty zysk. 12`

5. Wydaję mniej.

Ten paradoks akurat łatwo wytłumaczyć.Do pewnego stopnia, im mniej pracujemy, tym mniej wydajemy. Unikamy bowiem pułapki konsumpcyjnego stylu życia i mamy opcję kupić/zrobić wiele rzeczy taniej, albo całkiem z nich zrezygnować.

Prosta sprawa. Od kiedy ponownie (po 15 latach) przejąłem całkowicie robienie zakupów na tzw. życie, kwota wydatków na nie spadła o 50%. Jak to możliwe?

  • 20% bierze się z metody kupowania. Moja żona idzie i zbiera z półek, co jej się przypomni, a ja wybieram się do sklepu z listą. Nie ma na liście – nie kupuję. Do tego listę spisuję na podstawie planu posiłków (dzięki http://godnezycie.blogspot.com).
  • 20% pochodzi z wytwarzania. Mam czas – zamiast kupować jogurt – robię go. Podobnie z serem, wędliną itp.
  • 10% wynika ze zmiany źródła zaopatrzenia i lepszego porównywania cen. Kto miał do czynienia z marketami, bazarkami, giełdami i zakupem od producenta – ten wie. Da się urwać spory procent.

Do tego dochodzi jeszcze brak wydatków ściśle związanych z drugą pracą: dotarcie do niej, składki, ubranie, II śniadanie, kawa, ubezpieczenie. Miesięcznie ok. 300 zł.

Muszę też zwrócić uwagę na DIY, po polsku „zrób to sam”. Planując remont domu na wsi, w znacznej części samodzielnie, zaoszczędzę ok. 80 dniówek. Według dzisiejszych stawek – kilkadziesiąt tysięcy złotych. Nieźle. Tym sposobem dojdę do wartości…. mojej pracy etatowej, samą pracą na wsi. Nie chodząc do pracy, będę miał na to siłę i czas.

6. Więcej czasu spędzę z rodziną.

Ważny aspekt. Kiedy szedłem do porzuconej pracy, mój syn jeszcze spał. Czyli dwa razy w tygodniu nie widział mnie z rana. Z żoną mijaliśmy się w drzwiach łazienki. Teraz wygląda to inaczej. Jeśli planuję zakupy, odwożę ją do pracy. Młodemu dam radę zrobić śniadanie, albo wyjść po niego do szkoły z psem. Z teściem na spokojnie wypiję kawę i pogadamy. Brata wyciągnę na rower. Zadzwonię do siostry. Odwiedzę synów na drugim końcu Polski, nie tylko na mecz czy krótkie 2 dni, ale na tydzień (przy okazji jednak zrobię jakiś remont).Wreszcie jest na to czas.

No i na koniec.

7. Bilans czasowo-finansowy wychodzi dodatni.

Jak już pisałem – straciłem ok. 54 tys. zł/rok. Na wydatkach związanych z pracą zaoszczędziłem 3600 zł. Do tego zarobię w firmie dodatkowe 24 tys. zł/rok. Zaoszczędzę na życiu – 12 tys.zł/rok. Wykonam prac za 15 tys. zł/rok (w pierwszym – nawet 4 razy tyle). Dzięki inwestycjom zarobię dodatkowo 8500 zł, a na spełnianiu marzeń – drugie tyle. W sumie wyjdzie mi 72.600 zł na plusie, przy stracie 54 tys. zł. A zyskałem dodatkowo czas dla rodziny.

Czy da się mało pracować?

Kończący się rok miał być czasem eksperymentów spod znaku „work-life balance” lub mało eleganckiego „jak mało można robić i …. zarobić”. Rzecz jasna, wielu z Was go nie powtórzy, ale chcę pokazać pewien trend. Wbrew pozorom prowadzący firmę mają łatwiej.

Dane. Rok liczy sobie 260 dni roboczych (52 tygodnie po 5 dni). W robocie byłem tylko …. 156 dni (plus 18 dni zdalnej i 18 dni firmowych). Jak to możliwe? Pokazuję.

  • urlopy – 54 dni (mam specyficzny czas pracy),
  • praca zdalna okazjonalna 18 dni,
  • zwolnienia lekarskie 25 dni,
  • święta – 7 dni.

Wnioski. W sumie 86 dni wolnego (18 na firmę, w 20 pisałem książkę), 18 dni pracy zdalnej, 104 dni weekendów i tylko 156 dni w pracy. Średnio – 3 dni/tydzień w robocie. Rzecz jasna, na zdalnej też pracuję (choć mam luz), w dni wolne współpracownicy i szefowie dzwonią (niestety również na zwolnieniu), a kilkanaście dni urlopu poszło na dg, a w czasie zwolnienia pisałem też książkę. Czyli w określonych warunkach, da się rzeźbić na bez mała pół etatu, jeżeli ktoś nie ma dodatkowych zobowiązań.

A firma? Mój rodzony brat przyjął inną zasadę – podróżuje. Spółka służy mu jako wehikuł – ma zarobić na przyjemności. Wiąże się z tym specyfika biznesu. Generalnie 1 miesiąc na kwartał nie ma go w domu, czyli znowu – pracuje średnio 26 godzin w tygodniu.

Pytania, które pewnie chcecie zadać.

Czy jestem zmęczony?

Ile zarabiam?

Czy wszyscy w moim otoczeniu tak pracują?

Co trzeba umieć, żeby tak żyć?

Odpowiadam po kolei.

Nie samą pracą lecz atmosferą w niej. Żyjąc systemem 3/5 bez firmy w ogóle nie potrzebowałbym wakacji.

Zarabiam ok. 2,5 średnich krajowych bruto z 2 etatów. Pisałem już o tym.

Nie, nie wszyscy w moim otoczeniu tak żyją. Znaczna mniejszość. Dlaczego? To dobre i kolejne pytanie. Ponieważ większość woli nie zaczynać hakowania systemu. Ja spróbowałem i udało się.

Trzeba mieć tzw. konkretny zawód, o którym mówili nasi ojcowie. Przy czym nie zawsze biurowy. System 3/5 może stosować każdy, kto wyciągnie ponadprzeciętną stawkę godzinową. Wiadomo, lekarze, IT, handlowcy, ale i rzemieślnicy. A nawet nauczyciele, ponieważ 80 zł/godzinę korepetycji x 90 h miesięcznie = 7200 zł bez podatku.

Albo mieć układy – miałem taką współpracownicę z HR, przydupas szefa – 3 miesiące w roku na zwolnieniu, do tego 10 dni wolnych ustawowo, 24 dni dni pracy zdalnej okazjonalnej i 26 dni urlopu. Wiesz ile to w pracy? Coś koło moich wartości (dokładnie 126 dni/rok poza biurem plus weekendy, czyli 134 dni w biurze). Trwało to 10 lat, nikt jej nie zwalniał, zarabiała w okolicach średniej krajowej.

A gdy wykazujesz niewielkie potrzeby – robisz za granicą 3 miesiące, 9 odpoczywasz w kraju. Wariantów całkiem sporo.

Tegoroczne plany. Rok 2025 ma skończyć się systemem 2/5 czyli odwróceniem zwykłego sposobu pracy. W biurze będę realnie 2 dni/tydzień (3 dni x 52 – 34 dni urlopu -18 dni zdalnej), bo rzucam drugi etat. Jednocześnie moje dochody spadną do 1,3 średniej krajowej plus to co zarobię z działalności gospodarczej oraz kapitału. Generalnie – tak mogę żyć.

Jeszcze o korzyściach z rzucenia pracy etatowej.

Mój wpis o problemach wynikających z biurowej pracy na etacie cieszył się popularnością odwiedzających. Postanowiłem rozwinąć temat, pokazując jak te 3 tygodnie wpłynęłyby na moje dochody oraz co więcej dałem radę zrobić.

Powtórzmy liczby: W ciągu 3 tygodni (15 potencjalnych dni pracy +6 dni weekendów) przebywałem w biurze 2 dni i 4 godziny. W tym czasie:

  1. byłem na L4 8 dni (nieco ponad połowę czasu), na urlopie 4 dni, oraz 3 dni w pracy.
  2. odbyłem 2 spotkania wyjazdowe, 2 zdalne (z domu) i 1 w moim mieście, które zakończyły się uzyskaniem dla moich pracodawców kwoty odpowiadającej mojemu miesięcznemu wynagrodzeniu brutto.
  3. Krótko mówiąc w 10 godzin właściwej pracy (spotkania i przygotowanie do nich) plus czas dojazdu – kolejne 6 godzin zarobiłem równowartość mojej lepszej miesięcznej pensji, na którą normalnie spędzam 12 dni w biurze.

Ponadto:

  • codziennie przesypiałem od 7 do 10 godzin,
  • napisałem łącznie 4 wpisy na bloga i 100 stron (prawie 5 dziennie) książki o finansach osobistych (poprzednie 35 strony zajęły mi 3 miesiące porannej pracy),
  • prawie wynegocjowałem synowi nowy kontrakt sportowy,
  • przeczytałem 7 książek liczących razem ponad 2,5 tys. stron,
  • spędziłem z rodziną dodatkowych kilkadziesiąt godzin, praktycznie codziennie (poza okresem intensywnych objawów choroby), zaplanowałem i kupiłem wszystkie prezenty mikołajkowe i gwiazdkowe, omówiłem z żoną przeprowadzkę na wieś,
  • ustabilizowałem ciśnienie krwi.

Nie przypominam sobie podobnych 3 tygodni.

Na tym polega paradoks produktywności – robiąc mniej osiągamy lepsze wyniki. Znam to już z przeszłości. Podczas urlopu bezpłatnego, kiedy założyłem dg,w pierwszym roku zarabiałem regularnie 3 razy więcej niż na etacie, pracując 60% czasu. Jaka nauka z tego płynie? Jeśli chcę poprawić rezultaty, muszę rzucić jeden etat. Zaplanowana na początku grudnia droga, wydaje się całkowicie właściwa. Usunięcie pobocznych, właściwych dla etatu eksperta questów (ciągle ktoś przerywa pracę pytaniami), wystrzeliło efekty w kosmos. Mechaniczne czynności: odbieranie maili, odpowiedzi na nie, rozmowy telefoniczne, proste zadania, trwające 10 minut niweczyły pracę zaplanowaną na godziny. Co więcej, zauważyłem, że siedząc w domu lub na wyjeździe mam większą łatwość zabrania się do pracy i mniejszą skłonność do odkładnia. Lenistwo jako lek na prokrastynację – brzmi ciekawie.

Stąd decyzja o dramatycznym ograniczeniu zadań.. Tak jak pisałem w odpowiedzi Piotrowi dla mnie etat stracił sens. Muszę siedzieć na tyłku 15 dni w miesiącu (i tak mało), w sytuacji, w której w 2 dni jestem w stanie zarobić równowartość 12 dniówek etatu. Logiki w tym zero. Drugi pracodawca płaci jeszcze gorzej – częściowo w efekcie polityki podatkowej państwa (składki 29% i podatek 32%) netto dostaję o połowę mniej niż brutto. Ten pójdzie na pierwszy ogień.

Natomiast wróćmy do tematu wpisu – korzyści z rzucenia większości pracy etatowej:

  • odzyskane 10 dni w miesiącu, które mogę przeznaczyć na rodzinę, wieś, bloga, firmę, naukę nowego zawodu, remonty – na co tylko zechcę,
  • zwiększona motywacja do czynności przynoszących wymierne efekty,
  • znacznie lepszy sen i ciśnienie krwi,
  • brak uczucia zagonienia, kiedy dzień rozpoczyna się o 5.30, a kończy o 21 (czasami do 12 miałem już napisane 4 strony książki), zamiast zaczynać o 17.30 po zjedzeniu obiadu i drzemce i kończyć o 21,
  • więcej odhaczonych ważnych zadań, przy lepszej jakości pracy (mniej błędów do poprawy).

Wszystko to za cenę zmniejszenia dochodów z etatu o 43% brutto i ledwie 33% netto (podatki!).

Praca biurowa szkodzi. Eksperyment na samym sobie.

Na blogu często pojawiają się wyniki eksperymentów, wzorowanych na słynnym Buckminsterze Fullerze – człowieku, który zrewolucjonizował rozwój osobisty. Głównym przedmiotem badań jest sam badacz, oceniający, jak zmiana pewnych parametrów, wpływa na życie.

W moim przypadku, eksperyment wykonał się sam. W końcu listopada zachorowałem. Nie tak lajtowo, ale z potężnym kaszlem, bólem w boku – no zapalenie oskrzeli a może nawet płuc (sugerowano mi gorsze choroby, ale się nie potwierdziły). Krótko mówiąc – na 2 tygodnie zostałem wyłączony z pracy. A ponieważ przed nimi miałem niewiele siedzenia w biurze (przez całe 5 dni – 9 h i 20 minut), więc mogę powiedzieć, jak brak chodzenia do biura przez 3 tygodnie wpłynął na moje życie, głównie w aspekcie zdrowotnym.

Pierwszy plus – lepsze spanie. Tu opowieść jest krótka – przesypiałem całą noc, budząc się rano. Skończyły się początkowe etapy bezsenności, czyli wstawanie na 2 godziny ok. 2-3 w nocy.

Drugi plus – brak problemów z żołądkiem. Dość podobnie jak wyżej, mógłbym odesłać do historii Marcina z Kalpapady. Długotrwały stres załatwia jelita i żołądek, co skutkuje zgagami, a przede wszystkim gigantycznym pobudzeniem perystaltyki. Fachowo i wersji zaawansowanej (na którą cierpiał Marcin) co 10 minut jesteś w toalecie. U mnie nie przekroczyło to rozmiarów rozsądnych (3-4 wizyty w środku dnia) i do czasu… aż nie przestałem chodzić do biura. Teraz jakbym w ogóle nie miał żołądka i dalszej części przewodu pokarmowego. Moja nieformalna ankieta wśród pracowników biur – problem dotyczy praktycznie wszystkich. Czy winne są długie godziny na siedząco, stres, czy dieta (trudno jeść regularnie), nie wiem. Chociaż stawiam na połączenie wszystkich trzech. Kiedy jesteś na ciągłym ASAP-ie i nie możesz popełniać błędów, żołądek płata ci figle. I praktycznie wszystkim na długim zwolnieniu (urlopie) objawy ustępują. W moim przypadku – wbrew logice, bo brałem antybiotyki, które powinny zadziałać wręcz odwrotnie.

Trzeci plus – zdrowy kręgosłup. Praktycznie każdy biuroszczur walczy z bólami zwyrodnieniowymi kręgosłupa, to taka choroba zawodowa. Dotyka zarówno dyrektorów regionalnych (6-8h dziennie w aucie), jak i sekretarkę. Siedzenie ogromnie obciąża aparat ruchu, a przed komputerem, podwójnie. Przez ostatnie 2 tygodnie kręgosłup nie wiedziałem, że mam kręgosłup, całkiem nic. W pozycji siedzącej spędzałem 2-3 godziny, resztę albo leżałem (na początku), albo stałem/chodziłem.

Czwarty plus – więcej czasu. Niby oczywiste, ale warto napisać. Nawet pierwszy tydzień, z dwoma podróżami służbowymi (wtorek – 270 km autem, czwartek 360 km pociągiem), trzema spotkaniami z klientami, siedzeniem środę w biurze, oraz długim zebraniem w piątek (poza firmą) dał mi sporo wolnego. Jadąc pociągiem przeczytałem książkę, przygotowałem się do spotkania i jeszcze chwilę zdrzemnąłem. Podróż samochodem przerwałem skrętem po rewelacyjny ser (24 m dojrzewający) oraz dobrym obiadem. Pomimo tego: kupiłem prezenty mikołajkowe, wykonałem szereg zadań firmowych itp. Poza wtorkiem (konieczność pobytu u pracodawcy nieco ponad godzinę) i środą (dniem biurowym) miałem możliwość pospania dłużej, albo (co właśnie się stało), napisania sporej ilości tekstu, zjedzenia w spokoju śniadania z żoną i synem oraz odwiezienia go do szkoły.

Piąty plus -rodzina. Nie należę do ludzi, którzy cieszą się chwilami spędzonymi bez rodziny. Wręcz przeciwnie. Wspólne śniadania mają dla mnie wartość dodaną. Natomiast w dniach pracy zawodowej są nierealne. Młody normalnie idzie do szkoły na 8-9-10, a jako nastolatek – wstaje w ostatniej chwili, gdy mnie już nie ma w domu. Ta przyjemność normalnie mnie omija. Ale nie w czasie wolnym od biura. Podobnie z żoną, wprawdzie wstajemy podobnie i nawet pracujemy blisko siebie, ale czym innym wspólnie wypita kawa i droga do pracy, a czym innym spędzenie razem całego dnia. Da się omówić wszystkie tematy, na które nigdy nie ma czasu, a nawet zwyczajnie pobyć razem.

Szósty plus – relaks. Pochodna poprzednich pięciu. Skoro niczym się nie stresuje, spędzam czas z rodziną, nigdzie się nie spieszę, poza płucami nic mnie nie boli – diagnoza może być jedna – pełen relaks. I do tego taki, który uważałem za niemożliwy – we własnym domu, bez wyjeżdżania, bez wspomagaczy.

Wnioski. Te 3 tygodnie pomogły mi podjąć kilka ważnych decyzji, które dość intensywnie chodziły mi po głowie. W przyszłym roku ograniczam liczbę dni biurowych do (średnio) 1-2 dni w tygodniu, nawet, gdybym zaliczył w ten sposób spadek pewnych dochodów do kwoty mniejszej niż średnie wynagrodzenie tj. 5200 zł. Na jednym etacie powiem pa,pa, na drugim zmniejszę wymiar czasu pracy. Zostanie mi firma (jak się przekonałem, znacznie mniej stresująca) oraz szereg zajęć pobocznych. Uzgodniłem też z żoną – definitywnie wyprowadzamy się na wieś.

Oszustwo „instagramowego życia”.

W lecie tego roku Noizz.pl, odwiedzane przeze mnie z uwagi na serię „Ruinersi” (opowieści o ludziach, którzy kupili stare domy i przeprowadzili remont) rozpoczęła nowy cykl – historie emigrantów. Bazowały one często na stałym schemacie: wyjazd na studia, miłość do obcokrajowca, początkowe trudności, szczęśliwe zakończenia i własny biznes na miejscu. Jednocześnie odnośnik do bohatera odcinka, a w zasadzie jego biznesu (organizacja wakacji dla Polaków, szukanie im nieruchomości na miejscu).

Nie byłaby to rzecz warta wzmianki, gdyby nie konwencja „instagramowego oszustwa”, a więc skupiania się na „sukcesie”, a pomijania realności scenariusza (kosztów, źródeł finansowania). Osobiście, staram się tępić taką metodę opisu cudzego i własnego życia, ponieważ tworzy fałszywy obraz świata. A ten skusi naśladowców, podejmujących decyzje bez świadomości możliwych kłopotów.

Pierwszy przykład. Polka poznaje Francuza, wyjeżdża do Prowansji, nie znając języka, rejestruje się jako bezrobotna, dostaje za darmo kurs francuskiego oraz 700 E stypendium. Mieszka z rodzicami wybranka, nie znającymi z kolei angielskiego, ale przyjmującymi ją z otwartymi rękami. W ogóle wszyscy są mili i przyjemni, krajobrazy piękne, jedzenie smaczne i tańsze niż w Polsce (sic!). Już ta część historii wydaje się nazbyt optymistyczna, albo wręcz nieprawdziwa. W Prowansji tańsze mogą być wybrane lokalne produkty żywnościowe i tylko w sezonie, który tam przypada wcześniej (czyli np. truskawki albo czereśnie w kwietniu). Podobnie jest we Włoszech – taniej kupimy oliwę, kawę w knajpie i… koniec. Gdyby na tym się skończyło, jeszcze można wybaczyć różowe okulary, natomiast to dopiero początek. Potem pojawiają się filtrowane zdjęcia pensjonatu Polki, wybudowanego na miejscu. I stawiamy sobie pytania? Jak ktoś, kto zarabia 700 E (potem może 1500 E) jest w stanie zbudować dom? Oczywiste będzie, że przyczyny mogą być dwie, a artykuł o nich milczy:

  1. dziewczyna przywiozła kasę z Polski (i raczej powyżej 250k Euro, może i 2 razy tyle),
  2. wszystko sfinansowali partner lub jego rodzice, czyli dom nie należy do Polki.

I na tym można zakończyć. Mówimy o scenariuszu nierealnym dla większości emigrantów, ewentualnie o pakowaniu się w kłopoty. Sam znam dziewczynę, która pojechała na wycieczkę, poznała starszego o dekadę Włocha, pomagała mu w knajpie (taki sam raj), a po 15 latach wyrzucił ją z domu z niczym (wypłacił nawet wspólne oszczędności z konta). Wróciła do Polski po 40-tce, bez prawa wykonywania zawodu (nie miała szkoleń, za to długą przerwę), oszczędności, znajomości itp. Próbowała jakiś interesów (import wina), ale wyłożyła się na braku kapitału i doświadczenia. I tak wygląda rzeczywistość bez lukrowania. Oczywiście pewnej liczbie może się udać (jak zawsze), inni przebiją się ciężką pracą, ale emigracja nie stanowi (i nigdy nie stanowiła – wystarczy poczytać Gombrowicza czy Marai) lekkiego chleba. Instagram o tym nie wspomina.

Pięć powodów dla których jeszcze nie rzuciłem etatu.

Jeśli nie pamiętacie, przypomnę – ponad rok temu umieściłem na blogu wpis o zamiarze rezygnacji z pracy. Do dzisiaj nie zrealizowałem tego zamiaru. Ponieważ właśnie miałem czas „usiąść i pomyśleć na spokojnie” dlaczego tak się stało, postanowiłem przekuć porażkę w sukces i napisać o tym kilka słów.

Przyczyna pierwsza – ludzie. W obu moich miejscach zatrudnienia jestem obecny od ćwierć wieku. Kawał czasu. Z tego powodu poznałem całkiem sporą grupę wspaniałych ludzi. Część namówiłem do przejścia tam, gdzie lepiej płacą. Szkoda mi ich zostawić . Mam świadomość, że coraz bardziej odstaję od większości stylem życia, podejściem do świata, czy poglądami na świat, ale mimo tego, po prostu – szkoda.

Przyczyna druga – własna działalność gospodarcza. Ten punkt wymaga obszerniejszego komentarza. Większość osób założenie własnej firmy skłoniło do rzucenia etatu, najszybciej jak to możliwe. Dlaczego ze mną jest inaczej? Mam ciastko i zjadam ciastko. Dysponuję pewną pensją i ekstra kasą z dg. Nigdy nie martwię się czy wyrobię swoje. Mogę pójść na urlop i w tym czasie odpuścić. W DG byłbym cały czas na wysokich obrotach, tam nie da się robić na pół gwizdka. Zresztą połączenie dochodów etat+praca+inwestycje zapewnia mi całkowity finansowy luz. Dosłownie – nie muszę się martwić o pieniądze. A że pracuję więcej? Trudno. I jeszcze jedno – etat= mniej składek ZUS w DG – płacimy tylko zdrowotną.

Przyczyna trzecia – nie jest wcale tak źle. Z powodu dużego stażu pracy, korzystam z wielu przywilejów. Bez problemu dostaję możliwość pracy zdalnej (24 dni w roku), mam sporo urlopu, nikt nie złości się na sanatorium. W efekcie – jestem w biurze średnio 3 dni w tygodniu, a dodatkowe 0,5 dnia na zdalnej. Pracuję w centrum, z niezłym dojazdem, nie muszę siedzieć w zamknięciu (sporo chodzę). Wiadomo zdarzają się gorsze momenty, okresy spiętrzenia zadań, ale generalnie – tragedii nie ma.

Przyczyna czwarta – pieniądze. Zarabiam całkiem sporo. Za średnio 3,5 dnia pracy w tygodniu zarabiam z dodatkami i nagrodami – ponad 2,5 średniej krajowej. Powiedzmy sobie szczerze – odrzucamy chętniej to, co mocno nas uwiera. Dla wielu moja praca wygląda super, dla mnie znośnie.

Przyczyna piąta – lenistwo. I to znośnie wystarcza, aby leń we mnie, nie cisnął papierami. Skoro nie przemęczam się, nieźle zarabiam, robię swoje, nie cierpię, a tylko doświadczam drobnej niedogodności w postaci dupogodzin, nie dostaję silnego kopa, żeby dokonać zmiany. Z drugiej strony, mocno wierzę, że lenistwo zmusi mnie w końcu do rzucenia „gorszego etatu” z niższym przelicznikiem pensja/efektywna godzina pracy. Zyskam w ten sposób sporo czasu – weekend zacznę w czwartek po południu, a skończę we wtorek rano. Pewnie nastąpi to w przyszłym roku, kiedy zmieni się szefostwo.

Ile straciłem nie robiąc kariery w Warszawie?

Pisząc o pensjach po studiach we Wrocławiu i innych miastach, wpadłem na pomysł stworzenia „rzeczywistości alternatywnej”, cofnięcia się w czasie. Zamiast pójścia do biura w dużym mieście wschodniej Polski zaczynam karierę i rozwijam ją w Warszawie. Jak dzisiaj wyglądałoby moje życie?

Firmy analizujące wynagrodzenia podały twarde dane. Gdybym był ambitny jak prof. Matczak, miał szczęście, zrobił karierę w Warszawie, dziobał po 16 godzin dziennie, dzisiaj byłbym partnerem w warszawskiej spółce z dochodami brutto 30-60 tys. zł miesięcznie, z domem na kredyt w Konstancinie, BMW X5 w leasingu, wczasami w tropikach, po pierwszym zawale i problemami w życiu osobistym (lub wręcz przeciwnie – małym dzieckiem na stanie). De facto dostawałbym 20-40 tys. zł netto, które może osłodziłyby mi wszystkie niedogodności. Ciężko harując nie miałbym czasu na inwestowanie, kombinowanie, urlop .

Zostając w swoim „grajdołku” zarabiam (bez wzrostu wartości inwestycji) na poziomie dolnej granicy warszawskiego partnera. Jeśli odliczę mu ratę w Konstancinie (10k, a ja nie mam już żadnej), dobijam „średniej warszawskiej” w czołówce mojego zawodu (poza partnerami – może 10%, istnieje jeszcze 90 % planktonu „specjalistów” różnych szczebli). Jednocześnie, w lipcu siedziałem w biurze 14 dni z 23 , a w sierpniu 3 dni z 22, co oznacza, że w wakacje pojawiałem się tam przez 17 dni z 45 czyli ok. 37% czasu. Na koniec tego okresu mam jeszcze, do wykorzystania do końca roku:

  • 21 dni urlopu u jednego pracodawcy,
  • 12 dni pracy zdalnej okazjonalnej,
  • 11 dni urlopu u drugiego.

Co więcej warszawiacy nie mają szansy skończyć pracy, chyba że przenieśliby się na Podlasie, spieniężając konstancińską willę i spłacają kredyt. Wtedy jednak zaliczyliby radykalną zmianę statusu. O dziwo, paru z nich już policzyło i podjęło taką decyzję (chociaż czasami Podlasie zastąpili Sycylią, Wyspami Kanaryjskimi itp.).Jak zwykle, kombinowanie popłaca.

Odpowiadając na tytułowe pytanie – nie jadąc do Warszawy, nic nie straciłem, a nawet sporo zyskałem (czas, luz, rodzinę). Bez nowej X5-tki potrafię żyć.

FIRE na próbę albo GAP FIRE

Naczelną zasadą idei FIRE (wczesnej emerytury) pozostawało zakończenie aktywności zawodowej. Następnie wyewoluowały kolejne podtypy tego sposobu na życie:

  • FAT FIRE – „na bogato”. Zgromadzone środki muszą starczyć na wiele przyjemności.
  • LEAN FIRE – „biednie”. Po przejściu na emeryturę, żyjemy za niewielkie pieniądze. Taką opcję propaguję na blogu. Bo czymże innym jest wyprowadzka na wieś, utrzymywanie jednego auta, rezygnacja z wielu zbędnych wydatków,
  • Classic FIRE – „normalnie”. Żyjemy zwyczajnie, ani nie tniemy nadmiernie wydatków, ani nie uważamy się za królów życia.

Jeśli połączymy FIRE z dorobkiem umysłowym Tima Ferrissa („mikroemerytury” przez całe życie, zamiast końca aktywności w określonym wieku) możemy sobie wyobrazić jeszcze jeden sposób – GAP FIRE. O nim traktuje dzisiejszy wpis.

GAP FIRE może okazać się cennym doświadczeniem, FIRE na próbę. Na czym ma polegać?

Z kapitału żyjemy przez pewien czas. W zależności od potrzeb i możliwości – od pół roku do kilku lat. Potem normalnie wracamy „do kieratu”. Czy to ma sens? Moim zdaniem tak. Dlaczego.

Po pierwsze – jak mówi przysłowie – „Lepszy rydz, niż nic”. Znacznie lepiej mieć rok wolnego, niż ciągle zapieprzać w matriksie.

Po drugie – możemy się zregenerować. Długa i stresująca praca wywołuje w nas określone niekorzystne zjawiska – choroby zawodowe i zwyrodnieniowe (my, biurowcy – kręgosłup). Brak czasu dla siebie (praca pochłania minimum 65% naszego aktywnego funkcjonowania (przy założeniu klasycznego stylu życia: na etacie 8h, przygotowanie, dojście, powrót, dekompresja – 3 h, sen 7h, łączny czas aktywności – 17 h). Nagle możemy ten czas odzyskać i przeznaczyć na to, co dla nas ważne. Dość szybko zauważymy powrót życiowej energii.

Po trzecie – mamy okazję przetestować styl życia. FIRE wcale nie jest dla każdego, przecież istnieją ludzie, którzy „nie mogą żyć bez pracy”. Osobiście do nich nie należę, ale nie mierzmy każdego własną miarą. Dlatego tak ważne będzie testowanie. Warto spróbować, co dla nas ważne, sensowne, ile realnie potrzebujemy, jak brak pracy wpływa na codzienną rutynę.

Po czwarte – w ten sposób realizujemy marzenia. Odzyskany czas można albo zmarnować albo wykorzystać. M.in. na realizację marzeń. W czasie FIRE damy radę spełnić wiele marzeń, które wymagają niewiele pieniędzy, a sporo czasu.

Wszystkie te powody skłaniają, aby chociaż przemyśleć ten rodzaj próbnego FIRE. Może po pół roku przestaniemy o nim marzyć. Teraz czas na konkrety. Jak to zrobić?

Widzę trzy drogi do celu, przedstawię je od najbardziej radykalnej do najłatwiejszej.

Złożyć wypowiedzenie. Po prostu rzucamy pracę. Tracimy etat, o kolejny zaczniemy się martwić przed powrotem. W ten sposób mogą zachować się osoby pewne swego. Większości to nie dotyczy. Nie jest tak łatwo ponownie zatrudnić się na podobnych warunkach. Nie żyjemy w USA.

Wziąć urlop bezpłatny. Tu powinno być łatwiej (chociaż jak pisałem – nie zawsze). Idziemy do szefa i prosimy o rok wolnego. W tym czasie nic nie zarabiamy, ale powrót mamy prawie pewny. Urlop się kończy, wracamy do roboty.

Skorzystać z uprawnień „państwa dobrobytu”. Jeżeli jesteśmy ubezpieczeni dysponujemy kilkoma opcjami. Pierwsza – zasiłek chorobowy. Wady – musimy cierpieć na jakieś schorzenie, powodujące niezdolność do pracy (od złamanej ręki do depresji), a maksymalny czas to pół roku (potem mamy świadczenie rehabilitacyjne), no i wielu rzeczy nie zrobimy (wiążą nas zalecenia lekarskie). Druga – ułatwienia dla młodych rodziców. Dziecko umożliwia „odpoczęcie” od etatu na kilka lat (zwolnienie ciążowe, macierzyński, wychowawczy, zaległy urlop). Wady – odpoczynek mamy w teorii, wielu rzeczy nie zrobimy. Natomiast zaletą, w każdej z opcji, niezmiennie pozostaje uzyskiwanie dochodu, pomimo nieobecności w pracy, i przynajmniej w teorii, szansa na powrót.

Skoro mamy możliwości, z czego będziemy żyli? No cóż, oszczędności nadal potrzebujemy. Jeśli wybierzemy wypowiedzenie, czy urlop bezpłatny, na nasze konto wpłynie równe 0 zł. A wydatki jednak jakieś mamy. Brak koła ratunkowego w postaci dobrze zarabiającego współmałżonka, każe pomyśleć i policzyć źródła utrzymania. Chcesz zaczynać, zacznij od siebie – zgodnie z takim mottem, przedstawiam Wam wyliczenia.

W moim przypadku, wydatki minimalne, z zachowaniem pewnych proporcji (rok bez wakacji) mogą kształtować się na poziomie ok. 4600 zł, w tym :

  • 800 zł opłaty,
  • 300 zł utrzymanie domu na wsi i działek,
  • 300 zł auto,
  • 700 zł nauka syna,
  • 800 zł (ubrania, kieszonkowe, ubezpieczenia, prezenty),
  • 1500 życie,
  • 200 rezerwa na wydatki nadzwyczajne.
  • Tyle potrzebuję. Przejadając oszczędności i zakładając GAP FIRE przez rok, muszę dysponować nadwyżką 55.200 zł. Takie oszczędności wydam w 12 miesięcy. W przypadku uprawnień pracowniczych (w moim przypadku raczej zwolnienie plus zasiłek) spokojnie dam radę i bez nich (zasiłek chorobowy przekroczy znacznie potrzeby. Gdybym nie chciał przejadać oszczędności (czyli klasyczne FIRE), zakładając zysk 6% netto (obligacje, dywidendy), powinienem zgromadzić ok. 920.000 zł w inwestycjach. Wtedy żyłbym tylko z odsetek, dywidend. Jak widzicie, pierwsza opcja pozostaje znacznie łagodniejsza.

Jeszcze jedno porównanie na koniec. GAP FIRE kontra Barista FIRE. Ten drugi model to praca „na pół gwizdka”. Żeby zarobić 55.200 zł (pokrycie kosztów), musiałbym miesięcznie przynosić 4600 zł. W moim przypadku oznacza to pracę realną 1 dzień w tygodniu przez pełną dniówkę, albo pn-pt po 2 godziny dziennie, przy zachowaniu stawki godzinowej (czyli nie w knajpce lecz jako freelancer w swoim zawodzie).

Każdy z modeli FIRE nie będzie odpowiadał wszystkim. Od Ciebie zależy, czy wybierzesz klasyczne FIRE (porzucenie pracy, by nigdy do niej nie wrócić), Barista Fire (pracować znacznie mniej lub w nieskomplikowanym otoczeniu) czy GAP Fire (czasowe uwolnienie od obowiązków zawodowych).