Smutna rzeczywistość etatu w mieście. Refleksja po pewnym spotkaniu biznesowym.

Całkiem niedawno miałem okazję uczestniczyć w negocjacjach biznesowych.` W tym celu pojechałem do jednej z większych kancelarii prawnych w mieście. To, co tam zobaczyłem, daje do myślenia. I stanowi odpowiedź na pytanie – co daje nam etat w prestiżowym zawodzie. A także rzuca pewne światło na wyniki Kancelarii Mentzen.

Miejsce – duża kancelaria prawno-podatkowa, w dużym mieście, gdzieś na wschodzie Polski.

Siedziba – (400-500 m2) willa w tzw. dobrej dzielnicy. Spory parking, styl „rokokoko na bogato” czyli złoto, drewno, marmur. W budynku, dwa podmioty (nie wiem jak fizycznie i prawnie podzielone) „legal” czyli kancelaria i „tax” czyli doradztwo podatkowe plus księgowość.

W takim miejscu pracuje kilkanaście osób, z wyższym wykształceniem, aplikacją lub szczególnymi uprawnieniami (doradca podatkowy, radca prawny, adwokat). Według powszechnego przekonania należących do „uprzywilejowanej kasty” czyli zarabiających sporo powyżej średniej. Ja miałem odbyć spotkanie z jednym ze wspólników, legitymującym się poza edukacją prawniczą, także dyplomem MBA.

Parking

Jakimi samochodami według Was jeżdżą prawnicy i doradcy podatkowi? Spodziewacie się Mercedesów, Volvo, Jaguarów? Otóż nie. Rano na placu stało ok. 10 samochodów, z których najdroższy – 10-15 letni amerykański van, mógł być wart ok. 50-60 tys. zł. Większość stanowiły małe auta popularnych marek, na numerach z okolicznych powiatów.

I czas na wnioski. Być może trafiłem na enklawę „milionerów z sąsiedztwa”, a więc wyjątkowo oszczędnych ludzi, którzy pomimo sporych zarobków, poruszają się tanimi autami. Albo, co bardziej prawdopodobne, miejsce gdzie płaci się na tyle marnie, że przy miejskich kosztach życia, wystarcza tylko na skromny pojazd.

A wspólnicy? Na posesji znajdowało się kilka garaży, prawdopodobnie właśnie dla nich. Mnie jednak bardziej interesowali typowi pracownicy. I tu – poziom Kancelarii Mentzen, którą opisywałem i małych biur prawno-księgowych z mojego miasta (4,5-7k netto za realne 50-60 godzin/tydzień), nie pozwala na samochodowe (i jakiekolwiek inne) szaleństwo.

Biuro.

Poza samym budynkiem i klatką schodową (wyglądającą jak żywcem wyjęta z gangsterki z lat 90-tych) daleko bez szału. Przeciętna korpo (nie mówiąc już o moim kliencie, firmie informatycznej) bije ich na głowę. 30-letnie meble z reklam banków w ok. 2000 r., pokój wielkości podobnej do gabinetu urzędnika średniego szczebla w moim mieście – tak wyglądało biuro wspólnika kancelarii.

Ceny.

Widziałem kiedyś ich umowę z dużym podmiotem państwowym – za ok. 100 zł/godzinę + VAT. Ten sam podmiot płacił niewielkiej, rodzinnej firmie IT za serwis oprogramowania 500 zł+VAT za godzinę.

W tych 100 zł mieścił się zysk kancelarii, podatki i praca prawnika. Jestem w stanie policzyć precyzyjnie. Ten ostatni, nawet b2b zarabiał nie więcej niż 30-40 zł netto/godzinę (bo 12% podatku dochodowego, 9% składki zdrowotnej, jakieś koszty dojazdu, księgowości, komputera, telefonu, 4 zł/godzinę – ZUS). Gdyby zatrudniał się na umowę o pracę, nawet mniej. Młody stolarz bierze więcej. Nie mówiąc o programiście.

Klienci.

Siedziałem chwilę w poczekalni. Innych klientów nie było. Czyli bez szaleństwa.

Wnioski.

Obserwacja tej działalności skłoniła mnie do oczywistych wniosków. Jeśli mówimy o jednej z większych kancelarii prawnych i biur doradztwa podatkowego w mieście, rynek musi wyglądać bardzo słabo. Pracownicy dostają pensje na poziomie zwykłego urzędnika (nie-kierownika). Nie warto dzieci pchać na etat w takim miejscu.

Jak to jest, że w tej dwudziestej gospodarce na świecie młodym ludziom, takim jak my, nie starcza do pierwszego? Odpowiadam za premiera Tuska.

W tym tygodniu na spotkaniu premiera Donalda Tuska, młode aktywistki zrobiły dym, ale przy okazji zadały tytułowe pytanie. Premier wyraził przekonanie, że będzie lepiej, a przez dwa lata nic się nie pogorszyło. Wiadomo, wiec rządzi się swoimi prawami. Czas jednak odpowiedzieć konkretnie na bolączki młodych, bo problem jest realny.

Pełne pytanie.

„Mam 30 lat i minimalne szanse na własne mieszkanie. Być może nie będę mieć męża, z którym będę mogła dzielić kredyt. Nie wiem, czy będę mogła mieć dziecko, bo nie wiem, czy będzie mnie na nie stać. 

– Wiele razy powtórzył pan, że Polska jest dwudziestą gospodarką na świecie. To chcę zapytać, jak to jest, że w tej dwudziestej gospodarce na świecie młodym ludziom, takim jak my, nie starcza do pierwszego? – pytała.”

Kto pytał? Aktywistki klimatyczne – w wieku od 24 lat (Dominika Lasota, ona akurat ma stronę w Wikipedii) do ok. 30 lat.

Pełna odpowiedź oszczędnego milionera:

Powody są trzy: matematyka, polityka prezesa NBP – „leśnego dziadka” Glapińskiego, brak edukacji finansowej. Zacznijmy od pierwszego.

Matematyka czyli dlaczego 30-latka nie ma własnego mieszkania. Odpowiedź znajduje się w tekstach bloga (którego p. Lasota i jej koleżanki z pewnością nie czytały) oraz na lekcji matematyki. Już tłumaczę. Nie znam pytającej, ale odnosząc się do młodego pokolenia (oraz dostępnych informacji o pani Lasocie) zakładam, że:

  1. Miejscem zamieszkania jest pewnie Warszawa lub inne duże miasto (p. Lasota pochodzi z Bydgoszczy a urzęduje w stolicy).
  2. Rodzice nie wyciągną ze słoika 500k.

Krótko mówiąc, sytuacja wielu znajomych moich dzieci (p. Lasota rocznik 2001 jest rówieśniczką najstarszego syna). I teraz, znając te założenia, mogę powiedzieć, że:

  1. Cena mieszkania 500-600k (plus coś na koszty), w przypadku kawalerki może 400-450k.
  2. Skończone studia w wieku 22-24 lata.
  3. Ilość lat pracy do 30-tki – 6-8.
  4. Zarobki młodego pracownika – 4.5k netto.
  5. Obecne koszty życia z wynajmem mieszkania we trójkę – 3k.
  6. Możliwe oszczędności 1,5k/m-c i 18k/rok.

I teraz czas na matematykę. Odkładając 18k/rok uzyskujemy przez 6 lat ok. 108k, a przez 8 lat ok. 144k. Załóżmy, że oszczędności profitują 6%, a mieszkania podrożały za rządów PiS 2-krotnie (też pisałem wiele razy), więc ze zbieraniem może być trudno, ale zostawmy tę zmienną na boku.

Nasza aktywistka musiałaby pożyczyć ok. 450k na mieszkanie 2-pokojowe, przeznaczając część gotówki na meble, opłaty notarialne itp. (110 k wkład własny, 34 k pozostałe opłaty i umeblowanie).

Rata, w takim układzie, wyniosłaby ok. 3100 zł.

Pojawia się więc pytanie, który bank pożyczy, osobie samotnej, przy założeniu: kredyt 450k, singiel, pensja 4500 zł, rata 3100 zł? Żaden.

Maksymalna zdolność kredytowa takiej osoby wynosi ok. 300k. A przypomnijmy, nie jest w stanie więcej odłożyć (max 144k), ani kupić mieszkania za 400k, chyba że będzie to mikokawalerka (czyli lokal użytkowy). Matematyka nie kłamie. Dwie strony równania nie mogą się spotkać. I tu dochodzimy do punktu 2.

Glapa et consortes. Generalnie polityka finansowo-pieniężna PiS. Przypomnijmy – doprowadziła do 100% wzrostu cen mieszkań, na przestrzeni 8 lat, ogromnej inflacji. Obecnie Glapa sztucznie utrzymuje wysokie stopy procentowe, przez co kredyty są praktycznie najdroższe w UE (wyprzedzają nas tylko Węgry). Pozwala się bankom na harce. Dane macie tutaj: https://www.money.pl/gospodarka/polskie-kredyty-hipoteczne-wsrod-najdrozszych-w-ue-polak-nie-ma-wyboru-7206583535151872a.html Skutek? Niższa zdolność kredytowa i wyższe raty. Młodzi – podziękujcie Glapie i jego mocodawcom. Gdyby nie oni, rata nie wynosiłaby 3100 zł lecz 1500 zł (niższe ceny i oprocentowanie jednocześnie).

Gdyby utrzymała się tendencja europejska (i wejście do strefy EURO), nasz młody singiel miałby zdolność kredytową na 450k (+50%). Forowanie różnych programów „Deweloper na swoim” dało gigantyczny wzrost cen, no i właśnie rozjechanie się zdolności oraz cen.

To NBP, bankster Morawiecki doprowadzili do pompowania marży przez banki, drogich obligacji (które opłacają się rentierom, a nie młodym singlom). Projekty rozdawnictwa pieniędzy podniosły inflację, a teraz Glapa planowo sypie piasek w tryby. To nie wina Tuska, on za bardzo nie ma pola manewru.

Glapa zarżnął też program „Mieszkanie+”. Teraz, te budowane na kredyt, lokale uzyskały (w związku z oprocentowaniem) czynsz bliski rynkowemu. No i ludzie znaleźli się w kropce, zwłaszcza jeśli, jak donosiły media płacą 3k w Radomiu i 4k w Krakowie.

Brak edukacji finansowej. Gdyby szkoła, zamiast wymagać wzorów skróconego mnożenia, uczyła rzeczy potrzebnych, całe dwa powyższe punkty nie byłyby potrzebne, a „uzdrowiciele” i „geniusze finansowi” nie mieliby poparcia pow. 50% ludzi (i sporego wśród młodych).

Co jeszcze pokazałaby taka edukacja? Że całe pytanie jest źle postawione. Ponieważ praktycznie w żadnym kraju z 20-tki najbogatszych przeciętny 20-30 latek nie jest w stanie kupić sobie mieszkania w stolicy. Słowami-kluczami są tu „przeciętny” i „stolica”.

Dlatego pretensje do premiera błędnie zaadresowano. Edukacja finansowa, pokazałaby jednocześnie wszystkim 20-30-latkom (a nie tylko tym najgłośniej krzyczącym), że istnieje szereg sposobów, aby ten własny kąt jednak zdobyć:

  1. Odsunięcie się od stolicy. Łuków z ceną 250k za 2-3 pokoje, pozwala zarabiającej i oszczędzającej 30-latce na kredyt. Potrzebuje 130k kredytu, a zdolności ma na więcej.
  2. Pomoc rodziców. Nie mówię tu o zakupie mieszkania w centrum Warszawy, ale wkładzie na poziomie 150k. Co da edukacja? Moje pokolenie nie wiedziało jak i po co zbierać na mieszkanie dla dziecka i większość nie zbierała. Teraz mamy efekty zachłyśnięcia się konsumpcją. Rodzicie mogliby też „podzielić się zdolnością”, no ale już nie każdy chce (albo sam ma jeszcze niespłacony kredyt). Trzeba trąbić – ile kosztuje 30-letnia spłata versus nadpłata i skrócenie okresu do 15 lat (a wtedy 50-latkowie mają czyste hipoteki).
  3. Kasy mieszkaniowe. Dzięki kasie mieszkaniowej kupiłem pierwsze mieszkanie. Preferencja podatkowa, niezłe oprocentowanie, premia, niskie oprocentowanie kredytu. Uczy i zachęca młodych do oszczędności. Teraz mało popularne, mimo że przepisy nadal istnieje. Poświęcę im odrębny wpis.
  4. Szukanie okazji. Pisałem o tym kilka razy. Zakup starego domu i podział go na mieszkania, przebudowa lokali użytkowych, remont starych kamienic, adaptacja poddaszy. Tu trzeba trochę pracy własnej i kombinacji. Nie wystarczy krzyczeć „premierze daj”.

Na koniec problem „nie starcza do pierwszego”. To kłamstwo i piszę o tym z całą odpowiedzialnością. Mój syn, nauczony oszczędności w domu, za mniejszą kwotę we Wrocławiu:

  1. Wynajmuje z dziewczyną mieszkanie (2.4 k + opłaty – w sumie 3k, po 1.5k na głowę).
  2. Utrzymuje się (od mam młodzi dostaną słoiki).
  3. Jeździ małym autem.

Pisałem wielokrotnie – przy cenie w dużym mieście 1.5k za pokój, da się spokojnie żyć z pensji ok. 4-4.5k. Takie dochody uzyskuje większość pracujących dwudziestolatków. Kumple moich synów dostają od rodziców po 1000 zł, resztę muszą dorobić. I dorabiają: Bolt, gastro, sklepy, stypendia naukowe, jakieś prace przy social mediach.

Dlaczego więc aktywistki nie dają rady? Może nie pracują (bo aktywizm to nie praca), albo tylko na pół etatu? To już nie jest problem premiera. Natomiast, gdyby nie działał w trybie wiecowym, zadałby proste pytanie: Gdzie Pani pracuje? Ile zarabia? A potem wytłumaczył jej zależność: pieniądze/praca i jak konstruować budżet. Bo nie każdy ma zamożnych rodziców i odebrał odpowiednią edukację.

Warto te prawdy uświadamiać rządzącym i młodym.

Praca „poważna” i „niepoważna”

Jak pewnie zauważyliście, komentarze Bartka „zmuszają” mnie do przemyśleń, a w efekcie rozwijania odpowiedzi we wpisy. Tak było i tym razem, gdy w nawiązaniu do opowieści o pewnej mieszkance Warszawy, zarabiającej marnie w niszowym zawodzie, ale utrzymującej się z odziedziczonych/darowanych mieszkań.

Przedstawił koncepcję pracy „na poważnie”/”poważnej” , biorąc wprawdzie przysłówek/przymiotnik w cudzysłów, znowu skłonił mnie do refleksji o roli/sensie/celu pracy w powszechnym rozumieniu.

Otóż pracę „na poważnie” rozumieć można na kilka sposobów:

  1. przynosząca rozsądny dochód (powyżej średniej – a średnie mogą istnieć różne),
  2. wykonywana ze 100% zaangażowaniem,
  3. prestiżowa,
  4. rozsądna tzn. poważana społecznie.

Biorąc pod uwagę każdą z tych koncepcji – praca scenografa alternatywnego teatru, może mieścić się w pkt 2. Płacą słabo, prestiż niewielki, podobnie jak poważanie społeczne. Nie to co lekarz, przedsiębiorca itp.

Znam trochę podejście Bartka i wiem, że cudzysłów nie pojawił się przypadkowo, miał właśnie wywoływać zastanowienie. Bo gdybyśmy patrzyli na wszystkie te kryteria, większość potrzebnych zawodów, nie znalazłoby się jako „poważne”. Na pewno nie o to chodziło. Z drugiej strony, godząc się na punkt pierwszy (wyłącznie dochód), złodziej, prostytutka, sutener albo polityk musiałyby być uznane za wykonywane „na poważnie”. A tak nie jest.

Tak więc raczej problem leżał chyba w 100% wejścia w etat. Mając kasę z dochodu pasywnego, siłą rzeczy oceniamy, co można i co warto. Wielu sytuacji nie tolerujemy i mówimy adieu. Z kredytem na karku, raczej przesuniemy granicę albo pozwolimy je przesuwać innym. Stąd piosenka o oszczędzaniu i inwestowaniu opowie także o innych dziedzinach życia niż tylko portfel, styl życia czy finansowe wybory.

A może, Bartek miał na myśli opozycję „praca dla kogoś”/”praca dla siebie” i tylko ta druga, przy pewnych zasobach, gwarantujących miękkie lądowanie, warta jest 100% zaangażowania? Niewykluczone. Sam zacząłem to tak odbierać. W pracy etatowej chodzi o sprzedawanie czasu za pieniądze. Jeśli oferowana cena przestaje być atrakcyjna, szukamy innego miejsca. Ale aby tak zrobić potrzebujemy liny (oszczędności i dochodu pasywnego). Na swoim – idziemy w trupa, czyli do końca, bo inny pracodawca/etat na nas nie czeka. Jeśli poniesiemy porażkę – tracimy znacznie więcej. I jeszcze jeden aspekt. Własna działalność (praca dla siebie) nie polega (na co zwrócił uwagę w „Bogatym ojcu, biednym ojcu” Robert Kiyosaki), na sprzedawaniu czasu za pieniądze. W swojej firmie, czasem długo nie zarabiamy nic, a potem dochód wystrzela w kosmos. Zresztą w wielu wypadkach go nie przewidzimy (np. nie zapłaci nam duży kontrahent) i z kasy nici. Taki scenariusz na etacie wystąpi rzadko (i jest ścigany przez PIP).

Na koniec ważna różnica, na którą zwrócił mi ostatnio uwagę mój przyjaciel – góral: ludzie wykształceni idą do pracy, niewykształceni – do roboty. W wielkich miastach uprzedmiotowienie pracowników dawno zatarło taki podział.

Warszawa kontra średnie miasto. Specjalista.

Zanim napisałem ten tekst, sprawdziłem dane. Otóż, pracownik na moim stanowisku, może, pracując w średnim mieście dostać ok. 6 tys. zł netto na umowie o pracę, przy wykonywaniu obowiązków 3 dni/tydzień. Ja zarabiam jeszcze 30% więcej, ale to efekt dodatkowych uprawnień. Bierzmy za punkt odniesienia te 6 tys. zł netto.

W podobnym układzie w Warszawie proponowano 12 tys. zł + VAT. Co to oznacza w praktyce? Może Warszawa lepsza?

12 tys. zł + VAT należy pomniejszyć o koszty prowadzenia działalności gospodarczej (350 zł księgowa, 400 zł program specjalistyczny). Zostaje 11.250 zł. I od tego liczymy ZUS, składkę zdrowotną i podatki.

  • ZUS = 1646 zł (minimalna),
  • zdrowotna 9% = 1013 zł,
  • podatek dochodowy (zasady ogólne) – 1050 zł.

Zostanie nam ok. 8140 zł (11.250 zł -3110 zł). Sporo więcej niż w moim mieście. Może zatem przyjąć taką ofertę pracy? Jeśli zdecydujemy się, pozostają nam dwa wyjścia:

  1. Przeprowadzka do Warszawy,
  2. Dojazd.

Przeprowadzka do Warszawy, sprowadza się do cen nieruchomości wyższych o 50% (średnio). Czyli 50% większego kredytu. Przy obecnym przeliczniku +2800 zł. Średnio. A zarobiliśmy 2140 zł więcej. Bez sensu.

Inna opcja – dojazd. Najtaniej koleją. 80 zł/dzień x 12 dni = 960 zł. Ok. 1180 zł na plusie. Nie do końca. Te 1180 zł obciążone zostały ok. 3 godzinami bezpłatnych dojazdów/dzień (36 godzinami/m-c) oraz zwiększonymi wydatkami. Wychodząc z domu o 5, a wracając o 18, nie da się nie wstąpić na gorący posiłek. W Warszawie – 40 zł/szt x 12 = 480 zł. I już zysk spada do 700 zł/m-c przy 36 godzinach darmowego dojazdu. Nie warto.

Czy da się taniej? Oczywiście, tylko koszt będzie spory. Po pierwsze – obniżyć trochę ZUS, albo pracując na etacie w pozostałe 2 dni, albo małym ZUS-em. Potencjalny zysk – jeszcze 1646 zł. Razem 2346 zł/m-c przy dojeździe i ledwie 1000 zł/m-c przy przeprowadzce. Kompletny bezsens.

O wyzysku. Etat wyrobnika-specjalisty, specjalisty i własna firma.

Dzisiaj znowu dokonam pewnych porównań. Otóż opiszę moją sytuację i zarobki wyrobnika w tej samej branży.

Wyrobnik-specjalista

Pracuje 200 godzin/m-c za 4500 zł netto miesięcznie. Faktycznie 22,5 zł/netto za godzinę. Nie wierzycie? Dokładnie tyle zarabia mój kolega. Człowiek, który go zatrudnił kasuje 200 zł brutto za godzinę pracy. Wyrobnik wypracowuje 40.000 zł, do ręki bierze 4500 zł, na podatki-składki odliczam 17.000 zł, inne koszty 4000 zł a właściciel firmy dostaje netto 14.500 zł. 3 razy więcej niż wyrobnik. Na tym polega wyzysk.

Specjalista

Czyli ja. Zarabiam ok. 8200 zł netto, a 13.000 zł brutto. W pracy jestem średnio 72 godziny/m-c, a nie 200. A ile wyrabiam? Licząc po cenach rynkowych ok. 28.000 zł. Prawie 2 razy więcej niż kumpel na godzinę (on 200 zł, ja 388 zł). Tu tkwi różnica. 2 krotnie większa wydajność pozwala mi zarabiać 4 razy tyle.

Własna firma

Ponownie ja. Tutaj sprawa jest dość prosta. Cały zysk idzie do kieszeni właściciela. Plus zysk pracowników, o ile ich zatrudnia.

W tym celu przewiduję kilka wariantów.

Firma jednoosobowa ciężka praca – 170 godzin. Wydajność specjalisty i 388 zł/h z VAT. Przychód ca. 54 tys. zł netto minus 1800 składki ZUS, minus 2000 zł biuro, minus 4000 zł auto + inne drobne koszty, minus zdrowotna 4200 zł, minus dochodowy (liniowy 19%) 8700 zł. W sumie netto ok. 33.000 zł ok. 200 zł netto/h. Jak specjalista.

Teraz wariant z dwoma „wyrobnikami”. Prosto. Swoje 33.000 zł plus po 29.000 zł na dwóch wyrobnikach = 62.000 zł.

Podsumowanie

Wszystko wydaje się proste. Wyrobnik zarabia 4500 zł/m-c, pomimo że pracuje najwięcej. Specjalista 8200 zł za 72 godziny, właściciel firmy jednoosobowej 33.000 zł za 170 godzin+ryzyko, a przy trzech osobach 62.000 zł za 170 godzin+ podwójne ryzyko. Wyrobnik, jakich wiele, dostaje zdecydowanie najmniej, chociaż pracuje najwięcej. Specjalista mieści się w środku (4 razy stawka godzinowa netto dla wyrobnika), firma i ryzyko pozwala zwiększyć stawkę (8 razy wyrobnika), a zatrudnianie nawet dwóch osób pozwala jeszcze podwoić pulę (16 razy stawka wyrobnika).

Z jednej strony – uświadamiamy sobie ile warta jest wiedza oraz umiejętności sprzedaży i zarządzania, z drugiej jak wygląda wyzysk – właściciel bierze sobie 3/4 dochodu netto z pracy wyrobnika. I niech to będzie memento dla wielu ciężko pracujących wyrobników.

Rozważania o współczesnych relacjach pracodawca-pracownik. Jak sobie radzić?

Na blogu pojawiło się trochę rozważań na temat tzw. kultury zapierdolu, roli pracy w życiu. Dzisiaj, zainspirowana rozmową z klientem, lekturą oraz własnymi doświadczeniami ocena zmian i ich wpływu na życie.

Zacznijmy od klienta. Skarżył się, że pracownik podebrał kasę z biletów, a indagowany wypalił „Nic się nie stało, wziąłem żeby kupić sobie śniadanie. Jak chcesz to mnie zwolnij”. Wiadomo, jak mówią zaprzyjaźnieni górale – patologia.

Na drugim biegunie, zapieprzający za minimalną, od których wymaga się doświadczenia, zaangażowania i wykształcenia (autentyk z rozmowy z pewną panią dyrektor). A potem zdziwienie, że kolejna rekrutacja nie wypala. Do tego mnóstwo przypadków mobbingu, nierównego traktowania, oczekiwania, że pracownik wynajęty na 40 godzin w tygodniu odda duszę. Jeśli tego nie zrobi – pretensję.

Osobiście wyznaję zasadę, że ciężko pracować kalkuluje się tylko na swoim, albo gdy mamy stawkę akordową. W przeciwnym wypadku – kompletnie bez sensu. I piszę to z pełnym przekonaniem, po usłyszeniu historii z szefem, który nie widział nic niestosownego w pisemnym wezwaniu do pracownika (list polecony), żeby wykorzystał urlop, bo idzie na emeryturę. Wezwaniu pracownika, który leczył się na raka, a przepracował w firmie kilkadziesiąt lat. Tak szkoda wypłacić ekwiwalent (ponownie – nie ze swoich, szef też tylko pracował na etacie). Ostatecznie i tak zwolnienie zostało przedłużone do dnia emerytury i ekwiwalent poszedł na konto.

I kiedy już diabli mnie biorą, wspominam relacje sprzed 20 lat, bo miałem szczęście pracować w doskonałym zespole. Ja przynajmniej znam inne warunki. Natomiast obecnie, mam wrażenie (to szersza obserwacja), wyzysk osiągnął niebotyczne rozmiary. Oczywiście choroba nazywa się „chciwość”. Właściciel chciwy zysku, najemni poganiacze – premii. Bo trzeba spłacić kredyt, bo żona domaga się prezentu, a i kochance warto coś kupić. Wszystko podlane kłamstwem (typowe, nie tylko w Januszexie – nie stać mnie/nas/firmy na podwyżki). Od kierownika nad trzema pracownikami do najwyższych władz. A gdy ktoś zainteresuje się, jak jest faktycznie, kolejne piętrowe kłamstwa.

Czy na taką sytuację istnieje lekarstwo? W przypadku moich rówieśników – oczywiście – własna firma rozkręcana na boku. Sam coś wiem na ten temat, i już dzieliłem się z Wami. Młodzi mają gorzej i dlatego stają się coraz bardziej antysystemowi. Stąd bierze się 32% Mentzena i 20% Zandberga w grupie do 30 lat. Lewica nie miała takiego poparcia u młodych od czasów prezydentury Kwaśniewskiego.

A jaki będzie finał? Patrząc na USA, południe Europy, Arabską Wiosnę przypuszczam, że smutny. Niektórzy na wiele lat (jak w 1968 r.) wypiszą się z systemu. Dzisiaj o taki krok znacznie łatwiej. Mamy zasiłki, rekordowo tanią (w relacji do dniówki) żywność, możliwość wyprowadzki choćby na koniec świata (np. zamorskie terytoria Francji, będące częścią UE – Martynikę na Karaibach, czy Réunion na Oceanie Indyjskim). Znam takich, którzy wzięli dzieciaki (Szkoła w Chmurze), kampera i pojechali hen daleko. Jeśli kogoś nie uwiera kredyt, ma mieszkanie w dużym mieście, kupuje np. dom nad pięknym, dużym jeziorem na południu Europy za 500 tys. zł. W kraju, gdzie za obiad w knajpce zapłacimy 25 zł, jedzenie jest tanie, a minimalna temperatura w roku to 4 st. C w dzień i -2 st. C w nocy.

Reszta podejmie próbę walki. Albo z systemem, albo w ramach systemu, zamieniając korpo na własną firmę lub działalność nierejestrowaną. I oni ponownie wychodzą najlepiej. Jeśli ktoś ma głowę na karku, umie pracować (i kombinować) znacznie lepiej (finansowo i praktycznie) wyjdzie na kontrakcie b2b niż na umowie o pracę.

10 kroków do ucieczki z kieratu. Oszacuj aktywa/pasywa i zrób ich bilans.

Ponieważ kierat nie ma tylko wymiaru pracy 9-17 (z dojazdami w stolicy 8-18), 5 dni w tygodniu, 12 miesięcy w roku, musimy spojrzeć na pojęcia aktywów i pasywów nieco inaczej. Rozdzielić wymiar ekonomiczny od tzw. mentalu.

Klasycznie „aktywem” jest wszystko (przedmiot, prawo, oszczędności, inwestycje), mające jakąś materialną wartość: dom, działka, akcje, lokaty, obligacje, kryptowaluty. Gdybym był ścisły, powiedziałbym nawet nie wartość, a cenę.

W „mentalu” aktywem stają się nasze cechy (np. odporność na zmiany, pracowitość), znajomości (kontakty) itp.

Odwrotnie, pasywami są albo długi (majątek ujemny), albo negatywne cechy, traumy, złe relacje. Kiedy już tyle wiemy, możemy zacząć analizy praktyczne.

Zacznijmy od najprostszej – projektu „rzucam tę robotę”.

Żeby rzucić pracę, trzeba mieć drugą, albo inne źródło dochodów, albo możliwe do stworzenia źródło dochodów, albo… radykalnie obniżyć wydatki. W przypadku kolejnej pracy, sprawa wydaje się prosta. Trzeba mieć kontakty, dobrą opinię, umiejętności. Dobry handlowiec ma łatwiej, listonosz może sprawdzić się jako kurier, policjant zatrudni się w ochronie, ale co zrobi urzędnik, który całe życie tylko tworzył pisma? Jak poradzi sobie nauczyciel akademicki ze specjalnością np. poezja Cycerona? Takie umiejętności trudno sprzedać rynkowo. Aczkolwiek każdy może się przekwalifikować. Popatrzmy na czasy Wilczka i Balcerowicza (żywiołowy rozwój przedsiębiorczości w latach 1988-1992). Moja mama, z zawodu lekarz prowadziła wtedy butik, spotykając jako dostawców, właścicieli hurtowni mikro-szwalni, wytwórców biżuterii (dzisiaj powiedzielibyśmy w stylu „boho”): polonistów, historyków, inżynierów etc. Niska była kwota na wejście, niskie koszty. A w takich warunkach łatwo o zmianę. Mój brat – nauczyciel polskiego z liceum, woził busem ryby z Pomorza, moja siostra – inżynier – najpierw dorabiała prowadząc wypożyczalnię kaset wideo, potem produkując kamienie szlifierskie (to już bardziej w branży). Dzisiaj takich historii widzimy już mniej. A i tamci pionierzy, albo nie żyją, albo są na emeryturze, albo z racji zmniejszonego bezrobocia, wrócili jednak do wyuczonych zawodów.

Patrząc na współczesną piramidę zawodów, widzę że, jako właściciel szambiarki mam szansę zarobić więcej niż przeciętny człowiek w biurze. Z lokalnej sprzedaży owczych serów (ostatnio poznałem podhalańskiego bacę – wożącego na pace Toyoty Hilux Adventure – 200kg bryndzy, rozprzedanej w ciągu 2h) da się żyć znacznie lepiej niż z wielu analityków. I tu wracamy do aktywów.

Żeby prowadzić firmę szambiarską muszę mieć:

  • prawo jazdy kat. C ew. T pozwalające na ciągnięcie przyczepy,
  • kasę na zakup szambiarki,
  • minimalne umiejętności techniczne, by z każdą pierdołą nie lecieć do mechanika.

W sumie kilkadziesiąt tysięcy zł kasy i dwie ważne umiejętności. No i kasę na początek (3-4 miesiące kosztów życia, zanim interes ruszy).

Planując zostać „nizinnym bacą” powinienem dysponować:

  • owcami i owczarnią,
  • pomieszczeniem/budynkiem produkcyjnym,
  • uprawnieniami rolniczymi,
  • wiedzą weterynaryjno-spożywczą,
  • półciężarówką,
  • pomysłem na zbyt.

W sumie 2 lata nauki, kilkaset tysięcy złotych.

Teraz projekt „partnerka dokonała” może być też „partner doskonały”.

Załóżmy na chwilę, że masz dosyć swojej żony/swojego męża/partnera/partnerki. Co robisz? Klasyka – idziesz do prawnika, papiery rozwodowe (przy konkubinacie – zbędne) i jakoś będzie. Ale przecież trzeba:

  • mieć gdzie mieszkać,
  • wiedzieć jak podzielimy majątek,
  • stanąć finansowo na nogi (z założeniem, że prawdopodobnie przyjdzie płacić alimenty lub samotnie wychowywać dzieci).

Przy okazji (mental) musisz:

  • poradzić sobie z rozstaniem,
  • ułożyć dalsze życie.

A do tego trzeba sporego majątku, zdolności kredytowej, oraz całkowitego przestawienia. Znam ludzi, którzy z dnia na dzień wyszli i zmienili radykalnie swoje życie. Ale i takich, którzy po awanturnicy trafili na dobrze zamaskowaną alkoholiczkę, pijaną 3 razy w tygodniu po pracy, albo wariatkę wrzeszczącą im pod oknami, niszczącą rzeczy itp. Rozwód po 30-tce nie oznacza nastoletnich randek lecz „spotkania biznesowe”. Dlatego warto dobrze oszacować aktywa (pieniądze, umiejętności, kontakty) i pasywa (długi, negatywne cechy własne). A przede wszystkim zdolność do stworzenia nowej rutyny, bo kłótnie ze złą żoną, częściej niż egzotyczne wyjazdy, zastępują popołudnia z piwkiem przed telewizorem.

A na koniec o bilansie ekonomicznym.

Wracamy do typowego korpoluda. Mieszka w Warszawie, ma 40 lat i mieszkanie w 30% obciążone kredytem, auto za 80k, 15k pensji, żonę, dziecko i 100k oszczędności. Wkurza go szef a praca nudzi. Typowy kierat. Może zmienić pracę, może zmienić szefa (nie jako człowieka, ale na inną osobę), ale to… niewiele zmieni. Korpo wszędzie wygląda podobnie.

Marzy o wiejskiej sielance. Spacerach po rosie, kawie na tarasie, kawałku warsztatu, niższych składkach itp. Generalnie – typowe marzenia korposzczura, które jednym rozmywa się, innych napędza. Jeśli chce o nim myśleć realnie, potrzebuje analiz.

Aktywa finansowe. Spłacona część mieszkania (490k), oszczędności 100k, auto 80k.

Aktywa niefinansowe. Żona, która pragnie tego samego, szwagier na wsi pod Siedlcami, podstawowe umiejętności rolnicze.

Pasywa finansowe: kredyt (210k).

Pasywa niefinansowe: Dziecko i jego edukacja, brak wyksztalcenia rolniczego, brak gospodarstwa rolnego i maszyn, czarne myśli „z czego będziemy żyli”, rodzice opowiadający „tyle lat pakowaliśmy w Twoje wykształcenie, a Ty chcesz rzucić tę świetną pracę z pensją 15k dla kawałka ziemi, w jakiejś głuszy”.

Bilans finansowy: Ze spłaconej części mieszkania wystarczy na małe gospodarstwo. 100k oszczędności pozwoli przeżyć przez 1,5 roku (a może dłużej). Auto z prześwitem 12 cm do zmiany na coś praktycznego.

Bilans niefinansowy: Koniecznie trzeba zdobyć wykształcenie (bez tego trudno kupić ziemię), pokonać czarne myśli i opory rodziców, wreszcie – ustalić sposób życia i finansowania na wsi.

10 kroków do ucieczki z kieratu. Czym jest kierat?

Dzisiaj będzie o „kieracie”. Możesz nazwać go też „współczesnym niewolnictwem”, „sprzedawaniem siebie po kawałku” itp. Niektórzy powiedzą – synonim korpo. Nie, rzecz w tym, aby nie wpadać w koleiny łatwych wniosków.

Otóż kieratem może być zarówno: korporacja, budżetówka, januszex, a nawet własna firma, nieudane małżeństwo, czy związek nieformalny. Dlaczego?

Ponieważ kierat ma trzy cechy:

  1. Opiera się na nawykowych działaniach, idziemy w nim siłą inercji i przyzwyczajenia,
  2. Nie przynosi nam wielkich korzyści ani spełnienia.
  3. Trudno się z niego wyrwać.

Rozpatrzmy je po kolei.

Nawykowe działania

Prosta sprawa i wielokrotnie opisana. Jeżeli robimy coś przez 30 dni, wchodzi nam w nawyk. A przez 10 lat? 30 lat? Tym bardziej.

Przeciwstawiam temu refleksję. Widzicie ją od czasu do czasu na blogu. To odpowiedzi na pytania: Czy moje działania przynoszą efekty? Co mogę zrobić by poprawić wyniki?

W pracy to dość łatwe. Popatrz na średniaka: Zarabia 9000 zł z czego połowę pożerają podatki. Poświęca jej 170 godzin miesięcznie plus 30 godzin na dojście, 20 na zebranie się, 20 na dekompresję. Co da radę zmienić? Zawód? Pracodawcę?

W pozostałych obszarach – trudniejsze. Ile zyskuję oglądając seriale na Netflixie przez 20 godzin w tygodniu? Ile tracę jeżdżąc autem do pracy? Czy małżeństwo/związek jest dla mnie wartością dodaną czy obciążeniem? Tu już nie ma pytań wyłącznie ekonomicznych tylko filozoficzne. I często odpowiedź wypada niezbyt zgodna z oczekiwaniami.

Podam prosty przykład z dziedziny związków, wyczytany w prasie (Newsweek). Późne rozwody. Sześćdziesięciolatek opisuje swoje małżeństwo: „Wracam po robocie, zjadamy obiad, który muszę przygotować, potem ja siadam do książki, a żona słucha Radia Maryja. Nie zgadzamy się w większości kwestii. Chcę rozwodu.” I dla niego to małżeństwo jest kieratem. Nic nie zyskuje, poza złudną bliskością (złudną, bo faktycznie jej nie ma, każdy robi co uważa). Kiedy zostanie sam sporo się zmieni, ale czy zawsze na gorsze? Nawyk podpowiada, aby nie „szukać miodu”, „przecież nie jest tak źle”. Stąd ważne staje się rozpoznanie – czy ja tę żonę jeszcze kocham, czy jestem z nią siłą rozpędu? Jak wyglądałoby moje życie bez niej? Bo ten obiad, książka, Radio Maryja (jak śpiewał Kazik „Telewizor od rana, co by nie pokazywali”) w rzeczywistości niszczy nas.

Tak samo w pracy. Albo ją lubimy, albo nie. Albo coś nam daje, albo nie.

A kolejna sytuacja. Miejsce zamieszkania. Nawykowo trzymamy się go przez lata.

Brak korzyści i spełnienia

Trochę już o tym napisałem. Zrobiliśmy bilans, wiemy że idziemy siłą nawyku, ale co w ten sposób zyskujemy? Bo jeżeli sporo, nawyk opłaca się. Jeżeli niewiele – warto się z nim rozstać.

I patrzymy wielostronnie. Korzyść będzie materialna. Pensja. Wkład małżonka/partnera w dom. A spełnienie to nasze odczucia. Czy czujemy się tam dobrze (i dlaczego nie), czy możemy powiedzieć, że małżeństwo/etat są dla nas przyjemne.

Jeśli uzyskujemy wniosek – niewielkie korzyści, prawie zerowe spełnienie, czas na zmiany, bo tkwimy w kieracie.

Także miejsce zamieszkania, może być źródłem braku korzyści (duże miasto wysysa z nas siły, a pensje są na poziomie średnim) i spełnienia (nie korzystamy z oferty, bo jesteśmy zbyt zmęczeni.

Trudność w wyrwaniu się

Kierat ma charakter trwały. Im dłużej w nim chodzimy, tym trudniej się wyrwać. Najlepiej wiem po sobie. Ale też i odkrycia są ciekawe. Przepracowałem 25 lat i w ogóle mi tamtego etatu nie szkoda. Do wyrwania potrzebnych było kilka bardzo złych doświadczeń. Pomimo ich istnienia walczyłem z sobą przez 6 miesięcy. Tak silne są więzy kieratu, tak działają nawyki.

Trudno przeprowadzić się do innego miejsca. Wielu jednak udało się, a nawet robią to regularnie.

Analiza cech kieratu, uświadamia nas, czy w nim tkwimy.

10 kroków do ucieczki z kieratu. Wstęp.

Sponsorem cyklu jest mój kumpel z pracy, z którym rozmawialiśmy o perspektywach obecnych czterdziesto-pięćdziesięcio- latków, ale także generacji Z na rynku pracy i w życiu. Coś, co miało być jednym wpisem o wymianie myśli, rozrosło się, ponieważ chciałem potraktować temat maksymalnie praktycznie. Dzisiaj zapowiedź, a potem:

4 lipca – Czym jest kierat?

7 lipca – Znajdź swoje „dlaczego chcę uciec?”

10 lipca – Oszacuj aktywa/pasywa i zrób ich bilans.

13 lipca – Opisz wydatki i dochody,

16 lipca – Załóż firmę na boku,

19 lipca – Napisz „plan B”,

22 lipca – Zorganizuj „fundusz awaryjny”

25 lipca – Zaplanuj drogę powrotu,

28 lipca – Przeczytaj ten wpis – „Jeszcze o sensie wyboru „życia w wielkim mieście”.

30 lipca – Działaj.

I teraz przykład mojego kumpla – opowieść o Warszawie, główny bohater – przeciętny korpolud. Otóż taki pracownik biurowy dostaje 8 tys. zł netto tj. średnią krajową+25%. Codziennie przychodzi do tego samego miejsca, siada do komputera. Codziennie kołowrót: wstać, śniadanie, zebrać dzieci, zawieźć do szkoły, własna droga do pracy, praca, dzieci ze szkoły, powrót do domu, kolacja, spanie. Inaczej w weekendy, chyba że są nadgodziny. Nie życie „nine to five”, ale raczej „five to nine”. Co zrobiłby, gdyby wrócił do swojego miejsca pochodzenia. Pewnie miałby pomoc rodziny, jakieś zaplecze. Zarobiłby mniej (może o 2 tys. zł miesięcznie, ale prędzej o 1 tys. zł, jak dowodzi statystyka), ale i mniej wydałby (kredyt w wielkim mieście, oznacza ratę, która zredukuje różnicę w pensji do 0). Miałby szansę żyć wolniej. Może musiałby założyć firmę, może przekwalifikować się, wziąć coś mniej prestiżowego (kierowca śmieciarki w moim mieście – 8k zł do ręki, ale pracuje od 6 do 14). Po prostu wyjść z kieratu.

Rzeczywiste skutki czterodniowego tygodnia pracy.

Pocisnąłem ostatnio Piotrowi Dudzie, ale czas wrócić do rządowego pomysłu i cofnąć się w czasie.

Na początku ostrego kapitalizmu obowiązywał w Anglii 77 godzinny tydzień pracy, potem łaskawie skrócony do 66 godzin. 8-godzinny dzień pracy, zdobycz lewicy w II Rzeczypospolitej nadal jednak oznaczał 6 dni roboczych w tygodniu. Zmiana następowała stopniowo za czasów komuny i 5-dniowy tydzień pracy powitaliśmy w PRL-u. Ale i wtedy obowiązywał 46-godzinny tydzień pracy. W III RP skrócono go do 42, a potem 40 godzin (2001 r.).

Za każdym razem zarządzający przemysłem darli szaty, że wywrócimy w ten sposób gospodarkę, a bankructwa staną się masowe. Zagrozi nam bezrobocie, ogólna bieda i dramat. Czy stało się tak? Nie. Lecz te fakty nie przeszkadzają powtarzać bzdur o lenistwie, bankructwie, niskich pensjach. I o dziwo takie słowa padają z ust przedstawicieli tzw. prawicy socjalistycznej jak Piotr Duda. Bo, że przeciw są Rafał Brzoska, dr Sławomir Mentzen, czy prof. Matczak, nawet się nie dziwię. Oni zarobią mniej. Ustaliliśmy zatem – innego końca świata nie będzie.

Co się wtedy stanie? Pojawią, podobnie jak w historii, cztery dobre zjawiska:

  1. Znaczna część pracowników wykorzysta dodatkowy dzień wolny racjonalnie – spędzi czas z rodziną, pójdzie z nią na lody, do kina, pojedzie na weekend, a może dokształci, założy firmę. Napędzi w ten sposób gospodarkę, dając jej dodatkowy impuls. Tak zadziałały urlopy wypoczynkowe w II RP, tak samo skrócenie czasu pracy w PRL-u i III RP.
  2. Po trzech dniach odpoczynku, pracownik stanie się bardziej wydajny. Czy od 1997 r. spadła produktywność (przypominam zeszliśmy z 46 godzin do 40 w tygodniu)? Odwrotnie. Dlatego i przedsiębiorcy nic nie stracą, zostaną tylko zmuszeni do przeorganizowania pracy.
  3. Część firm zautomatyzuje pracę, aby zwiększyć wydajność i utrzymać zyski. Ten proces działa ciągle od końca XVIII w. Wtedy szewc robił buty przez cały dzień, dzisiaj w fabryce w trakcie zmiany powstają ich dziesiątki-setki na jednego zatrudnionego.
  4. I wreszcie, pewna grupa wykorzysta ten dzień na dorobienie. W konsekwencji w gospodarce pojawi się dodatkowy impuls, jak w pkt 1, podnoszący PKB i wpływy z podatków bez ich podnoszenia.

Gdzie strata? Dla społeczeństwa – nigdzie. Stracą Janusze biznesu, wszyscy zwolennicy kultury zapierdolu i …. Piotr Duda. Ludzie mając więcej czasu zaczną kombinować, może popatrzą jak lepiej im się żyje i kto był przeciw. Szczerze mówiąc bardzo się dziwię politykom centro-lewicowym, że nie grzali wystąpienia Piotra Dudy w kampanii wyborczej, nie pytali o to kandydatów prawicy, ponieważ słowa padły akurat przed 1 maja 2025, co dodaje dodatkowego smaczku.

A inne straty firm? Konieczność reorganizacji produkcji, zapłacenia za rekrutację i … podniesienia pensji (równowaga na rynku pracy zostanie naruszona na korzyść pracowników). Menedżerowie po raz kolejny zmuszeni zostaną do ruszenia głową, przemyślenia strategii, bo wiadomo – rynkiem taniej pracy od przynajmniej 10 lat już nie jesteśmy.

Teraz czas na moje osobiste refleksje. Czytelnicy bloga wiedzą, że pół roku temu spędzałem na pracy, ok. 50 godzin/tydzień (dwa specjalne etaty plus dg). Teraz zmniejszając czas poświęcony wykonywaniu zawodu do 30 godzin, czyli o 40%, zarabiam więcej. Jak to możliwe? Czary czy fizyka czarnej dziury?

Otóż nie. Wzrosła moja produktywność. Nie odsiaduję godzin, lecz działam wydajniej. Cała zmiana polegała na zastąpieniu 2-dniowego (ponad 70 h/m-c) etatu za 5k, obciążeniem się (dobrowolnym) 30 godzinami w dg za 7k.

I o tym warto pamiętać. Skok wydajności o 100% da się osiągnąć w pracy biurowej, ale czy i w produkcji? Nie. Tam wystarczy 12,5%, żeby wolumen pozostał ten sam, a może 25%, po to, by nie zmniejszać zysków firm. Wiem jak pracują fizyczni. Normy z KNR-ów da się przeskoczyć o 50%, jeśli faktycznie skupimy się na pracy. Albo, co ważniejsze zastosujemy nowoczesne narzędzia. Pamiętacie moją „rolniczą opowieść”? W III RP plony z ha jabłoni wzrosły o 100% (z 28 ton do ok. 60-ciu), przy zmniejszeniu nakładu siły roboczej. Spadek zatrudnienia w rolnictwie wyniósł w tym czasie 75%. Na roli został co czwarty. Jak widzicie nie mówimy tu o wzroście kosmetycznym lecz ośmiokrotnym (dwukrotny wzrost produkcji przy czterokrotnym spadku zatrudnienia). Dalej uważacie 5-dniowy tydzień pracy za niezbędny do rozwoju? Dla mnie to mit.