Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Praca – Strona 3 – Oszczędny Milioner

10 kroków do ucieczki z kieratu. Oszacuj aktywa/pasywa i zrób ich bilans.

Ponieważ kierat nie ma tylko wymiaru pracy 9-17 (z dojazdami w stolicy 8-18), 5 dni w tygodniu, 12 miesięcy w roku, musimy spojrzeć na pojęcia aktywów i pasywów nieco inaczej. Rozdzielić wymiar ekonomiczny od tzw. mentalu.

Klasycznie „aktywem” jest wszystko (przedmiot, prawo, oszczędności, inwestycje), mające jakąś materialną wartość: dom, działka, akcje, lokaty, obligacje, kryptowaluty. Gdybym był ścisły, powiedziałbym nawet nie wartość, a cenę.

W „mentalu” aktywem stają się nasze cechy (np. odporność na zmiany, pracowitość), znajomości (kontakty) itp.

Odwrotnie, pasywami są albo długi (majątek ujemny), albo negatywne cechy, traumy, złe relacje. Kiedy już tyle wiemy, możemy zacząć analizy praktyczne.

Zacznijmy od najprostszej – projektu „rzucam tę robotę”.

Żeby rzucić pracę, trzeba mieć drugą, albo inne źródło dochodów, albo możliwe do stworzenia źródło dochodów, albo… radykalnie obniżyć wydatki. W przypadku kolejnej pracy, sprawa wydaje się prosta. Trzeba mieć kontakty, dobrą opinię, umiejętności. Dobry handlowiec ma łatwiej, listonosz może sprawdzić się jako kurier, policjant zatrudni się w ochronie, ale co zrobi urzędnik, który całe życie tylko tworzył pisma? Jak poradzi sobie nauczyciel akademicki ze specjalnością np. poezja Cycerona? Takie umiejętności trudno sprzedać rynkowo. Aczkolwiek każdy może się przekwalifikować. Popatrzmy na czasy Wilczka i Balcerowicza (żywiołowy rozwój przedsiębiorczości w latach 1988-1992). Moja mama, z zawodu lekarz prowadziła wtedy butik, spotykając jako dostawców, właścicieli hurtowni mikro-szwalni, wytwórców biżuterii (dzisiaj powiedzielibyśmy w stylu „boho”): polonistów, historyków, inżynierów etc. Niska była kwota na wejście, niskie koszty. A w takich warunkach łatwo o zmianę. Mój brat – nauczyciel polskiego z liceum, woził busem ryby z Pomorza, moja siostra – inżynier – najpierw dorabiała prowadząc wypożyczalnię kaset wideo, potem produkując kamienie szlifierskie (to już bardziej w branży). Dzisiaj takich historii widzimy już mniej. A i tamci pionierzy, albo nie żyją, albo są na emeryturze, albo z racji zmniejszonego bezrobocia, wrócili jednak do wyuczonych zawodów.

Patrząc na współczesną piramidę zawodów, widzę że, jako właściciel szambiarki mam szansę zarobić więcej niż przeciętny człowiek w biurze. Z lokalnej sprzedaży owczych serów (ostatnio poznałem podhalańskiego bacę – wożącego na pace Toyoty Hilux Adventure – 200kg bryndzy, rozprzedanej w ciągu 2h) da się żyć znacznie lepiej niż z wielu analityków. I tu wracamy do aktywów.

Żeby prowadzić firmę szambiarską muszę mieć:

  • prawo jazdy kat. C ew. T pozwalające na ciągnięcie przyczepy,
  • kasę na zakup szambiarki,
  • minimalne umiejętności techniczne, by z każdą pierdołą nie lecieć do mechanika.

W sumie kilkadziesiąt tysięcy zł kasy i dwie ważne umiejętności. No i kasę na początek (3-4 miesiące kosztów życia, zanim interes ruszy).

Planując zostać „nizinnym bacą” powinienem dysponować:

  • owcami i owczarnią,
  • pomieszczeniem/budynkiem produkcyjnym,
  • uprawnieniami rolniczymi,
  • wiedzą weterynaryjno-spożywczą,
  • półciężarówką,
  • pomysłem na zbyt.

W sumie 2 lata nauki, kilkaset tysięcy złotych.

Teraz projekt „partnerka dokonała” może być też „partner doskonały”.

Załóżmy na chwilę, że masz dosyć swojej żony/swojego męża/partnera/partnerki. Co robisz? Klasyka – idziesz do prawnika, papiery rozwodowe (przy konkubinacie – zbędne) i jakoś będzie. Ale przecież trzeba:

  • mieć gdzie mieszkać,
  • wiedzieć jak podzielimy majątek,
  • stanąć finansowo na nogi (z założeniem, że prawdopodobnie przyjdzie płacić alimenty lub samotnie wychowywać dzieci).

Przy okazji (mental) musisz:

  • poradzić sobie z rozstaniem,
  • ułożyć dalsze życie.

A do tego trzeba sporego majątku, zdolności kredytowej, oraz całkowitego przestawienia. Znam ludzi, którzy z dnia na dzień wyszli i zmienili radykalnie swoje życie. Ale i takich, którzy po awanturnicy trafili na dobrze zamaskowaną alkoholiczkę, pijaną 3 razy w tygodniu po pracy, albo wariatkę wrzeszczącą im pod oknami, niszczącą rzeczy itp. Rozwód po 30-tce nie oznacza nastoletnich randek lecz „spotkania biznesowe”. Dlatego warto dobrze oszacować aktywa (pieniądze, umiejętności, kontakty) i pasywa (długi, negatywne cechy własne). A przede wszystkim zdolność do stworzenia nowej rutyny, bo kłótnie ze złą żoną, częściej niż egzotyczne wyjazdy, zastępują popołudnia z piwkiem przed telewizorem.

A na koniec o bilansie ekonomicznym.

Wracamy do typowego korpoluda. Mieszka w Warszawie, ma 40 lat i mieszkanie w 30% obciążone kredytem, auto za 80k, 15k pensji, żonę, dziecko i 100k oszczędności. Wkurza go szef a praca nudzi. Typowy kierat. Może zmienić pracę, może zmienić szefa (nie jako człowieka, ale na inną osobę), ale to… niewiele zmieni. Korpo wszędzie wygląda podobnie.

Marzy o wiejskiej sielance. Spacerach po rosie, kawie na tarasie, kawałku warsztatu, niższych składkach itp. Generalnie – typowe marzenia korposzczura, które jednym rozmywa się, innych napędza. Jeśli chce o nim myśleć realnie, potrzebuje analiz.

Aktywa finansowe. Spłacona część mieszkania (490k), oszczędności 100k, auto 80k.

Aktywa niefinansowe. Żona, która pragnie tego samego, szwagier na wsi pod Siedlcami, podstawowe umiejętności rolnicze.

Pasywa finansowe: kredyt (210k).

Pasywa niefinansowe: Dziecko i jego edukacja, brak wyksztalcenia rolniczego, brak gospodarstwa rolnego i maszyn, czarne myśli „z czego będziemy żyli”, rodzice opowiadający „tyle lat pakowaliśmy w Twoje wykształcenie, a Ty chcesz rzucić tę świetną pracę z pensją 15k dla kawałka ziemi, w jakiejś głuszy”.

Bilans finansowy: Ze spłaconej części mieszkania wystarczy na małe gospodarstwo. 100k oszczędności pozwoli przeżyć przez 1,5 roku (a może dłużej). Auto z prześwitem 12 cm do zmiany na coś praktycznego.

Bilans niefinansowy: Koniecznie trzeba zdobyć wykształcenie (bez tego trudno kupić ziemię), pokonać czarne myśli i opory rodziców, wreszcie – ustalić sposób życia i finansowania na wsi.

10 kroków do ucieczki z kieratu. Czym jest kierat?

Dzisiaj będzie o „kieracie”. Możesz nazwać go też „współczesnym niewolnictwem”, „sprzedawaniem siebie po kawałku” itp. Niektórzy powiedzą – synonim korpo. Nie, rzecz w tym, aby nie wpadać w koleiny łatwych wniosków.

Otóż kieratem może być zarówno: korporacja, budżetówka, januszex, a nawet własna firma, nieudane małżeństwo, czy związek nieformalny. Dlaczego?

Ponieważ kierat ma trzy cechy:

  1. Opiera się na nawykowych działaniach, idziemy w nim siłą inercji i przyzwyczajenia,
  2. Nie przynosi nam wielkich korzyści ani spełnienia.
  3. Trudno się z niego wyrwać.

Rozpatrzmy je po kolei.

Nawykowe działania

Prosta sprawa i wielokrotnie opisana. Jeżeli robimy coś przez 30 dni, wchodzi nam w nawyk. A przez 10 lat? 30 lat? Tym bardziej.

Przeciwstawiam temu refleksję. Widzicie ją od czasu do czasu na blogu. To odpowiedzi na pytania: Czy moje działania przynoszą efekty? Co mogę zrobić by poprawić wyniki?

W pracy to dość łatwe. Popatrz na średniaka: Zarabia 9000 zł z czego połowę pożerają podatki. Poświęca jej 170 godzin miesięcznie plus 30 godzin na dojście, 20 na zebranie się, 20 na dekompresję. Co da radę zmienić? Zawód? Pracodawcę?

W pozostałych obszarach – trudniejsze. Ile zyskuję oglądając seriale na Netflixie przez 20 godzin w tygodniu? Ile tracę jeżdżąc autem do pracy? Czy małżeństwo/związek jest dla mnie wartością dodaną czy obciążeniem? Tu już nie ma pytań wyłącznie ekonomicznych tylko filozoficzne. I często odpowiedź wypada niezbyt zgodna z oczekiwaniami.

Podam prosty przykład z dziedziny związków, wyczytany w prasie (Newsweek). Późne rozwody. Sześćdziesięciolatek opisuje swoje małżeństwo: „Wracam po robocie, zjadamy obiad, który muszę przygotować, potem ja siadam do książki, a żona słucha Radia Maryja. Nie zgadzamy się w większości kwestii. Chcę rozwodu.” I dla niego to małżeństwo jest kieratem. Nic nie zyskuje, poza złudną bliskością (złudną, bo faktycznie jej nie ma, każdy robi co uważa). Kiedy zostanie sam sporo się zmieni, ale czy zawsze na gorsze? Nawyk podpowiada, aby nie „szukać miodu”, „przecież nie jest tak źle”. Stąd ważne staje się rozpoznanie – czy ja tę żonę jeszcze kocham, czy jestem z nią siłą rozpędu? Jak wyglądałoby moje życie bez niej? Bo ten obiad, książka, Radio Maryja (jak śpiewał Kazik „Telewizor od rana, co by nie pokazywali”) w rzeczywistości niszczy nas.

Tak samo w pracy. Albo ją lubimy, albo nie. Albo coś nam daje, albo nie.

A kolejna sytuacja. Miejsce zamieszkania. Nawykowo trzymamy się go przez lata.

Brak korzyści i spełnienia

Trochę już o tym napisałem. Zrobiliśmy bilans, wiemy że idziemy siłą nawyku, ale co w ten sposób zyskujemy? Bo jeżeli sporo, nawyk opłaca się. Jeżeli niewiele – warto się z nim rozstać.

I patrzymy wielostronnie. Korzyść będzie materialna. Pensja. Wkład małżonka/partnera w dom. A spełnienie to nasze odczucia. Czy czujemy się tam dobrze (i dlaczego nie), czy możemy powiedzieć, że małżeństwo/etat są dla nas przyjemne.

Jeśli uzyskujemy wniosek – niewielkie korzyści, prawie zerowe spełnienie, czas na zmiany, bo tkwimy w kieracie.

Także miejsce zamieszkania, może być źródłem braku korzyści (duże miasto wysysa z nas siły, a pensje są na poziomie średnim) i spełnienia (nie korzystamy z oferty, bo jesteśmy zbyt zmęczeni.

Trudność w wyrwaniu się

Kierat ma charakter trwały. Im dłużej w nim chodzimy, tym trudniej się wyrwać. Najlepiej wiem po sobie. Ale też i odkrycia są ciekawe. Przepracowałem 25 lat i w ogóle mi tamtego etatu nie szkoda. Do wyrwania potrzebnych było kilka bardzo złych doświadczeń. Pomimo ich istnienia walczyłem z sobą przez 6 miesięcy. Tak silne są więzy kieratu, tak działają nawyki.

Trudno przeprowadzić się do innego miejsca. Wielu jednak udało się, a nawet robią to regularnie.

Analiza cech kieratu, uświadamia nas, czy w nim tkwimy.

10 kroków do ucieczki z kieratu. Wstęp.

Sponsorem cyklu jest mój kumpel z pracy, z którym rozmawialiśmy o perspektywach obecnych czterdziesto-pięćdziesięcio- latków, ale także generacji Z na rynku pracy i w życiu. Coś, co miało być jednym wpisem o wymianie myśli, rozrosło się, ponieważ chciałem potraktować temat maksymalnie praktycznie. Dzisiaj zapowiedź, a potem:

4 lipca – Czym jest kierat?

7 lipca – Znajdź swoje „dlaczego chcę uciec?”

10 lipca – Oszacuj aktywa/pasywa i zrób ich bilans.

13 lipca – Opisz wydatki i dochody,

16 lipca – Załóż firmę na boku,

19 lipca – Napisz „plan B”,

22 lipca – Zorganizuj „fundusz awaryjny”

25 lipca – Zaplanuj drogę powrotu,

28 lipca – Przeczytaj ten wpis – „Jeszcze o sensie wyboru „życia w wielkim mieście”.

30 lipca – Działaj.

I teraz przykład mojego kumpla – opowieść o Warszawie, główny bohater – przeciętny korpolud. Otóż taki pracownik biurowy dostaje 8 tys. zł netto tj. średnią krajową+25%. Codziennie przychodzi do tego samego miejsca, siada do komputera. Codziennie kołowrót: wstać, śniadanie, zebrać dzieci, zawieźć do szkoły, własna droga do pracy, praca, dzieci ze szkoły, powrót do domu, kolacja, spanie. Inaczej w weekendy, chyba że są nadgodziny. Nie życie „nine to five”, ale raczej „five to nine”. Co zrobiłby, gdyby wrócił do swojego miejsca pochodzenia. Pewnie miałby pomoc rodziny, jakieś zaplecze. Zarobiłby mniej (może o 2 tys. zł miesięcznie, ale prędzej o 1 tys. zł, jak dowodzi statystyka), ale i mniej wydałby (kredyt w wielkim mieście, oznacza ratę, która zredukuje różnicę w pensji do 0). Miałby szansę żyć wolniej. Może musiałby założyć firmę, może przekwalifikować się, wziąć coś mniej prestiżowego (kierowca śmieciarki w moim mieście – 8k zł do ręki, ale pracuje od 6 do 14). Po prostu wyjść z kieratu.

Rzeczywiste skutki czterodniowego tygodnia pracy.

Pocisnąłem ostatnio Piotrowi Dudzie, ale czas wrócić do rządowego pomysłu i cofnąć się w czasie.

Na początku ostrego kapitalizmu obowiązywał w Anglii 77 godzinny tydzień pracy, potem łaskawie skrócony do 66 godzin. 8-godzinny dzień pracy, zdobycz lewicy w II Rzeczypospolitej nadal jednak oznaczał 6 dni roboczych w tygodniu. Zmiana następowała stopniowo za czasów komuny i 5-dniowy tydzień pracy powitaliśmy w PRL-u. Ale i wtedy obowiązywał 46-godzinny tydzień pracy. W III RP skrócono go do 42, a potem 40 godzin (2001 r.).

Za każdym razem zarządzający przemysłem darli szaty, że wywrócimy w ten sposób gospodarkę, a bankructwa staną się masowe. Zagrozi nam bezrobocie, ogólna bieda i dramat. Czy stało się tak? Nie. Lecz te fakty nie przeszkadzają powtarzać bzdur o lenistwie, bankructwie, niskich pensjach. I o dziwo takie słowa padają z ust przedstawicieli tzw. prawicy socjalistycznej jak Piotr Duda. Bo, że przeciw są Rafał Brzoska, dr Sławomir Mentzen, czy prof. Matczak, nawet się nie dziwię. Oni zarobią mniej. Ustaliliśmy zatem – innego końca świata nie będzie.

Co się wtedy stanie? Pojawią, podobnie jak w historii, cztery dobre zjawiska:

  1. Znaczna część pracowników wykorzysta dodatkowy dzień wolny racjonalnie – spędzi czas z rodziną, pójdzie z nią na lody, do kina, pojedzie na weekend, a może dokształci, założy firmę. Napędzi w ten sposób gospodarkę, dając jej dodatkowy impuls. Tak zadziałały urlopy wypoczynkowe w II RP, tak samo skrócenie czasu pracy w PRL-u i III RP.
  2. Po trzech dniach odpoczynku, pracownik stanie się bardziej wydajny. Czy od 1997 r. spadła produktywność (przypominam zeszliśmy z 46 godzin do 40 w tygodniu)? Odwrotnie. Dlatego i przedsiębiorcy nic nie stracą, zostaną tylko zmuszeni do przeorganizowania pracy.
  3. Część firm zautomatyzuje pracę, aby zwiększyć wydajność i utrzymać zyski. Ten proces działa ciągle od końca XVIII w. Wtedy szewc robił buty przez cały dzień, dzisiaj w fabryce w trakcie zmiany powstają ich dziesiątki-setki na jednego zatrudnionego.
  4. I wreszcie, pewna grupa wykorzysta ten dzień na dorobienie. W konsekwencji w gospodarce pojawi się dodatkowy impuls, jak w pkt 1, podnoszący PKB i wpływy z podatków bez ich podnoszenia.

Gdzie strata? Dla społeczeństwa – nigdzie. Stracą Janusze biznesu, wszyscy zwolennicy kultury zapierdolu i …. Piotr Duda. Ludzie mając więcej czasu zaczną kombinować, może popatrzą jak lepiej im się żyje i kto był przeciw. Szczerze mówiąc bardzo się dziwię politykom centro-lewicowym, że nie grzali wystąpienia Piotra Dudy w kampanii wyborczej, nie pytali o to kandydatów prawicy, ponieważ słowa padły akurat przed 1 maja 2025, co dodaje dodatkowego smaczku.

A inne straty firm? Konieczność reorganizacji produkcji, zapłacenia za rekrutację i … podniesienia pensji (równowaga na rynku pracy zostanie naruszona na korzyść pracowników). Menedżerowie po raz kolejny zmuszeni zostaną do ruszenia głową, przemyślenia strategii, bo wiadomo – rynkiem taniej pracy od przynajmniej 10 lat już nie jesteśmy.

Teraz czas na moje osobiste refleksje. Czytelnicy bloga wiedzą, że pół roku temu spędzałem na pracy, ok. 50 godzin/tydzień (dwa specjalne etaty plus dg). Teraz zmniejszając czas poświęcony wykonywaniu zawodu do 30 godzin, czyli o 40%, zarabiam więcej. Jak to możliwe? Czary czy fizyka czarnej dziury?

Otóż nie. Wzrosła moja produktywność. Nie odsiaduję godzin, lecz działam wydajniej. Cała zmiana polegała na zastąpieniu 2-dniowego (ponad 70 h/m-c) etatu za 5k, obciążeniem się (dobrowolnym) 30 godzinami w dg za 7k.

I o tym warto pamiętać. Skok wydajności o 100% da się osiągnąć w pracy biurowej, ale czy i w produkcji? Nie. Tam wystarczy 12,5%, żeby wolumen pozostał ten sam, a może 25%, po to, by nie zmniejszać zysków firm. Wiem jak pracują fizyczni. Normy z KNR-ów da się przeskoczyć o 50%, jeśli faktycznie skupimy się na pracy. Albo, co ważniejsze zastosujemy nowoczesne narzędzia. Pamiętacie moją „rolniczą opowieść”? W III RP plony z ha jabłoni wzrosły o 100% (z 28 ton do ok. 60-ciu), przy zmniejszeniu nakładu siły roboczej. Spadek zatrudnienia w rolnictwie wyniósł w tym czasie 75%. Na roli został co czwarty. Jak widzicie nie mówimy tu o wzroście kosmetycznym lecz ośmiokrotnym (dwukrotny wzrost produkcji przy czterokrotnym spadku zatrudnienia). Dalej uważacie 5-dniowy tydzień pracy za niezbędny do rozwoju? Dla mnie to mit.

Dlaczego Piotr Duda bredzi o czterodniowym tygodniu pracy?

W jednym z wpisów przywołałem opinię szefa NSZZ Solidarność – sługi jednej partii, który powiedział tak: „nierealny i forsowany wbrew interesom większości pracowników”.

Potem dodał jeszcze kilka zdań, całkowicie go kompromitujących. Bo albo nie zadał sobie trudu w przeczytaniu planów skrócenia czasu pracy, albo zwyczajnie nie nadaje się do sprawowania funkcji, gdyż nie zna Kodeksu pracy.

A oto uzupełnienie tej negatywnej opinii : „Trzeba powiedzieć jasno, że to rozwiązanie korzystne dla niewielkiej grupy pracowników. Nie obejmie produkcji, handlu i wielu innych gałęzi rynku, w których potrzebna jest ciągłość pracy. … Pomysł ten nie poprawi sytuacji na rynku pracy.”

Nie wiem skąd Piotr Duda wziął info, że 4-dniowy tydzień pracy nie obejmie produkcji czy handlu? Wymyślił sobie.

Celowo wytłuściłem tego byka. Otóż – czym innym jest czas pracy (obecnie 40 godzin w tygodniu), czym innym system czasu pracy (podstawowy 5 dni x 8 godzin, ale są też równoważny, weekendowy itd.), a jeszcze czym innym rozkład czasu pracy – plan w jakich dniach i godzinach dany pracownik ma wykonywać pracę w danym okresie rozliczeniowym (zazwyczaj miesiącu).

Tłumacząc Wam po ludzku – można pracować 8 godzin przez 5 dni/tydzień w ruchu ciągłym, jeżeli mamy do czynienia ze zmianami. Np. w pierwszym tygodniu 1-sza zmiana, w drugim – druga, w trzecim – trzecia, a w czwartym – czwarta (tzw. czterobrygadówka). Ba, wielu pracowników fizycznych już ma 4-dniowy tydzień pracy, jeśli zmiany wynoszą 4dni x`10 godzin. Ba, znam takich którzy pracują (straże zakładowe) trzy dni w tygodniu (dyżur 24h, 2 dni przerwy, 12 h , doba przerwy i 8 -godzinna zmiana). Duda straszy i opowiada bajki.

Teraz wróćmy do projektu. Znamy dopiero niektóre założenia. Rozważa się skrócenie czasu pracy dla wszystkich do 35 godzin. Wtedy w podstawowym systemie będziemy mieli: `1 dzień x 8 godzin i 3 x 9 godzin, ew. 4 dni x 8 godzin i 45 minut. A co z handlowcami i pracownikami produkcji, nad którymi łzy wylewał szef Solidarności? Oni też dostaną średnio 35 godzin (chociaż w jednym tygodniu może to być 30, a w innym 40). No i 4 dni, a nawet w przypadku 12-godzinnych zmian 3 (2x 12 godzin i jeden 11-godzinny). Co więc stracą pracownicy? Nic.

Ale Piotr Duda ciśnie dalej ” Może ją (sytuację na rynku pracy) wręcz pogorszyć, skutkując wzrostem obowiązków i brakiem wzrostu płac – ocenił Duda. Popatrzmy realnie. Pracodawca zwiększający obowiązki, przy zmniejszeniu czasu pracy naraża się na ostrą ripostę liczne wystąpienia związków zawodowych, kontrole PIP, protesty i odejścia. A musi dbać o załogę, ponieważ teraz, jeżeli produkcja ma iść w ruchu ciągłym, potrzebuje nie czterech brygad lecz pięciu (168 godzin w miesiącu/40 = 4,2, a 168/35 = 4,8). A brak wzrostu płac? No cóż, tu wystarczy cofnąć się do lat 90-tych, gdy skrócono czas pracy z 46 do 42 godzin (1997 r.). I pytanie jak zmieniła się średnia pensja:

  • 1996 – 873 zł,
  • 1997 – 1061 zł.

Która liczba jest większa? No chyba z 1997 r., więcej niż rosła inflacja (21% wobec 19%). Zamilcz Piotrze Dudo, bo bredzisz jak na mękach, kręcisz, kłamiesz, oszukujesz. A dlaczego? Chyba dla każdego, powód pozostaje jasny. Chodzi o bezpardonowy atak na rząd, minister o lewicowej proweniencji i bazę wyborczą, który po wywodach o skróceniu czasu pracy Piotr Duda kontynuował. Według szefa Solidarności, dobry pozostaje pracownik fizyczny, a zły umysłowy. Warto, aby członkowie tego związku w białych kołnierzykach dobrze zapamiętali tę szarżę. Inni też. Albowiem za kuriozalną należy uznać strategię przewodniczącego związku zawodowego, który staje po stronie pracodawców i sprzeciwia się skróceniu czasu pracy. Zupełnie inne stanowisko zajął OPZZ. I to też warto zapamiętać.

Kwartał pracy 3/5.

Właśnie mięły trzy miesiące, od kiedy jestem pracownikiem na jeden etat. Dokładnie 3 lutego rzuciłem papierami poszedłem ostatni dzień do drugiej pracy, w której spędziłem prawie 25 lat. Prowadzę też JDG.

Przyczyny tego stanu rzeczy nie były miłe (a raczej wyjątko niemiłe jazdy nowego szefa), aczkolwiek chwila, gdy w mojej obecności odczytano sam nagłówek wypowiedzenia (natychmiastowego z winy pracodawcy), powinna trafić do „słoja wspaniałości”, gdybym go posiadał. Literalnie nikt się nie spodziewał strzału, no może jakiegoś wypowiedzenia wielomiesięcznego, w czasie którego da się łatwo zewrzeć szyki. A tu taki zonk. Moim celem nie było zdezorganizowanie działań pracodawcy, a skoncentrowanie na swoich planach i zdrowiu. A pozytywne efekty?

Efekt 1. Zdrowie.

Na przestrzeni od „rozpoczęcia jazdy” do końca zatrudnienia (nieco ponad 6 miesięcy) byłem chory 5 razy. W sumie na zwolnieniu kilkadziesiąt dni. A od zwolnienia? Ani razu przez kwartał pomimo przesilenia wiosennego.

Niewątpliwie do poprawy zdrowia przyczyniło się radykalne zmniejszenie stresu. Ale poza nim: wysypianie się (2 razy w tygodniu wstaję godzinę później), brak pracy w weekendy, regularne jedzenie przez 4 dni w tygodniu (od pt do pn włącznie), więcej wolnych dni, brak ekstra telefonów po godzinach. No i wreszcie miałem czas na 4 odkładane wizyty lekarskie.

Efekt 2. Czas.

Na tę pracę poświęcałem 72 godziny (9 dni/m-c, jeżeli brałem urlop, lub wypadało wolne 8 dni x 8 =64h), plus 12 godzin na dotarcie i 8 na ogarnianie się. Potem wracałem i potrzebowałem dekompresji (obiad, drzemka). Kiedy dochodziłem do siebie, często na zegarze była 18 . I tak przelatywał cały dzień. Nawet jeśli pracowałem 8 dni/m-c, telefony, maile poza godzinami powodowały, że na tę pracę „marnowałem”: 100 godzin (72 praca, 12 dojście i powrót, 8 ogarnianie, 8 dekompresja)

Teraz staram się pracować 6 dni w miesiącu (-2-3 dni – wyłączam drugi etat). Do tego mój, nawet pracowity dzień wygląda inaczej. Zaczyna się nie o 6.15 (godzina wyjścia do biura), ale o 8.00 (teść żegna się po wspólnie wypitej herbacie) i trwa nie do 16.00 (powrót do domu), lecz o 13-14. Krótko mówiąc przepracowuje dziennie 5-6 godzin i to z przerwami na kawę, posiłki, rozmowy telefoniczne.

Biorąc pod uwagę doświadczenia z 3 miesięcy, średnio w poniedziałki i piątki 0- przepracowuję ok. 30 godzin plus 5 na dojście/dojazdy. Ponieważ nie marnuję energii na dekompresję, ogarnianie się – w sumie ze 100 godzin/m-c robi się 35. Kto umie liczyć, ten się dowie odzyskałem 65 godzin/m-c – 65% dotychczas poświęcanego czasu. A ten wykorzystuję: dla rodziny, na odpoczynek, pisanie bloga i wymyślanie kolejnych pomysłów.

A więcej czasu oznacza też brak pośpiechu, nerwów i spokój w kontaktach z innymi.

Efekt 3. Kasa.

O niej jest ten blog. Wyniki? Marzec +10%, kwiecień +40%, maj +50%. Nie żartuję, piszę serio. Ponieważ nie zostałem na etacie, w kwartał (24 dni) zarobiłem średnio 33% więcej. Przypominam, pracując o 2/3 mniej. Niesamowite. A liczę tylko te 5 dni.

Efekt 4. Więzi.

Tego nie da się przeliczyć na kasę. 3 razy odwiedziłem moich synów w ich miejscach i to nie, jak dotychczas, dziś przyjazd, dziś wyjazd (najpóźniej jutro rano), lecz na 2-3 dni. Do tego spokojne spotkanie z siostrą (też mieszka w innym mieście), odwiedziny u przyjaciół (2 razy). Wszystko ogarnięte w przedłużony weekend (w końcu miałem ok. 6-8 dni ekstra).

Spokojnych pogaduszek z teściem, leniwego ranka z żoną, porannych rozmów z najmłodszym synem – nie liczę.

Te cztery czynniki, po zsumowaniu dały prosty efekt – więcej spokoju, radości z życia i pomysłów, co jeszcze można udoskonalić.

7 tygodni wolnego rocznie.

Dzisiaj wracam do tematu mojej rzuconej pracy i czasu, który dzięki temu odzyskałem.

Punkt wyjścia – poniedziałek i piątek w każdym tygodniu tj. 8,5 dnia w miesiącu. Pomniejszone o urlop i dni ustawowe (przerywany telefonami i mailami, ale mniejsza) 7 dni/m-c.

A w firmie? Średnio 5 dni/m-c rzeczywistej pracy. I to lżejszej. Bo wyszło tak:

  • marzec 31 godziny kontra 56 godziny,
  • kwiecień 26 godzin kontra 56 godzin.

Teraz dodaję czas dojazdu/dojścia. 8 godzin kontra 10.

Nawet biorąc pod uwagę te 5/7 dni wychodzi średnio 31 godzin różnicy. Przy standardowej pracy – ponad 3 pełne dniówki robocze (celowo zaniżam, zaokrąglając w dół i pomijając pracę w dni teoretycznie wolne).

I tak dochodzimy do sedna 3 dniówki miesięcznie = 36 dniówek rocznie, co podzielone przez roboczy tydzień (5 dni), daje 7 tygodni wolnego rocznie. Tyle zyskałem. Dodam przy tym, że zarobki wyszły znacznie lepiej – jestem +10-100% na plusie. A, i nie policzyłem tym razem zbierania się do pracy i dekompresji po niej.

Jak pracowano w XIX w. Zimny prysznic dla Matczaka i Mentzena.

Obaj tytułowi panowie mają proste antidotum na biedę – ciężką pracę po 16 godzin na dobę (w przypadku Mentzena za śmieszne pieniądze). Oczywiście, wszystko co proste, nie działa. A że nie działa, to wiemy, wystarczy cofnąć się do XIX w.

Tamto stulecie charakteryzowało się tzw. dzikim kapitalizmem. Nie istniały żadne normy oficjalne, ochrona pracownika itp. Hulaj dusza, piekła nie ma. Wąska grupa posiadaczy (ziemskich, fabrycznych) robiła co chciała, przy wtórze wszelkich religii (od judaizmu przez katolicyzm do protestantów). Efekty? Nie tylko ogromna śmiertelność i krótkie życia, do tego bieda, a wreszcie przygotowanie zarzewia pod… komunizm w wydaniu rosyjskim. Dobrowolne zmiany (USA, W. Brytania) pozwalały uniknąć najgorszego. Tereny obecnej Polski, traktowano jak kolonie (a pan, chłopów, jak właściciel plantacji czarnych na południu USA). W takim Żyrardowie, mniejszym odprysku łódzkiej Ziemi Obiecanej tydzień pracy trwał najpierw 77, a potem 66 godzin. I te 66 godzin (tj. 6 dni w tygodniu po 11 godzin) traktowano jak wielką ulgę. 10-12 latek pracował przy taśmie. Wyobrażacie to sobie? Jedenastogodzinny dzień pracy, a gdy ktoś się nie sprawdzi, zachoruje, zestarzeje, to fora ze dwora. Emerytur nie było.

Pamiętacie scenę z filmu, rozmowę Bucholca z von Hornem? Tak, do takiego świata chcą nas przywrócić Mentzen z Matczakiem. Tam nie ma miejsca dla mniej przedsiębiorczych czy zwyczajnie słabszych (głupszych). Liczy się siła, zdrowie i wynik. To dlatego próbuje się wybić zęby (mleczaki) inspekcji pracy, związkom zawodowym (koncesjonowana Solidarność komentująca czterodniowy tydzień pracy parsknięciem „nierealny i forsowany wbrew interesom większości pracowników”, pełniąca rolę OPZZ za Jaruzelskiego), Radzie Dialogu Społecznego (istnieje na papierze). Co pozostanie? „Miska ryżu”, bezpłatne nadgodziny, pozorność dostępnej opieki lekarskiej. Teraz 5 godzin to czekasz na SOR-ze, płacąc 20 tys. składki zdrowotnej, większość chorób leczy się prywatnie, ponieważ nikt, w sytuacji zagrożenia np. zawałem nie będzie wpisywał się na listę do kardiologa z terminem za 3 miesiące .

Łańcuch lenia. Czyli jak zacząłem systematycznie pracować.

Pewnego dnia przeczytałem o metodzie twórczej Jerry’ego Seinfelda -komika, który chciał mieć pod dostatkiem żartów do swoich publicznych występów. Postanowił pisać jeden skecz każdego dnia, a postępy zaznaczać w ściennym kalendarzu znakiem „x”, gdy tylko wykonał zadanie. Powstawał w ten sposób „łańcuch żartów” nazwany też „łańcuchem Seinfelda”.

Taki pomysł od razu wzbudził moje zainteresowanie, tym większe, że akurat miałem wyjątkowego lenia. Postanowiłem więc rozpocząć działanie nazwane „łańcuchem lenia”, aby zwiększyć firmową wydajność.

Dlaczego? Ponieważ straszny ze mnie leń. Nie nazywam sytuacji odkładania mądrze, naukowo i nowocześnie „prokrastynacją” – szukając na siłę wytłumaczenia, lecz po prostu – lenistwem. W moim zawodzie, polegającym na twórczej pracy, taki styl działania „na ostatnią chwilę”, „pod toporem” itp. niesie same wady i… jedną zaletę. Każdy leń Wam to powie, że jego chęć do odkładania zmusza go do twórczej i wydajnej pracy przed deadlinem. Jeszcze nigdy nie zdarzyło się, abym zawalił coś terminowego. Ale ten medal ma dwie strony. Umiejąc pracować szybko i sprawnie nakręcamy spirale, bo po co się spieszyć, skoro można poleżeć. Krótko mówiąc przekleństwo „sprawnego lenia”.

Wracając do wpływu na firmę. Moi koledzy mają sztywny czas wyznaczony na pracę. Nawet 10 godzin dziennie. Ja potrafię się spiąć na 5-6 godzin i to takich, które wypadają często w chwili, gdy akurat pracuję etatowo (i trzeba robić wiele rzeczy „od ręki”). Do tego w międzyczasie poziom energii spada, bo a to ktoś zadzwoni, a to wydarzy się coś nagłego. No i klops.

Dlatego wdrożyłem system „łańcuch lenia”. W lipcu, gdy sporo czasu spędzałem na wsi, postanowiłem jak Pliniusz Starszy – Ani dnia bez kreski. Oczywiście nie chodziło o jedną literę, ani zdanie, lecz godzinę systematycznego pisania. I każdy dzień z taką godziną miałem zaznaczać w kalendarzu, stosując przestrogę Seinfelda – „Don’t break the chain”. I wiecie co? Udało się. Moja firmowa produktywność wzrosła, a wydajność poszybowała w kosmos. Jednego dnia poświęcam na wykonanie zadań sześć godzin, innego dnia tylko jedną i od lipca trzymam ten poziom. W pierwszym miesiącu nadgoniłem wszystkie „tyły” czyli prace nie na termin. A teraz działam na czas.

O stylu zarządzania w korporacji. Dlaczego lepiej wziąć nogi za pas.

Dzisiaj omawiam, bazując na tym artykule https://kobieta.onet.pl/psychologia/polacy-wracaja-do-biur-pracujacy-zdalnie-powinni-miec-nizsze-wyplaty/lje930k problem zarządzania w korporacjach i konkluzji – często lepiej zebrać swój mandżur i szukać szczęścia gdzie indziej.

Pretekst do rozmów – praca zdalna czyli najczęściej przy komputerze we własnym domu. W formie stałej (nigdy nie przychodzę do biura) lub hybrydowym (trochę tu, trochę tam), w warunkach warszawskich.

Obiekt badań – korposzczur, zamieszkały na peryferiach plus menedżerowie.

A teraz czas na opowieści (wszystkie z podlinkowanego artykułu).

Pracownik 1. Problemy: dojazd 1,5 h w jedną stronę (czyli 3h dziennie), niechęć do pojawiania się w biurze, przekonanie o podobnej wydajności.

Szef 1. Dojeżdża do pracy 25 km (Białołęka-Ożarów, czyli Warszawa przecinana po przekątnej, żeby ominąć korki wychodzi z domu o 6.20). Twierdzi, że w biurze pracuje się szybciej i wydajniej – nie podaje jednak żadnych konkretów.

Szef 2. Snuje historię: „Kiedyś wzięłam w piątek urlop, chciałam zrobić zakupy, cały parking zapchany, a w środku, między półkami, krążą ludzie ze słuchawkami w uszach, bo odbywają swoje zebrania na Teamsach. Dla mnie to trochę niepoważne. Praca to praca, życie prywatne to życie prywatne.” Pięknie – patrzenie po swojej bańce. Przecież ci ludzie w sklepach mogą być freelancerami, konsultantami, pracownikami budżetówki, ludźmi na urlopie, właścicielami firm, dorabiającymi sobie emerytami itp. Teza druga: „Jeszcze inne minusy pracy zdalnej: brak możliwości rozwoju pracowników, nieangażowanie się nowe projekty, niemożność budowania relacji.” Znowu – zero konkretów. I sama śmietanka na koniec: ” Większość przypadków naszych pracowników będziemy rozpatrywać indywidualnie, ale z zasady wierzę, że powrót jest potrzebny. Sama też nie umiałabym pracować z domu.” I mamy clou – nie potrafię, więc inni też nie. Typowy szef z korporacji.

Szef 3. „Też jestem absolutną przeciwniczką pracy tylko zdalnej. Ludzie mogą mówić, co chcą, ale wyniki naszych wewnętrznych badań pokazują, że wydolność pracowników podczas pracy zdalnej spadła. Wraz z koleżanką, też dyrektorką działu, zauważyły zjawisko, które nazywały „czarnymi dziurami”. — A to ktoś kosił trawę w ogródku, a to poszedł spać, a to się wyłączył i oglądał serial. Bumelowanie pełną gębą. Zupełnie jak kosmiczna czarna dziura, człowiek w nią wpadał i znikał — mówi. — Zresztą pod koniec zeszłego roku i na początku 2025 zwolniłam 30 proc. pracowników. Jakoś nie widzimy spadku wydajności.” Kolejna artystka – liczą się wyniki ostatniego kwartału. Zwalniając 1/3 załogi, zaraz będzie miała drugie tyle dobrowolnych odejść, przy czym tym razem firmę opuszczą najlepsi. I zostanie z 35% średniaków. Ile razy korpo widziało efekty takich „optymalizacji kosztów”?

I ponownie oddajmy głos przeciwnikom bezsensownego nadzoru:

Pracownik 2. „Dogadaliśmy się z zespołem, zawsze jedna osoba miała dyżur w biurze i miała karty pozostałych pracowników, które odklikiwała przy wejściu. Później informatycy stworzyli specjalny program, było wiadomo, kiedy ktoś się loguje do systemu i czy robi to w biurze, czy z innego miejsca. Na szczęście nie wyliczał już czasu spędzanego w firmie. Zdarzyło się, że moja koleżanka, która mieszka daleko, cały dzień pracowała zdalnie, a o 19.00 wsiadała w auto i jechała bez korków do biura tylko po to, żeby zalogować się do systemu. Przecież to absurd, do czego nas się zmusza, szczególnie że większość naszej pracy odbywa się online.”

Szef 4. „Nie lubię szufladkowania, myślenia w stylu: siedzisz w biurze, to znaczy, że pracujesz, jesteś poza biurem — obijasz się. Każdy potrzebuje innego systemu. Wiele zależy od osobowości i osobistych preferencji. Jedni kochają przychodzić do biura, inni wolą zacisze swoich domów. Ja rozliczam swój zespół z zadań i tak samo jestem sama rozliczana. A to, kiedy ktoś będzie pracował, czy w tzw. międzyczasie wyjdzie z psem, zrobi pranie, a za najważniejsze projekty weźmie się w nocy — mnie nie interesuje. Podobnie jak nie interesuje mnie, co będzie robił podczas pracy zdalnej w piątek. Pojedzie do supermarketu czy będzie siedział i pisał. Życie jest za krótkie, żeby się wzajemnie kontrolować, a bycie dobrym liderem polega też na zrozumieniu, że ludzie są różni i muszą pracować według swoich zasad, bo tylko wtedy dają z siebie co najlepsze. Ja w samotności wymyślam najbardziej kreatywne rzeczy.”

Niestety, jak widać na podstawie cytatów – większość szefów chce likwidacji pracy zdalnej. I tak, nie mówimy tu o właścicielach firm, lecz najemnych „karbowych na folwarku” czyli oficjalnym „średnim szczeblu zarządzania”.

Pracownicy, z kolei, stwarzają system unikania siedzenia w biurze i omijania bzdurnych systemów Mają świadomość straty czasu (3h bezproduktywnego siedzenia w aucie). Korpo zasadniczo rządzi się swoimi prawami. Oficjalnie, motywacyjne mówki o roli wydajności, wynikach, a w rzeczywistości nic nie wnoszące raporty i pilnowanie biurka.

Wnioski? Kreatywny, niezły pracownik, dodatkowo świadomy, kiedy i gdzie pracuje najlepiej, albo taki jak Szef 4 znajdzie idealne środowisko, albo właśnie weźmie nogi za pas. Korpo bowiem miota się pomiędzy dwoma systemami działania: oceną za wyniki i klasyczną pracą z zakładu przemysłowego (siedź 9-17, przez 5 dni w tygodniu), próbując wymagać od najlepszych realizacji 150% przeciętnej normy.

I tu dochodzimy do sedna. Dobry pracownik wyrobi te 150% w 40 godzin/tydzień, ale…taka sytuacja jest dla niego kompletnie nieopłacalna. Ponieważ we własnej firmie, jak wolny strzelec, za te dodatkowe 50% otrzyma ekstra zapłatę czyli zarobi więcej. Jak już wiecie, moje osobiste doświadczenia, z tytułowego „wzięcia nóg za pas” pozostają wyłącznie pozytywne. Chciano mnie zmusić abym pracował na 150% za 100% dotychczasowego wynagrodzenia, a teraz robię na 45% czasu za podobną stawkę. Gorąco taką zmianę polecam wszystkim freakom osobistej wydajności. O „przeciętnych” napiszę później.