Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
listopad 2024 – Strona 2 – Oszczędny Milioner

Czy stać Cię na współczesny styl życia klasy średniej?

Obecnie prawie wszystkie media (także te społecznościowe) lansują określony styl życia: wakacje, prywatne szkoły, dobre auta, nowe apartamentowce lub domy. Jednocześnie ceny tak powędrowały na północ, że coraz więcej osób z klasy średniej może sobie pozwolić na taki styl życia. Zobaczcie, ile on kosztuje.

Dom lub mieszkanie. Żeby mieszkanie można było nazwać apartamentem i pasowało ono do stylu współczesnej rodziny musi mieć minimum 3 pokoje i dogodną lokalizację. W obecnych warunkach oznacza to ok. 65 m2 plus cenę za m2 w granicach 20 tys. zł (Warszawa, Kraków, Wrocław) lub 10-16 tys. zł (duże miasta) za m2. Jeśli doliczymy wykończenie (2,5 tys. zł/m2) osiągamy wartości: 812- 1462 tys. zł/m2. Zakładając kredyt hipoteczny z 20% wkładem: 5200 – 9350 zł raty miesięcznej. Utrzymanie tej nieruchomości będzie kosztowało ok. 1000-1200 zł/m-c.

Próbując iść w kierunku nowego domu wkraczamy w całkiem inne poziomy absurdu. Cena (na dalekich przedmieściach) 1-2,5 mln zł plus ok. 250-350 tys. zł na wykończenie. Rata robi się nieziemska – 18.700. zł. Czyli dach nad głową mamy zapewniony.

Wakacje. Minimum – tydzień w lecie, narty w zimie i dwa citybreaki, do tego obozy dla dzieci. Suma wydatków – nie mniej niż 48.000 zł/rok czyli 4000 zł/m-c (średnio).

Prywatne szkoły i edukacja . Czesne w takich placówkach zaczyna się od 1500 zł/m-c, a górna granica pow. 10.000 zł też nie jest pewna. Do tego związany z tym styl życia (konie, tenis, lekcje). I przy jednym dziecku spokojnie wydamy te 3000 zł/m-c.

Auto. Kupować nie ma sensu- tak myśli większość, więc w modzie jest leasing. Niech będzie 2000 zł raty (drugi służbowy). Do tego ubezpieczenie (400 zł/m-c), paliwo (600 zł/m-c), serwis już w racie i mamy 3000 zł.

Tym sposobem dochodzimy do 11.200 zł za „podstawy-podstaw” i bez dzieci , a w takiej Warszawie, przy domu i dwóch pociechach łatwo przekroczymy 40.000 zł. A mówimy o samych wydatkach na niektóre pozycje. Pomijamy jedzenie, prywatne leczenie, hobby itd. Łatwo zrozumieć dlaczego nawet dobrze (a więc znacznie powyżej średniej) zarabiające osoby ledwie wiążą koniec z końcem.

Wakacje w Chorwacji – plan na 2025 r.

W tym roku wydaliśmy ok. 11 tys. zł na tydzień pobytu w Chorwacji. Na przyszły rok plan przewiduje korzystanie z efektu skali. Dokonamy ważnych zmian, które pozwolą efektywniej wykorzystać gotówkę.

Pomysł 1. Jedziemy pewnie na 2 miesiące, a minimum na miesiąc.

Tygodniowy koszt noclegu (+ śniadania) wyniósł 4400 zł. Tymczasem udało mi się znaleźć super miejsce (miasteczko na wyspie Hvar), w którym tyle zapłacę za… miesiąc. Będzie trochę gorsze wykończenie, ale nadal czysto i schludnie.

Pomysł 2. Wybieramy inny środek transportu.

Na dzisiaj dwie opcje – samolot do Splitu + prom do miasteczka (ok. 1100 zł), ew. bardziej oszczędne auto, do tego z gazem (w międzyczasie może zmienię) plus prom i autostrady (1600 zł).

Pomysł 3. Więcej lokalnego żarcia.

Kiedy jedziesz na tydzień, knajpki wydają się fajną alternatywą. Natomiast przy pobycie miesięcznym (1-2 miesiące), koszt: 4 E za piwo, 3 E za kawę czy 22 E za obiad/osobę urośnie do niebotycznych kwot. Stąd pomysł na inne działanie. Kawę, mleko czy piwo (1,5 E) da się kupić w sklepie, Dania obiadowe – spokojnie wystarczy domowa pizza, własnoręcznie sprawione ryby czy owoce morza (do nabycia w porcie). I nagle wystarczy 10E/osobę/dzień, czyli niespełna 900 E (ok. 4000 zł) na miesiąc.

W sumie (pewnie jakieś atrakcje będą, a słońce i plaża – niepłatne), da się przeżyć 4,5 tygodnia, za cenę dotychczasowego jednego. A dwa miesiące (z dojazdem) za 14.400 zł.

Jak przygotować się do emerytury? Odcinek 4. Klasyczne metody obniżania wydatków.

Jeśli musisz przeżyć za 50-70% ostatniej pensji, a poprzednio żyłeś za 100% powinieneś zastosować klasyczne metody obniżania wydatków. Tu nie ma alternatywy – inaczej popadniesz w długi. Nie da się? Pomyśl, jaką masz alternatywę – praca do śmierci. Niezbyt miła perspektywa? Prawda.

Pomysł 1. Sprzedaj auto, zamień na tańsze w eksploatacji, załóż gaz. Mój samochód świadczy o mnie – przecież ta maksyma, w przypadku emeryta nie ma żadnego sensu. Potrzebny Ci solidny wóz, o niewielkim spalaniu i takich samych kosztach napraw. Popatrz ile wydaję na utrzymanie Fiata 500, a ile kosztuje naprawa BMW 530d (podpowiem – wymiana rozrządu – 10 tys. zł). Nie musisz nic udowadniać. A może całkiem pozbyć się samochodu? Da radę, jeśli mieszkasz w mieście. W wielu z nich bilety autobusowe emeryta są tańsze, a nawet darmowe. Nawet tak prosta czynność, jak założenie gazu, da wymierne oszczędności – 30-40% na paliwie.

Pomysł 2. Przeprowadź się do mniejszego mieszkania albo innego, którego utrzymanie kosztuje mniej. Mieszkam w domu, za styczeń (zimny) i luty (ciepły) przyszedł mi rachunek za gaz – prawie 2200 zł. Zapłaciłbyś taki z emerytury 1600 zł? Nie. Dlatego trzeba szukać tańszych

Pierwszy wywiad rządzącego systemem emerytalnym, z którym prawie mogę się zgodzić. Paweł Wojciechowski dla Newsweeka.

W Newsweeku z 7 października 2024 r. ukazał się wywiad Konrada Sadurskiego z Pawłem Wojciechowskim, w przeszłości przez kilka lat prezesem jednego z OFE, a potem głównym ekonomistą ZUS. Indagowany stawia szereg tez, z których większością, w przeciwieństwie do opowieści prezesa ZUS Derdziuka i prof. Góry (współtwórcy reformy OFE) mogę się zgodzić.

Teza 1. Zacznijmy od tego, że system nie jest sprawiedliwy, bo istnieje 30 grup zawodowych, objętych różnymi preferencjami a stale powstają nowe. I należy ten fakt ujawniać, mówiąc głośno, a nie zamiatać pod dywan.

Święta racja, podobnie pisałem na blogu. Żeby wymienić tylko te z największą preferencją, tj. takie, które wcale (lub prawie wcale) nie płacą składek, a dostają emerytury: matki 4+, duchowni, prokuratorzy, sędziowie, mundurówka, rolnicy. Ci ostatni wpłacają w składkach tylko 5% tego co otrzymują na emeryturze, pozostali 0%. I trzeba z tym skończyć. Składka powinna zależeć od dochodów. Opowieści, że system stać na 40-letnich prokuratorów na kilkunastotysięcznej emeryturze, i nazywanie go, dla zamydlenia oczu, „stanem spoczynku”, należy odłożyć na półkę z bajkami. Podobnie z policjantami, zwłaszcza tymi zza biurka. Narracja, że dwóch największych kościołów tj. katolickiego i prawosławnego nie stać na opłacanie składek za swoich kapłanów, pomimo, że prowadzą działalność gospodarczą a nie płacą podatków (czyli stanowią nieuczciwą konkurencję dla innych firm), łatwo obalić, pokazując brzuchy biskupów oraz szeregowych księży/popów. Pewien problem mogliby mieć wyłącznie protestanci, ale niech na pastorów składają się wierni z podatku kościelnego. Absurd rolniczy opisywałem wielokrotnie, w tym podając średnie dochody wg GUS (ok. 60 tys. zł netto z przeciętnego gospodarstwa). I tu wyjścia są dwa: podwyższyć składki albo obniżyć świadczenia.

Druga preferencja to niższy wiek emerytalny. W wielu wypadkach szkodliwy dla całości systemu. Wcześni emeryci (np. czterdziestolatkowie) i tak pracują, pobierając jednocześnie świadczenia. Jedyna grupa, której umożliwiłbym wcześniejsze zakończenie pracy z pobieraniem świadczenia to „liniowa mundurówka”, a więc ludzie, którzy faktycznie uczestniczyli przynajmniej pół roku w wojnie (misjach), przez 20 lat walczyli z pożarami, czy bandytami (więc już nie policjant drogówki, albo logistyk). No i nie świadczenie od ostatniej pensji, tylko składek (tu da się zrobić łatwo – ubruttawiając pobory, jak u wszystkich w 1999 r.).

Bez tego ujednolicenia systemu, namawianie pozostałych do dłuższej pracy, okazuje się zwykłym rabunkiem.

Teza 2. Minimalna emerytura jest niesprawiedliwa.

Pełna zgoda. Dlaczego jeden pracuje 15-20 lat (uczciwie: jedna, i wliczyłem studia), resztę sobie bimba, a drugi 45 lat (niech będzie – czasem ze studiami) i obie osoby dostaną takie samo świadczenie? Bo pierwszej grupie dopłaci państwo? Czyli my wszyscy. Koniec z minimalną, koniec ze świadczeniami specjalnymi (poza medalistami olimpijskimi). Każdy dostaje tyle, ile odłożył.

Teza 3. Wszelkie trzynastki i czternastki – do kosza.

Szczerze mówiąc dowiedziałem się z wywiadu, że dostają je też cudzoziemcy, i ludzie z emeryturą 2 grosze, o ile odprowadzili jedną składkę. Tak, a to wszystko zaburza sprawiedliwość i klarowność systemu.

Teza 4. Podniesienie wieku emerytalnego przed zlikwidowaniem „świętych krów” tylko pogłębi niesprawiedliwość.

No cóż, nic dodać nic ująć. Co tu komentować, gdy są to mądre słowa.

Teza 5. Państwowa emerytura pod palmami to ściema.

Kolejne zdanie, pod którym podpisuję się obydwoma rękami. Z dwóch powodów – niemożliwości matematycznej (no chyba, że mówimy o palmach w Etiopii, Wenezueli itp., albo najlepiej i długo zarabiających), oraz o czym w wywiadzie nie wspomniano – stanu zdrowia. Wielu emerytów ma nadciśnienie i takie egipskie upały, brutalnie mówiąc, skróciłyby im czas na emeryturze.

Teza 6. Polska emerytura nie jest zła.

Średnio to ok. 3500 zł, minimalnie coś koło 1600 zł. I jeśli popatrzymy na przeciętne wynagrodzenie – słabo. Jeśli na składki na nią – i tak ogromnie dużo. Na drugim biegunie są lepiej zarabiający. Podam swój przykład. Nie mam kapitału początkowego, a składki od 10 lat odcinają mi na 250% – 48k rocznie. No i dostanę 11 tys. zł emerytury. A kobieta po 15 latach składek (bo 5 ma studia) na pół etatu z pensji minimalnej wynoszących 5 tys. rocznie zł dostanie 1700 zł. Przez całe swoje życie (zakładam, że wynagrodzenia realnie się nie zmieniają), ja odkładam 26 razy więcej rocznie (bo miałem i gorsze lata), a moja emerytura jest wyższa tylko 7-krotnie.

Stąd średnia wypada przyzwoicie (da się za nią żyć – odpowiada minimalnemu wynagrodzeniu netto). A najniższa nie jest zła, jeśli weźmiemy pod uwagę składki.

Nieźle, 6 tez, które podzielam. Są też trzy, z którymi się nie zgadzam.

Teza 7. ZUS nie jest bankrutem i zarządza składkami lepiej niż nauczyciel przedsiębiorczości.

Teza fałszywa na dwóch poziomach. Pierwszy – czysto logiczny. ZUS niczym nie zarządza, w znaczeniu lokowania oszczędności. On tylko wypłaca z bieżących składek emerytury obecnym beneficjentom, dostając dotacje z podatków. Gdyby cofnąć dotacje, już jest bankrutem.

Drugi już matematyczny. Zakładam, mądry nauczyciel. Może nie Warren Buffet, ale niech zarabia te rozsądne 8%. rocznie (podwojenie kapitału po 12 latach). . Porównajmy z ZUS-em, zamykając oczy na fakt, że to nie on zarządza, tylko politycy dekretują waloryzację. Średnia waloryzacja 7,47%. Czyli gorzej nie tylko niż ja (szacuję 12-13%), ale i przeciętny nauczyciel przedsiębiorczości (8%). Ba, po prostu kupując nieruchomości (mieszkalne, rolne – bez znaczenia), wyszłoby się znacznie lepiej niż ZUS.

Teza 8. Przedsiębiorcy są uprzywilejowani.

Nieprawda. Teza opiera się na fałszywym założeniu, że każdy przedsiębiorca płaci mało w stosunku do dochodu (a na pewno znacznie mniej niż pracujący). A sytuacja samych przedsiębiorców jest podobna do całości społeczeństwa – są przywileje i ciężary.

Udziałowcy/akcjonariusze spółek kapitałowych mogą płacić równe zero. Przy czym ich dochód, w przeciwieństwie do etatowców nie pochodzi z pracy lecz kapitału. Dość istotne zastrzeżenie.

JDG i udziałowcy spółek osobowych – płacą ryczałtem. Raz mniej, raz więcej w stosunku do dochodu. A ten dochód statystycznie wcale nie jest rewelacyjny – wynosi sporo mniej niż średnia krajowa (dokładnie za 2021 r. ok. 80% średniej) i zawyżają go najwięksi. W tej sytuacji wielu płaci składki znacznie większe procentowo, ponieważ dochodu ma mniej niż podstawa. Po drugie – obraz zaciemniają dodatkowe działalności gospodarcze poza etatem. Tam składek społecznych nie ma wcale – ale znowu – nic nowego, gdyby dostali zlecenie, zamiast zakładać firmę – będzie podobnie. No i znowu każdy z jdg coś w firmę zainwestował, więc częściowo zysk odpowiada procentowi od kapitału, a ten nie podlega oskładkowaniu. No i na koniec – niektóre jdg płacą podatek od przychodów (ryczałt) lub z karty podatkowej. Wtedy dochodu nie da się obliczyć. A jak kończą się wskaźniki – pokazuje składka zdrowotna dla ryczałtowców.

Teza 9.Żeby więcej dostawać, trzeba dłużej pracować.

Obaliłem ją w jednym z poprzednich wpisów, ale z założeniem „oszukania systemu”. Załóżmy nawet, że zlikwidowano te „święte krowy” i już hackowanie okazało się niemożliwym. Co zrobić, żeby dostać więcej?

Po pierwsze – żyć dłużej. Pod koniec września zmarł mój sąsiad – 70 lat. Trzy dni wcześnie moja żona rozmawiała z nim na ulicy. Atak serca. I taki Andrzej znacznie więcej odebrałby, pracując do 65 r. ż niż de facto do śmierci. A jak wykazywałem na niewielkiej wprawdzie próbie mojego, dość stresującego zawodu, niektórzy koledzy nie dożyli pierwszego przelewu, a większość brała go 2-4 lata, pracując prawie do 70-tki (albo i rok dłużej). Kolejny przykład. Zmarł w moim mieście profesor. Były radny, nawet chyba wiceprezydent i rektor. Wiek – 76 lat. Pracował jak to samodzielny pracownik naukowy do śmierci. Ile wpłacił, a ile odebrał? Więc skoro intensywna praca wpływa statystycznie na długość życia (obniżając ją), trzeba korzystać, a nie pompować składki.

Po drugie – odkładać dodatkowo. Takie IKE, IKZE, PPK czyli ekstra niewielkie składki (największą płacę do IKZE – 800 zł miesięcznie czyli 1/5 tego co do ZUS), dadzą nam znacznie lepsze wskaźniki. Zwłaszcza jeśli zignorujemy „po pierwsze”. Bo ZUS nie jest dziedziczony. PPK nawet nie poczujecie (wiem, bo płacę) i nie ma tam progu odcięcia.

Po trzecie – wrócić do korzeni. Emerytura przed wojną (pomijam pewne grupy uprzywilejowane) zależała od własnych dzieci. Ich wykształcenie i wychowanie dawało gwarancję, że pomogą na stare lat, zamiast wyrzucić za próg. Teraz jest podobnie. Wielopokoleniowa rodzina będzie żyła taniej. Dla obu stron. Babcia, która ugotuje, obniży koszty jedzenia na mieście. Czynsz dziadków i rodziców/dzieci za jeden lokal o 4 pokojach ok. 80 m2 będzie niższy niż za dwa o łącznej powierzchni 105 m2. Prosta matematyka.

Po czwarte – starać się zarabiać więcej, zwłaszcza na początku (np. dorabiając). W systemie waloryzacyjnym, to się opłaci, bo większa kwota będzie podlegać oprocentowaniu wg procentu składanego.

Po piąte – rozsądnie wybierać moment przejścia na emeryturę. Tu nie ma różnicy system waloryzacyjno-składkowy czy własne inwestowanie. Ważne są wskaźniki przed samą emeryturą. Na historię nie mamy już wpływu. Wyobraźmy sobie, że teraz mam 1 mln teoretycznych składek (trochę to upraszczam, bo wzór na emeryturę jest skomplikowany) i 65 lat i stoję przed wyborem, pracować czy nie pracować. Przyszłoroczna waloryzacja to 6,52 %. Jeśli poczekam jeszcze rok to zyskam 65.200 kapitału (tenże procent x 1 mln zł) oraz 20.400 zł składek (od przeciętnego wynagrodzenia). W sumie 85.600 zł. Stracę niewypłaconą emeryturę 42.000 zł (średnio). I teraz kalkuluję. Czy ZUS podniesie okres trwania życia? Czy kolejna waloryzacja będzie lepsza? Od odpowiedzi na te pytania zależy emerytura. Jeśli nagle, ratując budżet, premier zadekretuje waloryzację 2%, i długość życia +1 rok. Lepiej idźmy teraz. Jeśli – 1 rok, a waloryzację 8% – mądrzej zrobimy czekając.

Po szóste – hackować system. Prosty przykład to moja wiedza na temat renty. Dostałbym jej dzisiaj 5800 zł, (a tak, było, bo liczy się 10 najlepszych ciągłych lat), wychodzę lepiej niż pracując do 65 r.ż. i umierając nawet statystycznie czyli w 76 r. ż. na emeryturze 11k. Wybiorę więcej (a wpłacę mniej). Renta ok. 70 tys. zł rocznie x 28 lat = 1.960.000 zł. Emerytura 131 tys. zł rocznie x 11 lat = 1.441.000 zł. A wpłaty „od dzisiaj” 0 zł i 45k x 18 lat =810 k zł. Bilans:

  • emerytura +631.000 zł,
  • renta +1.960.000 zł.

Tylko trzeba być odpowiednio chorym. Albo symulować (najłatwiej na głowę, o czym przekonali się już żołnierze z I WŚ oraz, nagminnie, policjanci). I opowieść o renciście. Panowie Gruza i Toeplitz, chylę czoła.Kto nie wie o co chodzi, proszę wpisać w wyszukiwarkę „rencista, czterdziestolatek” lub kliknąć w link „https://www.youtube.com/watch?v=_17SuwnCZog.

I tym optymistycznym akcentem – kończymy uwagi pt „dłuższa praca, wyższa emerytura czyli bajeczka dla grzecznych dzieci”.

Ilu ludzi faktycznie pracuje i płaci podatki?

Był już wpis o ubóstwie teraz o źródłach dochodu. Wprawdzie korzystam z danych z 2023 r., ale różnice r/r nie wydają się znaczne. Oto same dane: https://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/rynek-pracy/pracujacy-bezrobotni-bierni-zawodowo-wg-bael/pracujacy-bezrobotni-i-bierni-zawodowo-wyniki-wstepne-bael-4-kwartal-2023-roku,12,59.html. Według nich, aktywnych zawodowo jest 17,8 mln osób w Polsce, a biernych 12,5 mln. Jeśli jednak poskrobiemy głębiej wychodzą nam ciekawe rzeczy.

Do „aktywnych zawodowo” wlicza się nie tylko niepełnoetatowców, właścicieli firm, nieodpłatnie pomagających w rodzinnej firmie, dorabiających emerytów, zleceniobiorców ale także…. bezrobotnych. Takie żarty.

Jeśli dodatkowo uwzględnimy dzieci (0-15 lat) oraz starszych emerytów (pow. 89 r.ż), których nie ma w badaniu proporcje pracujący/niepracujący – zmienią się na niekorzyść pracujących.

Skupiając się na pełnym wymiarze czasu pracy – mamy 16,2 mn ludzi „pracujących”.

Biernych zawodowo w wieku produkcyjnym mamy prawie 3,8 mln ludzi, a główne powody to: nauka (studenci, uczniowie), niepełnosprawność i obowiązki rodzinne.

Jeśli sięgniemy do innych danych (badanie GUS z 2024 r. – tutaj:https://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/rynek-pracy/pracujacy-zatrudnieni-wynagrodzenia-koszty-pracy/pracujacy-w-gospodarce-narodowej-w-polsce-w-lutym-2024-r-tablice,28,14.html zobaczymy jeszcze inny obraz. Pracujących mamy 15 mln, z tego w rolnictwie (KRUS) – 1,2 mln osób, w budżetówce 3,6 mln osób (są tu urzędnicy, ale i pracownicy wodociągów, nauczyciele i lekarze), duchowni bez etatu w szkole – 25 tys.. Realnie w sektorze prywatnym, który coś tworzy mamy 11,6 mln ludzi, a odejmując rolnictwo (do którego faktycznie dopłacamy, bo nie wnosi podatków dochodowych) ledwie 10.4 mln. Czyli w 36-milionowym państwie wartość realną tworzy 10,4 mln zatrudnionych. I to pokazuje właściwą miarę. 29% wnosi do budżetu więcej, niż z niego wyjmuje. Pozostałe 71% raczej korzysta. W tej sytuacji kilkaset tysięcy „brązowych”, z których część pracuje, albo płaci za naukę (studenci) nie robi żadnej różnicy. Po prostu nie da się tego utrzymać takiej struktury na dłuższą metę. A przypomnijmy, dane oficjalne mówią o 17.8 mln aktywnych zawodowo, z czego 20% to właściciele firm/gospodarstw rolnych.

Najważniejszy argument za wyprowadzką na wieś. Zdrowie.

Wczoraj zbiegły się dwa zdarzenia, które spowodowały szybkie powstanie tego wpisu. Komentarz Piotra o konieczności utrzymania wagi oraz moja wczorajsza rozmowa z osobą pracującą wysoko w ochronie zdrowia. Komentarz znacie, a rozmowa dotyczyła wpływu poprzedniego i współczesnego jedzenia na stan zdrowia.

Moja rozmówczyni zrelacjonowała mi opowieść pewnego lekarza. Pracuje on od wielu lat, operuje nowotwory głowy. I stawia tezę, na razie roboczo, natomiast na podstawie długich obserwacji, że współczesne jedzenie (marketowe, przemysłowe, przetworzone) powoduje wręcz epidemię raka. Zapadają na niego ludzie względnie młodzi, którzy nie pamiętają wiejskiego jedzenia sprzed 30-40 lat. I ci, dwudziesto-, trzydziestolatkowie, chorują znacznie ciężej, oraz umierają częściej niż przedstawiciele pokolenia boomerów (55+ a nawet 75+). Neurochirurg jest pewien swoich spostrzeżeń i dzieli się nimi w gronie towarzyskim.

Ale nie kończy na gadaniu. Działa. Otóż postanowił, że nie będzie kupował żarcia ze sklepu. Wybrał zaufanego chłopa, któremu płaci grube pieniądze, by hodował dla niego świnię, metodami „jak za Gierka”, a w rzeczywistości starszymi. Ma być karmiona niepryskanymi ziemniakami, zbożem własnej produkcji. Wychodzi wielokrotnie drożej, ale dobrego lekarza stać. I teraz doktor sam, według tradycyjnych receptur przerabia mięso na wędliny.

Mając taką wiedzę, nie od jakiegoś szaleńca, lecz doświadczonego medyka, możemy zdecydować, co z nią zrobić. Czy nadal karmić siebie, i własne dzieci, śmieciowym żarciem, z umęczonej w chlewni świni, faszerowanej antybiotykami, nie widzącej nieba? Czy spróbować pozyskać z pewnego źródła, albo samodzielnie wyhodować, doskonałe mięso? Odpowiedź narzuca się sama.

Wiadomo, nie każdy ma dochody chirurga, żeby zlecić drogą produkcję. Nie każdy zapłaci 1500 zł za tucznika z eko-gospodarstwa. Nie każdy zaufa zapewnieniom przypadkowego rolnika z OLX-a. Nie każdy ma warunki do przechowania półtuszy (nie sprzedają mniej). Co w tej sytuacji?

Widzę rozsądne wyjście nr 2 dla gorzej uposażonych. Przeprowadzić się na wieś i samodzielnie hodować zwierzęta (koza, świnia, królik, kura, gęś), żeby zapewnić swojej rodzinie zdrowie na wiele lat, za znacznie mniejsze pieniądze. A Wy co sądzicie?

Niesprawiedliwość systemu ubezpieczeń. Cała prawda o rolniczym dochodzie.

Dzisiaj poruszę temat, który już przewijał się na blogu, a bliski sercu każdego przedsiębiorcy i wielu pracujących – system ubezpieczeń społecznych i zdrowotnych. W rzeczywistości mamy bowiem nie jeden system a kilka podsystemów, różniących się dramatycznie. Jedna z grup twardo broniących się przed zmianami, ciągle opowiada „nie opłaca się” , „nic nie zarabiamy”. Czas powiedzieć – sprawdzam – i właśnie zrobił to sam GUS.

Według ostatnich danych – obwieszczenia Prezesa Głównego Urzędu Statystycznego z dnia 20 września 2024 r. przeciętny dochód z pracy w indywidualnych gospodarstwach rolnych z 1 ha przeliczeniowego wyniósł w 2023 r. 5.451 zł. Co to znaczy w praktyce? Popatrzmy. Istnieje w Polsce grupa, która:

  • nie płaci podatku dochodowego (podatek rolny ma charakter majątkowy),
  • uiszcza śmieszne małe składki na ubezpieczenie zdrowotne/społeczne. W IV kwartale 2023 r. było to 609 zł, czyli 2331 zł za 4 kwartały – niecałe 200 zł/m-c,
  • jeżeli prowadzi działalność gospodarczą, pozostaje zwolniona od składek przedsiębiorcy i jeszcze nie płaci podatku z tej działalności,
  • wynajmując pokoje – również pozostaje bez podatku dochodowego,
  • podobnie – sprzedając płody rolne.

Do tego dość łatwo się do takiej grupy dostać – wystarczy mieć (kupić/dzierżawić) pewną ilość ziemi, skończyć dwusemestralne studia.. Ile tej ziemi? Hektar przeliczeniowy, czyli wyliczany sztucznie wskaźnik. Musimy go znać, ponieważ prowadzi do wyliczenia również dochodu rocznego z gospodarstwa wg wskaźników ZUS. Generalnie mamy klasy bonitacyjne (w uproszczeniu – żyzności) i okręgi podatkowe (klimatyczno-ekonomiczne). 1 hektar fizyczny może wynosić od 0,05 ha przeliczeniowego (6-ta klasa bonitacyjna w okręgu nr IV) do 1,95 ha przeliczeniowego (1- sza klasa bonitacyjna w okręgu nr I). Większość Polski przynależy do okręgów II i III. Wybierając ponownie średnią klasę ziemi (IIIa-IVb) uzyskujemy przeliczniki od 0.9 do 1,25 ha fizycznego na przeliczeniowy). Czyli średnio (statystycznie) możemy przyjąć z pewną granicą błędu, że hektar fizyczny=przeliczeniowemu (dla przeciętnego rolnika). Niektórzy będą mieli 1,95 ha przeliczeniowego z fizycznego, inni 0,05 ha ale średnia wyjdzie nam około jedności.

Średnia wielkość gospodarstwa w kraju to ok. 12 ha, przy czym znowu – mamy wahania. I tak, w małopolskim to 4,36 ha, a w zachodniopomorskim 33,5 ha, przy czym w obu z nich (najgorszym i najlepszym) ponownie większość gmin mieści się w okręgach II-III. Czym to tłumaczyć? Tradycjami oraz kombinacjami. W Małopolsce, słynnej galicyjskiej nędzy, rozdrabniano gospodarkę i tam też najwięcej obecnie znajdziecie „rolników papierowych”, natomiast na Ziemiach Odzyskanych królują „rolnicy prawdziwi” oraz wielkie gospodarstwa po PGR-ach. Stąd takie wartości. Moja Lubelszczyzna – też poniżej średniej (8.34). Tu są to rzecz jasna hektary fizyczne.

No i teraz patrzcie, co się dzieje. Mnożymy zysk z ha 5451 zł x 11,59 ha = 63.177 zł. No i nie mamy końca. Wychodzimy na 5264 zł/m-c netto. Metodyka nie zmienia się od lat, a wygląda następująco: https://stat.gov.pl/dla-mediow/komunikaty-prasowe/wyjasnienie-dotyczace-metodologii-obliczania-przecietnego-dochodu-z-pracy-w-gospodarstwach-indywidualnych-w-rolnictwie-z-1-ha-przeliczeniowego,94,1.html .

Izby Rolnicze podniosły larum, że przyjęte zasady są nierynkowe. Dlaczego? Ponieważ nagle ten dochód istotnie wzrósł. Gdy zmieniał się nieznacznie, nikomu nie przeszkadzało. Ja przyjmuję go za realny, Dlaczego? ponieważ znam gospodarstwa, które te 5000 zł/ha traktują jak ponury żart (warzywa, owoce, intensywna produkcja zwierzęca). Co ważne GUS wlicza do dochodu dopłaty unijne.

I teraz odnieśmy to do miasta. Pozornie dochód 5264 zł/m-c netto wydaje się niski w porównaniu z pracującymi. To jednak tylko pozory. W moim Lublinie średnia pensja wynosi ok. 8508 zł (to marzec 2024r., czyli później), ale piszę o kwocie brutto. Gdy odejmiemy składki i podatki – wyjdziemy na 6130 zł netto. Rolnik z niespełna 12 ha zarobi tylko 20% mniej niż mieszczuch na etacie.

Na czym więc polega niesprawiedliwość? Rolnik z dochodem 5264 zł m-c płaci składek i podatków ok. 2300 zł/rok, a za zatrudnionego na etacie z identyczną pensją brutto, odprowadzić należy prawie 29.000 zł rocznie (z kosztami pracodawcy). W sumie zamiast dostać 6342 zł (koszt pracodawcy), pracownik dostanie na konto ledwo 3918 zł. . Nie wspominam już o przedsiębiorcach, którzy zarabiając w dochodzie 5264 zł brutto płacą ok. 1594 zł na ubezpieczenia społeczne plus jeszcze 473 zł zdrowotnej. Łącznie zostanie im tylko 3196 zł. Gdyby płacili identyczne składki (200 zł/m-c) mogliby odkładać ca. 1800 zł miesięcznie na prywatne ubezpieczenie. Nic dziwnego, że ludzie próbują dostać się „na KRUS”. Ponieważ system pozostaje skrajnie niesprawiedliwy.

Żeby jednak wpis zakończyć pozytywnie, trzeba odpowiedzieć sobie – Czy jest jakieś wyjście dla młodego przedsiębiorcy? Tak -jedno, a nawet dwa. Jeżeli planujemy działalność gospodarczą w małym rozmiarze – wyprowadzić się na wieś i korzystać z dobrodziejstw „podwójnego KRUS-u”, co oznacza możliwe zyski (nie przychody) w wysokości ok. 65 tys. zł (30 tys. zł kwoty wolnej plus jeszcze 4358 zł podatku, a więc przy 12% skali – kolejne trochę ponad 35 tys. zł zysku), albo i dwa razy tyle (dg na podwójnym KRUS-ie męża i żony daje 130 tys. zł nieopodatkowanego przychodu). Jeśli dodamy do tego możliwość wypłaty wynagrodzenia bez ZUS i US dla dzieci powyżej 16 r. ż do limitu 85 tys. zł, zyskujemy potencjalnie możliwość zarabiania 200 tys. zł rocznie zupełnie bez podatku dochodowego. Ponieważ przychód nie równa się dochód, naruszymy wtedy limit zwolnienia z VAT (ale on dotyczy wszystkich rolników i nie-rolników).

Gdybyśmy zdecydowali się na faktycznie większy rozmiar – lepiej pójść w kierunku spółki z o.o. – wtedy zero składek ZUS i jeszcze dodatkowo 8.5% podatku dochodowego. No i dodatkowe 19% które można wypłacić wyłącznie w formie dywidendy – 19%.

Dlaczego nie zamierzam długo i dużo pracować?

Ten wpis jest wynikiem rozmowy, którą przeprowadziłem z kumplem. Pracujemy razem i znamy się już 25 lat. Kupa czasu. W tym czasie obaj rozwinęliśmy swoje kompetencje zawodowe, pracując sporo więcej niż minimum. Teraz zbliżam się do 50-tki, a on przeskoczył ją kilka lat temu.

Kumpel opowiadał i o swoim teściu. Ma 87 lat, świetnie radzi sobie, jeszcze obsługuje młodszą i chorą żonę, jeździ samochodem, głowa działa, ciało także. Czego chcieć więcej? Niczego. Sekret tej sytuacji. W wieku 52 lat (czyli jeszcze przed transformacją), pan T (od teść) przeszedł na rentę z powodu podobno ciężkiej choroby serca. Od tego czasu prawie jak w śląskiej piosence o starzyku: ławeczka, ogródeczek, zamiast gołąbeczka i kosa – wnuki. Tylko fajeczki przez to chore serce nie pali. Krótko mówiąc życie aktywne, ale zupełnie niezawodowo. No i tak właśnie spisany na straty przez lekarzy przeżył sobie te 35 lat. I pożyje pewnie jeszcze chwilę..

I wtedy przyszła refleksja. Mój Tato przeżył 82 lata, od 60 r.ż. na rencie. Jego siostra pracowała do 75 r. ż., a zmarła jako 81-latka, choć podobno kobiety żyją 8 lat dłużej. Ich wspólna mama, schorowana (potworne żylaki, chore płuca, serce), pracująca zawodowo może 5 lat (zajmowała się domem), dociągnęła do 87 r. ż, chociaż własną śmierć przepowiadała od 70-tki. Ojciec (a mój dziadek), czerstwy chłop, dał się pokonać dopiero trzeciemu zawałowi w wieku 80 lat. Był wtedy na emeryturze od 17. Wniosek chyba oczywisty- długa i ciężka praca skraca życie. Widać to wyraźnie porównując Tatę i ciotkę. Zresztą kobiety, nazywane dyskryminowanymi, krócej pracują, a mężczyźni, podobno silniejsza płeć, dłużej. I ta typowa praca też wygląda inaczej. Męska – budowlana (60 godzin w tygodniu, fizyczna), kobieca – nauczycielka (18 godzin przy tablicy), albo w ogóle niepełny etat. Przekłada się to wprost na szansę przeżycia kolejnych lat. Średnia z 2022 r. wynosi 73,4 i 81,1 lat odpowiednio dla tych płci. W mojej rodzinie bywało odwrotnie (ciotka żyła krócej niż jej brat), ale dlatego, że akurat dłużej pracowała.

Stąd, dlaczego nie postąpić jak statystyczne kobiety? Nie przejść na całkowitą emeryturę w wieku 55 lat? A wcześniej nie przygotowywać się na nią stopniowo zmniejszając obciążenie. Tak właśnie zrobię. Ten rok poświęciłem na „wiejski eksperyment”, w kolejnym pewnie wypowiem jeden etat. A drugi właśnie, gdy dobiję do 55-tki. Czyli wieku, w którym obecnie jest mój kumpel, od którego zacząłem opowieść.

Koszt urlopu w Chorwacji ” tydzień na bogato”.

Ostatnie lata nadal wybierałem wakacje w Chorwacji. Wybierałem jednak opcję „na bogato” – jadąc ze znajomymi. A oto tegoroczne wyniki i… przemyślenia.

Nocleg. Trzy osoby, duży pokój trzyosobowy z balkonem, łazienką i klimatyzacją ok. 200m od brzegu w miejscowości turystycznej – ok. 4400 zł (śniadania w cenie). Byłoby taniej, gdybym zakupu dokonywał sam, a nie moja żona z koleżanką (jechaliśmy na dwa auta), ponieważ obie panie bały się zadzwonić (nie znają języków), i czekały do ostatniej na trzecią koleżankę, która jednak nie pojechała. Cennik w pokoju pokazywał 742 Euro (czyli 3190 zł po obecnym kursie).

Posiłki. Śniadanie, jako się rzekło w cenie. Obiady z napojami ok. 22 E za osobę (czyli 400 E/tydzień). Do tego drobne zakupy na plaży (naleśnik, kukurydza,kawa albo drożdżówka) oraz piwo (4E/butelkę).

Atrakcje. Parasailing dla dwóch osób i żona w kabinie motorówki – 110 E. Jazda za jachtem na poduszkowcu 20 E, całodniowy rejs statkiem z obiadem 125 E.

Dojazd. Tym razem jechaliśmy Alfą Romeo Giuliettą z mocnym 240 KM silnikiem. Skutkowało to znacznie większym zużyciem paliwa niż w Passacie (ok. 8 l/100 km zamiast 6 l/100 km). Trzeba też było opłacić autostrady. W sumie 3000 km kosztowało nas 1912 zł.

Razem wydaliśmy 10.332 zł, z tego 1912 zł na dojazd, 4400 zł na noclegi i pozostałą kwotę (w Euro) na obiady, kolacje, knajpki i atrakcje. Co tu mówić wyszło drogo, z czterech powodów:

  1. przepłacony nocleg,
  2. paliwożerne auto,
  3. drogie jedzenie w knajpkach,
  4. dodatkowe atrakcje, które kosztowały nas prawie 1110 zł.

Da się taniej, ale miało być „na bogato”.