Moja praca, jak wiecie, polega na siedzeniu w biurze, rozmawianiu z ludźmi i pisaniu dokumentów. W działalności znowu – przy komputerze i na spotkaniach. Czas pracy – 8 godzin, z dojazdem ok. 9-9.5 godziny, czyli najlepsza część dnia (w zimie, wychodzę przed świtem, wracam po zmroku). Dłuższy dzień zaczynał się pod koniec lutego i właśnie wtedy powstał szkic do tego wpisu.
Pewnej zimowej niedzieli pojechałem na wieś. Z rana tzn. ok. 8.30 znalazłem się na miejscu. Otworzyłem cały dom (9 okien, czworo drzwi + garaż), podpiąłem elektryka do ładowania, wypiłem herbatę, zjadłem chleba z kiełbasą i wziąłem się do pracy. Założyłem sobie do wykonania następujące czynności:
- rąbanie, ściętego 2 tygodnie wcześniej drewna, oraz układanie go w stos,
- grabienie liści i wywożenie ich na kompost,
- wycięcie octowców, które przeszły od sąsiada i zaczęły się mocno panoszyć,
- zrobienie porządku w domu.
Kiedy zacząłem się pakować do domu, zegar wybijał 16.00. Mój urobek to:
- 5 taczek porąbanego i ułożonego drewna,
- 5 taczek liści wywiezionych na kompost,
- wycięcie octowców z powierzchni ok. 50 m2,
- zamiecenie parteru (80m2),
- napisanie dwóch wpisów na bloga.
Dokładnie tak, gdy nie poświęcałem się etatowym zajęciom, zrobiłem całkiem sporo, mogę powiedzieć, że zagospodarowałem ok. 180 m2. Gdybym miał takich dni 3-4 w tygodniu spokojnie mógłbym uprawiać całkiem niezłą przestrzeń. Kalkulując proporcjonalnie – 600 m2 tygodniowo, a więc 2400 m2 miesięcznie czyli moje 3000 m2 miałyby szansę błyszczeć, a drewno do pieca przygotowywałbym w 2 zimowe tygodnie. Jednak musiałbym zrezygnować z etatu, za który teraz płacą mi kilka tysięcy złotych miesięcznie.
Wszystko jest kwestia priorytetow i koniecznosci zyciowej, tzn.ile musisz zarobic zeby przezyc.
Do 16.28. Zdecydowanie. Aczkolwiek stawki godzinowe potrafią być większe i wtedy można pracować mniej. Żeby fizycznie przeżyć wystarczy niewiele. Reszta to zachcianki.
Dokladnie.